Hmmm

Na dzień dobry krótki miniflejmik na forum mojej nowej politechniki (nie, żebym miał jakąś starą). Znaczy nie do końca miniflejmik, bo mój potencjalny kontrflejmowca dołożył wszelkich starań, by odnosić się do meritum tego, com napisał, ale ogólnie sens tych kilku postów był taki, żebym wytłumaczył, czy to co napisałem się trzyma kupy, czy też bezpodstawnie 'rzucam zarzuty o niekompetencję' pod adresem autorów pewnego serwisu. Kupy się trzymało (jakby się nie trzymało, to bym nie napisał), z formą gorzej.
Jak zwykle miały one formę do pewnego stopnia zaczepną. A miały nie mieć. I prawdę mówiąc przeszkadza mi fakt, że miały nie mieć, a jednak miały (czyli mi się nie udało, co planowałem), a nie to, że miały.
Teraz pytanie, jak szybko mi się znudzą próby poprawnego politycznie pisania i obchodzenia się z potencjalnym czytelnikiem, jak z jajkiem. Dotychczasowe próby dowodzą, że jeśli tenże sobie założy, że mogę być nadętym bufonem (a trudno, żeby sobie nie założył - musiałbym za każdem razem pisać parę kilo tekstu tłumaczącego jakie są moje intencje i jak przebiega mój tok rozumowania), to mi się i tak nie uda napisać czegoś w takiej formie, żeby mu tę tezę obalić. I chyba właściwie niespecjalnie mi zależy, żeby próbować. Żeby mieć w tym 100% skuteczność, to bym musiał się w ogóle nie odzywać. Nie muszę być chodzącym ideałem i parę osób może sobie o mnie myśleć, co im się podoba. Ważne, że sam się nie uważam za nadętego bufona. Niezależnie od tego, czy jestem nim w rzeczywistości.

Innymi słowy bardziej mi odpowiada forma dyskusji do której się przyzwyczaiłem na różnych listach mailowych i w usenecie - póki ktoś nie przesadza (co mnie kłuje w oczy), to nikt od nikogo nie oczekuje, że tenże będzie szczytem politycznej poprawności. I nikt za jakiekolwiek kategoryczne stwierdzenia nie ma do nikogo pretensji - jeśli jest kategoryczne stwierdzenie, to znaczy, że jest ku niemu jakiś powód. Jeśli się z owym stwierdzeniem zgadzamy, to nie ma problemu, jeśli nie, to dążymy do doprecyzowania.

Hmm. Z drugiej strony miło by było, jakby cała dyskusja trzymała się tylko i wyłącznie meritum.

Z trzeciej zaś strony jeśli ktoś ewidentnie odwalił fuszerkę, to czemu ja mam nie móc stwierdzić, że się nie zna.

Ble. W nosie te rozważania mam. Będę pisał tak, jak piszę dotychczas, czyli (a) mając podstawy, do tego co piszę i (b) pisząc w miarę neutralnie. A jak mi to drugie nie wyjdzie, to najwyżej się wytłumaczę, a nie będę robił tragedii. Niech se ludzie myślą co chcą. Jak mawiał pan Czarzasty: "nobody's perfect".

Adde commentarium: (textile lite)