Końcem na początku
Stosunkowo niedawno wyczytałem coś ciekawego. Otóż większość ludzi, jeśli pisze bądź mówi na jakiś temat, to automatycznie przyjmuje następującą kolejność -- pierw opisać mniej więcej jak przebiegał ich proces myślowy, a później całość zwieńczyć jedynie słusznym wnioskiem ewentualnie okraszonym jakimś komentarzem. Brzmi jak najbardziej naturalnie i logicznie, bo dzięki temu słuchacz/czytelnik może w pełni zrozumieć zasadność wniosku. No i przy okazji możemy się pochwalić jakim to okazałym organem wnioskującym dysponujemy i jak świetnie sprawdza się on w praktyce.
Niestety to, co dla nas, tłumaczących, jest naturalne, wcale takie nie musi być dla odbiorców. Uogólniając, przeciętny odbiorca nie wie do czego zmierzamy, a jego wiedza ogólna o danym zagadnieniu jest zazwyczaj znacznie mniejsza od naszej, skutkiem czego każda dodatkowa informacja, jaką musi on trzymać w głowie w oczekiwaniu na wielki finał, ostatecznie pogarsza jego zrozumienie tematu. Czemu? Bo jak już sprezentujemy mu ten wniosek, to musi sobie teraz zacząć przypominać to wszystko, co do niego mówiliśmy wcześniej i odnosić to do owego wniosku. A zwłaszcza z tym przypominaniem może być ciężko.
A teraz magiczne rozwiązanie (fanfary) -- należy wniosek ogólny pisać najpierw. Choć instynktownie może się to wydawać nienaturalne, to w rzeczywistości ma same zalety. Po pierwsze znacznie zwiększamy szansę, że odbiorca wniosek zapamięta (a właśnie to powinno być naszym nadrzędnym celem, a nie pokazanie światu w jak elegancki sposób potrafimy prowadzić rozumowanie), a jednocześnie ułatwiamy mu zrozumienie tematu, gdyż tym razem będzie w stanie nie tylko śledzić spójność wywodu (czyli w jaki sposób skaczemy po argumentach), ale też wszystko co przekażemy od razu odnosić do ogólnego wniosku. To jest znaczne ułatwienie, gdyż w ten sposób odbiorca może już na początku zdecydować na czym się będzie skupiał i np. odnotowywać sobie w pamięci tylko te argumenty, które w kontekście ogólnym (który tym razem zna i cały czas ma w pamięci) nie trafiły mu do przekonania (a później sklecić soczystego ranta na autora :).
Nawiasem mówiąc ciekawym ile jeszcze tego typu prostych reguł dotyczących przekazywania wiedzy istnieje. Będzie się trzeba zainteresować jakąś (powszechnie polecaną) publikacją na ten temat.
Powyższe miało być tylko wstępem do konkretnego wpisu (oczywiście pisanego z wnioskiem na początku :), ale to poczeka jeszcze trochę do następnego razu.

27 XII 2005 o 15:34:33
A wystarczy sobie przypomnieć, jak kazali pisać wypracowania w podstawówce:
1. Postawienie tezy/hiopotezy
2. Argumenty
3. Udowodnienie tezy/hipotezy
Proste :)
27 XII 2005 o 18:59:52
To coś jak filmy z zakończeniem na początku. A później przez cały film wiadomo, że bohater nie zginie, skoro udało mu się dożyć do zakończenia.
28 XII 2005 o 23:23:23
To napisz ten tekst raz jeszcze z wnioskiem na początku ;-)
29 XII 2005 o 15:03:39
Niby masz rację, ale tylko wtedy, gdy piszesz z tekst z myślą o udowodnieniu jakiejś jedynie słusznej tezy. Mi coraz częściej zdarza się pisać raczej po to, by usystematyzować to, co już wiem i samemu dojść do jakichś wniosków. W takim wypadku nie mogę tych wniosków wymieniać na początku, bo albo ich jeszcze nie znam, albo pod koniec tekstu okaże się, że początkowe tezy nadają się co najwyżej do kosza.
Inaczej mówiąc, podejście, które opisałeś, dobrze sprawdza się przy tworzeniu skutecznego kazania, ale znacznie gorzej przy pisaniu eseju :).
29 XII 2005 o 15:49:20
Hipoteza na początku nie musi być prawdziwa. Musi byc tylko względnie "na temat". Prawdziwa powinna być ta z końca.
Więc drugi argument odpada.
Z pierwszym można się zgodzić o tyle, że oczywiście nie zawsze ładnie jest zaczynać od deseru. Ale też poeta chyba tego nie udowadniał - bardziej, że powinno się to robić _częściej_.
29 XII 2005 o 22:09:38
Jeśli idzie o uporządkowanie wiedzy, to ja to robię *zanim* coś napiszę. Tzn. jedną z rzeczy, której nauczyło mnie regularne przelewanie własnych myśli na epapier, jest analizowanie tego, co mnie otacza, pod kątem spisania. (Nawiasem mówiąc to jest bardzo przydatne samo w sobie, bo wyrabia zmysł obserwacji.) Więc, pomijając jakieś wpisy o dupie maryni, które z definicji nie mają żadnej sensownej pointy, staram się wykombinować jakiś wniosek *zanim* coś napiszę. A jeśli nie udaje mi się, czyli niejako zostawiam temat otwarty do rozważenia przez każdego czytelnika z osobna, to pisanie wniosków najpierw i tak nie obowiązuje.