Rączki na kołderkę i ani mru mru!

26 I 2006, 23:35:30

Kilka dni temu z głównej joggera trafiłem na wywiad z patrysem i nbw na DI. Przeleciałem wzrokiem całość, no dobra, wywiad jak wywiad, więc zaczynam czytać.

Pierwszy akapit -- uuu, znaczące wydarzenie, wow.

Drugi akapit -- blah, blah, blah, ale coś mi nie pasuje.

Trzeci akapit -- zaaaaaraz. Czy autorem tego nie jest przez przypadek... no jasne :)

Ostatnio pewna rzecz w tym całym blogowaniu mnie zaczyna gryźć w oczy -- że samo siebie bierze zbyt poważnie.

No więc sami pewnie kiedyś zauważyliście, że to i tamto się czasami tenteguje. Mnie to wczoraj skłoniło do refleksji.

Ostatnio Franek był napisał (oczywiście muszę się do Franka ładnie dolinkować, bo na tym polega blogowanie i blogosfera) o tym i owym. Tylko zasygnalizował kwestię tentegowania, acz niedawne badania Googla skłoniły mnie do rozwinięcia tematu.

<rozwinięcie tematu>

Oczywiście pozostaje problem znalezienia wartościowych blogów na temat tentegowania tego i owego. Jest to dosyć trudne zważywszy na dUuUshoM IloŚć fpiiisuuufff na ten temat, ale mam nadzieję, że pewien serwis o głupiej nazwie w tym pomoże, skoro jego celem jest zbieranie do kupy wartościowych blogów. Chłopaki, dobra robota!

A tak w ogóle, to mój blog został niedawno dodany do pewnego serwisu o głupiej nazwie, którego celem jest zbieranie do kupy wartościowych blogów. Chłopaki, bardzo dobra robota, tak trzymać!

Tak, dla mnie też ciekawsze są teksty pisane poprawną polszczyzną i na jakieś "sensowne" tematy, ale to nie jest powód do publicznego obnoszenia się z wyższością jednych nad drugimi. W rzeczywistości nie ma specjalnej różnicy pomiędzy nastolatką ze świecą, a geekiem z urządzonkiem na usb -- jedno i drugie chce sobie po prostu (intelektualnie) zrobić dobrze, poprzez zajmowanie się rzeczami, które ich akurat interesują. Ba, od dużego geeka bym wręcz oczekiwał, że primo będzie siedział cicho, a nie warczał na nastolatki, bo cechą charakterystyczną nastolatek jest to, że mają naście lat i z założenia działają trochę inaczej, niż dorośli oraz secundo -- będzie w stanie docenić przydatność umiejętności towarzyskich, jakie zdobywają nastolatki zajmując się tym, czym nastolatki się zazwyczaj zajmują. (No i tertio -- nie będzie ryzykował zdrowiem, bo świeca może się złamać/można wyszarpać tylko knot, a urządzonko na usb ma przeważnie względnie mocno przymocowany kabel i jest generalnie solidniejsze.)

Ja po prostu uważam, że jeśli ktoś chce dbać o reputację, to nie powinien pewnych rzeczy robić na forum publicznym to raz, a dwa, zanim coś publicznie zrobi (znaczy zanim coś w ogóle zrobi, acz są rzeczy, które mogę mówić/robić przy moich znajomych, li tylko dlatego, że to moi znajomi i tak oni są pewni co do moich intencji, jak i ja co do tego, jak mnie w takim wypadku odbiorą), to powinien się zastanowić, czy rzeczywiście ma rację i jak sprawa wygląda z punktu widzenia ewentualnego oponenta. (Przy czym to znacznie głębszy temat jest).

Nazwijcie mnie hipokrytą, ale ja na ten przykład nigdy nie zarejestruję się na serwisie typu blogfrog. Czemu? Czyżby mi nie zależało na zwiększeniu liczby czytelników?

Ależ zależy, zależy i co jakiś czas sprawdzam jak się sprawy w tej kwestii mają (po to jakiś czas temu założyłem liczniki odwiedzin), ale mam wbudowany opór przed jawnym powiedzeniem komukolwiek, żeby gdzieś mnie dodał, gdzieś o mnie wspomniał, etc. Za każdym razem, gdy mam podjąć taką decyzję, to się zastanawiam, czy rzeczywiście treść, którą stworzyłem, jest warta tego, żeby ów opór przełamać.

Zazwyczaj okazuje się, że nie jest. Ten blog jest po prostu zbiorem mojego marudzenia na różne tematy i ani nie ma ambicji, ani nie pretenduje do bycia czymś więcej. Jeśli ktoś uważa, że to co piszę, jest dla niego ciekawe, to miło mi, ale nie mam zamiaru zrobić niczego, co mogłoby zwiększyć ilość tychże czytelników, poza pisaniem w sposób lepszy i ciekawszy i o bardziej interesujących rzeczach. A już na pewno nie planuję na końcu każdej notki dodawać sugestii zabookmarkowania tejże na delicious, jak to robią co poniektórzy (przy czym w tym konkretnym wypadku strona jest dla faceta biznesem, więc taka autopromocja podpada pod zwykły marketing, skutkiem czego z definicji na więcej może sobie pozwolić). Nie wspomnę też o tym, że ostatnio zostałem dodany do serwisu o głupiej nazwie (no, chyba, że uda mi się wspomnieć o tym niejako przy okazji, tak, żeby nie wyglądało, jakbym robił to celowo; o, na przykład tak jak teraz).

(Nawiasem mówiąc dlatego też nie potrzeba mi tych wszystkich super wybajerowanych funkcji wordpressa, czy czego tam, jak trackbacki, pingi i cholera wie co jeszcze. Wystarczy mi, jeśli działa joggerbot (który nie działa od dłuższego czasu i przez weekend mam zamiar zdobyć niepodważalne dowody na to, że to wina sparrowowego upgrejdu jabberd, po czym przystąpić do wysyłania listów z pogróżkami) i mogę w spokoju dodawać notki.)

Wyjątkiem w tym wypadku jest moja anglojęzyczna strona ale ona jest właśnie po to anglojęzyczna, żeby była przydatną dla pewnej konkretnej grupy ludzi, w której przypadku nie mam większych oporów przed komunikowaniem faktu jej istnienia.

I na koniec disclaimer -- powyższe to nadal są li tylko moje marudzenia, na które mają wpływ moje zboczenia i inne takie. To w żadnym razie nie jest jedynie słuszny tok rozumowania i feel free, żeby się ze mną nie zgadzać. Oczekuję od was li tylko tego, żebyście sami wymyślili jaki jest wasz stosunek do opisywanych kwestii i zachowali krytyczny dystans tak do owych kwestii, jak i do własnych przemyśleń na ich temat.

Nudy panie, nudy

17 I 2006, 15:56:38

Jakieś półtora miesiąca temu Mimas napisał był krótki rant między innymi na okoliczność preferowania przez większość polaków tekstów i serwisów polskojęzycznych, pomimo, że na anglojęzycznych stronach można dostać informacje najlepsze jakościowo i to do tego z pierwszej ręki. Od tamtego czasu chodziło mi po głowie stworzenie tego wpisu, i to chodziło tyle razy, że mam nieodparte wrażenie, że ja już go napisałem, a teraz się powtarzam :). Ale przechodząc do meritum...

Prawda jest taka, że nie czytamy wszyscy A List Apart, czy różnych autorytetów od sieci semantycznych z bardzo prostej przyczyny -- nas to po prostu specjalnie nie interesuje. Obecnie jest duży hype odnośnie web usability, a polskie blogi na ten temat mogą liczyć na całkiem niezłe ilości czytelników, ale szczerze wątpię, żeby większość z tych czytelników czytała także regularnie te najważniejsze, anglojęzyczne strony. Dlaczego?

Ano według mnie (podkreślam -- według mnie; tu by się raczej jakiś socjolog, czy inny socjopata przydał) to, co czytamy na dany temat, w znacznej mierze odzwierciedla poziom naszego rzeczywistego nim zainteresowania. Czyli, już abstrahując od hype'u na temat web usability u nas, weźmy takiego mnie -- ja czytam przykładowego Patrysa, bo (a) go znam na okoliczność PLD i (b) bo publikowane przez niego co jakiś czas teksty są dla mnie interesujące. Ot, taki sporadyczny rzut oka na sąsiedni dział informatyki plus co jakiś czas różne smaczki z lokalnego podwórka. Patrys w tym momencie pełni rolę filtra -- ja nie muszę do końca wiedzieć o co biega (i nie wiem, bo się www nie zajmuję, poza tym, że w razie konieczności jestem w stanie coś sklecić przy pomocy htmla i cssa, acz jest to dla mnie zawsze frustrujące doświadczenie), nie muszę spędzać czasu na przeglądaniu tych najpoważniejszych materiałów (anglojęzycznych) właśnie, a w zamian mogę liczyć na 'niezobowiązujące' teksty popularyzatorskie (będące dla mnie w równej mierze rozrywką, co i nauką) oraz garść ciekawostek, jak na przykład jakieś dowcipy o gronie (które na angielskojęzycznych serwisach dotyczyłyby zapewne orkuta i byłyby dla mnie znacznie mniej interesujące).

I według mnie większość osób tak ma. W takim podejściu nie ma nic złego, acz ważna staje się w nim także sama osoba piszącego. Tzn. czy nie nudzi, czy nie drażni nas za bardzo, etc. W ogóle zaryzykuję stwierdzenie, że nie czytamy blogów li tylko ze względu na treść, ale właśnie ze względu na autorów oraz własne przyzwyczajenie. Czyli jeśli zaczęliśmy czytać dany blog (bo na przykład znamy skądś autora), to zostaniemy mu względnie wierni tak długo, jak długo autor rzeczywiście na trwałe nie zboczy z uprzedniego kursu, nudząc/irytując nas powyżej pewnej granicy tolerancji i zmuszając do zaprzestania odwiedzin.

Główna implikacja jest taka, że 'ciekawe' (popularne) blogi są popularne ('ciekawe') właśnie dlatego, że autor zabiera czytelników w podróż po interesujących go tematach i to w taki sposób, że stają się one, przynajmniej przez chwilę, interesujące właśnie dla owych czytelników. I nie ma tutaj wcale obowiązku zgadzania się z autorem, czy posiadania wystarczającej wiedzy, by ewentualnie móc dyskutować z tym, co napisał -- wystarczy, że ma się wrażenie, że się względnie miło spędziło czas i przy okazji czegoś nauczyło. Po prostu oczekujemy, że autor nas czymś zaskoczy, powie coś, czego żeśmy wcześniej nie wiedzieli i nie zanudzi nas przy okazji na śmierć.

Do tego oczywiście dochodzą komentarze, które zawsze pozwalają czytelnikowi dodać coś od siebie, jeśli przyjdzie mu na to ochota (choćby podziękować za ciekawy tekst). Osobiście prawie nigdy nie ingeruję w komentarze do swoich wpisów, a i w ewentualnej dyskusji uczestniczę niezbyt często (nawet jeśli, co się czasami zdarza, ktoś wyskakuje z tekstem jakby się urwał z choinki, to zazwyczaj nie prostuję, tylko czekam, aż ktoś inny to zrobi) -- po prostu komentarze są miejscem dla czytelników, a ja to, co chciałem powiedzieć, w większości już powiedziałem w samym wpisie. (A że czytelnicy są przyzwyczajeni, że należą im się ich komentarze, to można zobaczyć na przykładzie Jarka Zgody :)

I znowu wracamy do całkiem wdzięcznego obiektu dyskusji, jakim jest Mimas, który na czytelników w komentarzach warczy i generalnie sprawia niesympatyczne wrażenie (o czego implikacjach już kiedyś pisałem). Jeśli komuś zależy na tym, żeby w komentarzach można było znaleźć też tylko wartościową dyskusję, to powarkiwanie na komentujących nie po myśli autora jest wybitnie nieefektywnym rozwiązaniem, bo skutek zapewne będzie odwrotny, do zamierzonego -- zniechęci do komentowania w ogóle. W takich sytuacjach sugerowałbym raczej, żeby komentarze podzielone były na te zmoderowane i na te niezmoderowane, gdzie domyślnie widoczne byłyby tylko te pierwsze, gdyż to właśnie one byłyby oficjalnie namaszczone przez autora, jako godne wpisu, do którego się odnoszą.

A jeśli ktoś chce nam wystawić laurkę, to nie nie ma się co irytować, tylko trzeba siedzieć cicho i się cieszyć, że ktoś uznaje to całe pisarstwo za warte czytania. Bo state of the art w danej dziedzinie to to zazwyczaj nie jest, tylko luźno pojęte popularyzatorstwo, gdyż jeśli rzeczywiście się ma jakiś szerszy cel, to zazwyczaj pierwszą czynnością jest przestawienie się na pisanie po angielsku (co nawiasem mówiąc od dłuższego czasu planuję zrobić z moją wuwą i mam nadzieję, że wreszcie znajdę trochę czasoochoty).

P.S.

A nawiasem mówiąc ciekawym gdzie tu się uplasuje taki reddit, który tym się różni od bloga, że o tym, co może mnie, jako czytelnika, zaciekawić, decyduje nie autor na podstawie własnego wyczucia/widzimisię, tylko większa grupa ludzi wspomagana prostą heurystyką. Osobiście widzę dla takich serwisów świetlaną przyszłość, a sam reddit już od kilku tygodni jest dla mnie głównym źródłem tekstów do czytania (choćby tych, o których pisałem ostatnio).

Dziurawa pamięć

15 I 2006, 20:52:40

Rozwijamy się nie tyle przez zapamiętywanie suchych faktów, ile przez modyfikowanie własnego sposobu myślenia powodowane wchłanianiem wniosków z własnych i cudzych doświadczeń (to drugie zazwyczaj dzięki czytaniu). I już nie raz taki wniosek tutaj prezentowałem. W teorii jest on jak najbardziej słuszny.

Ale przy okazji jest kompletnie do dupy i można go usłyszeć chyba tylko od kogoś, kto jest kompletnym (intelektualnym) leniem. Czytając tekst można traktować argumentację tylko jako drogę do celu, żeby móc później stwierdzić, czy wniosek rzeczywiście jest słuszny. Ale co z tego, że argumentację uważam za słuszną, wniosek tym bardziej, skoro najprawdopodobniej po prostu zapomnę to, co czytałem. I to tak argumentację, jak i wniosek.

W przypadku tego eseju na temat inżynierii oprogramowania problem dla mnie jest mniejszy, bo on mi w głowie zapełnił pewną lukę i zrobił porządek z pewnymi informacjami, dzięki czemu o ogólnie pojętym IT będę teraz myślał w konkretny sposób. Zapewne zapomnę fakt przeczytania tegoż tekstu, ale tezy i wnioski w nim zawarte przyjmę jako swoje i jeśli kiedyś w jakiejś dyskusji będę musiał wyjaśniać swoje stanowisko, to mogę mieć nadzieję, że 'sam' będę w stanie przedstawić taką właśnie argumentację. Mogę mieć nadzieję...

Znacznie gorzej jest w przypadku tej prelekcji o sposobie myślenia i uczenia się. Osobiście uważam ten tekst za perełkę i to nie tylko za ogólne wnioski, ale też za sposób argumentacji. Czy zapamiętam ten eksperyment z kartami i ludźmi przy barze oraz jakie wnioski z niego wypływają (że używając naszego mózgu do matematyki i innych abstrakcyjnych dziedzin wiedzy, używamy go niezgodnie z przeznaczeniem)? Czy zapamiętam cytat z Alana Kaya -- "zmiana w sposobie myślenia jest warta 80 punktów IQ" (jakże prawdziwy)... Opis jak wygląda stan umysłu początkującego naukowca... Jak się ma organizacja składająca się z większej ilości ludzi do lepszego rozwoju samego siebie (znowu, jak bardzo mogę to odnieść do własnego życia)... O potrzebie robienia czegoś większego... Ile tego jest, a ja nie omówiłem nawet wszystkich głównych wniosków.

Nie, kurwa mać, nie zapamiętam tego. Chociaż bardzo bym chciał, to po dwóch godzinach nie pamiętam już 95% zawartości. Czytając go po raz drugi, czytam go jakby na nowo. I czytając, po raz kolejny łączę te informacje z innymi zgromadzonymi w mojej głowie, zwiększając swoje zrozumienie świata.

I znowu zapominam.

Czy przeczytanie go wpłynęło w jakiś sposób na sposób mojego myślenia? Może, ale ponieważ nieświadomie, to nie mam żadnej pewności, że nie była to li tylko rozrywka. I niesamowicie mnie ten fakt irytuje.

Zastanówmy się jak wyglądają studia. Słucha się wykładów na dany temat, po czym wypisuje się najważniejsze wnioski po to, żeby je później wyryć na blaszkę. Muszę przyznać, że jest w tym "głęboko" ukryty sens, bo interesujący wykład wcale nie musi oznaczać, że cokolwiek z niego wynieśliśmy. W rzeczywistości mógł się okazać li tylko intelektualną rozrywką, sposobem na ciekawe spędzenie czasu.

Nie wiem prawdę mówiąc co z tym zrobić. Z lektury Samotnego rejstu "Opty" zapamiętałem, że autor zabrał ze sobą stos książek, klasyków, które znał i które co jakiś czas czytał od nowa. Może to jest jedyne rozwiązanie? Dzielić czas pomiędzy szukanie nowych rzeczy oraz powtórne odkrywanie starych?

Ale nawet jeśli teraz zacznę zapisywać te rzeczy, to ile tekstów zdążyłem już stracić?

Jeśli będę kiedyś dawał rady młodym ludziom, to zapewne jedna z nich będzie brzmiała "zapisuj sobie wszystkie wartościowe rzeczy, jakie przeczytałeś i wracaj do nich po jakimś czasie".

Chociaż... po co? I tak zaraz zapomną co im powiedziałem.

Formalizacja PLD

09 I 2006, 01:47:14

Na dysku mam już cztery wersje pewnego wpisu, który chyba jednak nie ujrzy światła dziennego, bo nie jestem w nim w stanie przeskoczyć pisania w pierwszej osobie o rzeczach, o których chyba jednak wolałbym nie pisać publicznie. Po tygodniu prób nadal nie wymyśliłem sposobu na napisanie tego tekstu w odpowiednio bezsoobowej formie i chyba już nie wymyślę. Więc poniżej tylko ekstrakt z motywacji wraz z samą informacją, która zapewne sporo osób zainteresuje.

Zważywszy, że czas nie jest z gumy, ważnych rzeczy w życiu jest sporo (o czym miał oryginalnie być ten wpis), a ja chciałbym jednak upiec jak najwięcej pieczeni na jednym ogniu, jest wysoce prawdopodobne, że przez wakacje będę się zajmował zakładaniem jakiegoś stowarzyszenia (czy czegoś w tym stylu) odnośnie PLD. Było by miło, gdybym po studiach mógł traktować open source jako źródło zarobków, a nie tylko jako hobby (na które trzeba znaleźć wolny czas), więc można powiedzieć, że stworzenie wokół PLD odpowiedniego ekosystemu biznesowego leży jak najbardziej w moim interesie.

Disclaimer: ja nie napisałem, że mam zamiar zakładać organizację do zarabiania na PLD, ale że chcę organizacji, która pozwoli zgromadzić wokół PLD wystarczającą ilość pieniędzy, by jakaś część (obejmująca oczywiście mnie :) deweloperów mogła się z tego (przynajmniej w części) utrzymywać. Konkretów żadnych nie podam, bo pierw muszę się przyjrzeć dokładnie jak to jest zrobione np. w Mozilli i rozeznać w polskim prawie oraz pogadać dokładnie czego by oczekiwali ewentualni partnerzy biznesowi (kursywa dlatego, że mnie to określenie z niewiadomych powodów gryzie w zęby :), a tego nie jestem w stanie zrobić przed wakacjami (a przynajmniej przed końcem obecnego semestru). Dobranoc.

Panie kierowniku!

02 I 2006, 16:59:56

Przed świętami w radiu studenckim okazało się, że jest możliwość współtworzenia (razem z lokalną gazetą studencką, zwaną dalej Galopadą) w Radiu Opole cotygodniowej audycji poświęconej 'kulturze studenckiej'. Problem był oczywisty -- o ile radio studenckie jest z definicji nastawione na naukę, więc wpadki są, ekhem, mile widziane, o tyle gościnne występy na antenie profesjonalnego radia wymagają regularnego przygotowywania audycji na wysokim poziomie. I nie ma, że chory, że boli, że się nie chce -- jedna, dwie wpadki i dyrekcja stwierdzi, że mają ciekawsze rzeczy do wstawienia na antenę (i przy okazji zrazi się do pomysłu nawiązywania tego typu współpracy na najbliższe kilka lat). Więc kto miałby to robić?

Odpowiedź jest prosta -- ci, którzy radia studenckiego nie traktują tylko jako zabawy i okazji do poznania ciekawych ludzi, ale mają nadzieję, że będzie ono dla nich trampoliną do kariery zawodowej.

Nauczony doświadczeniem, do wewnątrzradiowej burzy mózgów na ten temat podszedłem sceptycznie, z racji tego, że z takich pogadanek zazwyczaj nic ciekawego nie wynikało, poza tym, że ludzie mogli se pogadać. Moje zdanie na ten temat było takie, że rzecz jest niewykonalna -- po prostu nie dysponujemy odpowiednią ilością tego typu osób, żeby mogły one udźwignąć regularne przygotowywanie półgodzinnego programu. No po prostu się nie da i nie ma nawet co próbować.

Jednak tym razem się zdziwiłem, gdyż w rezultacie dwóch dyskusji na ten temat wyklarował się następujący plan -- bodajże dwa albo trzy względnie krótkie stałe elementy programu oraz część główna, na którą mają się składać fragmenty najciekawszych audycji radiowych z całego tygodnia (z wymienieniem z imienia i nazwiska autorów oraz zapodaniem 'odnośnika' do całości materiału) oraz zapowiedzi tego, co ma się znaleźć w następnym numerze Galopady.

Plan całkiem sensowny, gdyż daje 'szeregowym radiowcom' możliwość dostania 'kilku minut chwały' na szerszej antenie (co teoretycznie powinno być przy okazji motywacją do produkowania lepszych materiałów), a jednocześnie zmniejsza presję na jakiś konkretny 'core team', żeby robić dużo, dobrze i zawsze na czas.

Czy to wyjdzie w praktyce? Nie wiem, acz jestem sceptyczny, gdyż nie jestem do końca przekonany, że dysponujemy wystarczającą ilością odpowiednio umiejętnych osób do robienia stałych elementów programu i czy 'jeden bardzo dobry materiał na tydzień', to nie jest tylko pobożne życzenie. Jednego wszak jestem pewien -- osobą, która powinna tym całym kramikiem kierować (czyli odpowiadać głową przed dyrekcją Radia Opole) powinien być ktoś, kto z radiem wiąże swoją przyszłość zawodową. I nie ma, że boli, że nie mam czasu, że muszę zrezygnować z innych zajęć, które lubię -- to jest prawie niepowtarzalna szansa, doba niestety jest krótka, a trzeba mieć jakieś priorytety.

Zadania dla takiego człowieka byłyby jasne -- sklejać całość programu do kupy, decydować co się nadaje, a co nie, motywować zespół (argh, marketoidobełkot), łatać dziury, jeśli ktoś się nie wyrobi i ewentualnie rzucić biały ręcznik, jeśli by się okazało, że jednak się nie da.

Nawiasem mówiąc to jest też powód, dla którego ja nie zostanę naczelnym radia -- to jest zajęcie absorbujące duże ilości czasu, ale nie dające mi praktycznie żadnych profitów z zawodowego punktu widzenia, gdyż ja radiowcem po prostu nie będę i tyle.

Niezależnie od tego, że chętnie bym się w pana kierownika pobawił. Ale ile rzeczy ja bym chętnie zrobił...

« | »