Nudy panie, nudy
Jakieś półtora miesiąca temu Mimas napisał był krótki rant między innymi na okoliczność preferowania przez większość polaków tekstów i serwisów polskojęzycznych, pomimo, że na anglojęzycznych stronach można dostać informacje najlepsze jakościowo i to do tego z pierwszej ręki. Od tamtego czasu chodziło mi po głowie stworzenie tego wpisu, i to chodziło tyle razy, że mam nieodparte wrażenie, że ja już go napisałem, a teraz się powtarzam :). Ale przechodząc do meritum...
Prawda jest taka, że nie czytamy wszyscy A List Apart, czy różnych autorytetów od sieci semantycznych z bardzo prostej przyczyny -- nas to po prostu specjalnie nie interesuje. Obecnie jest duży hype odnośnie web usability, a polskie blogi na ten temat mogą liczyć na całkiem niezłe ilości czytelników, ale szczerze wątpię, żeby większość z tych czytelników czytała także regularnie te najważniejsze, anglojęzyczne strony. Dlaczego?
Ano według mnie (podkreślam -- według mnie; tu by się raczej jakiś socjolog, czy inny socjopata przydał) to, co czytamy na dany temat, w znacznej mierze odzwierciedla poziom naszego rzeczywistego nim zainteresowania. Czyli, już abstrahując od hype'u na temat web usability u nas, weźmy takiego mnie -- ja czytam przykładowego Patrysa, bo (a) go znam na okoliczność PLD i (b) bo publikowane przez niego co jakiś czas teksty są dla mnie interesujące. Ot, taki sporadyczny rzut oka na sąsiedni dział informatyki plus co jakiś czas różne smaczki z lokalnego podwórka. Patrys w tym momencie pełni rolę filtra -- ja nie muszę do końca wiedzieć o co biega (i nie wiem, bo się www nie zajmuję, poza tym, że w razie konieczności jestem w stanie coś sklecić przy pomocy htmla i cssa, acz jest to dla mnie zawsze frustrujące doświadczenie), nie muszę spędzać czasu na przeglądaniu tych najpoważniejszych materiałów (anglojęzycznych) właśnie, a w zamian mogę liczyć na 'niezobowiązujące' teksty popularyzatorskie (będące dla mnie w równej mierze rozrywką, co i nauką) oraz garść ciekawostek, jak na przykład jakieś dowcipy o gronie (które na angielskojęzycznych serwisach dotyczyłyby zapewne orkuta i byłyby dla mnie znacznie mniej interesujące).
I według mnie większość osób tak ma. W takim podejściu nie ma nic złego, acz ważna staje się w nim także sama osoba piszącego. Tzn. czy nie nudzi, czy nie drażni nas za bardzo, etc. W ogóle zaryzykuję stwierdzenie, że nie czytamy blogów li tylko ze względu na treść, ale właśnie ze względu na autorów oraz własne przyzwyczajenie. Czyli jeśli zaczęliśmy czytać dany blog (bo na przykład znamy skądś autora), to zostaniemy mu względnie wierni tak długo, jak długo autor rzeczywiście na trwałe nie zboczy z uprzedniego kursu, nudząc/irytując nas powyżej pewnej granicy tolerancji i zmuszając do zaprzestania odwiedzin.
Główna implikacja jest taka, że 'ciekawe' (popularne) blogi są popularne ('ciekawe') właśnie dlatego, że autor zabiera czytelników w podróż po interesujących go tematach i to w taki sposób, że stają się one, przynajmniej przez chwilę, interesujące właśnie dla owych czytelników. I nie ma tutaj wcale obowiązku zgadzania się z autorem, czy posiadania wystarczającej wiedzy, by ewentualnie móc dyskutować z tym, co napisał -- wystarczy, że ma się wrażenie, że się względnie miło spędziło czas i przy okazji czegoś nauczyło. Po prostu oczekujemy, że autor nas czymś zaskoczy, powie coś, czego żeśmy wcześniej nie wiedzieli i nie zanudzi nas przy okazji na śmierć.
Do tego oczywiście dochodzą komentarze, które zawsze pozwalają czytelnikowi dodać coś od siebie, jeśli przyjdzie mu na to ochota (choćby podziękować za ciekawy tekst). Osobiście prawie nigdy nie ingeruję w komentarze do swoich wpisów, a i w ewentualnej dyskusji uczestniczę niezbyt często (nawet jeśli, co się czasami zdarza, ktoś wyskakuje z tekstem jakby się urwał z choinki, to zazwyczaj nie prostuję, tylko czekam, aż ktoś inny to zrobi) -- po prostu komentarze są miejscem dla czytelników, a ja to, co chciałem powiedzieć, w większości już powiedziałem w samym wpisie. (A że czytelnicy są przyzwyczajeni, że należą im się ich komentarze, to można zobaczyć na przykładzie Jarka Zgody :)
I znowu wracamy do całkiem wdzięcznego obiektu dyskusji, jakim jest Mimas, który na czytelników w komentarzach warczy i generalnie sprawia niesympatyczne wrażenie (o czego implikacjach już kiedyś pisałem). Jeśli komuś zależy na tym, żeby w komentarzach można było znaleźć też tylko wartościową dyskusję, to powarkiwanie na komentujących nie po myśli autora jest wybitnie nieefektywnym rozwiązaniem, bo skutek zapewne będzie odwrotny, do zamierzonego -- zniechęci do komentowania w ogóle. W takich sytuacjach sugerowałbym raczej, żeby komentarze podzielone były na te zmoderowane i na te niezmoderowane, gdzie domyślnie widoczne byłyby tylko te pierwsze, gdyż to właśnie one byłyby oficjalnie namaszczone przez autora, jako godne wpisu, do którego się odnoszą.
A jeśli ktoś chce nam wystawić laurkę, to nie nie ma się co irytować, tylko trzeba siedzieć cicho i się cieszyć, że ktoś uznaje to całe pisarstwo za warte czytania. Bo state of the art w danej dziedzinie to to zazwyczaj nie jest, tylko luźno pojęte popularyzatorstwo, gdyż jeśli rzeczywiście się ma jakiś szerszy cel, to zazwyczaj pierwszą czynnością jest przestawienie się na pisanie po angielsku (co nawiasem mówiąc od dłuższego czasu planuję zrobić z moją wuwą i mam nadzieję, że wreszcie znajdę trochę czasoochoty).
P.S.
A nawiasem mówiąc ciekawym gdzie tu się uplasuje taki reddit, który tym się różni od bloga, że o tym, co może mnie, jako czytelnika, zaciekawić, decyduje nie autor na podstawie własnego wyczucia/widzimisię, tylko większa grupa ludzi wspomagana prostą heurystyką. Osobiście widzę dla takich serwisów świetlaną przyszłość, a sam reddit już od kilku tygodni jest dla mnie głównym źródłem tekstów do czytania (choćby tych, o których pisałem ostatnio).

17 I 2006 o 16:03:06
Moderowane komentarze? To już prawie jak slashdot :) Ja chce moje +5 Funny..
17 I 2006 o 17:38:32
mmazur: co do "starania się nie ingerować w komentarze" - myślę, że to zły pomysł. Nie wiem jak ty, ale ja zawsze się cieszę, że ktoś skomentuje mój wpis, nawet jeśli będzie pisał o jakiejś pobocznej sprawie w ogóle nie dotyczącej tekstu. Bo to świadczy o tym, że jednak ktoś mnie czyta i nie piszę tego sam dla siebie. I w "podzięce" za skomentowanie mnie staram się odpowiadać czytelnikom, żeby też wiedzieli, że ktoś ich czyta :)
A co do samej idei streszczania, to święta prawda. Idealnie trafiłeś w sedno problemu :). Rozszerzyłbym to jednak nie tylko na kwestię polskie blogi, anglojęzyczne serwisy, ale na blogi - profesjonalne serwisy. Ja czytam sporo artykułów popularnonaukowych po angielsku, właśnie dlatego, że mam za małą wiedzę na dany temat i wolę, żeby ktoś to dla mnie skondensował.
17 I 2006 o 18:59:21
"W takim podejściu nie ma nic złego, acz ważna staje się w nim także sama osoba piszącego. Tzn. czy nie nudzi, czy nie drażni nas za bardzo, etc."
Dlatego też mnie nikt nie czyta :)
18 I 2006 o 08:11:40
Hmmm... A powiedz mi tak szczerze - po co robisz takie prywatne wycieczki w moją stronę? To nie pierwszy Twój wpis, w którym czepiasz się mnie zupełnie bez powodu. Zrobiłem Ci coś? Znamy się w ogóle? Fakt, że ukończyłem (dwukrotnie zresztą) tą samą uczelnię co Ty, nie robi jeszcze z nas kolegów. Więc może znajdź sobie jakiś inny "wdzięczny obiekt dyskusji", dobrze? Albo po prostu omijaj moje teksty szerokim łukiem i wszyscy będziemy zdrowsi...
18 I 2006 o 18:39:33
OMG ten pan warczy chyba
27 I 2006 o 10:51:35
Szkoda, że nie napisał ,,ukończyłem tą samą podstawówkę, co Ty, dwukrotnie zresztą'' :D