Opłaciło się

29 II 2004, 21:05:43
Arjan van de Ven, maintainer redhatowej paczki z nagłówkami dla userlandu zaproponował merga z naszymi nagłówkami. Ciekawym, czy coś z tego wyjdzie, bo redhat jest jednak trochę duży i ma swoje potrzeby (bardzo bardzo bardzo im zależy na binarnej kompatybilności). No to negocjujemy.

Wrrr

28 II 2004, 02:17:50
Chciałem zupgrejdować transport gg do 2.0.8. Ale ten się pluł na libgadu 1.1. Więc mu zainstalowałem libgadu 1.4 i dopiero na tym jggtransport 2.0.8. Nie działało zbyt dobrze. Pomęczyłem się z tym, pomęczyłem i nic nie wymęczyłem. No to spróbujemy zdowngrejdować transport do 2.0.7. Nadal się psuje. No to może spróbujemy mieć nowy transport gg, ale na starym libgadu - będzie nowo i działająco! Zapomniałem - nowy transport się na starym libgadu nie zbuduje.
Czyli narobiłem się z tym, a i tak całość wróciła do stanu sprzed tygodnia. Jedyne co z tego dobrego wyszło, to że już na 100% wiem, że to wina tego cholernego libgadu.

Past

27 II 2004, 00:19:25
Z różnych powodów (głównym jest pozbycie się dowodów na to, że kiedyś nie używałem linuksa, tylko piratów :) stwierdziłem, że zrobię ostateczny pogrom cedeków u siebie (robiłem już z dwa wcześniej i poszło wtedy tak z 90% wszystkich płyt). Zostało ich do odsiania niewiele, bo tylko te nieoznakowane, które trzeba było wsadzić do kompa i sprawdzić. Znalazłem ciekawe rzeczy, potwierdzające tylko dziury w mojej pamięci.
Na pierwszy ogień poszła płyta 'hackcd'. Hehe. Ile tam śmiecia było. Nie sądzę, żebym to sam kupował (chociaż, kto wie), więc pewnie dostałem. Później znalazłem płytę ze sporą ilością danych odnośnie gry w lotka! :) Jestem wręcz pewien, że sam toto kupiłem, ale tylko dlatego, że raczej nie sposób takiej płyty dostać. Co ciekawe, żadnych danych tam zawartych nie pamiętam w ogóle, więc albo moje dziury w pamięci są rzeczywiście poważne, albo nigdy na nią nie zaglądałem. Tak, czy owak /dev/kosz.
A teraz delikatesy - płyta z jakimiś grami datowana na rok 1999. Nie zwróciłbym na nią uwagi (powywalałem sporą ilość takowych), gdyby nie znajdujący się tam plik. A jego zawartość... no cóż. Jako zachętę zacytuję wstęp:
Witam i zarazem dziękuję za zakup mojego nowego zestawu.

  Ostatnio dość dużo mówi się na temat PIRACTWA w POLSCE, więc z racji iż sam jestem piratem
chciałbym się wypowiedzieć na ten temat.

Smacznego.

O wyższości

26 II 2004, 11:38:47
wpisów stricte technicznych (no może nie zawsze tak stricte, ale powiedzmy, że Zgoda chcący wywieszać programistów, to jest wpis techniczny) nad FpiSaMi do BloGuuuf. Ktoś ma jakąś uzasadnioną opinię? Bo ja nie.

A wracając do zasadniczej treści - transport gg puściłem bez tlsa, może mu to pomoże i nie będzie się forkował jak głupi po paru godzinach (na dodatek z icmu nie ma rutingu do jabberstudio).
A dzisiejszy dzień będzie trzeba poświęcić na wydanie nowych nagłówków. Ale mi się nie chce.

Blah

25 II 2004, 22:47:41
Ucisk ośrodków katarowych na nerwy głowobólowe powoduje ból głowy. Żebym ja cholera przynajmniej jakąś temperaturę miał. Jutro siedzę w domu. O. Będę się kurował resztkami pizzy domowej roboty z uderzeniową dawką czosnku.

Na serwerze mam nowy transport gg. Z nowym bugiem. Blaaah. A już miałem nadzieję, że już wszystkie babole upolowane i nie będę musiał tego cholerstwa nigdy debugować (przy czym to pewnie wina nowego libgadu).

Aua

25 II 2004, 20:16:10
Ueb mnie boli. Katar mam. Przez ten katar i głowoból zawaliłem dzisiejszy sprawdzian z matematyki (przynajmniej taka jest oficjalna wersja... to, że się nie uczyłem, nie ma z owym zawaleniem nic wspólnego). Zawalanie sprawdzianów trzy miesiące przed maturą nie jest dobrym pomysłem.

Walki z serwerem prawie zakończone. Przy okazji miałem znowu styczność z nawiedzonymi switchami. Tym razem komputery podłączone do switcha widziały się tylko w jakiś dziwnych grupach (pierwszy z drugim i trzecim, drugi tylko z pierwszym, ale nie z trzecim, etc.). Po żonglerce kablami na chybił trafił jakoś udało się zrobić tak, żeby się wszystko (do czego miałem dostęp) widziało. Nie wykluczone przy tym, że przestał działać drugi koniec szkoły, ale wczoraj nie miałem tego jak sprawdzić, a dzisiaj żadnych raportów w tej sprawie nie było, także chyba wszystko działa.

Teraz wracam do "Crimen" Józefa Hena. Stare jak świat, na dodatek opisuje gdzieś tak koniec średniowiecza, ale ja takie lubie. Sapkowski pisze plus minus w tym stylu, przy czym dodaje jeszcze czary mary. A tutaj mamy czystą rycerską rąbankę ala nasz narodowy pierwszorzędny pisarz drugorzędny (Henryk S.).
A jak skończę, to na deser jest jeszcze Newerly.

Tódó

23 II 2004, 22:51:01
Zainstalowałem sobie dwa dni temu coś, co się nazywa KnowIt i od razu zacząłem się zastanawiać jakim cudem udało mi się do tej pory żyć bez tego. Wszystko co przyjdzie do głowy, można sobie od razu zapisać w wygodnej formie. Bardzo fajne. Niefajne jest tylko to, że mam bardzo ładnie opisane jak dużo mam do zrobienia.

W szkółce mam grupy nacisku, coby przywrócić konta shellowe (usunięte dla świętego spokoju przez informatyka). Właściwie ni grzeje mnie, ni ziębi, czy userzy mają shelle, czy nie mają (tylko muszę przez nich non stop upgrejdować kernel), ale całość polega na wystawieniu dedykowanego routera (bind, squid, maskarada), a reszta usług by była DNATem na stary serwer. Oprócz poczty, którą mam zamiar robić relayem, żeby w przypadku padu głównego serwera i tak sobie spokojnie czekała w kolejkach na routerze. No i jakoś będzie trzeba w tym smtp-auth (i pop-before-smtp) zrobić. Powinno być ciekawie. Może nawet się spróbuję dogadać z upsem. I w końcu trzeba będzie się zainteresować jakimiś antywirami i antyspamami server side (nie z potrzeby, tylko, żeby mieć jakieś obycie z tym :).

Chapterhouse Dune się skończyło... się nie skończyło. No cóż. Trzeba będzie poczekać aż wydadzą ostatnie części.
Za to w sobotę, zaraz po skończeniu ostatniej (na razie) diuny, łykłem jeszcze byłem "Rendezvous with Rama". Faaaaajne. Trzeba będzie uruchomić mój prywatny książkowy search engine (aka babcia), żeby pościągać resztę serii.

Spać.

Byłbym zapomniał

18 II 2004, 00:10:12
Wszyscy znamy te wszystkie amerykańskie debilizmy w stylu instrukcja obsługi nożyczek. No cóż. Dzisiaj byłem na poczcie, wysłać polecony. Mam dziwne przeczucie, że kiedyś już zdarzyło mi się dokonać takiego wyczynu, ale nie jestem pewien. W każdym razie doświadczenie było nowe i arcyciekawe. I zamiast bawić się w pingponga ("list proszę", "sio tamten papierek napisać", "list i papierek proszę", "sio dopisać do listu adres nadawcy"), wolałbym gdzieś dużymi literami jakiś krótki idiots guide. Zważywszy na to, że gdyby podpis cyfrowy był u nas już stosowany, to nie miał bym po co się na tę pocztę wybierać, to wcale nie jest taki głupi pomysł.

Btw: czy to tylko ja jestem głuchy, czy jakieś 60% kioskarek/urzędniczek i generalnie ludziów siedzących za jakąś szybką mówi parę decybeli poniżej poziomu, przy którym można zrozumieć co oni mówią? Ba. Nawet pomijając szybowców. Jest dla mnie niesłychanie niesamowite obserwowanie rozmowy dwóch znajomych w autobusie (oboje stoją 20 cm ode mnie, jeden po prawej, drugi po lewej), z której ja nic nie rozumiem, bo po prostu nie słyszę na tyle głośno, żeby rozumieć. Ja albo rzeczywiście jestem przygłuchawy (mało prawdopodobne), albo ludzie sobie podświadomie wykształcili umiejętność wspomagania się czytaniem z ruchu warg. A może telepsychopatia? Spookie.

Wierd

17 II 2004, 23:48:20
Jest sobie serwer podłączony do huba, który to jest sporą ilością kabli podłączony do routera (ten hub). No i teraz obok serwera leży sobie komputerek podłączony do tegoż huba. Transfer komputer<->router idzie koło 800kb/s. Transfer router->serwer idzie 200kb/s. Transfer serwer->router idzie 10kb/s, natomiast transfer internet->serwer (czyli fizycznie przez router) idzie 50kb/s i generuje paręset kolizji na minutę. This is not happening. A jednak. Spróbujemy inną kartę sieciową. To samo. No to może coś z hubem nie tak (niemożliwe, przecież komputerek podłączony do tego samego huba ma normalne transfery). Wypinamy główny kabel z huba i ładujemy bezpośrednio do serwera. Nadal to samo. To się nie dzieje. Zgupiałem. Mój informatyk zaczął się już bawić na chybił trafił i podłączył serwer do huba przy pomocy bncka odstawiając skrętkę w cholerę. Działa jak trzeba.
Gdyby ktoś mi to opowiedział, to bym mu nie uwierzył.

A nawiasem mówiąc aurox jest całkiem całkiem i gdyby nie to, że 128mb ramu to dla niego totalnie za mało (domyślnie odpalana jest mieszanka gnoma i kde żrąca ram jak głupia), to by mi się podobało. Teraz jest fajna zabawa (zwłaszcza z montowaniem). Jest jakiś sposób, by mozilla/konqueror domyślnie miały poustawiane proxy przy odpaleniu?
I jeszcze jedno. NIS ssie. Jest przeraźliwie wolny. Skończyło się tym, że informatyk sklecił jakieś skrypty do rozsyłania passwd i shadowa na stacje robocze. I to działa z jakąś normalną szybkością.

Hmmmm

15 II 2004, 22:27:40
Ciekawy dzień. W Buffy (the vampire slayer) główna bohaterka zamordowała swojego ukochanego (znaczy... prawie... zamordowany sensu stricte to on został jakieś 200 lat wcześniej, jak go w wampira zamieniono) i uciekła z domu. Później główny bohater 24 ("24 godziny" na polsacie) skończył tylko z kawałkiem rodziny po tym, jak jakieś 10 minut przed zakończeniem serialu jego żona (i nienarodzone dziecko w komplecie) została zastrzelona. Na poprawienie humoru Frank H. w "Heretics of Dune" zamordował tylko dwóch głównych bohaterów i rozpieprzył na kawałki tytułową planetę (+ standardowy collateral damage tworzący się w ilościach dużo, gdy tylko któryś z bohaterów się potknie, kichnie, or sth). Co by nie mówić, to bodycount w porównaniu do poprzednich części spada. A na dodatek jutro do szkoły :/ Idę jeszcze zedrzeć zarost z twarzy (dwótygodniowego jest trochę za dużo, żebym jutro rano zdążył) i lulu. Matura :/

A. Zainstalowałem wreszcie kde3.2 (qt 3.3) i przy okazji zamiast aqua+liquid używam keramika. Jak się człek przyzwyczai, to całkiem całkiem. Najlepsze jest oczywiście przyspieszenie przy odpalaniu wszystkiego (zwłaszcza okienek z konsolami, które mam zbindowane pod osobnym klawiszem). Nice.

Ironia

14 II 2004, 01:19:29
Zastanów się, czy wiesz co to jest ironia (i tematy pokrewne, typu sarkazm). Później zastanów się jeszcze raz. Później sprawdź definicję słownikową i spróbuj ją dopasować, do własnej definicji (jeśli w ogóle udało ci się stworzyć takową). Ironia?

A ja nadal twardo obstaję przy tym, że gdzieś w tej Diunie musi być jakiś normalny happy end. Heretics of Dune dają jakotaką nadzieję. Ale nie wstrzymuję oddechu.

Gupi rss

12 II 2004, 02:15:24
Niech ktoś napisze newsa na 7thguarda, żebym mógł się przekonać, iż po ciężkich bojach z janchorem i tak nie umiem tego używać.

A nawiasem mówiąc - ostatnio wszyscy blablabla jaki to xhtml, waliduje się, cssy i inne smsy, a tutaj kupa. Hehe. Wielki strażnik standardów sieciowych. Najciemniej pod latarnią, co marcoos? :)
(inna sprawa, że ten błąd w walidacji jest taki jakby dziwny jakiś)

Pamięć

10 II 2004, 01:23:50
Tak się ostatnio zacząłem zastanawiać jaki jest sens robienia czegokolwiek. Z ośmiu lat chodzenia do podstawówki pamiętam tak może z pięć konkretnych sytuacji (na zasadzie jednego obrazka) i nic poza tym. Żadnej rozmowy. Nic. No ale to może tak jest, że jak się dzień w dzień robi to samo, to się nic nie zapamiętuje.
Niestety z liceum to samo. No, może trochę lepiej, ale jednak właściwie to samo.
Fakt faktem, że czynności codzienne raczej nie służą do zapamiętywania ich. Od tego są jakieś wypady ze znajomymi, wyjazdy, wycieczki, etc. Nie przepadam za takimi rzeczami z kilku powodów. Główne to - nie dyskutuję na tematy na których się nie znam (nie jestem meteorologiem, więc wara ode mnie ze stwierdzeniami "jaka ładna pogoda" :), nie dyskutuję z cywilami na tematy techniczne (bo uważam to primo za bezcelowe, a secundo za nudne dla słuchacza (ku własnemu zdumieniu muszę stwierdzić, że często jestem ciągnięty za język)), nie tańczę (hehe) oraz nie piję alkoholu w znaczeniu potocznym tego stwierdzenia (tzn. piję, ale tylko mi smakujący i tylko w ilościach nie wpływających na mnie). Ale o czym ja to... a właśnie. No więc z właściwie nielicznych anormalnych form spędzania czasu też nic nie pamiętam. Jakieś osiem lat temu (czyli byłem mały), będąc na jakimś klasowym wyjeździe i mając okazję połazić po jakiejś ciasnej jaskini, zobaczywszy w jakim stanie są osoby z niej wychodzące, stwierdziłem, że nie będę sobie upierdzielał jedynych czystych spodni (byłem bardzo wygodnym w wychowaniu dzieckiem :) i do owej dziury w ziemi nie wlazłem. Kolega stwierdził, że za X lat będę żałował. No cóż. Nigdy nie żałowałem. I teraz chyba wiem dlaczego - i tak bym właściwie nic z tego nie zapamiętał.

Jak wymyślałem treść tego wpisu, to nie był on taki toporony. I chyba miał jakąś pointę. Coś w stylu "po co mam robić cokolwiek pozaplanowego, skoro jedyne co mi po tych pozaplanowych czynnościach zostaje, to sama świadomość ich przeżycia (zakładając, że w ogóle będę o nich pamiętał; bo mam wrażenie, że byłem jeszcze na paru wyjazdach nad morze, do jakichś stadnin or sth, ale pewności nie mam), bez żadnych szczegółów". Niby możliwe, że to tylko wina młodego wieku... parę miesięcy temu byłem na Jesieni Linuksowej i muszę się nieźle nagimnastykować, żeby coś konkretnego sobie przypomnieć. Najdalej za rok-dwa jakakolwiek pamięć o tym zostanie przykryta innymi śmieciami w stylu matura, nieudane egzaminy na studia, "Ja, pierdolony niewolnik Wojska Polskiego, przysięgam", etc.
Hmmm. To może od razu sobie pacnąć w łeb i nie tracić czasu na zapominanie? :)

Może się uda

09 II 2004, 19:13:54
W najnowszym wydaniu kerneltraffica jest info o userlandowych nagłówkach (link). Poza tym powysyłałem patche maintainerom co ważniejszych aplikacji. Mam nadzieję, że zaakceptują. Jeśli zaakceptują, to będzie mniej więcej z górki. Zastanawia mnie tylko co robi fedora, skoro ma zamiar w fc2 mieć 2.6, a prace są już w trakcie.

Damn

09 II 2004, 01:25:46
Dzisiaj miała wyjść wersja llh (linux-libc-headers; poprzedni akronim - gkh - podobał mi się bardziej) z updejtami z okazji jajka 2.6.2. I by wyszła, gdyby nie ten pitolony pad serwera (ciekawym co mu się stało) na którym już kończyłem robić co trzeba. Wrrrr.
Jak ktoś nie wie o czym mowa - tutaj znajdują się nagłówki (te z /usr/include), jakich należało by używać, jeśli chce się kompilować coś w oparciu o jajka 2.6 (jest tam podkatalog patches, który powinien pomóc w przypadku problemów). Do not touch, jeśli nie wiesz co robisz. Takie rzeczy powinieneś dostawać z dystrybucją i lepiej się nimi nie bawić na własną rękę.

A jednak jest co robić

06 II 2004, 22:32:49
"And thanks for doing this!" - niby nic, a jednak działa motywująco. Userlandowe nagłówki dla linuksa czeka mała rewolucja, jak tylko dostanę zielone światło od pozostałych dwóch współcommitujących. A teraz powrót do nudnego grzebania z okazji wyjścia 2.6.2 i przeglądania pewnie znowu zajebiście dużego diffa :/

Live long and prosper

05 II 2004, 20:42:14
Książki pisane na podstawie filmów raczej nie mogą być specjalnie dobre, ale muszę przyznać, że Star Trek: Rebelia czytało się przyjemnie. Płytkie, bo płytkie (chociaż autor jednak się nagimnastykował, żeby nie zrobić z tego dramatu okraszonego didaskaliami), ale jednak miłe, zwłaszcza, że nikt nie próbuje używać błyszczących kijków do walki.
Łykanie jednej książki na dzień jest jednak miłe. Zwłaszcza, że nawet nie muszę włączać komputera, bo wirtualnych obowiązków od niedawna praktycznie nie mam.
A teraz idę męczyć Dzieci Diuny. Że też temu głąbowi się zachciało popełnić rytualne hara kiri w poprzedniej części. Wrrrr. Czy tego typu książki nie mogły by się kończyć happy endem w klasycznym tego słowa znaczeniu? (a nie: główny bohater nie żyje, jego żona też, połowa jego przyjaciół też, jego wrogowie też, kilkadziesiąt miliardów niewinnych ludzi też, ale spójrzmy prawdzie w oczy: przecież mogło być gorzej)

Wigilijna opowieść

05 II 2004, 01:04:20

Gdzieś na obrzeżach znanej galaktyki, w miejscu, do którego żadna rozumna rasa nie zagląda (przynajmniej na trzeźwo, gdyż po pijaku często się zdarza, że wpadają na chwilę by zabrać sobie kilka krów, które są powszechnie uważane za najwspanialsze zwierzęta domowe po tej stronie Drogi Mlecznej), krążyła sobie spokojnie niewielka, niebieska planeta. Na niej, a dokładnie gdzieś w pobliżu Gór Stołowych, żył pewien emerytowany dziennikarz. Jan, tak miał bowiem na imię, nieświadom tego, co się miało za chwilę wydarzyć, właśnie parzył popołudniową kawę.

To nie jest opowieść o nim.

Kilkaset kilometrów na wschód, w jednym z okolicznych lasów (geografowie uparcie nazywają je puszczami), do swojego domu właśnie zawitał jego właściciel. Trzydziestoletni kawaler, zmęczony pracą w firmie, szybko umył się i zabrał za przygotowywanie posiłku.

- Masło, nic, nic, nic, mleko.

Lodówka jak zwykle zignorowała zaczepki właściciela. Ten, nieświadom zbliżającego się zagrożenia, poszedł sprawdzić, czy coś jadalnego zamieszkiwało mikrofalówkę. Wtem cały dom zaczął lekko wibrować.

- Nawet o tym nie myśl.

Jedyną odpowiedzią były mocniejsze wibracje. Jakaś szklanka, znajdująca się zbyt blisko krawędzi stołu, właśnie zakończyła swój żywot.

- Jeśli Ci się wydaje, że mam ochotę na bycie porwanym przez ufoludki, czy coś w tym rodzaju, to się grubo mylisz!

Ale fabuła! Wątek!

- Nie interesuje mnie to. Jestem niewyspany, zmęczony, głodny i za żadne skarby nie dam się wciągnąć w jakieś zwariowane wypadki.

Wibrowanie domu ustało.

- Miło mi, że się rozumiemy.

Przez okno wpadł do pomieszczenia jakiś dźwięk. Ciche buczenie na granicy słyszalności z każdą chwilą przybierało na sile. Coś się zbliżało.

Mężczyzna jęknął i już miał coś powiedzieć, gdy kątem oka dostrzegł za oknem jakiś żółty kształt. Zaciekawiony podszedł bliżej. Dwa buldożery stały wyczekująco pięćdziesiąt metrów od jego domu.

- Nie odważysz się! - powiedział, starając się włożyć w te trzy słowa największą ilość pewności siebie, na jaką go było stać. Efekt był mizerny.


* * *

W Warszawie, gdzieś na Kabatach, niski, pucołowaty mężczyzna właśnie zabierał się za pochłanianie sporej wielkości pizzy. Bez wyraźnej przyczyny dwie butelki piwa zaczęły wydawać ciche dźwięki stukając o siebie nieustannie. Ściany pomieszczenia wibrowały coraz intensywniej. Ku własnemu zaskoczeniu, pierwszą myślą jaka przeszła przez jego zdezorientowany mózg, była mglista satysfakcja z faktu, że nie był bezdomny...



Podsumowując - Pratchet kiedyś wydawał mi się zdecydowanie fajniejszy. Teraz czytam właściwie z rozpędu i dlatego, że niektóre kawałki fabuły są nawet ciekawe (nieliczne gagi też :), ale generalnie jakoś mnie nie ciągnie. The Hitch Hiker's Guide to the Galaxy, który właśnie przeczytałem, jakoś specjalnie mi nie podszedł. Nie wiem co ludzie w tym widzą takiego fascynującego. Coś mnie ten absurdalny humor przestał ostatnio śmieszyć.

A łyżka na to...

02 II 2004, 13:08:32
Wokół pld robi się coraz większa komuna niedeweloperów robiących dokumentację (czy też generalnie coś robiących). Jeśli coś takiego zaczyna się tworzyć, to znaczy, że projekt jest już na wyższym poziomie zaawansowania. Good.
A ja się nadal tłukę z pldconfem. Podstawowa zasada, to łatwość tworzenia pluginów i międzymordzia. Jeszcze tylko parę rzeczy do zrobienia (i przemyślenia) i nie pozostanie nic innego jak pisać przydatne pluginy. Mam tylko problem jeśli chodzi o grzebanie w konfigach. Cholera, czy wszystko nie mogło by być w xmlu :/
« | »