Umieram

31 III 2006, 21:36:05

Wczoraj wróciłem do domu po porannych zajęciach (których nie było), po czym w ciągu bodajże godziny mnie temperatura ścięła z nóg, że przespałem kilka godzin. No i od tego czasu mam cały czas temperaturę, sypiam w dziwnych porach, w sumie nie mogę mówić, bo kaszlę i w ogóle jest super. Jeszcze się musiałem dzisiaj doczłapać do przychodni.

Następny tydzień mam z głowy, co mi średnio pasuje, bo mnie ominą zajęcia (na które z różnych względów nie chodziłem ostatnio, więc kolejna nieobecność jest niefajna). Niby mam dużo wolnego i mógłbym coś zrobić, ale... tiaaaa. Generalnie w takim stanie się trudno skupić na czymkolwiek. Grrrrrr.

Z pamiętnika grafomana

23 III 2006, 17:16:21

Moja propozycja odnośnie tego, co zrobić z nagłówkami.

A nawiasem mówiąc, to czemu samo pisanie o tym, co chce się zrobić, musi być takie czasochłonne. Nagłówki opisane, teraz jeszcze zostaje tekst o formalizacji pld. Niby z nim będzie łatwiej, bo to po polskiemu, ale i tak spędzę nad nim trochę czasu (który nie wiem kiedy znajdę).

Tak, wiem, że słowo pisane jest potrzebne każdemu projektowi z zespołem większym, niż jednoosobowy i dlatego też umiejętność w miarę precyzyjnego i jasnego wyrażania się jest bardzo cenna, ale z drugiej strony może też być przekleństwem. Bo człowiek ma świadomość, że żeby zostać dobrze zrozumianym, to powinien się postarać i wszystko klarownie opisać. Ale wtedy owo pisanie zajmuje tyyyyyle czasu. Nie zrozumcie mnie źle, ja lubię pisać. Ba, wolę pisać o tym, co bym to ja nie zrobił, jak bym się za coś wziął, niż się za to wziąć (hyhyhy :). Ale to i tak jest męczące.

No i ostatnia uwaga -- z moim angielskim wcale nie jest tak fajnie, jak myślałem. Przy dłuższym tekście się okazało, że w 90% przypadków wcale nie jestem taki pewien, czy konstrukcja, jakiej chcę użyć, jest poprawna :/

Różne takie tam

21 III 2006, 03:39:19

Kobiety prosimy o opuszczenie pokoju, seksistowskie dowcipy na horyzoncie (z podziękowaniami dla zdzichabg, który mi o tym powiedział, bo sam lwna nie czytam, więc bym pewnie nigdy tego nie zauważył :).

Idę kurna spać. Chciałem jeszcze dzisiaj dokończyć maila na lkml odnośnie tego, jak miałoby wyglądać llh-ng (czyli llh zrobione tak, żeby docelowo mogłoby być mergnięte z kernelem, w czym nawiasem mówiąc mogę spokojnie pomóc, bylebym nie był jedyną osobą wiedzącą co i jak), ale po napisaniu pięciu kilobajtów tekstu mam dość na dzisiaj. Dokończę to jutro (znaczy technicznie to dzisiaj i właśnie dlatego idę spać).

A, właśnie. Ten jog wygląda jednak dosyć nieciekawie i nieoryginalnie, bo to mimo wszystko jeden z wbudowanych w joggera szablonów, więc przydałoby się go jakoś ufajnić. Problem polega na tym, że ja jestem leniem i nie mam najmniejszej ochoty na tyle opanowywać htmla i cssa, żeby być w stanie coś własnoręcznie wyklikać w jakimś rozsądnym czasie (i nie wyczerpując rocznego limitu przekleństw). Już nie wspominając o tym, że brak mi natchnienia na takie rzeczy...

Oddam cnotę za jakiś fajny, działający (i przy tym czytelny) design.

I po nagłówkach

15 III 2006, 02:14:13

Serce mi się kraja, bo za dłubanie w rzeczach okołokernelowych jest dużo geek pointsów, a poza tym to już ponad dwa lata, jak żem się zabrał za robienie nagłówków, ale przyszła pora na męską decyzję -- nagłówki są martwe. Nie wiem co z tym dalej, ale to już się inni będą martwić (niestety pldziarze też, sorry guys).

Co się miałem z tego nauczyć, to się nauczyłem, a rzecz przetrwała tyle czasu głównie ze względu na owe geek pointsy i na to, że czerpałem satysfakcję z faktu, że raz na jakiś czas byłem się w stanie zmusić do poświęcenia sporej ilości godzin na zrobienie tego.

Teraz mam wystarczającą ilość innych rzeczy, do których muszę się zmuszać i jeszcze jedna nie jest mi potrzebna.

Poza tym możliwe, że teraz będę bardziej 'dostępny', jeśli idzie o różne drobne prace w polu (głównie okołopldziane zapewne). Zazwyczaj jak miałem jakiś dłuższy kawałek czasu do dyspozycji, to z tyłu głowy krzyczał na mnie głosik, że powinienem się zabrać za nagłówki, skutkiem czego spędzałem cały ten czas na unikaniu jakiejkolwiek roboty. Teraz powinno być lepiej. Kto wie, może coś w automatyce ftpowej podłubię w najbliższym czasie. O fundacji/stowarzyszeniu PLD nie wspominając (ale o tym napiszę najwcześniej za kilka dni, na razie nie mam czasu).

Szczury na start

13 III 2006, 23:33:41

Większość z nas w większym, lub mniejszym stopniu zdaje sobie sprawę z "przydatności" ocen otrzymywanych na studiach i owych studiów w ogóle. Osobiście już od kilku lat miałem podejście, że studia mają mi zapewnić papierek, a jeśli się czegoś ciekawego na nich nauczę, to będę to traktował jako bonus. Jednak w pełni uświadomiłem sobie co, jak i dlaczego, dopiero czytając pewien wpis, do którego linka niestety już nie odnajdę.

Otóż gdzieś na świecie zawsze jest ktoś inteligentniejszy i bardziej pracowity od naszej skromnej osoby (miło sobie myśleć, że owych ludzi nie jest aż tak wielu, ale to już inna bajka :). Ba, wysoce prawdopodobne, że całkiem niemała ich grupka znajduje się na tych samych studiach (młodszy czytelnicy mogą sobie wstawić szkołę średnią), co i my, zawyżając normy do stypendium za wyniki. To właśnie ci ludzie skończą studia z wyróżnieniem i to najprawdopodobniej na nich będą polowały ewentualne firmy rekrutacyjne.

Więc co powinniśmy zrobić my, jeśli chcemy osiągnąć sukces zawodowy? Ano pierwsze rozwiązanie, jakie przychodzi na myśli, to bardziej się starać. Osiąganie dobrych wyników w nauce zazwyczaj nie jest jakoś wybitnie trudne (jeśli jakiś czytelnik studiuje fizykę kwantową, to może zignorować to zdanie), po prostu dosyć czasochłonne. Jeśli ktoś potrafi się zmotywować do wytężonej i systematycznej pracy, nie przeszkadza mu to, a w tygodniu ma jeszcze czas na jakieś przyjemności (ekhem, życie towarzyskie), to niżej podpisany chyli czoła.

Cała reszta leni i obiboków, którzy lubią sobie wmawiać, że gdyby im się tylko chciało, to też mieliby same piątki (yeah, right), ma natomiast dwa wyjścia. Pierwsze, to przestać tracić czas, rzucić studia, zdobyć zawód mieszacza cementu na jakiejś budowie w okolicy, po czym spakować manatki i wyruszyć do Irlandii. Natomiast jeśli komuś nie odpowiada ani walka wewnątrz systemu (oceny, oceny, oceny, oceny), ani kariera w przemyśle budowniczym, to jedyne, co mu pozostaje, to wykombinować, jak ów system obejść (viva la revolution!).

Groźnie brzmi, ale w praktyce sprowadza się do przykładania większej wagi do aktywności pozastudenckiej. Pierwsze, co przychodzi do głowy, to praktyki w różnych firmach (na ile czas pozwoli), a dla rzeczywiście sprytnych, po prostu normalna praca. Na studiach często można się odpowiednio zakręcić w taki sposób, że daje się to pogodzić z niektórymi formami zatrudnienia, co w wersji optymistycznej może oznaczać, że po studiach cały twój rok będzie miał papierek, a ty -- papierek i 5 lat doświadczenia zawodowego (czyli że jeśli ich ktoś w ogóle zatrudni, to na najniższym stanowisku, ty natomiast możesz się już spokojnie starać o coś lepszego).

(Jest oczywiście inny obóz, który twierdzi, że należy się utrzymywać z pieniędzy rodziców co najmniej do trzydziestki i rzeczywiście, nie jest to takie głupie, ale pod tym wszak warunkiem, że jesteś w stanie nadrabiać ocenami. Bo prędzej czy później jednak będzie trzeba pójść na swoje i dobrze by było mieć więcej możliwości, niż Irlandia i lokalny McDonald.)

Żeby nie było -- ja nikogo nie namawiam do olewania ocen. Jeśli tylko jesteś w stanie bez większych wysiłków mieć dobre oceny, to głupotą byłoby ich nie mieć. Natomiast czy warto poświęcać cały dostępny czas w pogoni za ocenami, to już jest kwestia, która wymaga dobrego zastanowienia się nad. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że o ile względnie łatwo jest wyciągnąć 85-90% maksimum, o tyle walka o te ostatnie kilka procent, żeby dobić do setki, jest najbardziej czasochłonna.

Co ciekawe, mniej więcej ta sama zasada obowiązuje też w życiu zawodowym. Niedawno czytałem wywiad z Bagińskim (ten od Katedry, sssssskarb narodowy, nominowany do Osssssssssscara), w którym m.in. opisał jak wyglądało jego życie po zdobyciu rozgłosu. Otóż bardzo szybko zapukali do niego różnej maści headhunterzy z propozycjami pracy dla wielkich i znanych firm. Zapewne z możliwością stałego pobytu w hameryce i dużą ilością zielonych co miesiąc.

A on po prostu odmówił z bardzo ładnym uzasadnieniem -- że gdyby dostał pracę w jakimś Pixarze, czy czym tam, to wysoce prawdopodobne, że zostałby wyrobnikiem i pracowałby z paroma innymi osobami przy animacji nogi T.Rexa w Parku Jurajskim 4. W obecnej pracy natomiast ma czas do przygotowywania co jakiś czas nowych filmików (nawiasem mówiąc muszę wreszcie tę Sztukę Spadania obejrzeć), dostaje różne ciekawe propozycje (czołówkę do Panoramy robił), etc, etc.

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież nikt mu nie każe do końca kariery robić przy nogach dinozaurów. Gdyby się postarał, to w takim Pixarze miałby praktycznie kosmiczne możliwości awansu i mógłby robić naprawdę pionierskie rzeczy.

Mogę się mylić, ale osobiście uważam, że Frodo, tfu, Tomasz zdaje sobie sprawę z faktu, że nie jest jakimśtam geniuszem, a skoro satysfakcję z życia zawodowego chyba już udało mu się osiągnąć, to jakoś niespecjalnie ciągnie go do zostania najlepszym (albo przynajmniej najbardziej znanym) grafikiem na kuli ziemskiej.

Acz ktoś mógłby i tak powiedzieć, że w sumie co mu szkodziło zatrudnić się w jakiejś wielkiej firmie, przecież nikt by mu nie zabronił w razie czego się zwolnić i wrócić do starych zajęć. Wydaje się sensownym w takich wypadkach starać się maksymalizować pole manewru.

Niestety taka doktryna jest dosyć zgubna (znowu o tym niedawno czytałem, ale nie odłożyłem linka na bok; shoot me), gdyż można przeżyć całe życie maksymalizując pole manewru i nigdy nie lubić tego, co się robi. Nie chcesz iść na najlepszą uczelnię biznesową w Polsce, ale co ci szkodzi w liceum pozdawać odpowiednie przedmioty na maturze. Nie podobają ci się te studia, ale lepiej je jednak skończ. Nie podoba ci się praca w tym zawodzie/na tym stanowisku, ale jest ono prestiżowe i dobrze płatne, a lepiej mieć maksymalne pole manewru i zarabiać dużo kasy, bo wtedy będziesz mógł już w wieku 50ciu lat pójść na emeryturę i robić co ci się podoba!

Niektórzy ludzie potrafią przerąbać w ten sposób całe swoje życie, planując je rzeczywiście zacząć dopiero na emeryturze! (Co oczywiście raczej już nie następuje, bo skoro przez kilkadziesiąt lat nie nauczyli się korzystać z życia, to co miałoby by się zdarzyć takiego magicznego po 65tych urodzinach.)

(Już nie wspominając o tym, że konkretnie w przypadku Bagińskiego, to on i tak pewnie w dowolnym momencie mógłby się zatrudnić w dowolnej wielkiej firmie, gdyby tylko przyszła mu na to ochota. A skoro nie ma ochoty, to nie ma się co zmuszać.)

I na koniec mały dowcip. (Tak, pisałem, że takich rzeczy robił nie będę, ale ten jeden raz się nie mogłem powstrzymać, gdyż nazwa naszego polskiego digga jest po prostu zbyt słodka, żeby jej w ten sposób nie wykorzystać :)

Dokop temu artykułowi.

I'm back

13 III 2006, 20:47:32

Kilka godzin temu wróciłem do domu. Honej cośtam marudził, żeby napisać kilka słów o PLD Linux Day na siódmego ciecia, także tutaj pewnie nic nie będę pisał ciekawego. Spaaaaać.

A, z góry przepraszam za objętość notki, którą za chwilę opublikuję, ale musiałem coś robić jadąc pociągiem powrotnym.

Debian shall die

10 III 2006, 00:03:14

Jutro będę dopieszczał spicz na sobotni pld linux day i chyba z tej okazji wpadły mi w łapki dwa teksty odnośnie Debiana. Pierwszy i drugi (najlepiej czytać w tej kolejności, bo pierwszy to krótki rant, a drugi jest ogólniejszy).

Mam dziwne wrażenie, że Debian do tej pory nie zawalił się pod ciężarem własnej struktury li tylko dlatego, że ma praktycznie nieograniczone zasoby ludzkie do dyspozycji. Coś ala Chińska doktryna wojskowa (tak, wiem, że w tekście jest jawnie napisane co robią Chińczycy ze swoim wojskiem, ale you get the point).

Idzie nowe...

04 III 2006, 16:42:55

Stary jogger wygląda, jakby miał żółtaczkę, ale przez te lata się przyzwyczaiłem i mnie to bynajmniej w oczy nie razi. Nowy za to wygląda jak nekrolog, a to dzięki temu wielkiemu czarnemu plackowi na środku witającemu nowo przybyłych.

No ale to są pierdoły, które się po jakimś czasie przestaje zauważać, poza tym de gustibus cośtam cośtam.

Jest natomiast jedna rzecz, od której jestem uzależniony, a co sobie dopiero z wprowadzeniem joggera2 uzmysłowiłem -- rozplanowanie głównej. Otóż ja joggera czytam tak, że ustawiam sobie wzrok na lewą kolumnę i scrolluję w dół patrząc na pary tytuł/autor i na tej podstawie stwierdzając, czy chcę coś przeczytać. Jak coś ciekawego, to środkowy klawisz myszy (otwarcie w nieaktywnym tabie) i scrollujemy dalej, aż do końca strony, gdzie klikam sobie na 'poprzednie' i powtarzam procedurę.

Niestety w j2 tytuł notki i autor są w innych kolumnach, więc muszę machać wzrokiem, co mnie wybitnie wkurza, nie wspominając już, że jest wolne i mało wygodne. No a jak już dojdę na sam dół, to sobie muszę wcelować w numerek, bo przycisku 'poprzedni' po prostu nie ma.

O tej pierwszej rzeczy poinformowałem riddla jakiś czas temu i poprawił. Później niestety znowu popsuł, ale nagabywany przed chwilą się zapowietrzył i stwierdził, że nie naprawi.

Foch kurna.

Życie update

01 III 2006, 22:38:33

Na za dwa tygodnie mam przygotować referat o czymśtam związanym z inżynierią oprogramowania, którego ma wystarczyć bodajże na 20 stron tekstu i 20 minut gadania (okraszonego jakąś prezentacją). Jednocześnie ze mną ma to zrobić dwóch albo trzech współstudentów (każdy na inny temat). W międzyczasie odbędzie się jeden wykład z tego przedmiotu (pierwszy wykład z tego przedmiotu na studiach).

Innymi słowy poświęcę cholera wie ile czasu na opracowanie czegoś, czego w sumie nawet nie będę rozumiał (w sensie, że nie będę w stanie tego wpasować w jakiś szerszy kontekst), po czym przez pół semestru będę wysłuchiwał współstudentów gadających o rzeczach, z których będą zapewne rozumieli jeszcze mniej, niż ja.

Wykład jutro. Żeby chociaż on się okazał w miarę zjadliwy.

(Nie wiem dlaczego, ale byłem nastawiony na to, że mnie nauczą całych tych mądrości zgromadzonych przez lata ciężkiej pracy różnych pionierów informatyki, ale chyba zanosi się na to, że jak sobie nie wezmę jakiejś książki z tego przedmiotu i nie przeczytam od deski do deski, to dużo więcej wiedział na koniec semestru nie będę.)

In other news:

Ptasia grypa. W Ac padły trzy burdele, w Th dwa. Mam nadzieję do końca tygodnia jakoś je odpalić. A gausus jak wróci z Barbados, czy gdzie on tam się szlaja, to dostanie kopa z półobrotu. Dała mi łachudra konto na burdel, ale nie powiedziała, że zaraz wyjeżdża, więc ja sobie chroota przetransferowałem, ślicznie pięknie, a teraz nie ma mi go kto roztarować i podłubać w sudoersach, bo nie mam roota. Grr.

In jeszcze other news:

Oplug: Reaktywacja (OpLUG == Opole LUG). Hgw co z tego wyjdzie, w każdym razie ja tu tylko sprzątam, więc zażalenia do szefa, a nie do mnie. Tak czy siak trzeba przyznać, że członków przybywa...

Członkiń natomiast nie stwierdzono, co napawa mnie niewypowiedzianym smutkiem...

Dobranoc.

« | »