Szczury na start
Większość z nas w większym, lub mniejszym stopniu zdaje sobie sprawę z "przydatności" ocen otrzymywanych na studiach i owych studiów w ogóle. Osobiście już od kilku lat miałem podejście, że studia mają mi zapewnić papierek, a jeśli się czegoś ciekawego na nich nauczę, to będę to traktował jako bonus. Jednak w pełni uświadomiłem sobie co, jak i dlaczego, dopiero czytając pewien wpis, do którego linka niestety już nie odnajdę.
Otóż gdzieś na świecie zawsze jest ktoś inteligentniejszy i bardziej pracowity od naszej skromnej osoby (miło sobie myśleć, że owych ludzi nie jest aż tak wielu, ale to już inna bajka :). Ba, wysoce prawdopodobne, że całkiem niemała ich grupka znajduje się na tych samych studiach (młodszy czytelnicy mogą sobie wstawić szkołę średnią), co i my, zawyżając normy do stypendium za wyniki. To właśnie ci ludzie skończą studia z wyróżnieniem i to najprawdopodobniej na nich będą polowały ewentualne firmy rekrutacyjne.
Więc co powinniśmy zrobić my, jeśli chcemy osiągnąć sukces zawodowy? Ano pierwsze rozwiązanie, jakie przychodzi na myśli, to bardziej się starać. Osiąganie dobrych wyników w nauce zazwyczaj nie jest jakoś wybitnie trudne (jeśli jakiś czytelnik studiuje fizykę kwantową, to może zignorować to zdanie), po prostu dosyć czasochłonne. Jeśli ktoś potrafi się zmotywować do wytężonej i systematycznej pracy, nie przeszkadza mu to, a w tygodniu ma jeszcze czas na jakieś przyjemności (ekhem, życie towarzyskie), to niżej podpisany chyli czoła.
Cała reszta leni i obiboków, którzy lubią sobie wmawiać, że gdyby im się tylko chciało, to też mieliby same piątki (yeah, right), ma natomiast dwa wyjścia. Pierwsze, to przestać tracić czas, rzucić studia, zdobyć zawód mieszacza cementu na jakiejś budowie w okolicy, po czym spakować manatki i wyruszyć do Irlandii. Natomiast jeśli komuś nie odpowiada ani walka wewnątrz systemu (oceny, oceny, oceny, oceny), ani kariera w przemyśle budowniczym, to jedyne, co mu pozostaje, to wykombinować, jak ów system obejść (viva la revolution!).
Groźnie brzmi, ale w praktyce sprowadza się do przykładania większej wagi do aktywności pozastudenckiej. Pierwsze, co przychodzi do głowy, to praktyki w różnych firmach (na ile czas pozwoli), a dla rzeczywiście sprytnych, po prostu normalna praca. Na studiach często można się odpowiednio zakręcić w taki sposób, że daje się to pogodzić z niektórymi formami zatrudnienia, co w wersji optymistycznej może oznaczać, że po studiach cały twój rok będzie miał papierek, a ty -- papierek i 5 lat doświadczenia zawodowego (czyli że jeśli ich ktoś w ogóle zatrudni, to na najniższym stanowisku, ty natomiast możesz się już spokojnie starać o coś lepszego).
(Jest oczywiście inny obóz, który twierdzi, że należy się utrzymywać z pieniędzy rodziców co najmniej do trzydziestki i rzeczywiście, nie jest to takie głupie, ale pod tym wszak warunkiem, że jesteś w stanie nadrabiać ocenami. Bo prędzej czy później jednak będzie trzeba pójść na swoje i dobrze by było mieć więcej możliwości, niż Irlandia i lokalny McDonald.)
Żeby nie było -- ja nikogo nie namawiam do olewania ocen. Jeśli tylko jesteś w stanie bez większych wysiłków mieć dobre oceny, to głupotą byłoby ich nie mieć. Natomiast czy warto poświęcać cały dostępny czas w pogoni za ocenami, to już jest kwestia, która wymaga dobrego zastanowienia się nad. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że o ile względnie łatwo jest wyciągnąć 85-90% maksimum, o tyle walka o te ostatnie kilka procent, żeby dobić do setki, jest najbardziej czasochłonna.
Co ciekawe, mniej więcej ta sama zasada obowiązuje też w życiu zawodowym. Niedawno czytałem wywiad z Bagińskim (ten od Katedry, sssssskarb narodowy, nominowany do Osssssssssscara), w którym m.in. opisał jak wyglądało jego życie po zdobyciu rozgłosu. Otóż bardzo szybko zapukali do niego różnej maści headhunterzy z propozycjami pracy dla wielkich i znanych firm. Zapewne z możliwością stałego pobytu w hameryce i dużą ilością zielonych co miesiąc.
A on po prostu odmówił z bardzo ładnym uzasadnieniem -- że gdyby dostał pracę w jakimś Pixarze, czy czym tam, to wysoce prawdopodobne, że zostałby wyrobnikiem i pracowałby z paroma innymi osobami przy animacji nogi T.Rexa w Parku Jurajskim 4. W obecnej pracy natomiast ma czas do przygotowywania co jakiś czas nowych filmików (nawiasem mówiąc muszę wreszcie tę Sztukę Spadania obejrzeć), dostaje różne ciekawe propozycje (czołówkę do Panoramy robił), etc, etc.
Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież nikt mu nie każe do końca kariery robić przy nogach dinozaurów. Gdyby się postarał, to w takim Pixarze miałby praktycznie kosmiczne możliwości awansu i mógłby robić naprawdę pionierskie rzeczy.
Mogę się mylić, ale osobiście uważam, że Frodo, tfu, Tomasz zdaje sobie sprawę z faktu, że nie jest jakimśtam geniuszem, a skoro satysfakcję z życia zawodowego chyba już udało mu się osiągnąć, to jakoś niespecjalnie ciągnie go do zostania najlepszym (albo przynajmniej najbardziej znanym) grafikiem na kuli ziemskiej.
Acz ktoś mógłby i tak powiedzieć, że w sumie co mu szkodziło zatrudnić się w jakiejś wielkiej firmie, przecież nikt by mu nie zabronił w razie czego się zwolnić i wrócić do starych zajęć. Wydaje się sensownym w takich wypadkach starać się maksymalizować pole manewru.
Niestety taka doktryna jest dosyć zgubna (znowu o tym niedawno czytałem, ale nie odłożyłem linka na bok; shoot me), gdyż można przeżyć całe życie maksymalizując pole manewru i nigdy nie lubić tego, co się robi. Nie chcesz iść na najlepszą uczelnię biznesową w Polsce, ale co ci szkodzi w liceum pozdawać odpowiednie przedmioty na maturze. Nie podobają ci się te studia, ale lepiej je jednak skończ. Nie podoba ci się praca w tym zawodzie/na tym stanowisku, ale jest ono prestiżowe i dobrze płatne, a lepiej mieć maksymalne pole manewru i zarabiać dużo kasy, bo wtedy będziesz mógł już w wieku 50ciu lat pójść na emeryturę i robić co ci się podoba!
Niektórzy ludzie potrafią przerąbać w ten sposób całe swoje życie, planując je rzeczywiście zacząć dopiero na emeryturze! (Co oczywiście raczej już nie następuje, bo skoro przez kilkadziesiąt lat nie nauczyli się korzystać z życia, to co miałoby by się zdarzyć takiego magicznego po 65tych urodzinach.)
(Już nie wspominając o tym, że konkretnie w przypadku Bagińskiego, to on i tak pewnie w dowolnym momencie mógłby się zatrudnić w dowolnej wielkiej firmie, gdyby tylko przyszła mu na to ochota. A skoro nie ma ochoty, to nie ma się co zmuszać.)
I na koniec mały dowcip. (Tak, pisałem, że takich rzeczy robił nie będę, ale ten jeden raz się nie mogłem powstrzymać, gdyż nazwa naszego polskiego digga jest po prostu zbyt słodka, żeby jej w ten sposób nie wykorzystać :)
Dokop temu artykułowi.
13 III 2006 o 23:38:04
zyciowy, choc nieco oczywisty tekst. Niemniej jednak, posiada poczatek, rozwiniecie i pointe i w jakims tam stopniu odnosi sie do moich problemow ;)
13 III 2006 o 23:50:56
O jeny, nie doczytałem nawet do połowy. Ale nudy!
14 III 2006 o 00:20:11
Studiuję fizykę, właśnie przechodzę drugi semestr kwantówki. Jest ona - jak wszystko - dla ludzi (choć trochę specyficznych;)). "It's not rocket science, you know." ;)
Co do samego tekstu - kiwam głową w potwierdzeniu, ale tak jakoś brakuje w nim... koncepcji, składu, pomysłu. Wstęp niby jest, ale z zakończeniem już krucho. A tak w ogóle - jaka jest idea tego eseju? Pracować? Nie pracować? Być ambitnym czy nie?
14 III 2006 o 00:23:27
@Tomash: Nie jeździć długo pociągiem ;)
14 III 2006 o 00:24:10
Być ambitnym, ale na 85%. Co piszący te słowa od jakiegoś czasu wdraża i jest mu z tym dobrze. :)
14 III 2006 o 00:53:40
Dobrze piszesz. A im człowiek starszy (niedługo 24 urodziny ;)), tym bardziej przekonany do słuszności tej prawdy i świadomy głupoty mocno wcześniejszych marzeń. Trzeba być pewnym, jak żyć, żeby być względnie szczęśliwym. Szczególnie, jeśli jest się ateistą ;)
14 III 2006 o 08:30:49
Hmm, mnie w całym tym procesie "studiowania" wkurza jedynie jedna rzecz, ja tu uczciwie na swoje oceny się uczę a tyle na ile czas pozwala (czyli w przerwach między pracą a chorobą), a pół roku przychodzi wyciąga ściągi i egzaminy mają na wyższe oceny niż ja, potem jak tu ew. pracodawcy udowodnić że nie jest się jeleniem.
Hmm, chociaż możliwe że to tylko ja idiotą jestem, że nie popieram ściągania (co nie znaczy, że jak ktoś prosi o podpowiedź to nie podpowiem, wręcz przeciwnie, ja sam o to nie proszę...)
14 III 2006 o 08:51:40
DeeJay1: Ci ktorzy potrafia cos robic sobie poradza, z reszta roznie bywa.
14 III 2006 o 09:22:10
DeeJay1: wyjdzie w praniu ;]
14 III 2006 o 10:33:43
Generalnie sprawa wygląda tak - w większość przypadków, w firmach gdzie pracowałem miałem też przyjamność przyglądać się procesowi rekrutacji. Zazwyczaj na uczelnie patrzono tylko pod kątem, czy prywatna, czy też państwowa, ew. dzienne, czy zaoczne. Liczyło się przede wszystkim doświadczenie zawodowe, działalność poza studiami i umiejętności.
Zresztą jak widze ludzi u mnie na studiach, którzy z mozołem walczą o piątki, a potem marudzą, że studia są bez sensu, bo pracy nie znajdą, bo mnie szlag trafia. Niedawno kolega i koleżanka z mojej grupy (wyniki studiów raczej przeciętne) wygrali konkurs Kompanii Piwowarskiej i dostali w nagrodę staż w firmie, a potem zaproponowano im pracę. Można? Można.
14 III 2006 o 12:52:05
/me podpisuje sie pod opinia Carsteina.
PS: W Iralndii nie potrzebuja juz robotnikow budowlanych (Polish people pwneli miejsca pracy). Rozpoczal sie jednak boom na informatykow...
14 III 2006 o 14:30:58
Rzeczywiście nie napisałem podsumowania, ale mi się bateria w laptopie skończyła, a już mi się w domu nie chciało bawić z tym tekstem, bo chciałem iść spać :)
Generalnie ja wybrałem opcję, żeby oceny raczej olewać i robić coś ciekawszego, bardziej przydatnego i do tego się stosowałem już w liceum.
*Ale* ja od początku wiedziałem, że pójdę na Politechnikę Opolską, która nie jest miejscem, gdzie idą ludzie, którzy chcieliby się czegoś nauczyć. Studiuję też na pół gwizdka, starając się poświęcać owemu studiowaniu minimalne ilości czasu.
Natomiast imho jest 'alternatywna' (a właściwie, to mainstreamowa :) ścieżka kariery, polegająca na tym, że w liceum człowiek się przykłada do nauki, po czym idzie na jakiś dobry uniwerek i tam się też przykłada do nauki. Założenie jest takie, że na dobrym uniwerku poziom nauczania jest wysoki, więc jak się student przez kilka lat przykłada do nauki (co tak jakby się przekłada na oceny), to na czwartym, piątym roku już co nieco umie i może się zacząć rozglądać za jakimiś praktykami, czy czymś tam (a zakładam, że szukając praktyk lepiej mieć wyższą średnią, niż nie mieć).
Khm. Powinienem ten tekst chyba przepisać i skrócić, ale (a) nie chce mi się i (b) nie mam czasu. Może jak mi się kiedyś będzie wybitnie nudziło, to sobie zrobię warsztaty pisarskie.
14 III 2006 o 17:20:15
wdrazasz ale nie masz zycia osobistego :P co to za zabawa wtedy, zycie ci przeleci przez palce :P i ONI sie z ciebie smieja :P
14 III 2006 o 18:58:32
Ci co się uczą zazwyczaj to lubią. z moich obserwacji wynika , że ;> wśród tych co mają dobre oceny sporo jest właśnie takich "zapaleńców". ich ambicją jest kariera naukowa, a nie zarabianie niewiadomo ile pieniędzy w dużych firmach.
..tego "typu" zabrakło w artykule.
14 III 2006 o 19:13:28
Jak szukałem roboty po studiach to prawie nikt nie patrzył na oceny(ewentualnie tylko oceny z jezykow + praca magisterska + caly tok studiow).
Liczylo sie doswiadczenie(projekty realizowane na studiach + zawodowe jezeli ktos mial) + umiejetnosc sensownego opowiadania o nich + to jak sie prezentujesz.
14 III 2006 o 21:49:28
piko: dzięki
mmazur: notka faktycznie przydługa i bez pointy, ale nie jest tak źle
primus: większość ludzi, którzy się uczą, wcale tego nie lubi.
90% ludzi uczy się, bo tak im do durnego łba od podtawówki wbijali, że trzeba mieć dobre oceny. Może była by to prawda, gdyby oceny były za kreatywność, a nie za wyrycie na pamięć jakiejś tam partii materiału. Szkolnictwo polskie preferuje idiotyczny sposób nauczania, który sprowadza się do próby wtłoczenia maksymalnej ilości teoretycznych informacji do łbów podatnych na to ludzi. Zupełnie olewa się pracę grupową, umiejętności analityczne i kreatywne rozwiązywanie problemów. A potem taki człowiek kończy studia (cały czas ze średnią 5.0) i się okazuje, że jest upośledzony intelektualnie i nie nadaje się do pracy innej, niż badawcza praca na uczelnii. (jak zwykle wyjątki tylko potwierdzają regułę).
ps. Tak, wiem, jestem głupi i mam krzywdzący pogląd na ludzi.
14 III 2006 o 22:56:53
Opole, ojczyzna Wilqa. Szacunek.
15 III 2006 o 02:26:43
Jako osoba wielokrotnie rekrutowana i rekrutująca, mogę spokojnie powiedzieć, że w informatyce studia liczą się o tyle, żeby usprawiedliwić, czemu nie pracujesz. Kiedy zaś przychodzi do zatrudniania, to i tak zdać musisz test terenowy przy komputerze i najlepsza uczelnia praktyki nie zastąpi.
31 III 2006 o 19:43:50
Hmm... Ja nie miałem wrażenia, że tekst jest za długi. Z mojego własnego doświadczenia wynika, że średnia ocen nie jest czymś, co powala potencjalnych pracodawców na kolana. Chociaż mi się opłaciło, bo dostałem w końcu pracę na lokalnej uczelni. Jeśli nie chce się mieszkać w dużym mieście, to wbrew pozorom jest to wyjątkowo dobra praca :-)
22 II 2007 o 16:09:43
oceny czy praca... co jest ważniejsze? szczerze mówiąc, to po dwóch latach na studiach dziennych UŁ i osiągania tam - mimo szczerych chęci - przeciętnych wyników zdecydowałam się na zdobycie doświadczenia zawodowego, by choć tym konkurować na rynku pracy.. i tak poszło.. 150 godzin praktyk na trzecim roku i zaraz praca w tym samym dziale, a teraz jestem na czwartym roku, pracuję 20 godzin tygodniowo - ale w innym dziale tej samej firmy a moja postawa zmienia się z dnia na dzień - zwłaszcza w czasie sesji... pytania czy warto tak się męczyć, czy po prostu cieszyć się samym życiem studenckim pojawiają się dosyć często... I tak na dobrą sprawę, myślę sobie, że każda decyzja podjeta w tym miejscu będzie dobrą, jeśli tylko wierzysz, że jest ona dla ciebie najlepsza - wszyscy jesteśmy inni i inaczej pewne sprawy odbieramy. Ważnym jest by lubić to, co się robi i szanować swoje własne wybory. Jeśli pracujesz i studjujesz jednocześnie na studiach dziennym nie osiągając najwyższej średniej - to szanuj to, że zyskujesz coś w zamian .... i ja decyduję się właśnie na to... dzięki pracy poznałam wielu bardzo ciekawych ludzi, których nie miałabym okazji spotkać "zamykając sie" na Ek-Socu UŁ, poznałam strukturę działania dość dużej firmy, i zasady w niej panujące... okazało się, że ludzie są najważniejsi i dzięki pracy w fajnym zespole można czerpać dużo więcej satysfakcji z tego co się robi... I jeszcze jedno - najlepiej byłoby, gdyby każdy postępował wg własnego pomysłu na zycie, a nie ściągał go od innych - szczerze mówiąc to tego samego życzę także sobie... zbyt często okazuje się, ze robię coś by sprostać oczekiwaniom innych... no cóż - trzeba nad tym popracować ;)