Tak, teoretycznie mógłbym ten post posłać na listy peeldziane, ale primo
wygenerowałoby to jakąś dziwną dyskusję, której nie chciałoby mi się czytać,
secundo -- i tak nie ma tutaj jeszcze żadnych konkretów, jak będą, to je
puszczę na listy, no i w końcu tertio -- jeśli ktoś rzeczywiście jest
zainteresowany tematem, to pewnie i tak tu trafi.
Naczelna zasada PLD jest prosta -- jeśli ktoś chce coś zrobić, to nie należy
mu przeszkadzać, a wręcz przeciwnie -- należy mu pracę ułatwić, bo dzięki
właśnie takiej pracy projekt żyje i się rozwija. I dotyczy to tak części czysto
technicznej, jak i organizacyjnej. Robienie za Realease Managera ma to do
siebie, że jest sporo nudnej i nawarstwiającej się roboty, a na dodatek nie da
się wszystkim dogodzić, więc trzeba jasno wiedzieć czego się chce, bo inaczej
można zostać zjedzonym przez innych deweloperów. I o ile ktoś nie ma skłonności
masochistycznych, jedynym czynnikiem motywacyjnym tej roboty jest ewentualna
satysfakcja z tego, że wymyślony i wprowadzony w życie sposób prowadzenia danej
linii dystrybucji się sprawdza i że większość rzeczy działa jak trzeba.
I to jest bardzo dobry powód, żeby na Release Managerów nie nakładać żadnych
sztucznych ograniczeń i innych formalizmów. Na nadmiar chętnych nie narzekamy,
więc ta nieliczna garstka niech przynajmniej ma swobodę działania.
Oczywiście sprawdza się to w praktyce tylko w przypadku ludzi z odpowiednią
dozą samokrytycyzmu, więc, nauczeni dosyć przykrym doświadczeniem, stworzyliśmy
swojego rodzaju organ nadzorczy zwany CDG (Core Developers Group), który może
unieważnić dowolną decyzję RMa, czy też wręcz usunąć tegoż ze stołka.
I tak z grubsza wygląda uświęcony tradycją sposób zarządzania PLD -- każdy
może robić co mu się podoba, pod warunkiem, że niczego nie psuje innym (a jak
zepsuje, to musi albo naprawić, albo przekupić owych innych, żeby przestali
marudzić), a RMi mogą w obrębie swojej linii dystrybucji psuć co im się podoba
i ignorować opinie deweloperów, ale muszą się liczyć z tym, że deweloperzy mogą
ich zmieszać z błotem na listach dyskusyjnych i/lub ich decyzja może zostać
zablokowana przez CDG.
I pierwszy mit na temat formalizacji PLD, który należałoby obalić, wiąże się
właśnie z organizacją projektu -- nie ma możliwości wprowadzania
rewolucji w tym zakresie. Stowarzyszenie/fundacja PLD jest potrzebna w
określonym celu -- żeby, w razie konieczności, móc złożyć prawnie ważny podpis
pod jakimś dokumentem i być właścicielem jakiś dóbr. I tylko i wyłącznie po
to. Nie ma najmniejszej szansy, żeby formalna część PLD miała przejąć władzę
nad projektem, czy choćby wymusić cokolwiek na projekcie (typu -- wszyscy
deweloperzy muszą podpisać jakiś świstek, CDG musi się przekształcić w coś
innego, czy tym podobne bzdury). Jeśli taki będzie warunek powstania
stowarzyszenia/fundacji, to one po prostu nie powstaną. (I dlatego
"formalizacja PLD" to jest w sumie trochę mylące pojęcie, bo sugeruje dokonanie
modyfikacji w samym projekcie, a to nie o to chodzi.)
Oczywiście nie jest wykluczone, że formalne ramię PLD będzie w stanie
zaindukować jakieś zmiany w projekcie, ale jest to możliwe tylko na dłuższą
metę, tzn. najpierw nieinwazyjne stowarzyszenie/fundacja PLD musi
udowodnić swoją przydatność, a dopiero później można się zastanowić nad jakimiś
sensownie brzmiącymi propozycjami co dalej.
Drugą ważną kwestią jest możliwość prowadzenia działalności gospodarczej.
Ogólnie rzecz biorąc bardzo mi się ten pomysł nie podoba (dlatego nawet nie
rozpatruję zakładania firm, spółek, czy innych "komercyjnych" tworów), ale
prawda jest taka, że nie wiem co w praktyce może się przydać, a jeśli statut
zabraniałby prowadzenia takowej działalności, to późniejsza jego zmiana byłaby
dosyć problematyczna. Chyba najbardziej salomonowe rozwiązanie stosuje w tym
względzie PLUG -- zgodnie ze statutem wolno im prowadzić działalność
gospodarczą, ale co roku uchwala się, że przez następny rok stowarzyszenie nie
planuje tego robić.
Jednak zanim dojdzie do składania podpisów pod dokumentami i przedstawiania
owych dokumentów sądowi (czego sporo osób nie może się doczekać), trzeba
rozsądzić kwestię kluczową -- jak właściwie ma wyglądać struktura nowego tworu.
O ile mi wiadomo, z prawnego punktu widzenia wyjścia są cztery: fundacja,
stowarzyszenie, spółdzielnia i związek wyznaniowy.
Dla mnie najwygodniejszy byłby związek wyznaniowy, bo założę się, że nie ma
praktycznie żadnych reguł odnośnie wewnętrznej struktury. Nie widzę możliwości,
żeby ustawodawca był w stanie cokolwiek w tym względzie narzucić.
Niestety ta opcja pozostanie w sferze... pobożnych życzeń, z tak
dużej ilości powodów, że nie będę ich tutaj wymieniał.
Teraz zajmijmy się spółdzielnią -- nie wiem o tej formie prawnej praktycznie
nic, nie czytałem żadnych aktów na ten temat, ale przyjmijmy, że będzie to
ostatnia deska ratunku. Gdybym był właścicielem firmy, to nie wiem czego bym
się bardziej przestraszył -- współpracy ze związkiem wyznaniowym zajmującym się
tworzeniem systemu operacyjnego (fanatyk nabiera w tym kontekście
zupełnie nowego znaczenia), czy też ze spółdzielnią, która bardziej kojarzy mi
się z mieszkaniami i rolnikami, niż informatykami.
Przejdźmy więc do dwóch głównych kandydatów: fundacji i stowarzyszenia.
Przeczytałem ustawy odnośnie obu i mniej więcej orientuję się czym one się
różnią. Problem z naszym prawem polega jednak na tym, że rzeczywiste wymagania
są najprawdopodobniej rozsiane po tysiącu ustaw, aktów wykonawczych, przepisów
wewnętrznych różnych instytucji państwowych i tak dalej i tak dalej. W praktyce
tylko obeznany z tematem prawnik jest mi w stanie dokładnie powiedzieć co jest
potrzebne i w jakiej kolejności. W obu przypadkach interesują mnie takie
rzeczy, jak: opłaty rejestracyjne i w ogóle wszystko, co jest wymagane do
rejestracji, dokładne zasady prowadzenia księgowości (dwie bądź trzy osoby
deklarowały się, że mogą prowadzić księgowość przez określony czas, ale muszę
planować długoterminowo, więc muszę wiedzieć dokładnie o co chodzi), zasady
przyjmowania przez organizację pieniędzy i dóbr materialnych (i ewentualne
rozliczenia z tym związane), obostrzenia związane z dysponowaniem tymi dobrami
(i sposób rozliczania), wszystkie możliwe ograniczenia związane z definiowaniem
struktury wewnętrznej takiej organizacji, (bardzo ważne) możliwość używania
komunikacji elektronicznej w zarządzaniu i generalnie wszystkie praktyczne
zagadnienia z jakimi może się spotkać osoba zajmująca się zakładaniem i
prowadzeniem takiej organizacji.
Jak już na początku wspominałem, formalna część PLD ma być częścią projektu
służącą do konkretnych celów, a nie niezależnym bytem, czy też organem
zarządzającym projektem. Dlatego też trzeba ją zorganizować w taki sposób, by
była zgodna z prawem, a jednocześnie jak najbardziej przypominała i podpadała
pod te same ograniczenia, co reszta projektu.
Z tego punktu widzenia najbardziej odpowiada mi forma fundacji. Fundację
może założyć nawet jedna osoba dysponująca bodajże 1 albo 2kzł i w (o ile mi
wiadomo) dowolny sposób zorganizować jej strukturę wewnętrzną. Struktura, jaką
mam na myśli, przedstawia się następująco -- istnieje zarząd składający się z
osób, które mają ochotę coś robić, w tym oczywiście z prezesa. Mają oni
właściwie nieograniczone kompetencje i mogą przyznawać członkostwo w zarządzie,
bądź też konkretne uprawnienia każdej osobie, która wykaże zainteresowanie
jakimś tematem (zasada podobna jak z Release Managerami -- jeśli nie ma
nadmiaru chętnych, to nie należy przeszkadzać tym, co chcą coś robić). Nie
widzę też powodu, by ograniczać możliwość pracy na rzecz fundacji tylko do
deweloperów -- deweloperzy są głównie techniczni, a nam by się przydali ludzie
bardziej stroniący od maszyn.
Istnieje też rada nadzorcza, która w żaden sposób nie podpada pod
jurysdykcję zarządu, a jest wręcz odwrotnie -- rada może unieważnić dowolną
decyzję dowolnego "członka" fundacji (w tym prezesa i całego zarządu) i
powoływać lub odwoływać członków zarządu. Wyłącznie rada nadzorcza może
powoływać i odwoływać osoby zasiadające w niej samej. Jak łatwo się domyślić, w
radzie byliby tylko i wyłącznie chętni członkowie CDG. W praktyce mógłby być
nawet i jeden, który przekazywałby decyzję samego CDG, ale chyba lepiej, żeby
było ich co najmniej kilku. (Tutaj jest kwestia jak by się miał głos CDG do
głosu rady nadzorczej będącej tylko podzbiorem CDG, ale to już rozważania na
inną okazję.)
O ile szczegóły techniczne powyższego są dosyć mało istotne i nie jestem w
stanie na ich temat nawet teoretyzować (bo mam co najmniej kilka pomysłów na
zapewnienie radzie nadzorczej możliwości blokowania decyzji zarządu bez
wymuszania na owej radzie formalnego akceptowania każdej jednej decyzji
zarządu, ale nie wiem które są prawnie wdrażalne), to ogólna koncepcja jest
chyba jasna -- zarząd z uprawnieniami do robienia tego, co trzeba i siedząca
przez 99% cicho rada nadzorcza będąca w rzeczywistości komandem CDG, które
reaguje tylko wtedy, gdy ktoś zaczyna marudzić, że zarząd chce zrobić coś,
czego nie powinien.
Oczywiście z powyższym mogą być też związane pewne problemy. Fundacja nie
posiada czegoś takiego, jak członkostwo. Można zostać powołanym do jakiegoś
organu fundacji, czyli pracować na rzecz fundacji, ale nie istnieje formalnie
ktoś taki, jak członek. W przypadku stowarzyszenia założę się, że ma ono
praktycznie wolną rękę w świadczeniu różnych usług na rzecz swoich członków
(czyli na przykład przekazywaniu im pieniędzy/sprzętu, czy organizowania
imprez) i nie są to rzeczy specjalnie problematyczne do wykonania. W przypadku
fundacji natomiast takie rzeczy byłyby zawsze przeprowadzane w formie -- z
jednej strony fundacja, a z drugiej w żaden sposób formalnie z nią nie związana
osoba prywatna. I to może, acz nie musi, okazać się problematyczne.
Opisałem sposób organizacji na przykładzie fundacji, ale niepisana zasada
jest taka, że jeśli ma się pieniądze, to się organizuje fundację, a jeśli ma
się ludzi, to stowarzyszenie. O ile mi wiadomo do założenia fundacji nie
potrzeba majątku (1-2kzł), ale należałoby się też przyjrzeć zasadzie działania
stowarzyszeń.
I tu zaczynają się schody, gdyż założeniem stowarzyszeń jest, by to ich
członkowie mieli najwyższą władzę. A ja nie mam najmniejszego zamiaru im jej
oddawać.
Najprostszym rozwiązaniem byłoby, gdyby stowarzyszenie składało się tylko i
wyłącznie z członków CDG, ale jest to kompletnie niewykonalne, gdyż podpisów
pod wnioskiem o założenie stowarzyszenia musi być co najmniej 15, a samych
członków CDG jest bodajże 30tu. Poza tym uniemożliwiałoby to zrobienie
czegokolwiek ludziom nie będącym w CDG, a jest praktycznie pewne, że bez takich
ludzi (nie będących weteranami dłubania w dystrybucji, ale za to mających zapał
do różnych zadań organizacyjnych) się nie obejdzie.
Należałoby więc zorganizować strukturę stowarzyszenia w taki sposób, jak to
opisałem w przypadku fundacji -- tzn. żeby dowolny członek mógł pracować na
rzecz stowarzyszenia w różnych organach tegoż (w tym w zarządzie), ale żeby
istniał odpowiednik rady nadzorczej składającej się tylko z członków CDG, która
mogłaby interweniować w dowolnej kwestii i miałaby władzę absolutną.
Niestety w paradę wchodzi nam tu ustawodawca stwierdzając, że najwyższą
władzą stowarzyszenia jest Walne Zgromadzenie Członków. Innymi słowy raz na
jakiś czas (bodajże co najmniej raz do roku) musi się dać możliwość zebrania
się wszystkim członkom i uchwalenia co im się tylko podoba. Włączając w to
uchwały typu "CDG to banda starych pryków, więc odwołujemy zarząd i radę
nadzorczą (zakładając, że w stowarzyszeniu w ogóle mogę stworzyć taką "radę
nadzorczą") i powołujemy na ich miejsce naszych ludzi". Jak łatwo się domyślić,
możliwość zaistnienia takiej sytuacji dyskwalifikuje stowarzyszenie.
Acz udało mi się wymyślić pewną (zapewne mocno karkołomną) konstrukcję, na
którą wielcem ciekaw, jak zareagują prawnicy. Otóż jeśli przyjrzeć się statutom
stowarzyszeń, jasno jest w nich napisane, że członkowie dzielą się na kilka
grup. Zwyczajni, stowarzyszeni, honorowi, etc. Każda z tych grup ma inne
uprawnienia jeśli idzie o wpływ na działanie stowarzyszenia.
Powstaje więc pytanie, czy istnieje możliwość stworzenia dwóch kategorii
członkostwa (honorowi to ozdoba, więc tych pominiemy w dyskusji) -- nazwijmy
ich członkami pierwszej i drugiej kategorii. Mieliby oni równe prawa z dwoma
wyjątkami -- tylko członkowie pierwszej kategorii mieliby prawo głosu na
walnych i tylko oni mogliby przyznawać członkostwo pierwszej kategorii, w
przeciwieństwie do spacyfikowanych członków drugiej kategorii.
Jak łatwo się domyślić byliby oni po prostu znaną z fundacji radą nadzorczą
i rekrutowali się tylko z członków CDG. W tym momencie sensowność powoływania
osobnej rady nadzorczej (powtarzam -- zakładając, że w ogóle da się to zrobić w
stowarzyszeniu) byłaby uzależniona tylko i wyłącznie od tego, czy owa rada
nadzorcza miałaby jakieś zalety, jeśli chodzi o szybkość i wygodę podejmowania
decyzji.
Dodatkowo, jeśli powyższe jest w ogóle możliwe, pozostaje pytanie, czy owe
15 osób wymaganych do założenia stowarzyszenia mogłoby od razu być podzielone
na różne typy członkostwa, gdyż, jak już mówiłem, 15tu członków CDG to połowa i
może być pewien problem z zebraniem ich. Natomiast gdyby dało się wręcz zrobić
kilku (czy wręcz jednego) pierwszej, a całą resztę drugiej, to problemu by już
nie było, gdyż coś takiego jest do przeprowadzanie na pierwszej lepszej
imprezie linuksowej.
I to by chyba było na tyle. Teraz pozostaje czekać co na powyższe powiedzą
prawnicy, gdyż bez konkretnych informacji nie jestem w stanie niczego
zdziałać.
A, i powtarzam, że w powyższym kwestią bardzo ważną jest sprawność
podejmowania decyzji tak przez zarząd jak i przez radę nadzorczą/spacyfikowane
walne ze szczególnym uwzględnieniem możliwości użycia Internetu.