Autorytety, dyskusje i malunki Paula Grahama

30 VII 2005, 16:26:12

Nie ma ludzi doskonałych.

I choć niby wszyscy o tym wiedzą, to jednak możemy mieć poważne problemy z pełnym uświadomieniem sobie konsekwencji tego prostego faktu. Co ciekawe, mniej problematyczne może to być dla zwykłego obywatela, który ani sam raczej nie jest wzorem cnót, ani się wśród takowych wzorów nie obraca, skutkiem czego, nawet niekoniecznie do końca świadomie, nie przykłada większej wagi do wad innych. Natomiast ludzie, zwłaszcza młodzi, którzy próbują bardziej analitycznie podchodzić do otaczającego ich świata, mogą dosyć łatwo wpaść w pułapkę zbyt bezwzględnego osądzania osób, z którymi mają (jakikolwiek) kontakt. I dotyczy to tak np. naszych znajomych, z którymi mamy bezpośredni kontakt, jak i osób nam znanych tylko 'ze słyszenia'.

Nie namawiam oczywiście nikogo do bawienia się w matkę Teresę i dostrzegania pozytywnych cech w napotkanych seryjnych mordercach. Sugerowałbym jednak przy okazji zastanawiania się co sądzimy o czyjejś wypowiedzi, by także zastanowić się, czy fakt, że się z nią np. nie zgadzamy (czy wręcz uważamy za głupią) rzeczywiście uzasadnia przekreślenie osoby autora (i jakiejkolwiek jego twórczości). Po pierwsze -- nikt nie jest doskonały, a po drugie -- autorytet to nie jest osoba z której wszystkimi co do jednego poglądami się zgadzamy (a jak znajdziemy jakiś, który nam się nie podoba, to skreślamy człowieka z listy naszych autorytetów). Autorytet to jest ktoś, z kogo wypowiedziami się liczymy. Czyli że nawet jeśli się nie zgadzamy, to uznajemy, że ów człowiek sprawę w miarę dokładnie przemyślał i miał podstawy, żeby dojść do takich wniosków, do jakich doszedł (i że warto by się pokusić o zrozumienie owych powodów, gdyż nawet jeśli uznamy je za niewystarczające, to pomogą nam w pełni dostrzec obraz danej sytuacji).

A co mnie skłoniło do tych rozważań? Ten wpis i komentarze do niego. ESR może mieć dziwne poglądy polityczne, a jego "jak zostać hackerem" może powinno się nazywać "jak zostać ESRem", acz akurat nie za wady go cenimy. Podobnie RMS. Czy też Paul Graham. Ten ostatni pisze sporo na tematy ciekawe, lubię go czytać i uważam, że warto. I to pomimo faktu, że niektóre jego teorie są co najmniej dziwne i nie mam zamiaru ich powtarzać o ile sam gdzieś nie doczytam.

Pamiętajcie, że celem piszącego nie jest tylko to, żeby zostać przeczytanym. Powodów może być wiele. Chyba jednym z głównych jest chęć uporządkowania własnych myśli i sprawdzenia, czy chociaż brzmią sensownie. Pisarze zapewne dlatego piszą do szuflady -- żeby zmierzyć się z jakimś problemem (a przynajmniej tak mi się wydaje, na pewno nie wiem, bo nie jestem początkującym pisarzem, ani nie przeprowadzałem badań wśród takowych).

Inna sprawa, że człowiek inteligentny nie wypowiada się na tematy, na których się nie zna, prawda? No, nie do końca. Rozmowy o polityce nie są tylko domeną polityków i politologów, wypowiedzi na temat historii nie są zarezerwowane tylko dla profesorów tejże, i tak dalej. Byłoby bardzo nudno, gdybyśmy wypowiadali się tylko na tematy w których jesteśmy ekspertami (a jest już zupełnie pewne, że żaden informatyk nigdy nie założyłby rodziny :). Jedyna uwaga jest taka, że jeśli się na czymś nie znamy, to starajmy się nie wypowiadać na ten temat kategorycznie. I tak samo z drugiej strony płotu -- jeśli laik coś powiedział, z czym my, eksperci, się nie zgadzamy, to nie należy laika zwyzywać od debili i kazać mu siedzieć cicho, tylko wytłumaczyć. Dopiero jeśli się okaże, że rzeczywiście uparty jak osioł i twardo obstaje przy jakiś bredniach, to możemy sobie pozwolić na inną reakcję (nie, nie namawiam do mówienia komukolwiek, że jest głupi :).

Pamiętajcie, że publikowanie tekstów to jest także forma dyskusji. Paul Graham publikując esej może zapewne liczyć na sporo ciekawych emaili oraz kilka 'kontresejów' prezentujących inne punkty widzenia. I tak to właśnie ma działać. Trochę inaczej technicznie, ale zasadniczo na tej samej zasadzie działają komentarze do blogów. Zawsze można się dowiedzieć czegoś ciekawego (i czasami zostać zaskoczonym oczywistością jakiejś kwestii). Albo liczyć na jakąś ciekawą dyskusję. Czy wręcz przekonać się, że jest się z jakiegoś tematu noga i nawet nie odróżnia podstawowych pojęć (co też jest sporo warte). Najważniejszy (i najpiękniejszy) w tej całej swobodnej wymianie myśli jest rozwój samego siebie, a nie możliwość szufladkowania ludzi.

Duplicated effort

18 VII 2005, 02:40:07

Jak ktoś chce sobie poczytać jak w PLD wygląda teraz zarządzanie ftpem (wreszcie pozbyliśmy się tej prymitywnej infrastruktury, której korzenie sięgają chyba początków samego PLD) to zapraszam.

Z jednej strony mam świadomość, że w większości wypadków najoptymalniejszym rozwiązaniem jest napisanie swojego własnego systemu, który robi dokładnie to, co ma robić i to dokładnie tak, jak ma to robić (i ewidentnie nie tylko ja tak myślę), a zwłaszcza w przypadku rzeczy tak specyficznych, jak infrastruktura do rozwoju dystrybucji, jednak strasznie gryzie mnie fakt, że jedynym zastosowaniem tych setek kilobajtów kodu jest rozwój PLD. Ile czasu i energii idzie w tę infrastrukturę. I nikt inny z tego nigdy nie skorzysta.

Internet nie zapomina

17 VII 2005, 03:07:16

Ten tekst na arstechnica na temat wpływu blogowania na wizerunek delikwenta u potencjalnego (akademickiego) pracodawcy (a tu pierwowzór na chronicle.com) i ten tekst na ONLampie na temat zalet zatrudniania opensourcowców zasadniczo poruszają dwie strony tej samej monety -- bycia obecnym w internecie.

Trudno nie dostrzegać potencjału, jaki daje możliwość swobodnego publikowania w internecie. Jest to chyba najwygodniejszy sposób prezentacji informacji, zapewniający, że wszyscy zainteresowani jakimś tematem (no, wszyscy na tyle zainteresowani, że wiedzą, że to właśnie nas warto czytać) mogą być na bieżąco. Zależnie od poruszanych zagadnień, możemy mieć ilość czytelników w granicach liczby dwucyfrowej (życie codzienne, interesujące głównie naszych znajomych), trzycyfrowej (zajmujemy się jakimś zagadnieniem i mamy swoją niszę), czy tam cholerawieilucyfrowej (dzień dobry, nazywam się Joel Spolsky). W dwóch ostatnich przypadkach (a zwłaszcza w ostatnim) możemy też robić za część działu PR (czy ktoś jeszcze nie słyszał co to jest Projekt Mrówkojad?). Internet może nam zapewnić coś, z czym moglibyśmy mieć spore problemy, gdybyśmy byli zdani tylko i wyłącznie na tradycyjne formy przekazu -- siłę przebicia.

Lecz z drugiej strony, nawet na blogach o konkretnym profilu (a to zapewne te mają najwięcej czytelników; przeciętnego człowieka nie interesują zwykłe logi z życia innych ludzi) co jakiś czas mogą pojawiać się wtrącenia nie na temat -- ot, jakieś spostrzeżenia dotyczące życia codziennego, głośnych wydarzeń w mediach, czy czego tam jeszcze. No i tutaj się zaczynają zgrzyty, bo, jak wynika z dwóch tekstów przytoczonych na samym początku tego wpisu, publiczne wygłaszanie naszej opinii na jakikolwiek temat może nam wyjść bokiem w dowolnym momencie naszego życia. I nie tyczy się to tylko blogów -- potencjalny pracodawca może zobaczyć czym ja się zajmuję, poczytać moje wynurzenia na temat pracy zespołowej (i zapałać nieodpartą chęcią płacenia mi 10kzł na miesiąc), ale równie dobrze może się dogooglać do jakiś flejmów z różnych grup dyskusyjnych.

A trzeba pamiętać, że my dopiero zaczynamy stykać się z tym problemem. Co będzie, gdy moje pokolenie, chyba pierwsze w pełni zinternetyzowane i zblogowione, wejdzie np. w politykę? Zgaduję, ze za dwadzieścia lat będzie nie do pomyślenia, żeby polityk nie miał bardzo mocnej obecności w internecie, ale z drugiej strony kampanie polityczne polegają między innymi (głównie?) na szukania haków na przeciwnika. Internet nie zapomina, więc wszyscy będą mieli natychmiastowy dostęp do nieprzebranej ilości potencjalnie kompromitujących materiałów. Bo nawet jeśli dwudziestopięcioletni kandydat na prezydenta, Jan Kowalski, był już w pełni dojrzałą i odpowiedzialną osobą, to przecież wcześniej też z internetu korzystał i zapewne są ślady tejże obecności. A jeśli był aktywny (a młodzi politycy nie mogą siedzieć na dupie i czekać na gwiazdkę z nieba), to i może znajdzie się jakiś flejmik na forach tego, czy owego projektu (a Wayback Machine nie zapomina). Ja ostatnio przeczytałem swoje wpisy z kilku pierwszych miesięcy istnienia tego bloga i jest tam sporo rzeczy, na które obecnie bym sobie nie pozwolił. A już kompletnie pomijam sprawę młodzieży w internecie.

Ale kto tam wie, jak to rzeczywiście będzie. Może trzeba być optymistą? Przecież to, co zastąpi tradycyjne media, zapewne będzie miało w zwyczaju linkować się do cytowanych tekstów. A może będzie się też linkowało do strony autora, na której ten, będzie mógł się zawsze ustosunkować do postawionych zarzutów (już nie wspominając o tzw. blogosferze, która zapewne zadba o dolinkowanie się gdzie trzeba). Powszechnie wiadomo, że większość ludzi bezkrytycznie wierzy temu, co gdzieśtam przeczyta i nigdy nie próbuje weryfikować jak to rzeczywiście było, ale faktem także jest, że tradycyjne media właściwie nigdy czegoś takiego specjalnie nie umożliwiały. (Bo komu się chce iść i kupować jakąś inną gazetę (jaką? która jest bezstronna?) w nadziei, że tam też będzie opisana interesująca nas sprawa i to z innego punktu widzenia).

Wygląda na to, że będziemy żyli w ciekawych czasach. Kto wie, może dopiero za kilkanaście lat dowiemy się, co to rzeczywiście jest społeczeństwo obywatelskie?

Prawdziwi mężczyźni przytulają się do swoich przeciwników

14 VII 2005, 01:43:31

Zachciało mi się z kolegami poćwiczyć Brazilian Jiu Jitsu (jak ktoś się kompletnie nie orientuje, to niech pomyśli o zapasach i Judo; mniej więcej coś takiego). Bardzo polecam dla osób samotnych. Ja wątpię, czy taki Jajcuś się w ciągu dnia więcej przytula do małżonki, niż ja się poprzytulałem przez półtorej godziny do kolegów. Ale jest i druga strona medalu -- wręcz niesamowicie wychodzą braki kondycji. Nie sądziłem, że jestem się w stanie w tak krótkim czasie tak zmęczyć, że już zaczynałem odpływać w stronę urwanego filmu. Po półtorej godziny takiej zabawy (oczywiście nie bez przerwy) byłem kompletnie pozbawiony jakiejkolwiek energii. Obecnie, po ładnych kilku godzinach, energię już odzyskałem i nawet jestem w miarę normalnie w stanie się poruszać, ale mięśnie przy niektórych czynnościach odmawiają mi posłuszeństwa (nie mogę się cholera jasna na krześle przesunąć) i cały czas czuję, że mają wybitnie dość.

Ale to jeszcze nic. Jutrzejsze zakwasy zapoznają mnie z całkiem nowym wymiarem bólu.

A jakby kogoś interesował przestój w acowej automatyce builderowej, to potrwa do jutra do godzin wieczornych -- sorry, ale to nie tak szybko z pozmienianiem wszystkiego, a ja całą dobę przy kompie nie siedzę.

Efektywna dyskusja? Efektywna współpraca?

12 VII 2005, 02:24:27

Ktoś na liście mailowej CC Polska zaproponował, żeby przenieść się na forum www, gdyż dla niego jest wygodniejsze. W odpowiedzi zasugerowano mu, żeby zaczął używać jakiegoś sensownego klienta pocztowego z wątkowaniem. Ogólnie rzecz biorąc większość osób, które zareagowały, stwierdziła, że nie ma najmniejszego zamiaru zamieniać ładnej, wątkowanej listy mailingowej na jakieś paskudne i niewygodne forum.

Gdyby zapytać o powody, dla których ludzie wolą tradycyjne maile od wuwy, to pewnie większość byłaby w stanie podać kilka (a na pewno te najważniejsze). Podejrzewam, że inaczej byłoby, gdyby poprosić o wymienienie wad używania maili. Ludzie, którzy intensywnie korzystają z tradycyjnych grup dyskusyjnych zapewne przynajmniej po części świadomie zdają sobie sprawę z ich wad (i nie chodzi mi o niedociągnięcia natury technicznej, tylko efektywność w spełnianiu konkretnego zadania). Polecam przeczytanie tego tekstu, jeśli ktoś chce się dowiedzieć dlaczego w praktyce wątkowanie działa dosyć destrukcyjnie na dyskusje, jeśli ze cel tychże uważamy dojście do konkretnych wniosków na zadany na początku dyskusji temat (są nawet dane statystyczne ładnie obrazujące skalę forkowania się dyskusji i degeneracji poszczególnych wątków).

Dla tych, którzy nie mają co robić z czasem, polecam też przeczytanie tego tekstu (przy czym jest imho znacznie za długi i przynudnawy). Autor wziął sobie za cel przedstawienie niedociągnięć komunikacji przy pomocy maili oraz postarał się zasugerować kilka rozwiązań. Jak dla mnie trochę zbytnio oderwane od ziemi są te propozycje, ale warto się z nimi zaznajomić.

W pierwszym tekście bardzo podoba mi się zwrócenie uwagi na problemy wynikające z używania wielorakich form komunikacji. Sporo rzeczy w PLD załatwiane jest na ircu/jabberze. Jednak nieraz już się zdarzało, że później deweloperzy na listach dyskusyjnych mieli (słuszne) pretensje, że wprowadza się rozwiązania w których omawianiu nie brali udziału, bo z irca nie korzystają w ogóle/akurat nie byli dostępni w czasie dyskusji. Cechy grup dyskusyjnych powodujące, że często są one niewygodne przy podejmowaniu konkretnych decyzji, jednocześnie gwarantują, że przy ich podejmowaniu mogą być 'obecni' wszyscy zainteresowani. I tym samym z jednej strony mamy niewygodny sposób podejmowania decyzji (asynchroniczny email), a z drugiej bardziej optymalny (synchroniczny -- czy to fizyczne spotkanie, irc, czy też jakieś telekonferencje), ale jednocześnie zostawiający sporą część potencjalnie zainteresowanych osób na lodzie (bo akurat nie mogli być obecni). Fedora zapowiada większą transparentność procesu decyzyjnego właśnie przez używanie publicznych grup dyskusyjnych, a nie spotkań pracowników RedHata przy kawie. Ale to niestety nie jest takie hop siup.

Pierwszy tekst sugeruje kilka sposobów na wyciąganie wniosków z dyskusji, podczas gdy drugi skupia się głównie na sposobach na większą strukturalizację samych dyskusji mailowych, jako sposobu na zwiększenie ich efektywności. Chociaż pomysł jest w teorii ciekawy, to w praktyce nie do wprowadzenia w szerszym zakresie. Zgadzam się, że w ograniczonych środowiskach jak najbardziej ma sens (czy to przez jakiś konkretny groupware, czy też np. pewną zabawkę Borlanda, już nie pamiętam jak to się nazywało, która zapewniała zintegrowane międzymordzie do zarządzania projektem informatycznym dla wszystkich osób biorących w takim projekcie udział; oczywiście poprzedzone to było szkoleniami dla wszystkich na temat tego, jak z tego oprogramowania korzystać), natomiast na wprowadzenie większych zmian w technologii samych maili jest imho mało prawdopodobne. A już kompletnie nie widzę, żeby ludzie sami z własnej nieprzymuszonej woli używali tych strukturalnych oznaczeń przy pisaniu maili. To się raczej nie zdarzy.

Oba teksty mają już kilka lat i to widać. To, o czym zdołaliśmy się przekonać przez ostatnie naście lat rozwoju informatyki, a co bardzo dobrze unaocznił nam Google, to bardzo prosty fakt -- struktury i metainformacji dla przechowywanych i publikowanych danych przeciętny człowiek nie zapewnia prawie wcale, a jeśli już zapewnia, to w bardzo ograniczonej formie, vide del.icio.us i jego system tagów. Oznacza to, że trzeba wymyślać algorytmy pozwalające na wyciąganie struktury z tego, co ludzie rzeczywiście dostarczają, a nie z tego, co mogliby dostarczać, gdyby świat był idealny. Podstawy strukturalizacji zapewnia tutaj xml w ogóle i xhtml w szczególe (oraz cały wianuszek dodatkowych technologii xmlowych), natomiast na wyższym poziomie potrzeba nam systemów automatycznie sugerujących autorom choćby podstawowe metadane, tak, żeby (a) autorzy rzeczywiście metadanych dostarczali ze względu na ułatwienie im tego zadania i (b) wyszukiwarki miały ten dodatkowy, choćby nie wiem jak prymitywny, punkt zaczepienia.

W tym kontekście bardzo podoba mi się automatyczne dodawanie widocznych anchorów do każdego akapitu tekstu na stronie (do zobaczenia na www.bootstrap.org). I prawdę mówiąc nie mogę się oprzeć wrażeniu, że przy obecnych możliwościach technologicznych, to co nam oferują różne przeglądarki i wyszukiwarki pocztowe, to jest po prostu niesamowite dno. Przynajmniej w 'naszej części internetu' standardem jest selektywne cytowanie maili, gdzie cytujemy jakiś kawałek i bezpośrednio do niego odnosimy swoją odpowiedź. Obecne klienty poczty od dawna potrafią cytowane kawałki bardzo ładnie kolorować (nie wyobrażam sobie używania poczty bez tego prawdę mówiąc). Ja się pytam dlaczego nie pójść o krok dalej -- dlaczego przeglądarki archiwum nie potrafią łączyć poszczególnych maili i prezentować cytowanych kawałków w postaci rozwijalno/zwijalnego drzewka? To nie jest jakoś wybitnie trudne, wymaga tylko dłuższego posiedzenia nad (nawiasem mówiąc to jest chyba coś leżącego w zasięgu zainteresowań Googla).

Próby wymuszania na ludziach strukturalizacji dostarczanych danych są w sporej części skazane na niepowodzenie (można to robić, ale w bardzo podstawowym zakresie). I to z bardzo prostego powodu -- grupy dyskusyjne są zoptymalizowane pod kątem dyskusji właśnie i bezcelowymi są próby zmieniania tego (ludzie po prostu nie będą stosować niewygodnych rozwiązań). Żeby wyciągać z dyskusji konkretne informacje/wnioski nadal niezbędna jest żywa osoba. I póki nie stworzymy sztucznej inteligencji, która będzie potrafiła robić takie rzeczy za nas, póty jesteśmy zdani na owych żywych ludzi, więc skupić powinniśmy się na zapewnianiu im narzędzi potrafiących wyciągać z dyskusji jak najwięcej struktury i metadanych po czym potrafiących w jak najoptymalniejszy sposób prezentować im te informacje, by ułatwiać podejmowanie decyzji.

Właściwie rzecz biorąc, to do jakiś dalszych rozważań przydały by mi się dwie rzeczy. Po pierwsze lepsza znajomość teorii stojącej za 'tradycyjną' mieszaniną dyskusji z podejmowaniem decyzji, czyli za sesjami brainstormowymi, a po drugie jakiekolwiek informacje na temat obecnego stanu oprogramowania groupware (nigdy żem się tym nie interesował, bo i po co; nie, żebym kiedykolwiek mógł dzięki niemu pociupciać).

W czym się specjalizować?

11 VII 2005, 00:22:50

Po raz n-ty poruszę ten sam temat (tym razem natchniony patrysowym tekstem), acz tym razem z trochę innego kąta. Na jakiej zasadzie wy wybraliście swoją obecną specjalizację? Przypadek? Świadomy wybór? A co byście sugerowali innym? Jakieś konkretne dziedziny (a jeśli, to od czego zacząć)? Czy może raczej 'co wam pierwsze wpadnie w ręce i się spodoba, tym się zajmujcie'?

Osobiście mam dziwne wrażenie, że cokolwiek będę robił zawodowo (administracja, klepanie jakiegoś kodu, czy co tam jeszcze) będzie podyktowane jakimś dziwnym przypadkiem (który, po części, nazywa się 'lokalny rynek pracy'). Jak do tej pory robiłem już sporo różnych dziwnych rzeczy i prawdę mówiąc doszedłem do wniosku, że zarabiać na tym, na czym chcę (ogólnie pojęty open source, ze wskazaniem na PLD) zapewne raczej mi się nie uda, więc mogę robić cokolwiek, za co będą mi płacić, a ciekawe rzeczy będę robił po pracy. Ale jednak nadal mam romantyczną nadzieję, że jakimś cudem uda mi się zarabiać na 'kręceniu się' w środowisku open source. I że potencjał, jaki ja widzę[1], dałoby się przekuć na dochodowy biznes.

[1] Dostrzeganie potencjału w danej technologii, to jest coś, z czego rodzą się startupy. Ale tu nie hameryka, panocku.

Papa

08 VII 2005, 01:39:55

Żem się prawdę mówiąc zdziwił jak bardzo ruchliwe jest pldziane forum po reanimacji. Acz brakuje mi jednej rzeczy, która tak jakby będzie wymagana jeśli będziemy chcieli na poważnie obsługiwać ludzi, którzy nie szprechają po naszemu.

A właśnie -- nie ma mnie do końca weekendu. Znając życie w międzyczasie padnie pldziany serwer jabbera :)

Głupi internet

07 VII 2005, 02:14:29

Godaddy wymaga ode mnie karty kredytowej, co z kolei oznacza, że muszę sobie w mbanku zrobić ekartę (25 kredytów za rok). Jaki świat byłby piękny, gdybym mógł sobie kupić domenę przelewem przez internet.

Note to self

03 VII 2005, 23:11:38

Jak będę przywracał asm-generic, to pamiętać o ipc.h i signal.h oraz nagłówkach je wywołujących.

Victory!

03 VII 2005, 18:57:13

Zrobiłem jajecznicę! Taką, która wygląda, pachnie i smakuje jak jajecznica! I ją właśnie jem!

Ja wiem, że pewnie żaden z was, moich czytelników, nie jest w stanie docenić doniosłości tego wydarzenia, ale wiedzcie, że to nie wasza wina i nie mam wam tego za złe.

W tym miejscu chciałbym podziękować bywalcom kanału #ozimska za wsparcie duchowe, a zwłaszcza Eskeli za fachową poradę -- bez was to nie byłoby możliwe!

Kryzys wiary? :)

02 VII 2005, 21:41:20

Właściwie dlaczego trzymać z Open Source, a nie pozostać z tradycyjnymi modelami biznesowymi na rynku software'owym, skoro są zdecydowanie bardziej opłacalne? Sam mam kilka argumentów, acz nie jestem pewien, czy mnie one do końca przekonują i ciekawym co inni na to.

« | »