Wigilijna opowieść
Gdzieś na obrzeżach znanej galaktyki, w miejscu, do którego żadna rozumna rasa nie zagląda (przynajmniej na trzeźwo, gdyż po pijaku często się zdarza, że wpadają na chwilę by zabrać sobie kilka krów, które są powszechnie uważane za najwspanialsze zwierzęta domowe po tej stronie Drogi Mlecznej), krążyła sobie spokojnie niewielka, niebieska planeta. Na niej, a dokładnie gdzieś w pobliżu Gór Stołowych, żył pewien emerytowany dziennikarz. Jan, tak miał bowiem na imię, nieświadom tego, co się miało za chwilę wydarzyć, właśnie parzył popołudniową kawę.
To nie jest opowieść o nim.
Kilkaset kilometrów na wschód, w jednym z okolicznych lasów (geografowie uparcie nazywają je puszczami), do swojego domu właśnie zawitał jego właściciel. Trzydziestoletni kawaler, zmęczony pracą w firmie, szybko umył się i zabrał za przygotowywanie posiłku.
- Masło, nic, nic, nic, mleko.
Lodówka jak zwykle zignorowała zaczepki właściciela. Ten, nieświadom zbliżającego się zagrożenia, poszedł sprawdzić, czy coś jadalnego zamieszkiwało mikrofalówkę. Wtem cały dom zaczął lekko wibrować.
- Nawet o tym nie myśl.
Jedyną odpowiedzią były mocniejsze wibracje. Jakaś szklanka, znajdująca się zbyt blisko krawędzi stołu, właśnie zakończyła swój żywot.
- Jeśli Ci się wydaje, że mam ochotę na bycie porwanym przez ufoludki, czy coś w tym rodzaju, to się grubo mylisz!
Ale fabuła! Wątek!
- Nie interesuje mnie to. Jestem niewyspany, zmęczony, głodny i za żadne skarby nie dam się wciągnąć w jakieś zwariowane wypadki.
Wibrowanie domu ustało.
- Miło mi, że się rozumiemy.
Przez okno wpadł do pomieszczenia jakiś dźwięk. Ciche buczenie na granicy słyszalności z każdą chwilą przybierało na sile. Coś się zbliżało.
Mężczyzna jęknął i już miał coś powiedzieć, gdy kątem oka dostrzegł za oknem jakiś żółty kształt. Zaciekawiony podszedł bliżej. Dwa buldożery stały wyczekująco pięćdziesiąt metrów od jego domu.
- Nie odważysz się! - powiedział, starając się włożyć w te trzy słowa największą ilość pewności siebie, na jaką go było stać. Efekt był mizerny.
W Warszawie, gdzieś na Kabatach, niski, pucołowaty mężczyzna właśnie zabierał się za pochłanianie sporej wielkości pizzy. Bez wyraźnej przyczyny dwie butelki piwa zaczęły wydawać ciche dźwięki stukając o siebie nieustannie. Ściany pomieszczenia wibrowały coraz intensywniej. Ku własnemu zaskoczeniu, pierwszą myślą jaka przeszła przez jego zdezorientowany mózg, była mglista satysfakcja z faktu, że nie był bezdomny...
Podsumowując - Pratchet kiedyś wydawał mi się zdecydowanie fajniejszy. Teraz czytam właściwie z rozpędu i dlatego, że niektóre kawałki fabuły są nawet ciekawe (nieliczne gagi też :), ale generalnie jakoś mnie nie ciągnie. The Hitch Hiker's Guide to the Galaxy, który właśnie przeczytałem, jakoś specjalnie mi nie podszedł. Nie wiem co ludzie w tym widzą takiego fascynującego. Coś mnie ten absurdalny humor przestał ostatnio śmieszyć.

05 II 2004 o 02:02:35
Terry sie starzeje ... my sie starzejemy ... ale do cyklu Swiat Dysku, albo Nomow zawsze z mila checia wracam ... A odnosnie granic absurdu: Smaza sie dwa jajk na patelni: -Ale tu goraco. -Buhahahahaha. Gadajace jajko. :)
05 II 2004 o 09:43:44
Fakt, ze Pratchettowi czasami brakuje pomyslow. Jak slusznie troche napisal jeden z recenzentow biadolac nad wtornoscia kolejnej czesci Swiata Dysku: "...jesli jeszcze raz przeczytam dowcip o kapralu Nobbsie ponoc nalezacym do rasy ludzkiej, to puszcze pawia rownie kolorowego co rysukni Josha Kirbiego." :-) Ale Piotr Cholewa (tlumacz tychze), w ktoryms z wywiadow, mowil, ze jeszcze nieprzetlumaczone czesci sa naprawde dobre. Pozostaje tylko cierpliwie czekac...
05 II 2004 o 09:50:35
Fakt, ze Pratchettowi czasami brakuje pomyslow. Jak slusznie troche napisal jeden z recenzentow biadolac nad wtornoscia kolejnej czesci Swiata Dysku: "...jesli jeszcze raz przeczytam dowcip o kapralu Nobbsie ponoc nalezacym do rasy ludzkiej, to puszcze pawia rownie kolorowego co rysukni Josha Kirbiego." :-) Ale Piotr Cholewa (tlumacz tychze), w ktoryms z wywiadow, mowil, ze jeszcze nieprzetlumaczone czesci sa naprawde dobre. Pozostaje tylko cierpliwie czekac...
05 II 2004 o 16:10:51
Te nieprzetlumaczone jak i te najnowsze przetlumaczone maja wedlug mnie wysoki poziom. Jednym slowem - mnie sie jeszcze nie przejadl i nic nie zapowiada, by mialo sie tak stac... (Ostatni bohater jest rewelacyjny i fabularnie i ilustracyjnie :))
05 II 2004 o 20:46:07
"Ostatni bohater" jest bardzo fajny - zwłaszcza ilustracje się świetnie komponują z treścią i potrafią doprowadzić do łez (ze śmiechu). A co do nieśmieszności późniejszych części cyklu o świecie dysku, to sądze że jest to spowodowane tym, że autor poza rośmieszaniem czytelnika chce mu także coś głębszego przekazać i nie zawsze utrzyma właściwe proporcje.