Powrót do przyszłości

29 IV 2006, 20:06:26

Kilka dni temu, słuchając już nie pamiętam jakiego wykładu na Opolskich Dniach IT stwierdziłem, że coś mi tu nie pasuje. Impreza głównie dla studentów po to, by mogli sobie posiedzieć i posłuchać o różnych ciekawych rzeczach, tak? Tak. Jestem studentem, siedzę i słucham, tak? Tak. Więc co jest nie tak?

Ano uświadomiłem sobie, że jestem kompletnie nieprzyzwyczajony do roli pasywnego anonimowego słuchacza. Na wszystkich imprezach tego typu, na jakich zdarzało mi się bywać, byłem albo czymś w rodzaju organizatora, albo czymś w rodzaju prelegenta, albo sama impreza była głównie wymówką do spotkania się ze znajomymi. W każdym razie słuchanie wykładów było w najlepszym wypadku dodatkiem do czegoś innego. Natomiast tym razem miał to w sumie być jedyny sens mojej tam bytności.

Nie sądzę, żeby reszta współsłuchaczy miała podobne rozterki, więc zadałem sobie pytanie -- dlaczego?

(Hehe, tak, dlatego zapewne też, ale na potrzeby niniejszej notki potrzebuję jakiejś bardziej natchnionej odpowiedzi, niż dałaby mi prosta psychoanaliza :)

Odpowiedź jest jedna -- ludzie.

Wykłady wykładami, ale o ile ciekawsze od nich jest siedzenie razem z resztą organizatorów i zastanawianie się co by tu poprawić... Praktyczna wyłączność na rozmowy z prelegentami, którzy zacząć swoje prezentacje mają dopiero za jakiś czas... Uczenie się w jaki sposób, czyli przez kogo, organizuje się takie rzeczy...

Siedząc sobie ostatnio w radiu trafiłem akurat przez przypadek na naradę szefów. Uśmiechając się na przywitanie do wchodzącej szefowej działu jakiegośtam, pomyślałem sobie, że ten Marcin to musi mieć z kilka ton jakiś niewidocznych na pierwszy rzut oka zalet, skoro chyba najładniejsza studentka w Opolu zechciała za niego wyjść za mąż.

Eeeeeyyyy, zaraz, tfu, wróć, wcale sobie tak nie pomyślalem, jeszcze raz...

Uśmiechając się na przywitanie do wchodzącej szefowej działu jakiegośtam, pomyślałem sobie, że skoro już teraz pracujesz w telewizji regionalnej, to co będziesz robiła za dziesięć lat? Kim będziesz?

Przysłuchując się, jak omawiają różne sprawy związane z bieżącą działalnością radia i nudząc się przy tym coraz bardziej, patrzyłem na obecnych i myślałem sobie "bodajże dwa fakultety, komitet wyborczy jakiegoś posła, czy coś takiego", "kilka lat bawienia się w kierowanie ludźmi, umiejętność radzenia sobie z tymi wszystkimi nudnymi pierdołami, będziesz potrafił to wykorzystać w życiu?", "o, ciekawe co mówicie, tego człowieka warto by było w takim razie poznać, skoro zajmuje się takimi rzeczami na uczelni; nie wiedziałem, że uczelnia w ogóle zajmuje się takimi rzeczami", etc. etc.

Mam w głowie taką scenkę -- za dziesięć, może piętnaście lat siedzę w towarzystwie kilku znanych informatyków (pewnie kilku profesorów), jakiś biznesmenów, może (euro)polityka i rozmawiamy jak to drzewiej bywało. A ja co jakiś czas zerkam na ekran telewizora, z którego nowa prowadząca główne wydanie Wiadomości przemawia do mnie znajomym, tyle razy już wcześniej słyszanym głosem.

Ja tych ludzi znam, jeśli nie oni, to nie wiem kto miałby coś w życiu osiągnąć.

Ech, odpłynąłem trochę, ale już jestem z powrotem. Ja chyba chciałem coś powiedzieć bardziej do rzeczy...

A, właśnie -- ile człowiek wyniesie ze studiów, zależy tylko od niego. Tak, im gorsza uczelnia, tym mniejsza szansa, że czas spędzony na wykładach będzie czasem spędzonym w jakiś sensowny sposób. Ale wszyscy dookoła siedzą na wykładach, wszyscy dookoła zaliczają semestr za semestrem i wszyscy dookoła będą za jakiś czas mieli taki sam tytuł magistra, jak i ty. To się nazywa System.

Możesz spróbować ten System olać w ogóle, ale znajdziesz sporo ludzi, którzy nie zdobyli magistra za młodu i teraz sobie plują w brodę. Jeśli masz odpowiednio dużo samozaparcia możesz też walczyć wewnątrz systemu, dostając się na jakąś bardzo dobrą uczelnię, przykładając się do nauki i licząc na to, że jakieś ciekawe firmy oferują praktyki wyróżniającym się studentom tejże uczelni (pomaga, jeśli mieszkasz w USA :).

Ale możesz też skorzystać z faktu, że nawet Niewidzialny Uniwersytet w Pćmciu Dolnym stara się wspierać ludzi, którzy próbują coś robić obok Systemu (pośrednio wspiera też tym, że jest mniej czasochłonny od renomowanych uczelni :). Koła naukowe, jakieś imprezy, tam są ludzie, których powinieneś poznać, z którymi powinieneś spróbować zrobić coś ciekawego. Owe ciekawe rzeczy będą właśnie tym, co będzie wyróżniało twoje CV z całej masy innych.

Już nie wspominając o tym, że ludzie, o których będziecie się wtedy ocierać (zapraszani prelegenci, ludzie z uczelni z którymi będziecie się musieli dogadywać, etc.), często będą tymi, którzy zaoferują wam później pracę (i/lub praktyki). Pracę, której nie mogą dostać ludzie trzymający się Systemu, bo jest ich po prostu za dużo -- dostają ją tylko tacy jak ty i twoi znajomi, bo czymś się wyróżniają.

Pracę, dzięki której będziesz mógł żyć wygodnie tu na miejscu, a nie w Londynie. Która będzie rozpoczęciem kariery, która za 10 lat może cię zaprowadzić w ciekawe miejsca. Ciebie i ludzi, z którymi chciało ci się coś wspólnie robić. I którzy, jeśli będą potrzebowali kompetentnych współpracowników, to będą wiedzieli gdzie ich znaleźć.

Profesor? Poseł? Znany biznesmen? Znany dziennikarz?

Do zobaczenia za 15 lat.

Jak formalizować PLD

23 IV 2006, 18:33:38

Tak, teoretycznie mógłbym ten post posłać na listy peeldziane, ale primo wygenerowałoby to jakąś dziwną dyskusję, której nie chciałoby mi się czytać, secundo -- i tak nie ma tutaj jeszcze żadnych konkretów, jak będą, to je puszczę na listy, no i w końcu tertio -- jeśli ktoś rzeczywiście jest zainteresowany tematem, to pewnie i tak tu trafi.

Naczelna zasada PLD jest prosta -- jeśli ktoś chce coś zrobić, to nie należy mu przeszkadzać, a wręcz przeciwnie -- należy mu pracę ułatwić, bo dzięki właśnie takiej pracy projekt żyje i się rozwija. I dotyczy to tak części czysto technicznej, jak i organizacyjnej. Robienie za Realease Managera ma to do siebie, że jest sporo nudnej i nawarstwiającej się roboty, a na dodatek nie da się wszystkim dogodzić, więc trzeba jasno wiedzieć czego się chce, bo inaczej można zostać zjedzonym przez innych deweloperów. I o ile ktoś nie ma skłonności masochistycznych, jedynym czynnikiem motywacyjnym tej roboty jest ewentualna satysfakcja z tego, że wymyślony i wprowadzony w życie sposób prowadzenia danej linii dystrybucji się sprawdza i że większość rzeczy działa jak trzeba.

I to jest bardzo dobry powód, żeby na Release Managerów nie nakładać żadnych sztucznych ograniczeń i innych formalizmów. Na nadmiar chętnych nie narzekamy, więc ta nieliczna garstka niech przynajmniej ma swobodę działania.

Oczywiście sprawdza się to w praktyce tylko w przypadku ludzi z odpowiednią dozą samokrytycyzmu, więc, nauczeni dosyć przykrym doświadczeniem, stworzyliśmy swojego rodzaju organ nadzorczy zwany CDG (Core Developers Group), który może unieważnić dowolną decyzję RMa, czy też wręcz usunąć tegoż ze stołka.

I tak z grubsza wygląda uświęcony tradycją sposób zarządzania PLD -- każdy może robić co mu się podoba, pod warunkiem, że niczego nie psuje innym (a jak zepsuje, to musi albo naprawić, albo przekupić owych innych, żeby przestali marudzić), a RMi mogą w obrębie swojej linii dystrybucji psuć co im się podoba i ignorować opinie deweloperów, ale muszą się liczyć z tym, że deweloperzy mogą ich zmieszać z błotem na listach dyskusyjnych i/lub ich decyzja może zostać zablokowana przez CDG.

I pierwszy mit na temat formalizacji PLD, który należałoby obalić, wiąże się właśnie z organizacją projektu -- nie ma możliwości wprowadzania rewolucji w tym zakresie. Stowarzyszenie/fundacja PLD jest potrzebna w określonym celu -- żeby, w razie konieczności, móc złożyć prawnie ważny podpis pod jakimś dokumentem i być właścicielem jakiś dóbr. I tylko i wyłącznie po to. Nie ma najmniejszej szansy, żeby formalna część PLD miała przejąć władzę nad projektem, czy choćby wymusić cokolwiek na projekcie (typu -- wszyscy deweloperzy muszą podpisać jakiś świstek, CDG musi się przekształcić w coś innego, czy tym podobne bzdury). Jeśli taki będzie warunek powstania stowarzyszenia/fundacji, to one po prostu nie powstaną. (I dlatego "formalizacja PLD" to jest w sumie trochę mylące pojęcie, bo sugeruje dokonanie modyfikacji w samym projekcie, a to nie o to chodzi.)

Oczywiście nie jest wykluczone, że formalne ramię PLD będzie w stanie zaindukować jakieś zmiany w projekcie, ale jest to możliwe tylko na dłuższą metę, tzn. najpierw nieinwazyjne stowarzyszenie/fundacja PLD musi udowodnić swoją przydatność, a dopiero później można się zastanowić nad jakimiś sensownie brzmiącymi propozycjami co dalej.

Drugą ważną kwestią jest możliwość prowadzenia działalności gospodarczej. Ogólnie rzecz biorąc bardzo mi się ten pomysł nie podoba (dlatego nawet nie rozpatruję zakładania firm, spółek, czy innych "komercyjnych" tworów), ale prawda jest taka, że nie wiem co w praktyce może się przydać, a jeśli statut zabraniałby prowadzenia takowej działalności, to późniejsza jego zmiana byłaby dosyć problematyczna. Chyba najbardziej salomonowe rozwiązanie stosuje w tym względzie PLUG -- zgodnie ze statutem wolno im prowadzić działalność gospodarczą, ale co roku uchwala się, że przez następny rok stowarzyszenie nie planuje tego robić.

Jednak zanim dojdzie do składania podpisów pod dokumentami i przedstawiania owych dokumentów sądowi (czego sporo osób nie może się doczekać), trzeba rozsądzić kwestię kluczową -- jak właściwie ma wyglądać struktura nowego tworu. O ile mi wiadomo, z prawnego punktu widzenia wyjścia są cztery: fundacja, stowarzyszenie, spółdzielnia i związek wyznaniowy.

Dla mnie najwygodniejszy byłby związek wyznaniowy, bo założę się, że nie ma praktycznie żadnych reguł odnośnie wewnętrznej struktury. Nie widzę możliwości, żeby ustawodawca był w stanie cokolwiek w tym względzie narzucić.

Niestety ta opcja pozostanie w sferze... pobożnych życzeń, z tak dużej ilości powodów, że nie będę ich tutaj wymieniał.

Teraz zajmijmy się spółdzielnią -- nie wiem o tej formie prawnej praktycznie nic, nie czytałem żadnych aktów na ten temat, ale przyjmijmy, że będzie to ostatnia deska ratunku. Gdybym był właścicielem firmy, to nie wiem czego bym się bardziej przestraszył -- współpracy ze związkiem wyznaniowym zajmującym się tworzeniem systemu operacyjnego (fanatyk nabiera w tym kontekście zupełnie nowego znaczenia), czy też ze spółdzielnią, która bardziej kojarzy mi się z mieszkaniami i rolnikami, niż informatykami.

Przejdźmy więc do dwóch głównych kandydatów: fundacji i stowarzyszenia. Przeczytałem ustawy odnośnie obu i mniej więcej orientuję się czym one się różnią. Problem z naszym prawem polega jednak na tym, że rzeczywiste wymagania są najprawdopodobniej rozsiane po tysiącu ustaw, aktów wykonawczych, przepisów wewnętrznych różnych instytucji państwowych i tak dalej i tak dalej. W praktyce tylko obeznany z tematem prawnik jest mi w stanie dokładnie powiedzieć co jest potrzebne i w jakiej kolejności. W obu przypadkach interesują mnie takie rzeczy, jak: opłaty rejestracyjne i w ogóle wszystko, co jest wymagane do rejestracji, dokładne zasady prowadzenia księgowości (dwie bądź trzy osoby deklarowały się, że mogą prowadzić księgowość przez określony czas, ale muszę planować długoterminowo, więc muszę wiedzieć dokładnie o co chodzi), zasady przyjmowania przez organizację pieniędzy i dóbr materialnych (i ewentualne rozliczenia z tym związane), obostrzenia związane z dysponowaniem tymi dobrami (i sposób rozliczania), wszystkie możliwe ograniczenia związane z definiowaniem struktury wewnętrznej takiej organizacji, (bardzo ważne) możliwość używania komunikacji elektronicznej w zarządzaniu i generalnie wszystkie praktyczne zagadnienia z jakimi może się spotkać osoba zajmująca się zakładaniem i prowadzeniem takiej organizacji.

Jak już na początku wspominałem, formalna część PLD ma być częścią projektu służącą do konkretnych celów, a nie niezależnym bytem, czy też organem zarządzającym projektem. Dlatego też trzeba ją zorganizować w taki sposób, by była zgodna z prawem, a jednocześnie jak najbardziej przypominała i podpadała pod te same ograniczenia, co reszta projektu.

Z tego punktu widzenia najbardziej odpowiada mi forma fundacji. Fundację może założyć nawet jedna osoba dysponująca bodajże 1 albo 2kzł i w (o ile mi wiadomo) dowolny sposób zorganizować jej strukturę wewnętrzną. Struktura, jaką mam na myśli, przedstawia się następująco -- istnieje zarząd składający się z osób, które mają ochotę coś robić, w tym oczywiście z prezesa. Mają oni właściwie nieograniczone kompetencje i mogą przyznawać członkostwo w zarządzie, bądź też konkretne uprawnienia każdej osobie, która wykaże zainteresowanie jakimś tematem (zasada podobna jak z Release Managerami -- jeśli nie ma nadmiaru chętnych, to nie należy przeszkadzać tym, co chcą coś robić). Nie widzę też powodu, by ograniczać możliwość pracy na rzecz fundacji tylko do deweloperów -- deweloperzy są głównie techniczni, a nam by się przydali ludzie bardziej stroniący od maszyn.

Istnieje też rada nadzorcza, która w żaden sposób nie podpada pod jurysdykcję zarządu, a jest wręcz odwrotnie -- rada może unieważnić dowolną decyzję dowolnego "członka" fundacji (w tym prezesa i całego zarządu) i powoływać lub odwoływać członków zarządu. Wyłącznie rada nadzorcza może powoływać i odwoływać osoby zasiadające w niej samej. Jak łatwo się domyślić, w radzie byliby tylko i wyłącznie chętni członkowie CDG. W praktyce mógłby być nawet i jeden, który przekazywałby decyzję samego CDG, ale chyba lepiej, żeby było ich co najmniej kilku. (Tutaj jest kwestia jak by się miał głos CDG do głosu rady nadzorczej będącej tylko podzbiorem CDG, ale to już rozważania na inną okazję.)

O ile szczegóły techniczne powyższego są dosyć mało istotne i nie jestem w stanie na ich temat nawet teoretyzować (bo mam co najmniej kilka pomysłów na zapewnienie radzie nadzorczej możliwości blokowania decyzji zarządu bez wymuszania na owej radzie formalnego akceptowania każdej jednej decyzji zarządu, ale nie wiem które są prawnie wdrażalne), to ogólna koncepcja jest chyba jasna -- zarząd z uprawnieniami do robienia tego, co trzeba i siedząca przez 99% cicho rada nadzorcza będąca w rzeczywistości komandem CDG, które reaguje tylko wtedy, gdy ktoś zaczyna marudzić, że zarząd chce zrobić coś, czego nie powinien.

Oczywiście z powyższym mogą być też związane pewne problemy. Fundacja nie posiada czegoś takiego, jak członkostwo. Można zostać powołanym do jakiegoś organu fundacji, czyli pracować na rzecz fundacji, ale nie istnieje formalnie ktoś taki, jak członek. W przypadku stowarzyszenia założę się, że ma ono praktycznie wolną rękę w świadczeniu różnych usług na rzecz swoich członków (czyli na przykład przekazywaniu im pieniędzy/sprzętu, czy organizowania imprez) i nie są to rzeczy specjalnie problematyczne do wykonania. W przypadku fundacji natomiast takie rzeczy byłyby zawsze przeprowadzane w formie -- z jednej strony fundacja, a z drugiej w żaden sposób formalnie z nią nie związana osoba prywatna. I to może, acz nie musi, okazać się problematyczne.

Opisałem sposób organizacji na przykładzie fundacji, ale niepisana zasada jest taka, że jeśli ma się pieniądze, to się organizuje fundację, a jeśli ma się ludzi, to stowarzyszenie. O ile mi wiadomo do założenia fundacji nie potrzeba majątku (1-2kzł), ale należałoby się też przyjrzeć zasadzie działania stowarzyszeń.

I tu zaczynają się schody, gdyż założeniem stowarzyszeń jest, by to ich członkowie mieli najwyższą władzę. A ja nie mam najmniejszego zamiaru im jej oddawać.

Najprostszym rozwiązaniem byłoby, gdyby stowarzyszenie składało się tylko i wyłącznie z członków CDG, ale jest to kompletnie niewykonalne, gdyż podpisów pod wnioskiem o założenie stowarzyszenia musi być co najmniej 15, a samych członków CDG jest bodajże 30tu. Poza tym uniemożliwiałoby to zrobienie czegokolwiek ludziom nie będącym w CDG, a jest praktycznie pewne, że bez takich ludzi (nie będących weteranami dłubania w dystrybucji, ale za to mających zapał do różnych zadań organizacyjnych) się nie obejdzie.

Należałoby więc zorganizować strukturę stowarzyszenia w taki sposób, jak to opisałem w przypadku fundacji -- tzn. żeby dowolny członek mógł pracować na rzecz stowarzyszenia w różnych organach tegoż (w tym w zarządzie), ale żeby istniał odpowiednik rady nadzorczej składającej się tylko z członków CDG, która mogłaby interweniować w dowolnej kwestii i miałaby władzę absolutną.

Niestety w paradę wchodzi nam tu ustawodawca stwierdzając, że najwyższą władzą stowarzyszenia jest Walne Zgromadzenie Członków. Innymi słowy raz na jakiś czas (bodajże co najmniej raz do roku) musi się dać możliwość zebrania się wszystkim członkom i uchwalenia co im się tylko podoba. Włączając w to uchwały typu "CDG to banda starych pryków, więc odwołujemy zarząd i radę nadzorczą (zakładając, że w stowarzyszeniu w ogóle mogę stworzyć taką "radę nadzorczą") i powołujemy na ich miejsce naszych ludzi". Jak łatwo się domyślić, możliwość zaistnienia takiej sytuacji dyskwalifikuje stowarzyszenie.

Acz udało mi się wymyślić pewną (zapewne mocno karkołomną) konstrukcję, na którą wielcem ciekaw, jak zareagują prawnicy. Otóż jeśli przyjrzeć się statutom stowarzyszeń, jasno jest w nich napisane, że członkowie dzielą się na kilka grup. Zwyczajni, stowarzyszeni, honorowi, etc. Każda z tych grup ma inne uprawnienia jeśli idzie o wpływ na działanie stowarzyszenia.

Powstaje więc pytanie, czy istnieje możliwość stworzenia dwóch kategorii członkostwa (honorowi to ozdoba, więc tych pominiemy w dyskusji) -- nazwijmy ich członkami pierwszej i drugiej kategorii. Mieliby oni równe prawa z dwoma wyjątkami -- tylko członkowie pierwszej kategorii mieliby prawo głosu na walnych i tylko oni mogliby przyznawać członkostwo pierwszej kategorii, w przeciwieństwie do spacyfikowanych członków drugiej kategorii.

Jak łatwo się domyślić byliby oni po prostu znaną z fundacji radą nadzorczą i rekrutowali się tylko z członków CDG. W tym momencie sensowność powoływania osobnej rady nadzorczej (powtarzam -- zakładając, że w ogóle da się to zrobić w stowarzyszeniu) byłaby uzależniona tylko i wyłącznie od tego, czy owa rada nadzorcza miałaby jakieś zalety, jeśli chodzi o szybkość i wygodę podejmowania decyzji.

Dodatkowo, jeśli powyższe jest w ogóle możliwe, pozostaje pytanie, czy owe 15 osób wymaganych do założenia stowarzyszenia mogłoby od razu być podzielone na różne typy członkostwa, gdyż, jak już mówiłem, 15tu członków CDG to połowa i może być pewien problem z zebraniem ich. Natomiast gdyby dało się wręcz zrobić kilku (czy wręcz jednego) pierwszej, a całą resztę drugiej, to problemu by już nie było, gdyż coś takiego jest do przeprowadzanie na pierwszej lepszej imprezie linuksowej.

I to by chyba było na tyle. Teraz pozostaje czekać co na powyższe powiedzą prawnicy, gdyż bez konkretnych informacji nie jestem w stanie niczego zdziałać.

A, i powtarzam, że w powyższym kwestią bardzo ważną jest sprawność podejmowania decyzji tak przez zarząd jak i przez radę nadzorczą/spacyfikowane walne ze szczególnym uwzględnieniem możliwości użycia Internetu.

/var/log/obserwacje

21 IV 2006, 00:03:45

Okazało się, że jestem się w stanie podniecić dłubaniem w komercyjnym projekcie. Bo on mi działa, mogę go dopieszczać i wszystko tak fajnie furczy. A jak nie furczy, to jest źle. Bo mają mi za niego zapłacić niezgorszą sumkę, więc wolałbym, żeby furczał.

W każdym razie kombinacja $$$, deadline'u na wczoraj i zaochnięcia się faktem, że mi furczy spowodowała, że mam od jakiegoś tygodnia coding frenzy. Normalnie nie pamiętam ile lat temu ostatnio mnie coś takiego napadło, w każdym razie mi się strasznie spodobało. Okazuje się, że jednak, przynajmniej przez jakiś czas, mogę nie być leniem. Jupi! :)

Przy odrobinie szczęścia uda mi się to wykorzystać przez weekend do zrobienia kilku rzeczy w PLDówku. Więc mnie gonić.

Z innych obserwacji -- pewien sadysta na dzisiejszym treningu mi pokazał, że nawet jak się już nie ma sił kompletnie na nic, to i tak ma się jeszcze zapasy energii. Jak jedne mięśnie już kompletnie nie działają, to zawsze można trochę pomęczyć inne. Póki się nie ma zadyszki, to zawsze zostaje jakaś część ciała do pomęczenia.

I jeszcze jedna rzecz -- czytanie jest fajne, lubię czytać, ale niestety w przypadku niektórych tekstów dochodzę do takiego momentu, że zaczynam warczeć na autora, że nie szanuje mojego czasu. Ja rozumiem jego chęć, żeby dokładnie przedstawić omawianą tematykę. Wstępy, rozwinięcia i takie tam. Niestety takie potraktowanie tematu oznacza, że czytelnik obyty w danym zagadnieniu i jedynie zainteresowany jakimiś nowinkami stwierdzi, że nie opłaca mu się przebijać przez kilogramy znanej mu już treści z wątłą nadzieją, że znajdzie coś nowego. Jednak dzielenie tekstów na sekcje i inne takie to jest bardzo fajna rzecz (i kolejna powodująca, że pisanie idzie wolniej, więc jakby ktoś się pytał, to ja jestem leniem).

Dobranoc.

Imperium kontratakuje

19 IV 2006, 01:06:42

Siedząc przez święta nad projektem, który deadline ma na zaraz po świętach, nie wiedząc co gdzie i jak, nie mając jak się skontaktować z ludźmi (bo święta), którzy pisali system, którym mam zarządzać, a którzy nie pracują tu już gdzieś tak z pół roku, nie mając żadnej dokumentacji do poczytania, zaczynam marzyć o pracy nad projektem, który jest robiony według jednej z tych metod, których próbują nas (z marnym skutkiem) nauczyć na przedmiocie pod tytułem "Inżynieria oprogramowania". Może te całe java/c# shopy we względnie dużych korporacjach wcale nie są takie złe. Założenia projektowe, dokumentacja, centralne repo z kodem, wiadomo kogo się zapytać o różne rzeczy, stabilna pensja. Tiaaaaa.

I jeszcze jedna obserwacja -- im człowiek ma większe doświadczenie w pisaniu, tym, paradoksalnie, dłużej mu ono zajmuje. Czemu? Ano dlatego, że jeśli już poświęcam czas na napisanie czegoś, to primo chcę, żeby owo pisanie trzymało jakiś poziom techniczny i secundo, żeby odniosło zamierzony skutek.

Poziom techniczny, czyli ogólnie pojęte błędy językowe (znaczy -- ich brak). Niestety z biegiem czasu zaczyna się ich dostrzegać coraz więcej, więc zamiast po prostu pisać, spędza się czas na wyłapywaniu i poprawianiu tych fragmentów tekstu, które mi z jakiegoś powodu nie pasują.

Ale już pal licho formę, super doskonałe to to nigdy nie będzie, wystarczy, że nie będzie kłuło w oczy. Zostaje zasadniczy problem, czyli treści. Skoro coś piszę, to chcę, żeby czytelnik był w stanie prześledzić mój tok rozumowania. Problem polega na tym, że sam zauważam, kiedy zaczynam bełkotać, zamiast pisać jasno. W efekcie jestem w stanie spędzić idiotyczne ilości czasu na przepisywaniu kilku akapitów, aż nie uznam, że jaśniej już nie potrafię.

Prawdę mówiąc zaczynam doceniać sensowność publikowania jakiś dłuższych tekstów w kawałkach. Skoro dopieściłem już pierwszy fragment tekstu, to dlaczego czytelnik ma czekać, aż uporam się z całością -- niech se poczyta to, co już jest. Release early, release often.

(Powyższe przemyślenia po dzisiejszej podróży autobusem, podczas której przez godzinę udało mi się doprowadzić do zadowalającej formy kilka akapitów, natomiast nowej treści nie udało mi się dodać ani krztyny. A czas mi się kończy, bo to jest ten tekst o formalizacji PLD i chciałbym przed wakacjami dostać jakieś opinie prawne na ten temat, gdyż kilka osób się deklarowało, że mają znajomych prawników.)

Kolejna zdrada!

17 IV 2006, 00:28:32

Widzicie go, burżuja jednego! Pewnie siedzi teraz gdzieś w ukryciu, bo mu się wstyd przyznać! Nawet tyle honoru nie ma, żeby wprost powiedzieć co i jak, woli się ukrywać za plecami dziennikarzy!

Najpierw Nemerle, teraz to. Dla jego przeklętej duszy chyba już nie ma ratunku :/

Viva la revolution!

13 IV 2006, 01:03:21

Autor poniższego ma maila w domenie .fr.

I work for a company developing a content management system and firewalls/mail/VPN solutions running on Linux. So, all our customers mail servers, firewalls, application servers, etc. are running on a modified PLD. We have been using it for some time now, by recompiling/adapting packages for our specific needs.

We are planning on getting closer to the official PLD RPMs, in order to avoid the recompile/adaptation cycle. That way, we could use a vanilla PLD for the base system, and focus more on our specific software/packages/configurations.

So, for the moment, I'm evaluating the migration of our applications and install procedures from our custom PLD to an official PLD.

Ja wiem, że to tak ma działać. Ja wiem, że PLD w sprawnych rękach może służyć za bazę do różnych fajnych rzeczy (i to się pewnie reszty dystrybucji też tyczy). W końcu w open source nie ma nic skomplikowanego.

Ale i tak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest coś fascynującego w tym, że jakiś francuz potrzebował technologii do jakiśtam produktów, więc sobie po prostu wziął to, co tworzy (w przeważającej większości) jakaśtam banda polaków. Chyba mu poślę maila z zapytaniem, skąd on w ogóle się dowiedział o PLD.

(Tak, tekst o formalizacji PLD jest w produkcji. Pewną część już mam, postaram się to dokończyć przez święta.)

Małe rzeczy

06 IV 2006, 01:26:26

Automatyka pldowa jest zrobiona tak, żeby informować deweloperów co się dzieje na żywo. Dotyczy to też części builderowej i ftpowej -- jak coś się zbuduje/zostanie przeniesione, to deweloperzy dostają maila.

Problem w tym, że mi się nie chce przez to wszystko przekilkiwać. Za dużo informacji, podawanych w za dużym tempie i to w większości dla mnie nieistotnych (to samo zresztą mam z listą develową). Muszę sobie jakoś wyklikać coś, co by mi podawało tylko i wyłącznie podsumowania. Albo tylko interesujące mnie rzeczy. Hmmm. Nie wiem tylko jak to ugryźć.

Nawiasem mówiąc ciekawe na ile różnych sposobów działają ludzie. Ja mogę z zainteresowaniem zrobić coś raz, no, powiedzmy dwa. W momencie, w którym już nic nowego nie ma, a tylko powtarzanie się, to mnie czynność zaczyna nudzić i staram się od niej trzymać z daleka.

Cierpi oczywiście na tym miliard różnych drobnostek, które mógłbym zrobić, bo wiem jak, ale których mi się nie chce zrobić. (To jest ogólnie problem z ludźmi, którzy wiedzą co i jak -- są najbardziej kompetentni do wykonania jakiejś czynności, ale... po prostu ich to już nie bawi; bawi za to tych, którzy nie są kompetentni, bo dla nich to coś nowego :)

Ale jednak czasami pojawiają się ludzie, którzy z jakiegoś powodu zainteresują się jakąś drobnostką. Znaczy -- dla mnie drobnostką. Jakimś niezbyt poważnym problemem technicznym, który na mojej osobistej liście priorytetów jest... no, nawet na nią nie trafił.

No i oni wiedzą co chcą zrobić, wiedzą jak to zrobić, no i robią. Mimo, że właściwie nikt nie zauważy tej zmiany. Ot kolejny drobny problem techniczny. Ale jednak dla kogoś ten drobny problem techniczny może się wydawać ciekawy i potrzebny. Dziwne.

To chyba tylko dowodzi tego, że jeśli chce się stworzyć dobry zespół, to można znaleźć ludzi, którzy będą lubili robić nawet najdziwniejsze rzeczy. Jeden może lubić pisanie dokumentacji, drugi testowanie, trzeci pisanie oskryptowania. Nudy? No, dla mnie tak. Ale nie dla nich. (Znaczy, pisać dokumentację to ja akurat nawet lubię)

« | »