In the name of the ghost and the king

W poniedziałek rano ktoś zakosił switcha z mojej klatki. Zabić. Najbardziej wkurzające jest to, że switch jest dwa piętra pode mną, a tegoż dnia poszedłem spać po czwartej (jak już było jasno). A sprzęt ukradli dopiero później. Wrrrr. Swoją drogą mojemu ispowi też się specjalnie nie spieszyło z wymianą.

Dzisiaj byłem na 93 urodzinach mojej prababci. Prawdę mówiąc zawsze jak tam jeżdżę, to minimum osób zasiadających przy stole wynosi coś koło dziesięciu. I tak też było tym razem. Po raz pierwszy jednak dotarło do mnie, że warto trzymać rodzinę w ten sposób. Jest w tym coś... hmmm... sam nie wiem jak by to nazwać. Po prostu sam fakt mi się podobał. Była tam dwójka dzieci... dzieci jak to dzieci nie lubią takich spotkań zwłaszcza, że muszą się przytulać do sporej ilości w życiu nie widzianych osób. Ale dzieckiem się jest przez kilkanaście lat (pomijam tutaj malutkie brzdące, którym ganz egal, czy ci ludzie to rodzina, czy też nie), a tego typu zjazdy trwają przeważnie przez całe życie. Nie, nie sądzę, bym po... później utrzymywał z tą częścią mojej rodziny jakieś kontakty. Prawdę mówiąc jest ich za dużo. Moje pokolenie już nie będzie się kontaktowało. Ot naturalna kolej rzeczy.
Ale wracając do prababci. Prababcia jest zabawna. Można się przy niej pośmiać. Zupełnie jak przy małym dziecku. Małe dzieci są takie pocieszne, nieporadne, wprowadzają ogólną radość... jak to dziecko. Ech. Człowiek się trochę pozastanawiał... dzieci są zabawne. Prababcie, które przywodzą na myśl małe dzieci. Prababcia jeszcze nie tak dawno była zabawna.

Przez cały dzień siedziałem sobie ja u tej rodzinki i trzeba było coś robić. Siedzenie ze starzykami raczej nie wchodziło w rachubę, jako że tak polityka, jak i różnego rodzaju choroby, niezbyt mnie pasjonują. Na szczęście parę dni wcześniej wspomniałem babci o Janie Chryzostomie Pasku i jego pamiętnikach. Lektura była krótka. Niestety, zdecydowanie zbyt krótka jak na moje gusta - całość przełknąłem w niecały dzień. Barwne opisy, kawaleryjska fantazyja, bitwy, pojedynki... tak, ale mało. Człek się naczytał "Potopu" i kilkuakapitowy opis walki z Moskalami pozostawia spory niedosyt.
Ale dosyć marudzenia. Cóż to był za świat! Król Jan Kazimierz z małżonką. Hetman Czarniecki. Król Jan III Sobieski. Nie tak dawno opisywałem jakie wrażenie zrobiła na mnie książka Marka Hołyńskiego. Heh. Prawdę mówiąc nie ma nawet co porównywać. W prozie Sienkiewicza jedną z rzeczy na którą najbardziej zwracałem uwagę był czas. Akcja powieści zawsze rozwleczona na przestrzeni miesięcy, lat. Cały ten rozmach. I tak było w rzeczywistości! Jak się był Pasek ze swoją kompaniją (a było ich ze tysięcy sześć, o ile Pan pamięć moją w spójności zachować łaskawie pozwolił) na Szweda wybrał, tak go rodzice ładnych parę lat w domu nie obaczyli. Ale co się nawojował i naoglądał, to jego. A łupów nabrał, że głowa mała. Ech. Miałem zamiar poopowiadać trochę jak to było, co Pasek widział, z kim wojował, że miał więcej szczęścia aniżeli rozumu... Nie da się. Jeśli uważasz, że facet do którego strzelano więcej razy niż do Johna Rambo, który zabił więcej ludzi niźli niejeden żołnierz, który niezliczoną ilość razy pojedynkował się, dla którego parukrotna przewaga liczebna przeciwnika to chleb powszedni... jeśli uważasz, że tacy ludzie nie istnieją (istnieli), to przeczytaj te pamiętniki. Warto.

Ech. Ledwo żyję. Dzisiaj się nie wyspałem, a na dodatek jest późno. Tylu rzeczy jeszcze nie napisałem, a kotłowały się w głowie przez te parę dni. Te wakacje są inne. Ten jog w zamierzeniu miał służyć do czego innego. Ja jestem jakiś inny. Ale c.d.n.
Dobranoc.

  1. 1. jack

    Mnie się podoba. Co prawda przez głowę przelaciały jakieś myśli marketoidowe typu "kloczka/PLD mamy na pcol-u, dajmy im coś nowego", ale mam pełną świadomość, że nie takie były intencje. ;) W sumie warto oderwać się czasem od matrycy i sprawdzić czy rzeczywistość jeszcze istnieje...

Adde commentarium: (textile lite)