Wzruszyłem się
Wczoraj miałem dwa wykłady - pierwszy z czegośtam i podstaw miernictwa, a drugi z programowania II. Na pierwszym pojawił się zajebisty pan profesor ze shtrashnie amerikańshkim akshentem i zaczął nam udowadniać, że nic nie umiemy. Ponieważ facet od iluśdziesięciu lat jest automatykiem, to stosował po prostu świetną terminologię. Co ciekawe, z tego przedmiotu nie mamy ani ćwiczeń, ani laborek, tylko wykład i ów wykład jest na ocenę. Dopiero na następnym semestrze są jeszcze laborki i ćwiczenia. Generalnie rzecz biorąc, zapowiada się ciekawie.
"Ciekawy" też był wykład z programowania. Jakiś dojeżdżający pan profesor z wrocławia z ciekawym podejściem. Po pierwsze wykład jest na ocenę, więc będą z niego dwa kolokwia, a po drugie można dostawać punkty za aktywność na wykładzie.
I tu jest problem, bo ten facet nie gada dla mnie nic ciekawego, a wymaga aktywności (a to co gada, to gada w sposób zrozumiały tylko dla osób, które i tak wiedzą o czym on mówi; chociaż może na następnych wykładach się rozkręci). Cośtam parę razy powiedziałem, ale mnie naprawdę nie podnieca to, że mogę sobie pogadać w trakcie wykładu, bo uważam za bezsensowne zabieranie innym głosu. Ale muszę przyznać, że facet był słodki, bo wstawiając mi na koniec wykładu li tylko trzy punkty (właściwie wszyscy inni dostali więcej) stwierdził, że ma wrażenie, że mnie stać na więcej. Ja rozumiem, że zauważył wybijającego się studenta i próbuje go zmotywować do większej aktywności, ale obawiam się, czy mu serce złamię, jak przyjdę tylko na owe dwa kolokwia. Przy czym, żeby nie robić złego wrażenia, zobaczę na następnym wykładzie, jak zareaguje na zakomunikowanie mu tego faktu.
"Ciekawy" też był wykład z programowania. Jakiś dojeżdżający pan profesor z wrocławia z ciekawym podejściem. Po pierwsze wykład jest na ocenę, więc będą z niego dwa kolokwia, a po drugie można dostawać punkty za aktywność na wykładzie.
I tu jest problem, bo ten facet nie gada dla mnie nic ciekawego, a wymaga aktywności (a to co gada, to gada w sposób zrozumiały tylko dla osób, które i tak wiedzą o czym on mówi; chociaż może na następnych wykładach się rozkręci). Cośtam parę razy powiedziałem, ale mnie naprawdę nie podnieca to, że mogę sobie pogadać w trakcie wykładu, bo uważam za bezsensowne zabieranie innym głosu. Ale muszę przyznać, że facet był słodki, bo wstawiając mi na koniec wykładu li tylko trzy punkty (właściwie wszyscy inni dostali więcej) stwierdził, że ma wrażenie, że mnie stać na więcej. Ja rozumiem, że zauważył wybijającego się studenta i próbuje go zmotywować do większej aktywności, ale obawiam się, czy mu serce złamię, jak przyjdę tylko na owe dwa kolokwia. Przy czym, żeby nie robić złego wrażenia, zobaczę na następnym wykładzie, jak zareaguje na zakomunikowanie mu tego faktu.

19 II 2005 o 14:40:25
Macie wykłady, czy też inne zajęcia, które *nie* są na ocene??
19 II 2005 o 14:42:30
Nope. Tylko jeśli nie ma egzaminu, to większość wykładowców po prostu przepisuje ocenę z ćwiczeń nie robiąc osobnych kolokwiów.
19 II 2005 o 15:02:44
U mnie przez 3,5 roku studiowania zdarzyło się to raz (i to na zasadzie ocenia z laborek - 0,5 albo egzamin).
19 II 2005 o 15:17:08
Z profesorem Frączkiem (bo pewnie o nim mowa) będzie spoko - o egzamin się nie martw. A ja u niego byłem właśnie na dwóch pierwszych wykładach z terminologii :-), a potem już nie miałem siły.
19 II 2005 o 15:24:25
Ja ostatnio zaliczyłem egzamin z wykładów z C++ na zasadzie "pokażę wam 100 niecodziennych zastosowań języka, a wy znajdźcie błąd" albo "zacytuj za książką autora (...) zasadę stosowaną przez kompilator". Wynik taki, że mam 5.0 z laborek i 3,0 na koniec przedmiotu. Żeby było zabawniej, głowę daję, że prowadzący nie zna najprostszej instrukcji warunkowej ( x ? y : z ).
Podobno w zeszłym roku egzamin z pascala obejmował mechanizmy odkładania ramek na stos przy wołaniu funkcji zagnieżdżonych. Programiście to do niczego nie potrzebne (znaczy powinien znać mechanizmy stack i heap, ale nie w implementacji konkretnego przypadku, np. borland turbo pascal 7).
Prawda taka, że jak prowadzący nie ma zacięcia do prowadzonego przedmiotu i czyta na wykładach z książki, to nieczego sensownego nie można się spodziewać i po egzaminie. Nudny prowadzący, który wymaga interakcji zawsze będzie lepszy niż nudny prowadzący mówiący z książki do ściany.
19 II 2005 o 15:41:59
My to mamy na takiej zasadzie, że na pierwszym semestrze było z założenia c#, ale tylko na wykładzie, bo na laborkach nie było odpowiedniego softu zainstalowanego. Do tego to c# było kompletnie bez polotu, facet pisał przez cały wykład na tablicy, a ludzie przepisywali.
Teraz profesor będzie próbował robić obiektowe z c#, ale pytanie, czy to c# będzie dostępne na laborkach. Bo jak nie będzie, to będzie niemiło, zważywszy, że z tego mają być kolokwia.
I mała uwaga - podawanie tutaj nazwisk wykładowców jest średnim pomysłem (dla mnie). Mam na tyle duży google pagerank i inne takie, że wykładowca może tutaj łatwo trafić (o czym się przekonałem na przykładzie dr Kaliczyńskiej, z którą nota bene będę miał wykłady).
19 II 2005 o 22:04:23
Nie koniecznie chodzi o page rank ... na http://inf.niebo.net wykładowcy zawitali w trzeci dzień po uruchomieniu (mało który student o tym wiedział).
19 II 2005 o 22:07:00
Akurat w tym wypadku chodziło o googlanie po nazwisku :)
19 II 2005 o 22:40:23
Niestety w przypadku nieba najprawdopodobniej chodzilo o sposob zdecydowanie mniej elegancki :-) ...
21 II 2005 o 16:04:39
Programowanie z prof. W.? Dziwne. Ja z nim miałem LAN i ochronę danych. Aha, "wybijającym się" studentom opłaca się chodzić na wykłady z prof. W., bo potem masz dodatkowe punkty. Ja skorzystałem. ;)
Co do przedmiotu profesora "z amerykanshkim akshentem" - wykład zaliczysz, najlepsza jazda będzie na laborkach z tej całej elektroniki i miernictwa. Przyjdziecie na laborkę, wejściówka, kilku kolegów wyjdzie (hehe), a potem pan mgr rzuci Ci jakieś materiały do zbudowania bomby (przynajmniej na to wyglądają za pierwszym razem ;)) i powie "no, róbcie". "Co mamy robić?" "Zadane ćwiczenie. Przecież wszystko jest jasne i proste". A potem z tego piszesz sprawozdanie i modlisz się, żeby ci to zaliczył. Do tego oceny ze sprawozdań pan mgr poda pewnie w czerwcu i przez cały semestr się będziesz zastanawiał, czy masz same 2 czy może coś więcej. :)
Egzamin z miernictwa wyglądał tak: kto ma 5 z laborek ten ma 4.5 z wykładu. Reszta coś tam ponoć pisała...
Aha, na wykładzie u prof. F. jak było 10 osób na sali to było duuużo. /me chodził na wszystkie. :)
Dziwne, że układów logicznych nie macie. Tyle dobrze, że przynajmniej wam <baczność!>teorii obwodów<spocznij!> vel elektrotechniki z siatki nie wyrzucili. Co by z Was byli za studenci WEiA jakbyście drutów nie mieli... ;->
21 II 2005 o 16:13:55
s/czerwcu/styczniu/
Coś mi się pomieszały semestry.
21 II 2005 o 16:22:42
mmazur, czytając twoje wpisy odnośnie przygód z uczelnią, odnoszę wrażenie, że ty masz zamiar wynieść ze studiów jakąś ciekawą wiedzę, a nie tylko dyplom mgr.. o_O
21 II 2005 o 18:10:12
Ja miałem z laborek 4 i przepis na 4 (wystarczyło powiedzieć że grupy laboratoryjne Pana K***i (btw. łatwo nie było) miały mieć 4 i po problemie. Układy logiczne były ok, ale jak nie macie w nowej siatce to trudno :-). A co do wynoszenia wiedzy, to wynieść się jak najbardziej da, trzeba tylko chcieć. Osobiście odnoszę wrażenie, że na uczelni można "liznąć" wiedzy z różnych tematów, ale konkretów trzeba niestety nauczyć się samemu.
21 II 2005 o 18:43:54
Lizać wiedzę owszem, można, tylko raczej taką, która niekoniecznie przyda się potem w pracy zawodowej (powiązanej z kierunkiem studiów). Studiuję Automatykę i Robotykę (na PWr) i jak na razie mało mogłem się nauczyć rzeczy, które przydadzą mi się w pracy zawodowej, za to duuużo różnych pierdół typu "warstwy walencyjne, poziomy energetyczne itd.". Ja rozumiem, że powinienem wiedzieć jak działa tranzystor, ale raczej w wersji "makro" - czyli posiadać taką wiedzę, która będzie mi pozwalała wykorzystać go w jakimś tam projekcie, a niekoniecznie wiedzieć, jak tam sobie w środku elektrony skaczą i po co..
Wiedza, której można liznąć na studiach przydaje się w jednym przypadku. Kiedy jakiś student, prawie absolwent stwierdzi, że na rynku pracy nie znajdzie nic dla siebie, to zostaje na uczelni i się doktoryzuje. A wiedza nabyta na studiach przyda mu się potem do.. przekazania jej kolejnym studentom.
Vide np. opowieści (zasłyszane przeze mnie, więc mogę być niedokładny) na temat przedmiotu "Architektura komputerów" na 1. roku infy na PO u prof. Stanisławskiego. Po co komu w naszych czasach bzdety o cyklach przerwań, trybach rzeczywistych, chronionych procesora itd.. Teraz to się bierze MSDev (albo KDevelop, zależy kto jaką ideologię wyznaje ;) i się robi wysokopoziomowo.. (w 95% przypadków)
21 II 2005 o 19:14:50
Zgadzam się, chociaż właśnie dzięki "bzdetom" wie się że jest coś takiego jak tryb chroniony procesora i inne rzeczy (nie wiem jak z przydatnością wiedzy o warstwach walencyjnych). Pięknie by było gdyby były same przydatne rzeczy, ale wykład jest ten sam od lat, a wiedza się szybko deaktualizuje. Nic nie poradzimy, chyba że uczelnie zaczną konkurować o studentów (a na to się nie zanosi). Btw. na PWr też się przerabia Stallingsa (na IZ z tego co wiem).
21 II 2005 o 19:16:06
Hehe. Akurat ja te 'pierdoły' znałem od strony praktycznej, czyli siedzenia nad debuggerem (i crackowania programów :), więc byłem zadowolony, że ktoś mi to wyłożył od strony teoretycznej :)
21 II 2005 o 20:57:24
No przeciez mowie ze 'pierdoly' sie czasem przydaja :-)