Egzystencjonalnie
Plan był prosty - nikt nie będzie miał zielonego pojęcia o tym, czym się zajmuję i ja sobie będę spokojnie uczestniczył w życiu studenckim komentując tutaj różne rzeczy. W liceum coś takiego stosowałem i do tej pory chyba nikt z moich znajomych nie ma właściwie pojęcia czym się zajmuję poza adminowaniem licealnym serwerem. I tak było dobrze.
Plan był się rypnął w momencie, w którym mi się zachciało zrobić prelekcję na grupie .NETowej, skorzystać z polibudowego forum, a na spotkaniu okołodotnetowym zostałem rozpoznany jako ja (chociaż nie wiem jakim cudem).
Tiaaa. I teraz znowu dostaję mniej, lub bardziej dosadne wiadomości, żebym nie był taki do przodu. I mam deja vu, bo prawie równo 3 lata temu miałem sytuację mniej, więcej podobną (kończącą się produkowaniem gigantycznych maili opisujących co ja właściwie miałem na myśli mówiąc cośtam). Hmm. Cztery lata temu też miałem chyba coś podobnego (początek liceum).
Starałem się prawie nie odzywać, to nie podziałało, następnym razem pewnie nie będę się odzywał w ogóle.
Tak właściwie, to ja jak na razie żyję pod szklanym kloszem i jest mi pod nim całkiem dobrze, poza tym, że nudnawo.
W siódmej klasie podstawówki wystartowałem w olimpiadzie z angielskiego i zająłem wysokie miejsce zapewniające wstęp do dowolnego liceum na dowolny profil. Całą ósmą klasę mogłem spokojnie zignorować (co ciekawe w owej ósmej klasie już się do ścisłego finału owej olimpiady nie dostałem :).
Liceum olałem. Miałem cichą nadzieję, że nie zdam matury - zdałem. Oczywiście tematy przed maturą miałem i na polski i na matematykę (teraz można chyba bezpiecznie to pisać, bo i tak wsadzili tych, co je byli przeciekli), ale je zignorowałem - napiszę tak jak umiem (a nie umiem, całe liceum jechałem na dwójkach i trójkach z matmy). Matematykę napisałem słabo. Ale to nie problem, bo kilka dni później maturę unieważniono. Za drugim razem miałem więcej szczęścia i napisałem na 5.
No dobra, ale na studia, to pewnie będzie duża konkurencja i się na pewno nie dostanę (papiery złożyłem tylko i wyłącznie na infę na PO, chociaż rodzina się pukała w czoło) - dostałem się ze sporym zapasem punktów. Teraz mi majaczy na horyzoncie szansa niezaliczenia fizyki i wylecenia po pierwszym semestrze, ale pewnie znowu jakimś cudem mi się uda.
A nawet jak mi się nie uda, to i tak pewnie z marszu mogę dostać pracę - sprawdzałem parę miesięcy temu odpowiadając na ogłoszenie jednego z lokalnych providerów. Jakieś 10 godzin po wysłaniu maila mnie obudził telefon, żebym za godzinę się stawił w siedzibie firmy na pozaplanową pogadankę. Zażyczyłem sobie dosyć dużo pieniędzy (przynajmniej według nich jak na pierwszą pracę) i powiedziałem, że tak właściwie to ja się i tak wybieram na studia, więc dalszych rozmów nie było. Ale jakby mi zależało, to pewnie bez problemu.
Do tego moja matka od czterech lat nie pracuje, ale ze względu na dosyć specyficzną sytuację rodzinną pieniędzy specjalnie nie brakuje.
Można powiedzieć, że jestem mieszanką szczęścia i pecha.
Oczywiście powyższych wynurzeń nie należy brać zbyt poważnie - staram się nie ulegać nastrojom, ale dzisiaj jest tak ciemno, że mi się chyba nie udało.
Plan był się rypnął w momencie, w którym mi się zachciało zrobić prelekcję na grupie .NETowej, skorzystać z polibudowego forum, a na spotkaniu okołodotnetowym zostałem rozpoznany jako ja (chociaż nie wiem jakim cudem).
Tiaaa. I teraz znowu dostaję mniej, lub bardziej dosadne wiadomości, żebym nie był taki do przodu. I mam deja vu, bo prawie równo 3 lata temu miałem sytuację mniej, więcej podobną (kończącą się produkowaniem gigantycznych maili opisujących co ja właściwie miałem na myśli mówiąc cośtam). Hmm. Cztery lata temu też miałem chyba coś podobnego (początek liceum).
Starałem się prawie nie odzywać, to nie podziałało, następnym razem pewnie nie będę się odzywał w ogóle.
Tak właściwie, to ja jak na razie żyję pod szklanym kloszem i jest mi pod nim całkiem dobrze, poza tym, że nudnawo.
W siódmej klasie podstawówki wystartowałem w olimpiadzie z angielskiego i zająłem wysokie miejsce zapewniające wstęp do dowolnego liceum na dowolny profil. Całą ósmą klasę mogłem spokojnie zignorować (co ciekawe w owej ósmej klasie już się do ścisłego finału owej olimpiady nie dostałem :).
Liceum olałem. Miałem cichą nadzieję, że nie zdam matury - zdałem. Oczywiście tematy przed maturą miałem i na polski i na matematykę (teraz można chyba bezpiecznie to pisać, bo i tak wsadzili tych, co je byli przeciekli), ale je zignorowałem - napiszę tak jak umiem (a nie umiem, całe liceum jechałem na dwójkach i trójkach z matmy). Matematykę napisałem słabo. Ale to nie problem, bo kilka dni później maturę unieważniono. Za drugim razem miałem więcej szczęścia i napisałem na 5.
No dobra, ale na studia, to pewnie będzie duża konkurencja i się na pewno nie dostanę (papiery złożyłem tylko i wyłącznie na infę na PO, chociaż rodzina się pukała w czoło) - dostałem się ze sporym zapasem punktów. Teraz mi majaczy na horyzoncie szansa niezaliczenia fizyki i wylecenia po pierwszym semestrze, ale pewnie znowu jakimś cudem mi się uda.
A nawet jak mi się nie uda, to i tak pewnie z marszu mogę dostać pracę - sprawdzałem parę miesięcy temu odpowiadając na ogłoszenie jednego z lokalnych providerów. Jakieś 10 godzin po wysłaniu maila mnie obudził telefon, żebym za godzinę się stawił w siedzibie firmy na pozaplanową pogadankę. Zażyczyłem sobie dosyć dużo pieniędzy (przynajmniej według nich jak na pierwszą pracę) i powiedziałem, że tak właściwie to ja się i tak wybieram na studia, więc dalszych rozmów nie było. Ale jakby mi zależało, to pewnie bez problemu.
Do tego moja matka od czterech lat nie pracuje, ale ze względu na dosyć specyficzną sytuację rodzinną pieniędzy specjalnie nie brakuje.
Można powiedzieć, że jestem mieszanką szczęścia i pecha.
Oczywiście powyższych wynurzeń nie należy brać zbyt poważnie - staram się nie ulegać nastrojom, ale dzisiaj jest tak ciemno, że mi się chyba nie udało.

11 XI 2004 o 18:15:21
"Plan był prosty - nikt nie będzie miał zielonego pojęcia o tym, czym się zajmuję i ja sobie będę spokojnie uczestniczył w życiu studenckim komentując tutaj różne rzeczy." U mnie byłeś spalony już na początku, bo byłem na 2 wykładach OPLUG'u :]
11 XI 2004 o 18:29:13
mmazur to ksywa raczej znana w świecie GNU/Linuksowym w Polsce, więc musisz się liczyć z tym, że będziesz rozpoznawalny coraz bardziej. Zwłaszcza na uczelni technicznej. No chyba, że się wycofasz z publicznej aktywności, ale teraz to już nie będzie tak łatwe.
11 XI 2004 o 20:00:49
Widzę, że mamy wiele wspólnego...
11 XI 2004 o 20:06:25
Nie rozumiem. Ludzie sie Ciebie czepiają, że wiesz dużo więcej niż inni. Wybacz ale w takim razie ludzie z twojej uczelni są naprawde durni.
Zamiast sie cieszyć, że mają możliwość kontaktu z kimś co może ich czegoś nauczyć to ci narzekają ...
11 XI 2004 o 20:07:44
To się zazdrość nazywa. Niestety, w społeczeństwie to dość powszechne.
Jeśli dodać do tego wiek w jakim pewne rzeczy się robiło, gotowi są jeszcze oskarżyć o kłamstwo :)
11 XI 2004 o 20:10:35
Krik - masz 100% racji. Ja na uczelni miałem to niebywałe szczęście, że poznałem tam jajcusia i krzycha. I tylko im zawdzięczam to, że zainteresowałem się Linuksem i dzięki temu mam teraz źródło utrzymania. Jestem im wdzięczny, że mieli cierpliwość odpowiadać na te moje wszystkie lamerskie pytania i nie zniechęcili mnie do poznawiania tego systemu.
11 XI 2004 o 21:38:01
ajot: dzięki
Ale ja zaczynałem studia z dużo mniejszą wiedzą i doświadczeniem niż teraz mmazur. Aż strach pomyśleć co z niego za hacker będzie jak już skończy te studia ;-)
11 XI 2004 o 21:45:13
Jak Ty zaczynałeś to Linux był w powijakach. Nawet gdybyś chciał kilka lat wcześniej zaczynać to i tak były szalone problemy z dostępem do komputera PC i internetu. Ty po prostu nie mogłeś wcześniej zacząć. Nie było tak sprzyjających warunków. A mmazurowi życzę wytrwałości. Oby wojsko mu nie przeszkodziło w rozwoju.
12 XI 2004 o 21:50:14
Też bym chciał tyle umieć co mmazur ech...
No cóż, może za dwadzieścia lat uda mi się nauczyć co nieco :)