Wczoraj (technicznie, to przedwczoraj) było ogólne spotkanie
radioemiterowców. Pogadałem sobie przy okazji burzy mózgów, poobserwowałem. Hmmm. Prawdę mówiąc sam nie jestem w stanie dojść do ładu z własnymi wnioskami. Ogólne spostrzeżenie jest takie, że burza mózgów jest nic nie warta, jeśli nie ma osoby, która później coś z tym zrobi. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że bez osoby, która ma jakąś ogólną koncepcję co i jak, jakiekolwiek dyskusje są bezcelowe, gdyż są tylko garstką niespójnych, oderwanych od siebie pomysłów, których realizacja nie jest niczemu podporządkowana. Z drugiej strony jeśli ktoś potrafi wyławiać pomysły i wkomponowywać je w jakiś szerszy obraz, to wtedy można stwierdzić, że dyskusja się nie zmarnowała. Ale czy jest taka osoba?
Druga sprawa, to organizacja. Ludzka organizacja. Dla mnie chaos przy pracy nad czymś jest dobry, gdyż oznacza brak narzuconych sztucznie norm i regulacji, ale projekty opensource (czy w ogóle projekty informatyczne) mają to do siebie, że brak formalnego procesu podejmowania decyzji nie oznacza jeszcze, że nikt nie wie co się dzieje. Wręcz przeciwnie -- prawidłowo zorganizowany projekt to jest taki, w którym wszystkie rzeczy są archiwizowane i łatwo dostępne (nie ma oficjalnego Dziennika Ustaw z postanowieniami, ale wiem, gdzie mogę szukać, jeśli interesują mnie ustalenia dotyczące danego tematu, albo konkretna wykonana robota). Przy pracy z ludźmi nie ma tak dobrze. Tutaj nie ma czegoś takiego, jak kontrolowany chaos, gdyż cholernie trudno jest nadzorować wszystko, co się dzieje. Jeśli ja rozmawiam z dwoma osobami nad zagadnieniem A, to w tym czasie trzy inne grupki omawiają B, C i D. Ja nie wiem o czym mówią. Jeśli jestem tym zainteresowany, to mogę się dopytać. Jeśli wcześniej zadbałem o jakąś hierarchię, to może przyjdą do mnie dwie osoby i mi zreferują co i jak. Acz niekoniecznie (oni nie mają czasu, a ja nawet nie wiem, że oni o czymś z kimś rozmawiali).
To jest... dziwne. Trudniejsze. A co najważniejsze -- czasochłonne. Jeśli mam ochotę, to mogę z kimś emailować w odstępach tygodniowych i dyskusja będzie się toczyła jak trzeba, acz wolniej, niż by mogła. W praktyce nie będzie to prawdopodobnie miało żadnego znaczenia. Mogę sobie odłożyć zrobienie czegoś/pogadanie z kimś na za tydzień i nic się nie stanie. Tutaj tak nie ma -- żeby w ogóle mieć kontakt z ludźmi, z którymi mam współpracować, muszę codziennie przynajmniej na godzinę-dwie pojawiać się gdzie trzeba. Podczas przysłuchiwania się tym ludziom przez dłuższy czas chodziła mi po głowie myśl skomputeryzowania tego wszystkiego. Przecież te wszystkie pomysły idą do /dev/null, bo nikt ich nie archiwizuje. Żeby się dowiedzieć co kto robi i w jakim jest stopniu zaawansowania, to trzeba się łazić i pytać. Przecież to jest takie marnotrawstwo środków i czasu!
Oczywiście za każdym razem, gdy miałem to powiedzieć, gryzłem się w język, gdyż gdzieś na dnie mózgoczaszki miałem schowaną myśl, że to ma właśnie tak działać. Przy takich rzeczach ważny jest aspekt społeczny. Czyli bycie z ludźmi, gadanie z nimi, robienie czegoś, omawianie, umawianie się na konkretne terminy... to wszystko, z czego składa się 'życie towarzyskie'.
Wracając do kwestii osoby odpowiedzialnej za organizację -- żeby kierować czymkolwiek, trzeba (a) znać odpowiednie mechanizmy, jakie rządzą ochotnikami i (b) zdawać sobie sprawę z możliwości poszczególnych osób (a przynajmniej tych kilku kluczowych). Ja nie jestem pewien do jakiego stopnia osoby kierujące tym radiem posiadają taką wiedzę. Zasadniczo takie rzeczy wyciąga się z obserwacji ludzi przez jakiś czas, ale na ile świadomie tamte szefy to robią i jak dobrze zdają sobie sprawę z konsekwencji własnych obserwacji -- nie wiem. Jedyne co mi wpadło do głowy, to zorganizować ankietę wśród ochotników, żeby wiedzieć na czym się stoi (i zapewne będę to musiał przeprowadzić ja). Czemu nie, to jakiś start (a i ja będę w stanie proponować coś konkretniejszego, podpartego danymi).
Nie mogę nie wspomnieć o tym jak... dziwne dla mnie było proponowanie (trafnych, oczywistych i popartych konkretnymi argumentami, bo przecież moich własnych!!!) pomysłów i patrzenie, jak kilka osób automatycznie kręci nosem i pomysł idzie do /dev/null. Jestem przyzwyczajony do tego, że mam dobry pomysł, biorę, robię. Tu się nie da. Tutaj ani nie jestem szefem, żeby coś forsować, ani nie wzbudzam żadnego entuzjazmu tym co mówię. Ludzi trzeba przekonywać, tłumaczyć. Interesujące.
I na sam koniec jako dodatek -- tam można po prostu przyjść, usiąść i patrzyć jak ludzie się kręcą, coś robią, słuchać jak rozmawiają, czasami mnie zaczepią, przywitają się, pożegnają. Po jakimś czasie by mi się pewnie znudziło, ale nie miałem wcześniej do czynienia z tego typu skupiskami ludzkimi, więc pewnie nie prędko by to nastąpiło. Nie wspominając o tym, że niektóre osoby są po prostu sympatyczne i 'miło' się na nie patrzy/ich słucha.
(Jak już mówiłem, sam mam problem z uporządkowaniem tego, od wczoraj próbowałem, a mi się nie udało, więc nie do mnie pretensje, jak ktoś nie zrozumiał połowy tekstu :)