Jest powszechnie wiadomo, że ludziom do nauki nie wystarcza teoria -- teoria pomaga, ale dopiero praktyka 'utrwala' wiedzę i powoduje, że jest ona dobrze wykorzystywana przy rozwiązywaniu dalszych problemów. Ta zasada wynika bezpośrednio ze sposobu, w jaki jest przekazywana wiedza -- uczeń nie uczy się tego, co próbuje mu przekazać nauczyciel -- on uczy się
na bazie tego. Ta, pozornie drobna, różnica, ma wielorakie konsekwencje. Pierwsza jest taka, że nauczyciel nie 'uczy' sensu stricte, gdyż nie całkiem od niego zależy, czego uczeń się rzeczywiście nauczy. Nauczyciel może tylko starać się jak najlepiej sterować procesem nauczania, żeby maksymalizować szanse na osiągnięcie pożądanego rezultatu. Zakładam, że tego typu tematy to podstawa nauczania pedagogów, ale mam wrażenie, że ci nawet niekoniecznie świadomie zdają sobie sprawę z tego faktu i jego implikacji -- oni wiedzą, że uczeń 'nadaktywny', choćby był upierdliwy w obchodzeniu się z, rokuje zdecydowanie większe nadzieje na
nauczenie się czegoś, a nie tylko zapamiętanie dostarczonych danych.
I niech nikt mnie źle nie zrozumie. Niezależnie od inteligencji, wiedza powinna być gruntowna, gdyż inaczej ryzykujemy przypadki
tego typu. Oczywiście nie da się wiedzieć wszystkiego, ale delikwent powinien być w stanie realnie ocenić swoją wiedzę dotyczącą dowolnego zagadnienia (istnieje zresztą zależność, że im więcej wiemy, tym bardziej skłonni jesteśmy do przyznania, że czegoś nie wiemy). Dlatego też zamykanie się w wąskiej przegródce specjalizacji jest bardzo niebezpieczne, gdyż brak możliwości spojrzenia z szerszej perspektywy może się źle skończyć. Tak samo myślenie, że to, co już wiemy, wystarczy nam do wszystkiego! A jeśli nie wystarcza, to dlatego, że tamte tematy są nudne, głupie i niewarte mojego czasu. O!
Tu dochodzą kwestie 'gotowych formułek'. Niestety nie da się napisać książki zawierającej idealną syntezę jakiegoś zagadnienia -- takiej, po której przeczytaniu można stać się... no, niekoniecznie ekspertem, ale powiedzmy, że osobą wysoce kompetentną. Skoro uczymy się sami, a nie jesteśmy uczeni, więc nawet oświatowy odpowiednik Einsteina nie byłby w stanie w krótkim czasie wyprodukować eksperta -- to, co wiemy, jest zawsze sumą zdobytej wiedzy teoretycznej, własnego doświadczenia oraz przemyśleń dotyczących jednego i drugiego. A jednak zawsze niezbędnym jest podanie gotowych rozwiązań ('formułek'), które można na ślepo stosować nawet bez ich rozumienia -- system edukacji, który zawsze produkuje osoby rozumiejące to, czym się zajmują, jest szczytną ideą, acz ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Już tak jest urządzony ten świat, że musimy robić rzeczy niezależnie od tego, czy je rozumiemy, czy też nie. Jeśli nie rozumiemy, to lepiej, żebyśmy się przyłożyli do zrozumienia. Ktoś chciałby pracować pod kierownikiem, który tępo stosuje statystycznie najoptymalniejsze rozwiązania, których się nauczył w szkole biznesu, w ogóle się niezastanawiając nad czynnikami nie przewidzianymi przez podręcznikowe tabelki? No właśnie.
Oto jest 'ukryty sens' wymuszania na nadaktywnej młodzieży 'wkuwania' tego, co wkuwać muszą wszyscy. Cechy intelektu (szukanie własnych rozwiązań każdej sytuacji nie oglądając się na innych) dają im potencjał, ale żeby ten potencjał się do czegokolwiek nadawał, to musi być podparty wiedzą (w żaden sposób nie jest to pochwała naszego obecnego systemu edukacji, który jest kompletnie nieadekwatny do czegokolwiek).
Zostaje problem jak najbardziej optymalnego kierowania młodym padawanem, żeby ten z jak najmniejszą ilością przygód i w jak najkrótszym czasie doszedł do tych samych wniosków, które dla starego miszcza są oczywiste.
Tutaj żadnych genialnych pomysłów niestety nie mam. Bardzo szybko wybiłem sobie z głowy podejście typu 'ja tak mówię, dla mnie to jest oczywiste, więc powinieneś to po prostu przyjąć do wiadomości'. A przeraża mnie ilość dziur w wiedzy takiego młodego człowieka i to, że nie mam zielonego pojęcia jak systematycznie zabrać się za ich łatanie. Na razie w jednym przypadku rzuciłem kilka książek z własnego zbioru, a w drugim nie mam zielonego pojęcia co zrobić, żeby moja ofiara porzuciła swoje dotychczasowe plany i zapałała niepohamowaną chęcią upodobnienia się do mnie (jak wybić z głowy to assssssembler my pressssssssciiiioussssss).
Jakby ktoś jeszcze nie zauważył, to strasznie monotematyczny jestem i właściwie kręcę się tylko wokół kilku spraw. Zresztą tak samo jak
Paul Graham. Dobranoc.