Dzień sto siedemnasty
26 II 2006, 02:36:00Mam kaca. Nie podoba mi się, że mam kaca i mam nadzieję, że kac nie utrzymuje się więcej, jak 24 godziny (przynajmniej w moim przypadku). W skrócie wnioski: nie, nie jestem w stanie pić piwa, jest na to po prostu zbyt obrzydliwe. To już sobie wolę powolutku sączyć wódkę z kieliszka (co nawiasem mówiąc czyniłem). Jest smaczniejsza. Poza tym upicie się jest całkiem fajne, (głównie ze względu na to, że ma się niepowtarzalną okazję pobawić się własnym błędnikiem), acz pod kilkoma warunkami (na przykład, że jak człowiek się robi śpiący, to po prostu idzie spać, a nie użera się z towarzyszami niedoli) i z uwzględnieniem tego, że te fajne kawałki przeplatają się z niefajnymi (vide w/w kac). Ogólnie rzecz biorąc raz na ruski rok można się upić, acz to li tylko z ważnych powodów towarzyskich. W innym przypadku jest to po prostu koncertowa strata czasu (zwłaszcza, że następny dzień też w znacznej mierze idzie do kosza).
(Tłumaczenie z mmazurowego na nasze dla ewentualnych pldziarzy: powyższy akapit oznacza, że nie dam się spić na następnym zlocie. I możecie to sobie wygrawerować na czołach :)
Ale prawdę mówiąc, to ja nie o piciu chciałem pisać. Raczej o tym, co się zdarzyło w ciągu ostatnich kilku miesięcy (i co zaskutkowało m.in. moim wczorajszym powrotem do domu o piątej nad ranem; oczywiście łaziłem zygzakiem).
Parę tygodni po śmierci matki uświadomiłem sobie, że siedzę sam w czterech ścianach, wybitnie mi to uczucie nie odpowiada, a nie mam żadnego punktu zaczepienia, żeby coś z tym zrobić. Od tego czasu starałem się zbierać różne kawałki wiedzy o życiu, do jakich udało mi się dotrzeć i sklejać je w jakąś sensowną całość. Niektórzy przez całe życie nie są w stanie zrozumieć, czego tak naprawdę chcą (i czego powinni chcieć), do innych dociera to dopiero wiele lat po hucznym weselu, zaraz przed znacznie mniej hucznym rozwodem, a ja po tych kilku miesiącach nadstawiania uszu i analizowania, chyba wreszcie mniej więcej wiem jak to powinno dalej wyglądać.
Nie, nie powiem wam do czego doszedłem, dwudziestolatek rozprawiający o tym, jak należy żyć, byłby widokiem dosyć grotestkowym. W jakim stopniu mam rację zweryfikują następne lata[1], na razie ważne jest to, że przestałem się już poruszać na ślepo -- mam przed sobą konkretny cel i mniej więcej wiem jak go osiągnąć, teraz muszę już tylko dopracowywać... ekhem... szczegóły implementacji. Mam ten swój punkt zaczepienia.
[1] I jak już będę stary i mądry, to może wtedy coś o tych swoich pomysłach napiszę. Przy odrobinie szczęścia będę już wtedy pisał na joggerze2 :)
P.S.
A właściwie to są dwie rzeczy, o których chciałbym wspomnieć.
Wielokrotnie przez te miesiące miałem ochotę napisać tutaj o swoim życiu prywatnym, o tym, że czegoś nie rozumiem, że coś jest nie tak, że nie wiem jak dany problem ugryźć, etc., etc. Za każdym razem stwierdzałem, że to nie powinno być miejsce na takie zwierzenia, bo życie prywatne ma to do siebie, że jest... no cóż... prywatne.
Teraz znam już lepszy powód, niż 'taki ekshibicjonizm jakoś mi nie pasuje'. Za każdym razem, gdy będziecie mieli ochotę podzielić się swoimi prywatnymi sprawami z grupą właściwie nie znanych wam bliżej osób, zastanówcie się dlaczego nie macie kogoś z krwi i kości, z którym o tych sprawach nie pogadacie.
A jak już się zastanowicie, to pierwszym waszym zajęciem powinno być poszukanie takiego kogoś.
I na koniec chyba najważniejsza rada -- źle jest tylko czasami, dlatego najważniejszy w życiu jest optymizm.
