Mam przed sobą wydrukowany kontrakt. Dwa miesiące roboty. Płacone w walucie angielskiej, także w naszych jednostkach płatniczych kwota nie do pogardzenia.
Ale mi się tak potwornie nie chce tracić reszty wakacji na to. Generalnie dobrze by było mieć zapasy na koncie, ale na chwilę obecną pieniądze nie są mi potrzebne. Zwłaszcza, że 'dwa miesiące', to jest zapewne wishfull thinking zarządu, bo ile to w rzeczywistości może zająć, to cholera wie. Póki co niczego nie podpisałem i mam nadzieję, że uda mi się wyciągnąć wszystkie potrzebne mi informacje techniczne, zanim będę musiał cokolwiek podpisać (a jak mi się nie uda, albo owe informacje będą... niepomyślne, to zapewne nie podpiszę).
Ja mam taki problem, że opensourcowe projekty mnie rozpieściły. CVSik, czy tam svnik, deweloperzy robiący nie za duże commity z ładnymi komentarzami, do tego standardowa maillista na którą idą wszystkie commity. Pracujesz kiedy chcesz, jak zrobisz, to będzie. Tiaaaaa. Żyć nie umierać. A na dodatek jeszcze naczytałem się różnych Joelów Spolskich i teraz mam wykrzywione spojrzenie na kwestie komercyjnego tworzenia oprogramowania, bo wiem jak te rzeczy powinny wyglądać, a nie jak wyglądają.
A gumno! Takie rzeczy w komercyjnym świecie, to można spotkać zapewne w dużych firmach (znaczy modulo ten kawałek o 'pracujesz kiedy chcesz i będzie jak zrobisz' :), które płacą pracownikom tyle, że chcą z tych pracowników wycisnąc jak najwięcej i zapewniają im odpowiedni warsztat i wymuszają określoną metodologię pracy. Natomiast z moich dotychczasowych (marnych bo marnych, ale zawsze) doświadczeń wynika, że typowy pracodawca, który chce mieć jakiśtam kawałek oprogramowania, po prostu zatrudnia grupę studentów i mówi im co mają zrobić. I oni to robią. Jak to robią, to nie ma specjalnie znaczenia, byleby zrobili.
I teraz ja dostaję zlecenie, by w ciągu miesiąca zrobić dwie rzeczy z których jedna polega na zintegrowaniu ze sobą trzech różnych modułów robionych przez trzy różne zespoły. Czego pierwszy zespół (chyba jedno-, albo dwuosobowy; pracujący na pół etatu) używa do zarządzania kodem? Niczego. A czego drugi (bodajże trzyosobowy) używa? Darcsa. A czemu nie CVSa albo SVNa? Bo CVS się nie nadaje do niczego, a SVN mimo, że kilka rzeczy robi lepiej, niż CVS, to i tak się do niczego nie nadaje, bo nie jest distributed. Podsumowując -- trzyosobowy zespół potrzebuje narzędzi distributed, CVS i SVN się do niczego nie nadają, a te wszystkie malutkie projekty, jak kde, *bsd, połowa dystrybucji linuksa, gnome i chuj wi co jeszcze po prostu nie wiedzą co czynią. A ich deweloperzy (oczywiście ze mną włącznie) nie są w stanie dostrzec wyższości moralnej narzędzi distributed tylko dlatego, że się tak przyzwyczaili do tych swoich cvsów, że świata poza nimi nie widzą. Ahaaa.
No to teraz mam dwa problemy. Pierwszy -- ile warte jest utrzymywanie 'dobrych stosunków' ze współpracownikami? Czyli na przykład nie pisanie, że zasadniczo rzecz biorąc są głupi i na niczym się nie znają, a poprawny kod to wychodzi im tylko przez przypadek (a oto inna wersja tego samego procederu w moim wykonaniu). Albo natychmiastowe wycofywanie się z dyskusji takich, jak opisana w powyższym akapicie, jak tylko człowiek się pokapuje, że idą one trochę nie tak jak trzeba. A nawet jak już po takiej dyskusji współpracownicy mają cię za głupka, to nie wkurzanie ich bardziej takimi wpisami jak powyższy, do których zapewne prędzej czy później dotrą. No ale mniejsza o to.
Drugi, właściwie znacznie ważniejszy problem, sprowadza się do tego, czy ja może po prostu za bardzo nie marudzę? Projekt bałagan, bez nadzoru, yadda, yadda, yadda, ale wiecie co? Przy tych wszystkich krytycznych, nie dających szans na przeżycie wadach, najprawdopodobniej za kilka miesięcy system będzie skończony, działający i nawet całkiem znośny w utrzymaniu (to samo zresztą tyczy się owego PHPowego projektu o którym rozpisywałem się dwa miesiące temu). I to, że ja, jak tylko widze coś, co imho nie jest tak, jak być powinno, to od razu dostaję wysypki, absolutnie o niczym nie świadczy. No, może poza tym, że średnio się nadaję do roboty.
Bla. Chyba trzeba będzie po prostu zatrudnić się gdzieś jako szeregowy admin, gwizdać na wszystko, a fajnymi rzeczami zajmować się w czasie wolnym.
Chociaż. Przecież równie dobrze mogą mi kazać administrować slackiem. Ratuuuuunkuuuuuuuuuuuuuu!