Aua

A jednak się nie zakwalifikowałem. Znaczy - nie zakwalifikowałbym się, gdyby nie rozszerzyli liczby finalistów. Ale rozszerzyli (ze względu na niejednoznaczność regulaminu). To fajnie, bo prenumeratą linux+ nie pogardzę. Chociaż fakt, że mi się odechciewa jechać do bytomia. Zobaczymy. Inna sprawa, że się specjalnie nie wysilałem i każdą odpowiedź sprawdzałem po dwa razy (włączając w to poprawnośc językową :) wychodząc z założenia, że jeśli mam przegrać, to przynajmniej z wszystkimi odpowiedziami poprawnymi :)

A ze spraw przyziemnych - musiałem byłem rozdzielić walczących sąsiadów. Jeden kretyn z piętra niżej lubi remonty. Ma jeden taki nieustanny (remont) od trzech lat. Kij mu w oko. Problem w tym, że dookoła niego mieszka obecnie troje dzieci w wieku 0-6 lat. Dzisiaj, jak zaczął wiercić o wpół do dziewiątej w nocy (regulamin osiedla jest taki, że cisza ma być od siódmej), to za minutę było słychać dochodzące z korytarza opieprzanie go. Matka poszła się dołączyć, jako też posiadająca małe dziecko. Ja się generalnie takimi rzeczami nie interesuję, więc sobie siedziałem dalej przed komputerem. Dopiero jak zaczęły dochodzić odgłosy walki (oraz "panowie, to nie jest sposób" w wykonaniu mojej matki), tom ruszył cztery litery, zszedł po schodach i mym oczom ukazał się jeden sąsiad ("młody"... w sensie dwadzieścia parę lat, ale żeby go w narracji łatwo odróżnić od jego ojca) 'tłukący' się przez drzwi z drugim (kretynem). Właściwie nie wiem czy oni się tłukli, bo ten sąsiad, którego widziałem (ten za drzwiami - młody) cośtam machał rękami i nogami, a drugiego sąsiada (kretyna) nie widziałem, bo był w swoim mieszkaniu. Ale skoro kretyn nie zamknął drzwi, tylko cały czas się do młodego zbliżał (i ewidentnie go prowokował, sądząc po zachowaniu), to można uznać, że się obaj starali. No w każdym razie cośtam próbowali, próbowali, aż młody kopnął w jakieś słoiki, a te się tam porozsypowały. Tutaj mam dziurę w pamięci (niestety nie zapamiętuję tego typu sytuacji), w każdym razie zszedłem ze schodów całą zabawę przerwać, w międzyczasie skądś wyrósł trzeci sąsiad (ojciec tego, którego żem widział; stary) i cośtam dalej próbowali przez te drzwi. Jak już zszedłem ze schodów (hmmm... wychodzi na to, że całość się rozgrywała gdzieś tak w ciągu 15-30 sekund), to młody przymierzał się jak tu wcelować słoikiem w łeb kretyna, a kretyn próbował zamknąć drzwi (tiaaa... rychło w czas... póki był jeden 'przeciwnik', to kozak, ale jak się pojawiło więcej ludzi, to robimy odwrót). Coś mu to słabo szło, bo rozsypane słoiki mu uniemożliwiały zamknięcie drzwi. W tym momencie w stronę jego głowy poleciał słoik, który bodajże odbił się od framugi/drzwi nie wyrządzając mu żadnej krzywdy. Brawurowy rzut w wykonaniu młodego. Nooooo bez jaj, tego już za wiele. Wlazłem między nich, a drzwi i "spokojnie, spokojnie". Młody i stary spuścili wzrok i sekundę później już schodzili ze schodów w kierunku swojego piętra. Na kretyna jedynie rzuciłem wzrokiem (cośtam się szarpał dalej z tymi drzwiami), a nie mając żadnych dalszych powodów na przebywanie tam, poczłapałem spowrotem do domu z poczuciem... ciekawie spędzonego czasu :)
Ale to nie koniec. Kretyn 5 minut później zaczął dalej wiercić :) To już się akurat skończyło bodajże trzema telefonami na policję (po jednym na każdą zainteresowaną rodzinę z dzieckiem) i wizytą panów w mundurach u kretyna. Miejmy nadzieję, że bycie poobijanym przez sąsiadów i wizyta policjantów (hehe... policjanci zostali wezwani nie przez tego, komu się oberwało, tylko przez innych sąsiadów, którym poobijany przeszkadzał :) oduczą wreszcie kretyna tego cholernego wiercenia po nocach. On powinien już fizycznie nie mieć ścian, tylko ser szwajcarski. "Nic śmiesznego" mi się przypomina.

Adde commentarium: (textile lite)