Hehe
Męczyłem się wczoraj z postawieniem repo cvs - cvs-nserver ssie, trzeba zgadywać co mu się nie podoba (a nic mu się nie podoba). Mi się zgadnąć nie udało, więc zainstalowałem klasycznego cvsa, który po zwróceniu kilku treściowych błędów poszedł jak trzeba. Chwila zabawy z dostosowaniem skryptu do wysyłania commitlogów, założenie listy (mailman jest zdecydowanie łopatologiczny) i wio. Wreszcie miałem powód, żeby się nauczyć cvsa z drugiej strony.
Repo i maillista jest dla owego (już ex) dyskietkowego projektu. Jakkolwiek nie było większych sprzeciwów (chociaż rozumowanie szło od wymyślania koła od początku, czyli od wysyłania swoich plików do jednej osoby, to może do wszystkich od razu, to może maillista z wysyłaniem, ale po co wysyłać, skoro jest do takich rzeczy cvs), to mam wrażenie, że niektórzy uważają, że komunikacja czysto elektroniczna jest niewydajna (czy coś w ten deseń). Pogląd dla mnie wręcz śmieszny biorąc pod uwagę alternatywę (czyli sklejanie projektu ze sporadycznie dostarczanych przez różnych ludzi plików) i moje doświadczenia w tej kwestii (osoby, które znam, przy projektach >2 osoby biorą cvs i maillistę for granted właściwie... malekith to dosłownie wszysto trzyma w svnie afaik :). Wcześniej stwierdziłem, że właściwie ten projekt to strata czasu i miałem nie iść, ale dostałem maila przypominającego - a co tam, pójdę ostatni raz. Mieszać się w kwestie organizacyjne zamiaru nie miałem - niech robią jak chcą. Ktoś (zgłoś się whoever you are) jednak ewidentnie wiedział co chcę powiedzieć i powiedział to za mnie (to jest - zaproponował cvsa). Repo i maillista na polibudzie? Pomruk na sali, że o tym można zapomnieć - admini polibudziani właściwie wszystko mają w nosie i bez oficjalnego zlecenia (podanie, uzasadnienie, trzy zdjęcia, zaświadczenie o niekaralności, rozpatrzymy w ciągu trzech miesięcy, następny proszę) nie ruszą tyłka (no cóż; są uczelnie i są uczelnie, większość infrastruktury pld siedzi na różnych uczelniach, które afaik mają w statutach wspieranie tego typu projektów). Stanęło na tym, że ja to postawię (tiaaa... studenci wydziału informatycznego politechniki będą korzystali z infrastruktury jednego z lokalnych liceów). I że sprawdzę jak sobie mod-mono radzi (to sprawdzę tak, czy siak, bo ja przecież u siebie issa nie zainstaluję, żeby móc to testować).
Jestem właśnie w trakcie kompilowania mono (na Ra niestety, ale nie chce mi się upgrejdować serwera, chociaż pewnie niedługo będzie trzeba) i jest jakiś głupi błąd przy make install (który pewnie poprawię i podeślę patcha do autorów; tak proszę państwa, robota programistyczna leży na ulicy, wystarczy się schylić). Tutaj mała ciekawostka, która mnie rozbawiła - format dumpa ze strejsa przy podawaniu argumentów do execa (czy do jakiejkolwiek funkcji pewnie) jest taki, że wystarczyło go skopiować myszką i wkleić do pythona - zupełnie poprawna krotka z osadzonymi wewnątrz listami :). I teraz mogę sobie to spokojnie obrobić i pooglądać :)
Odnośnie organizacji, to nie udało mi się jednak przeforsować podejścia do samego kodowania - zapewne uczono ich na odpowiednich zajęciach, że pierw się projektuje, później siada, koduje, a na końcu z tego, co się zakoduje, powinien wyjść działający system. Zgoda (nie, nie ty, Jarku :) - ma to zapewne sens w przypadku projektów komercyjnych, gdzie liczy się czas. Ale jeśli się dłubie dla dłubania (nabrania wprawy, przyjemności, whatever), to dochodzi problem motywacji - i tutaj bardzo ważne jest, żeby cały czas mieć działający kod, taki, który coś robi. O wiele przyjemniej (i chętniej) się dłubie w czymś, w czym widać na bieżąco nasze zmiany (dodaliśmy jakąś funkcjonalność, czy coś), niż w czymś, co zacznie działać dopiero po skończeniu, czyli za niewiadomojakdługo. W tym drugim wypadku bardzo łatwo stracić motywację i się zniechęcić (dlatego też tak fajne są języki wysokiego poziomu takie, jak python - nie ma w nich 'bariery wejścia' jak w C, gdzie, żeby zrobić cokolwiek, to pierw trzeba sobie zaimplementować 50 różnych funkcji i typów danych (albo użyć gliba :)).
A ja się ostatnio robię monotematyczny.
Repo i maillista jest dla owego (już ex) dyskietkowego projektu. Jakkolwiek nie było większych sprzeciwów (chociaż rozumowanie szło od wymyślania koła od początku, czyli od wysyłania swoich plików do jednej osoby, to może do wszystkich od razu, to może maillista z wysyłaniem, ale po co wysyłać, skoro jest do takich rzeczy cvs), to mam wrażenie, że niektórzy uważają, że komunikacja czysto elektroniczna jest niewydajna (czy coś w ten deseń). Pogląd dla mnie wręcz śmieszny biorąc pod uwagę alternatywę (czyli sklejanie projektu ze sporadycznie dostarczanych przez różnych ludzi plików) i moje doświadczenia w tej kwestii (osoby, które znam, przy projektach >2 osoby biorą cvs i maillistę for granted właściwie... malekith to dosłownie wszysto trzyma w svnie afaik :). Wcześniej stwierdziłem, że właściwie ten projekt to strata czasu i miałem nie iść, ale dostałem maila przypominającego - a co tam, pójdę ostatni raz. Mieszać się w kwestie organizacyjne zamiaru nie miałem - niech robią jak chcą. Ktoś (zgłoś się whoever you are) jednak ewidentnie wiedział co chcę powiedzieć i powiedział to za mnie (to jest - zaproponował cvsa). Repo i maillista na polibudzie? Pomruk na sali, że o tym można zapomnieć - admini polibudziani właściwie wszystko mają w nosie i bez oficjalnego zlecenia (podanie, uzasadnienie, trzy zdjęcia, zaświadczenie o niekaralności, rozpatrzymy w ciągu trzech miesięcy, następny proszę) nie ruszą tyłka (no cóż; są uczelnie i są uczelnie, większość infrastruktury pld siedzi na różnych uczelniach, które afaik mają w statutach wspieranie tego typu projektów). Stanęło na tym, że ja to postawię (tiaaa... studenci wydziału informatycznego politechniki będą korzystali z infrastruktury jednego z lokalnych liceów). I że sprawdzę jak sobie mod-mono radzi (to sprawdzę tak, czy siak, bo ja przecież u siebie issa nie zainstaluję, żeby móc to testować).
Jestem właśnie w trakcie kompilowania mono (na Ra niestety, ale nie chce mi się upgrejdować serwera, chociaż pewnie niedługo będzie trzeba) i jest jakiś głupi błąd przy make install (który pewnie poprawię i podeślę patcha do autorów; tak proszę państwa, robota programistyczna leży na ulicy, wystarczy się schylić). Tutaj mała ciekawostka, która mnie rozbawiła - format dumpa ze strejsa przy podawaniu argumentów do execa (czy do jakiejkolwiek funkcji pewnie) jest taki, że wystarczyło go skopiować myszką i wkleić do pythona - zupełnie poprawna krotka z osadzonymi wewnątrz listami :). I teraz mogę sobie to spokojnie obrobić i pooglądać :)
Odnośnie organizacji, to nie udało mi się jednak przeforsować podejścia do samego kodowania - zapewne uczono ich na odpowiednich zajęciach, że pierw się projektuje, później siada, koduje, a na końcu z tego, co się zakoduje, powinien wyjść działający system. Zgoda (nie, nie ty, Jarku :) - ma to zapewne sens w przypadku projektów komercyjnych, gdzie liczy się czas. Ale jeśli się dłubie dla dłubania (nabrania wprawy, przyjemności, whatever), to dochodzi problem motywacji - i tutaj bardzo ważne jest, żeby cały czas mieć działający kod, taki, który coś robi. O wiele przyjemniej (i chętniej) się dłubie w czymś, w czym widać na bieżąco nasze zmiany (dodaliśmy jakąś funkcjonalność, czy coś), niż w czymś, co zacznie działać dopiero po skończeniu, czyli za niewiadomojakdługo. W tym drugim wypadku bardzo łatwo stracić motywację i się zniechęcić (dlatego też tak fajne są języki wysokiego poziomu takie, jak python - nie ma w nich 'bariery wejścia' jak w C, gdzie, żeby zrobić cokolwiek, to pierw trzeba sobie zaimplementować 50 różnych funkcji i typów danych (albo użyć gliba :)).
A ja się ostatnio robię monotematyczny.

20 XI 2004 o 13:50:38
W przypadku projektów komercyjnych też się to IMHO nie sprawda. Motywacja jest zawsze ważna, a programista to nie rzemieślnik - programu się nie buduje jak katedry.