Ruchy wahadłowe z perspektywy czasu

03 XII 2011, 20:37

Zacząłem ostatnio doceniać perspektywę czasową ludzkiego życia. W konsekwencji przestały mnie męczyć sytuacje, gdy zdobywam jakąś wiedzę, umiejętności, bądź doświadczenie, ale ich w żaden sposób nie wykorzystuję -- nie muszę, przecież mam jeszcze dużo czasu. Fakt, mogę z nich nie skorzystać już nigdy, ale mogą też mi się przydać za dwa lata, pięć, może dziesięć -- statystycznie powinienem jeszcze przeżyć z pół wieku, jak nie więcej i kto wie, czym się w tym czasie będę zajmował i jakie zbiegi okoliczności zadziałają na moją korzyść.

Na chwilę obecną mam odłożone kilkaset godzin materiałów do przerobienia, a nie jest to lista kompletna, tzn. paru książek, będących tylko wstępami do nowych zagadnień, jeszcze nie kupiłem, bo po co mają przez parę lat leżeć na półce. Jednocześnie ostatnie dwa miesiące spędziłem wyłącznie na pracy, sprawach życiowych oraz oglądaniu wszystkiego, co nakręcił Joss Whedon i, zaskakująco dla samego siebie, nie mam jakoś specjalnie poczucia straconego czasu. Wręcz przeciwnie, zważywszy, że równolegle przerobiłem trochę materiałów na temat opowiadania historii (tworzenia fabuł), więc obserwowanie jak Whedon radził sobie z rozplanowywaniem kolejnych sezonów i co mu wychodziło lepiej, a co gorzej, było bardzo interesujące (ponad wartość rozrywkową ze śledzenia przygód bohaterów).

Przerobiłem już tyle iteracji tego samego schematu, że wiem kiedy jestem w którym momencie. Zawsze najłatwiej zauważalny jest haj związany z łapczywym pożeraniem jakiegoś nowego kawałka wiedzy. Raz trwa dłużej, innym razem krócej, często ma nieprzyjemne skutki uboczne np. w postaci rozregulowania trybu dobowego1, ale prawie zawsze kończy się nieprzyjemnym zjazdem. Podejrzewam, że jest to kwestia czysto chemiczna, tzn. utrzymywanie mózgu przez dłuższy okres w stanie ekscytacji naturalnie prowadzi do emocjonalnego doła. Jakie ja sobie do tego później intelektualne wytłumaczenia dorabiam jest kwestią drugorzędną -- to nie z tych powodów, co sobie je wymyśliłem, mam doła, tylko mam doła, więc mi do głowy przychodzą te powody. Także nieodzowna niepewność i second guessing przy podejmowaniu dużych rodzinnych decyzji finansowych to (upraszczając) po prostu skutek spędzenia wielu dni/tygodni na intensywnym riserczowaniu tego, co się ma zamiar nabyć. Analogicznie poczucie bezcelowości zdobywania wiedzy np. na temat szerszych procesów społeczno-gospodarczych, no bo przecież i tak z tą wiedzą nigdy niczego nie zrobię, bo nie mam na nic wpływu. Albo może mógłbym mieć wpływ, tylko musiałbym na temat poświęcić jeszcze z kilka tygodni intensywnej pracy, ale mi się baterie skończyły i przestało mi to sprawiać przyjemność, więc jeśli się nie zmuszę (a się nie zmuszę; znam się na tyle już od wielu lat), to tylko niepotrzebnie straciłem czas zaczynając kolejny niedokończony temat.

1 No bo przecież najlepiej zacząć czytać obszerny zestaw artykułów gdzieś tak o wpół do pierwszej w nocy.

Są w takim rozumowaniu dwa zasadnicze błędy. Po pierwsze, mam czas. Nawet jeśli za pierwszym podejściem nie przyswoiłem całej potrzebnej mi wiedzy, albo nie ukończyłem nowego projektu, to mogę to naprawić w kilku kolejnych iteracjach na przestrzeni najbliższych kilku miesięcy albo wręcz lat, w końcu czymś przez resztę życia się będę musiał zajmować. Kojarzycie może, że często jacyś filmowcy, albo pisarze opowiadając o swoim dziele mówią, że im pomysł chodził przez 5 albo nawet 10 lat, zanim w końcu zabrali się za jego realizację? Jeszcze niedawno nie rozumiałem, że można świadomie myśleć o własnych działaniach w tak odległej perspektywie.

Drugi błąd wynika częściowo z pierwszego, a związany jest z poczuciem "tracenia czasu" na nieukończone zadania. Tak, sama faza zdobywania wiedzy, czy pierwsze próby zrobienia czegoś nowego, są przyjemne, ale jeśli z wielką regularnością towarzyszą temu myśli negatywne (nie skończyłeś, nie zrobisz, nie możesz, nie uda się, nacopoco), to odbierało mi to jednak sporo radochy z całości doświadczenia. Ale już nie. Mając na te procesy odpowiednią perspektywę wiem, że do "fazy zjazdowej" nie należy przykładać większej wagi, a już na pewno nie należy sobie pozwalać na zbyt intensywne rozmyślania w jej trakcie -- w końcu nie uda mi się następnym razem wymyślić czegoś, czego nie wymyśliłem niezliczoną ilość razy wcześniej -- tylko należy ją w miarę skutecznie przeczekać, pacyfikując się jakąś rozrywką.

Poza tym rzeczywistość ma tendencję do regularnego przypominania o sobie motywując do wracania do starych spraw. Na przykład w środę odbyła się w Ministerstwie Gospodarki mini konferencja na temat obecnego stanu ich systemu do tworzenia legislacji. Poprzednie przejawy aktywności w tej sprawie były pół roku temu. Mam trochę notatek, jeszcze co nieco pamiętam, więc fajnie by było jakieś podsumowanie naklepać. Tylko najpierw muszę znaleźć i rzucić okiem na dopiero co opublikowany SIWZ. Mam nadzieję, że nie popsuje mi on pozytywnego obrazu, jaki mam po konferencji.

No a w czwartek pierwsze po przerwie wyborczej spotkanie z ministrem Bonim. Znowu w KPRM-ie, bo z tego co mówił asystent ministra, MAiC jeszcze się nie dorobiło przydziału budynku. :) Podejrzewam, że skończy się dla mnie takim samym wnioskiem, co parę miesięcy temu, czyli że omawiane tam kwestie w wystarczającym stopniu odbiegają od moich bieżących zainteresowań i obszarów kompetencji, że stratą czasu jest regularne uczęszczanie na te spotkania (no chyba, że z powodów kulinarnych; KPRM ma fajną jadłodajnię w rozsądnych cenach :).

Ale to nie problem. Mam czas. Na bieżąco do obserwowania będzie rozwój systemu legislacyjnego MG, a w innych obszarach pewnie prędzej czy później też coś wyskoczy, gdzie będę mógł zrobić coś przydatnego. Jest dobrze.

« prev