Mały eksperyment

30 XI 2005, 00:10:56

Idąc dzisiaj na trening wpadłem do dziadków i zważyłem się. Do tego nie zakupiłem butelki wody kryminalnej i podczas oraz po treningu nic nie piłem (podczas i tak nie mogę, bo od ugniatania żołądka wypełnionego wodą mi później soki żołądkowe po całym przełyku latają). Wlekąc się, znaczy, wracając z treningu znowu zajrzałem do dziadków i znowu zawitałem na wadze. Różnica -- 1,5kg. Oczywiście w ciągu kilku minut to nadrobiłem wypijając około 1,5litra wody (co zawsze robię po treningu).

Wnioski? Żadne. Ot ciekawostka :)

Dziiwny jest ten świaaaaaat

28 XI 2005, 22:29:22

(Ledwie) osiemnastoletnie dziewczę, humanistyczna licealistka, użytkownik PLD. Nie wierzycie? Ja patrzę i dalej nie wierzę. Nie sądzę, żebym był seksistą, po prostu gdzieś musi być jakaś granica :)

Na gospodarstwie

28 XI 2005, 00:13:04

Prasowanie jest całkiem fajne. Fakt, że po jakimś czasie kręgosłup się buntuje, ale poza tym nie ma co narzekać. Jest to chyba jedyna czynność do tego stopnia nie wymagająca skupienia, że mogę bez problemu przy okazji patrzeć na telewizor (a mi ostatnio szkoda czasu na po prostu oglądanie telewizji). Byle by tylko coś dobrego leciało.

W czym by tu podłubać...

20 XI 2005, 23:46:54

Przez ostatnie kilka lat robiłem dużo różnych dziwnych rzeczy. Bo wiecie, ja generalnie bardzo pracowity i sumienny jestem...

A takiego wała.

Prawda jest taka, że jeśli ja się za coś brałem, to dlatego, że albo musiałem (jak w przypadku nagłówków albo 7thguarda -- gryzło mnie, że ludzie czekają, więc starałem się streszczać), albo dlatego, że już mi się tak wyjątkowo 'nudziło', że musiałem zacząć coś robić. Niestety ten drugi powód tak jakby zaczyna powoli iść w buraki, co mi się średnio podoba, bo tyle różnych rzeczy chciałbym dokończyć i tyle nowych zacząć. To musiało się prędzej czy później stać (radio zabiera czas, treningi brazylijskiego jiu-jitsu też), ale śmierć matki wszystko w drastyczny sposób przyspieszyła. Chciałem do końca studiów mieć przynajmniej część mocy przerobowych, jakie miałem w liceum (kiedy to w sumie robiłem najwięcej), ale po ostatnich wydarzeniach nie wiem, czy mi się to uda. I to nie tyle jest kwestia wolnego czasu, ile tego, czy po wszystkich tygodniowych zajęciach będę miał jeszcze na tyle ochoty na robienie czegokolwiek, żeby się za owo cokolwiek wziąć (odsyłam do pierwszego zdania tego akapitu -- musi mi się tak 'nudzić', żebym z 'nudów' zaczął coś robić; ja po prostu patentowany leń jestem).

Tak, ja wiem, że właśnie na tym polega życie, ale to miało być inaczej. Do końca studiów powinienem móc jeszcze w miarę spokojnie poświęcać czas temu, co robić lubię, a za kilka lat znaleźć jakiś sposób na przynajmniej częściowe utrzymywanie się z tego. Jeśli teraz wypadnę z obiegu, to za kilka lat będę mógł tylko i wyłącznie zostać jakimś szarym adminem u lokalnego ispa, czy gdzie tam.

W ogóle to wszystko jest na odwrót. W liceum, gdy moja wiedza była jednak dosyć mizerna (przynajmniej z obecnej perspektywy, bo jak na licealistę, to oczywiście nie było tak źle :), to miałem czasu tyyyyle. Teraz, gdy te kilka lat doświadczeń mógłbym wykorzystać do zrobienia czegoś naprawdę dużego (i mam konkretne plany), zamiast tracić czas na jakieś durne bugfiksy, to tego czasu właśnie nie mam (ponownie: nie fizycznie czasu, bo ten by się znalazł, tylko 'czasoochoty').

To samo zresztą z 7thguardem. Honej siedzi gdzieś w Brukseli i zajmuje się karierą zawodową. Ja natomiast po (khm) latach doświadczeń czuję się na tyle pewnie, że mogę pilnować innych redaktorów i przy okazji samemu dalej szlifować własny warsztat pisząc niusy (co przez jakiś okres robiłem). Tylko skąd ja mam na to brać czas! I czemu do jasnej cholery akurat ja mam to robić, a nie jakiś bardziej odpowiedni człek, który nie ma przy okazji kilku technicznych projektów na głowie (tak, wiem, że gdyby nie moja proza, to nikt z was by nawet nie wiedział kim jestem, ale blog to jedno, a prowadzenie serwisu to mocno coś innego). W ogóle co to za pomysł, żeby w dziennikarstwo się przyszły pan mgr inż. informatyki bawił!

A na jutro na laborkę raportu nie napisałem (choć powinienem był go oddać dwa tygodnie temu, czego z oczywistych względów nie zrobiłem). Zrobię na za tydzień (albo i nie). W ciągu ostatnich kilku lat się nauczyłem, że na dłuższą metę nie mam się o naukę co martwić, bo i tak w praktyce nigdy mi nic poważniejszego nie groziło. Acz jeszcze dwa tygodnie temu w moim życiu było też wiele innych pewników.

Poza tym zapomniałem wspomnieć, że w tym tygodniu jeszcze muszę sobie spodnie kupić (bo zaczynam jak lump wyglądać) i przydałoby się też za kurtką rozejrzeć, bo primo tyłek mi w obecnej marznie, a secundo jest już mocno brudna i też w nienajlepszym stanie. Co najmniej powinienem ją wyprać. Tylko ciekawym w czym będę chodził zanim wyschnie. Chyba w szafie jest jeszcze jakaś stara zimowa, byle się nadawała jeszcze do chodzenia..

Do roboty!

20 XI 2005, 19:01:13

Posprzątać dom, poprać, poprasować, zrobić zakupy, zrobić sobie jedzenie, zjeść, pouczyć się, zrobić raport na laborkę, pójść do radia, pójść na trening, umyć się. To jest niejako minimum, a ja zazwyczaj miałem problemy ze zrobieniem jednej trzeciej z tego. I to będąc poganianym przez matkę. No i nadal mam z wyrobieniem się problemy. Po prostu leń jestem. A ile rzeczy i tak leży odłogiem :/

Acz to i tak lepsze, niż siedzieć i myśleć, bo tego nadal nie jestem w stanie robić.

Powrót

15 XI 2005, 00:41:36

Po dwóch tygodniach wyjętych z życiorysu przyszedł czas na powrót do normalnego życia. Myślałem, że już wszystko w porządku.

Po Opolu zazwyczaj poruszam się na piechotę z tego względu, że jak idę, to zawsze o czymś myślę, skutkiem czego takie łażenie mi się nie dłuży. Oczywiście jeśli się nie staram skupić na czymś konkretnym (czyli np. który papier gdzie zanieść), to ostatnimi czasy często zaczynam myśleć o tym jak dawno temu wyglądało moje życie. I wtedy chciałbym, żeby znowu było jak kiedyś. Jak ja bym chciał, żeby było jak kiedyś.

Ale wtedy zawsze sobie przypominam, że choćbym nie wiem jak intensywnie myślał, to nie uda mi się sprowadzić przeszłości. Wtedy chce mi się płakać. Ale płaczem też nic nie zdziałam, więc się powstrzymuję. I tyle z tego myślenia mam -- nic. Jak ja bym chciał, żeby było jak kiedyś.

Nie mam ochoty chodzić na uczelnie, uczyć się, nadrabiać zaległości. Nie mam ochoty dłubać czegokolwiek na komputerze. Jutro mam trening, na który nie mam najmniejszej ochoty iść. Do radia chodzę, acz dzisiaj zmyłem się wcześniej, niż zwykle, bo już nie miałem siły tam dłużej siedzieć. Najchętniej rzuciłbym to wszystko na czas nieokreślony i robił tylko to na co miałbym ochotę, wtedy, gdy bym chciał.

A ja myślałem, że wszystko już będzie w porządku.

Dzień ósmy

10 XI 2005, 01:03:26

Dzisiaj był pogrzeb.

Teraz zostało mi jeszcze dojść do ładu z obsługą domu i mogę (na ile jest to możliwe) wrócić do starego trybu życia.

Dzień siódmy

08 XI 2005, 16:26:23

Równo tydzień temu mój świat wyglądał zupełnie inaczej. W kilka sekund wszystko się zmieniło. Przez pierwsze dni siedząc w domu albo dławiłem wycie, albo, jeśli Olek był akurat u dziadków, wyłem (płakać można ze szczęścia albo ze wzruszenia; ja wyłem). Później się uspokoiłem. Teraz już jest dobrze. Myślenie o tym, co było i co się wydarzyło nadal wywołuje łzy, ale są to tylko łzy, które można zdławić. Kto wie, może do końca życia nie będę mógł o tym myśleć z suchymi oczami.

Tydzień to mało, czy dużo na opłakanie takiej tragedii? Nie wiem, ale gryzienie się tym, że jestem jakiś nieczuły, bo wypadałoby dłużej, jest co najmniej głupie. Teraz mam swoje życie, na którym powinienem się skupić. Już kiedyś pisałem, że mieszkanie samemu zapewne nie sprawiało by mi problemów i jest to prawda. A może za jakiś czas, jeśli znajdę tę jedyną, ten dom znowu będzie magiczny...

A Olek? Widziałem wiele filmów, gdzie sędziowie mówili, że po pierwsze będą się kierować dobrem dzieci, a nie dorosłych. Trudno się nie zgodzić. Zwłaszcza, gdy nie dotyczy to nas samych.

Olka ojciec mieszka sam, ma dorosłą, zamężną córkę (mieszka w Londynie) i pewnie nie znajdzie on już w życiu innego celu, jak odchowanie syna. Poza tym niedługo będzie miał 55 lat, więc jeśli Olek nie pozna go teraz, to w dorosłym życiu nie będzie miał już na to czasu. Mamy zapewne nie dane już będzie mu pamiętać.

Ja natomiast jestem młody, moje życie dopiero się zaczyna. Olek też jest młody. Mamy przed sobą wiele lat, nie musimy się spieszyć. Zawsze będziemy mogli nadrobić te kilkanaście lat. Poza tym Piła to nie drugi koniec świata, a wakacje są długie.

Olek, ja jeszcze pamiętam, gdy Internet był w Polsce luksusem, dla ciebie natomiast będzie czymś oczywistym, więc mogę ze sporą dozą prawdopodobieństwa założyć, że kiedyś to przeczytasz. Nie wiem jak potoczy się dalej nasze życie, ale nie musisz czuć się zobligowany, by mnie bliżej poznać. Pamiętaj jednak, żeby tych bliskich, którzy będą przy tobie, poznać jak najlepiej i zapamiętać, bo przez sporą część życia tylko to ci po nich pozostanie -- wspomnienia.

Co teraz? Muszę sprawdzić jak z zapłatą czynszu, bo podobno termin dzisiaj upływa, poza tym za kilka godzin przyjeżdża mój ojciec (mój ojciec != Olka ojciec), no a za chwilę spadam do radia. Życie czeka.

Dzień szósty

07 XI 2005, 17:05:02

Zostałem sam.

Dzień pierwszy

06 XI 2005, 08:54:32

Dzisiaj w nocy zmarła moja matka.

Na razie nic mi nie jest. Godzę się z tym faktem od kilku dni, więc co za różnica, że to się w końcu stało.

Dzień czwarty

06 XI 2005, 01:29:01

Olek jednak nie przyjął tego tak łatwo. Wczoraj wieczorem był bardzo rozdrażniony i trochę popłakiwał. Na szczęście w końcu się uspokoił i poszedł spać. Dzisiaj jest normalnie (co akurat u niego znaczy, że jest wybitnie upierdliwy, a ja nie mam serca go 'bardziej stanowczo' przywołać do porządku). Jednak dziecko to dziecko i nie potrafi być smutne przez dłuższy czas.

A ze mną? O dziwo dzisiaj było całkiem nieźle. Zobaczymy jak długo to się utrzyma.

Dzień trzeci

04 XI 2005, 18:25:01

W trakcie dnia jestem albo na uczelni, albo z Olkiem u dziadków i wtedy jest dobrze. Ale czasami, np. siedząc w wannie i czytając gazetę, gdy słyszę jak Olek ogląda bajki, a radio gra, to mam wrażenie, jakby nigdy nic się nie zmieniło. Ale wtedy uświadamiam sobie, że jednak się zmieniło i nigdy już nie będzie tak, jak było. Wtedy chcę płakać. Ale to nic nie daje.

Nie chce mi się nic robić, a siedzieć i myśleć nie mogę. Od dziadków chcę wracać jak najpóźniej -- najlepiej po szóstej, wtedy jest czas tylko na umycie Olka, pooglądanie bajki i wiadomości i można iść spać. Nie ma czasu na siedzenie i myślenie.

Właśnie powiedziałem Olkowi, że mama jest bardzo chora i pewnie już nigdy jej nie zobaczymy. Nigdy nie wróci. I że on będzie pewnie mieszkał u taty. Ja będę dzwonił, czasami przyjeżdżał. A czasami on będzie przyjeżdżał.

Ktoś w końcu musiał mu powiedzieć. Z jednej strony nie chciałem mu mówić. Z drugiej strony nie mogłem patrzeć, że jest taki radosny, nieświadomy niczego. To był zły powód. Ale i tak ktoś w końcu musiał mu powiedzieć.

Zapłakał na kilka sekund. Czy jest smutny? Tak. Czy będzie mieszkał u taty i chodził tam do przedszkola? Tak. Czy będzie czasami mnie odwiedzał? Tak.

Potem poszedł się bawić. Teraz buduje mnie, mamę i siebie z klocków, żebym już nie płakał.

Dlaczego to nie może być takie proste. Dlaczego do kurwy nędzy ja tak nie mogę.

A za trzy dni zostanę sam. Będę miał dużo czasu na myślenie.

Dzień drugi

03 XI 2005, 15:57:50

Trzy dni temu zastanawiałem się nad tym, czy zdążę uruchomić delphi pod wine i wyklikać jakiś programik na jutrzejsze zajęcia, ile czasu zajmie mi wydanie nowego llh i ile z tego czasu powinienem poświęcić na dokończenie mojej strony, która była mi potrzebna w celu omówienia pewnego nowego ficzera automatyki ftpowej.

Fajnie było sobie tak siedzieć w domu i się zastanawiać.

Bo wiecie, dom to takie magiczne miejsce, gdzie sporo rzeczy robi się samo. Można zostawić nieumyte garki, licząc na to, że za jakiś czas już będą umyte. Nie trzeba się zajmować kostką toaletową, bo ona się sama wymieni. Pranie i prasowanie też się samo robi. A i przy sprzątaniu mniej roboty, bo kurze się same ścierają.

Teraz siedzę sam w mieszkaniu. Już nie jest magiczne. Jeśli wieczorem nie umyję talerzy, to będą one nieumyte i jutro, i pojutrze i za tydzień też. Przedmioty już się same nie przemieszczają, nic się samo nie robi. Za to otacza mnie masa rzeczy, które już do niczego nie służą. Są martwe. Powinienem je wyrzucić, tylko kurz zbierają.

Olek jeszcze przez dwie godziny posiedzi u dziadków. A w poniedziałek weźmie go ojciec. Ja zaraz idę na wykład. Na wykładzie będę miał się na czym skupić. Bo wiecie, dawno temu, gdy miałem dom, mogłem w nim po prostu siedzieć i zastanawiać się nad różnymi rzeczami. Teraz gdy nic nie robię, to myślę o czymś, o czym jeszcze nie potrafię myśleć z suchymi oczami. Może kiedyś.

Szkło

02 XI 2005, 17:17:07
Tak właściwie, to ja jak na razie żyję pod szklanym kloszem i jest mi pod nim całkiem dobrze, poza tym, że nudnawo.

Cytat mojego autorstwa, sprzed roku. Właśnie w związku z owym kloszem często się zastanawiałem co by się mogło stać takiego strasznego, żeby mi ten klosz rozwalić. Różnych opcji było sporo, jedne straszniejsze, inne mniej straszne, ale zawsze doprowadzające mnie do wniosku, że jestem jakiś walnięty, skoro nie mam lepszych rzeczy do zastanawiania się nad.

Prawda jest taka, że osoby nieobecne prawie nigdy nie zaprzątają moich myśli. Nawet jeśli jest to moja matka i brat -- przez dzień czy dwa czasami łapię się na tym, że jest jakoś tak dziwnie w domu, ale później przestaję zwracać na to uwagę. Czy mógłbym wyjechać niewiadomo gdzie i ot tak po prostu zacząć życie? Jak najbardziej i nie sprawiło by mi to jakiegoś większego problemu. I właśnie na tym polega problem. Ja po prostu nie chcę doprowadzić do sytuacji, w której osoby, które widuję prawie cały czas od dwudziestu lat będą dla mnie tylko rzadko oglądanymi twarzami z którymi można zamienić kilka słów o pogodzie z okazji jakiegoś zjazdu rodzinnego (święta).

Znowu cytuję samego siebie. Tym razem cytat sprzed miesiąca. Bo wiecie, ja lubiłem swoje życie. Lubiłem swój dosyć głośny dom.

Wczoraj po dziewiątej wieczorem moja matka dostała wylewu. Lekarzom nie udało się go opanować, krwiak jest na tyle duży, że zablokował funkcje oddechowe. Matka jest na kroplówce i respiratorze. Rodzina nie chciała mi powiedzieć wprost jakie są rokowania, ale nie musieli. Ciało pewnie przeżyje, ale jej już raczej w środku nie będzie.

Mam dwadzieścia lat, studiuję. Nie mogę się sam opiekować pięcioletnim bratem. W poniedziałek zabierze go jego ojciec. Na drugi koniec Polski, do Piły. Zostanę sam w domu, w którym mieszkałem z matką od dwudziestu lat. W którym od pięciu pomagałem wychowywać brata.

I dobrze. Nie będę musiał siedzieć z laptopem zamknięty w łazience. Dławiąc płacz, żeby mnie brat nie usłyszał.

Jeśli to jest jakaś krzywa wersja usamodzielniania się studenta, to ja jej nie chcę. Chcę żeby było wczoraj. Mogę się usamodzielniać choćby na uniwersytecie w Australii. Ale nie w ten sposób.

Nie ma mnie

02 XI 2005, 00:08:02

Do odwołania mnie nie ma i jest generalnie bezcelowym kierowanie się do mnie z jakimikolwiek sprawami. Jeśli komuś będzie potrzebny dostęp do czegoś, do czego tylko ja mam ów dostęp, to zostawiać msg na jabberze. W innych przypadkach postarajcie sobie radzić sami i nie mailować/jabberować.

Do większości (jeśli nie wszystkich) burdeli th dostęp ma pluto, ma też wjazd na konto ftpowe (poza tym jest sporo ludzi mających roota na ep09). Jeśli idzie o llh, to możecie się zacząć kontaktować z Jeffem Baileyem (jbailey małpa ubuntu kropka com... chyba; jeśli nie, to go wygooglajcie; człek jest z ubuntu), mówił, że będzie grzebał przy updejcie do 2.6.14. Na mnie nie liczyć.

Poczty nie odbieram. Nie wiem jakimi zasobami czasowymi będę dysponował i do czego wrócę, a do czego nie (jeśli w ogóle do czegokolwiek), ale mam nadzieję się dowiedzieć w ciągu kilku dni.

Nie zostawiać komentarzy do notki. Jak będę wiedział co i jak, to sam napiszę.

« | »