Powrót do przyszłości
Kilka dni temu, słuchając już nie pamiętam jakiego wykładu na Opolskich Dniach IT stwierdziłem, że coś mi tu nie pasuje. Impreza głównie dla studentów po to, by mogli sobie posiedzieć i posłuchać o różnych ciekawych rzeczach, tak? Tak. Jestem studentem, siedzę i słucham, tak? Tak. Więc co jest nie tak?
Ano uświadomiłem sobie, że jestem kompletnie nieprzyzwyczajony do roli pasywnego anonimowego słuchacza. Na wszystkich imprezach tego typu, na jakich zdarzało mi się bywać, byłem albo czymś w rodzaju organizatora, albo czymś w rodzaju prelegenta, albo sama impreza była głównie wymówką do spotkania się ze znajomymi. W każdym razie słuchanie wykładów było w najlepszym wypadku dodatkiem do czegoś innego. Natomiast tym razem miał to w sumie być jedyny sens mojej tam bytności.
Nie sądzę, żeby reszta współsłuchaczy miała podobne rozterki, więc zadałem sobie pytanie -- dlaczego?
(Hehe, tak, dlatego zapewne też, ale na potrzeby niniejszej notki potrzebuję jakiejś bardziej natchnionej odpowiedzi, niż dałaby mi prosta psychoanaliza :)
Odpowiedź jest jedna -- ludzie.
Wykłady wykładami, ale o ile ciekawsze od nich jest siedzenie razem z resztą organizatorów i zastanawianie się co by tu poprawić... Praktyczna wyłączność na rozmowy z prelegentami, którzy zacząć swoje prezentacje mają dopiero za jakiś czas... Uczenie się w jaki sposób, czyli przez kogo, organizuje się takie rzeczy...
Siedząc sobie ostatnio w radiu trafiłem akurat przez przypadek na naradę szefów. Uśmiechając się na przywitanie do wchodzącej szefowej działu jakiegośtam, pomyślałem sobie, że ten Marcin to musi mieć z kilka ton jakiś niewidocznych na pierwszy rzut oka zalet, skoro chyba najładniejsza studentka w Opolu zechciała za niego wyjść za mąż.
Eeeeeyyyy, zaraz, tfu, wróć, wcale sobie tak nie pomyślalem, jeszcze raz...
Uśmiechając się na przywitanie do wchodzącej szefowej działu jakiegośtam, pomyślałem sobie, że skoro już teraz pracujesz w telewizji regionalnej, to co będziesz robiła za dziesięć lat? Kim będziesz?
Przysłuchując się, jak omawiają różne sprawy związane z bieżącą działalnością radia i nudząc się przy tym coraz bardziej, patrzyłem na obecnych i myślałem sobie "bodajże dwa fakultety, komitet wyborczy jakiegoś posła, czy coś takiego", "kilka lat bawienia się w kierowanie ludźmi, umiejętność radzenia sobie z tymi wszystkimi nudnymi pierdołami, będziesz potrafił to wykorzystać w życiu?", "o, ciekawe co mówicie, tego człowieka warto by było w takim razie poznać, skoro zajmuje się takimi rzeczami na uczelni; nie wiedziałem, że uczelnia w ogóle zajmuje się takimi rzeczami", etc. etc.
Mam w głowie taką scenkę -- za dziesięć, może piętnaście lat siedzę w towarzystwie kilku znanych informatyków (pewnie kilku profesorów), jakiś biznesmenów, może (euro)polityka i rozmawiamy jak to drzewiej bywało. A ja co jakiś czas zerkam na ekran telewizora, z którego nowa prowadząca główne wydanie Wiadomości przemawia do mnie znajomym, tyle razy już wcześniej słyszanym głosem.
Ja tych ludzi znam, jeśli nie oni, to nie wiem kto miałby coś w życiu osiągnąć.
Ech, odpłynąłem trochę, ale już jestem z powrotem. Ja chyba chciałem coś powiedzieć bardziej do rzeczy...
A, właśnie -- ile człowiek wyniesie ze studiów, zależy tylko od niego. Tak, im gorsza uczelnia, tym mniejsza szansa, że czas spędzony na wykładach będzie czasem spędzonym w jakiś sensowny sposób. Ale wszyscy dookoła siedzą na wykładach, wszyscy dookoła zaliczają semestr za semestrem i wszyscy dookoła będą za jakiś czas mieli taki sam tytuł magistra, jak i ty. To się nazywa System.
Możesz spróbować ten System olać w ogóle, ale znajdziesz sporo ludzi, którzy nie zdobyli magistra za młodu i teraz sobie plują w brodę. Jeśli masz odpowiednio dużo samozaparcia możesz też walczyć wewnątrz systemu, dostając się na jakąś bardzo dobrą uczelnię, przykładając się do nauki i licząc na to, że jakieś ciekawe firmy oferują praktyki wyróżniającym się studentom tejże uczelni (pomaga, jeśli mieszkasz w USA :).
Ale możesz też skorzystać z faktu, że nawet Niewidzialny Uniwersytet w Pćmciu Dolnym stara się wspierać ludzi, którzy próbują coś robić obok Systemu (pośrednio wspiera też tym, że jest mniej czasochłonny od renomowanych uczelni :). Koła naukowe, jakieś imprezy, tam są ludzie, których powinieneś poznać, z którymi powinieneś spróbować zrobić coś ciekawego. Owe ciekawe rzeczy będą właśnie tym, co będzie wyróżniało twoje CV z całej masy innych.
Już nie wspominając o tym, że ludzie, o których będziecie się wtedy ocierać (zapraszani prelegenci, ludzie z uczelni z którymi będziecie się musieli dogadywać, etc.), często będą tymi, którzy zaoferują wam później pracę (i/lub praktyki). Pracę, której nie mogą dostać ludzie trzymający się Systemu, bo jest ich po prostu za dużo -- dostają ją tylko tacy jak ty i twoi znajomi, bo czymś się wyróżniają.
Pracę, dzięki której będziesz mógł żyć wygodnie tu na miejscu, a nie w Londynie. Która będzie rozpoczęciem kariery, która za 10 lat może cię zaprowadzić w ciekawe miejsca. Ciebie i ludzi, z którymi chciało ci się coś wspólnie robić. I którzy, jeśli będą potrzebowali kompetentnych współpracowników, to będą wiedzieli gdzie ich znaleźć.
Profesor? Poseł? Znany biznesmen? Znany dziennikarz?
Do zobaczenia za 15 lat.

29 IV 2006 o 23:00:17
Bardzo podoba mi się ten komentarz. I sam tak zaczynam patrzeć na znajomych, bo choć z nas już niby stare dziady, to dopiero teraz tak naprawdę wchodzimy w zupełną dorosłość rozchodząc i rozjeżdzając się po własnych sprawach, karierach, planach - coraz trudniej bezrefleksyjnie podchodzić do życia. I też jestem ciekawy, gdzie wszyscy będziemy za lat 5, 10 czy 15.
29 IV 2006 o 23:10:07
Czasem niestety choć przez chwilę trzeba trzymać się Systemu, bo okazuje się że mimo to iż wszyscy przełożeni wiedzą, że nadajesz się idealnie do danej pracy, chcieliby byś pracował no ale choinka nie mogą Cię zatrudnić, bo ktoś wyżej wymyślił, że jednak te studia trzeba mieć skończone - inaczej ani rusz. Co do pracy uzyskanej za pomocą kontaktów towarzyskich, hmm, czasem różnie bywa, szczególnie że w tym momencie podejmuje się często dodatkowe zobowiązanie - już nie pracuje się tylko dla firmy, ale również dla przyjaciela.
Wiesz, zbyt wiele takich osób widziałem co dostało pracę na takiej zasadzie a potem nic nie robiło, tylko przerzucało obowiązki na innych, bo w końcu byli "znajomymi szefa" i im wolno było ;)
29 IV 2006 o 23:31:20
Ależ ja jestem jak najbardziej za trzymaniem się Systemu.
"Po co mi studia, sam się mogę tego wszystkiego nauczyć", to jest bardzo uproszczone i bardzo naiwne postrzeganie rzeczywistości. Nawet z dosyć padakowych studiów można sporo wyciągnąć, pod warunkiem, że jesteś w stanie dotrzeć do odpowiednich ludzi.
Fakt faktem, internet ułatwia szukanie ludzi w pełni zgodnych z własnymi zainteresowaniami, ale w rzeczywistości taki zbiór literek na ircu, czy tam na blogu to jeszcze nie jest prawdziwy człowiek. Jesteśmy tak skonstruowani, że jednak lepiej działamy, gdy mamy zapewnione fizyczne towarzystwo kogoś. Więc nawet jeśli ów ktoś nie do końca odpowiada naszym zainteresowaniom, to i tak warto czasami zrobić z nim coś ciekawego (już nie wspominając o tym, że zdalnie nie zorganizujesz imprezy, etc.).
30 IV 2006 o 14:09:30
Bardzo dobry tekst, Mariuszu!
Wlasna incjatywa, mimo ze klody pod nogi rzucaja z kazdej strony, procentuje -- a przede wszystkim udoparnia i UCZY.
Uczy tego, jak obchodzic sie z ludzmi, jak przedstawiac swoje pomysly, zeby spodobaly sie zarowno tym, ktorzy maja je wspoltowrzyc jak i tym, ktorzy musza je finansowac...
I na zachete dla Czytelnikow, ktorzy mysla o zrobieniu czegos "ponad": Polowa prelegentow cyklu wykladow LUMD (zwykli studenci, ktorzy odwazyli sie spedzic jakis czas nad danym zagadnieniem, a nastepnie podzielic swoja wiedza) dostala oferty pracy. Po roku, na wykladach coraz czesciej zaczyna brakowac wolnych miejsc, a wsrod sluchaczy sa nie tylko uczniowie, studenci, ale i headhunterzy... I wierzcie mi, ze nie wpis w CV sie liczy, ale atmosfera i uczucie "spelnienia" (jakkolwiek naiwnie to nie zabrzmi).
01 V 2006 o 00:22:34
Trochę chaotycznie, z początku nie wiadomo o co chodzi, ale ok. Piko ma rację w tym względzie, że prowadzenie wykładów samo w sobie poprawia hmm, właściwie pewość siebie prelegenta. Bo, jak zapewne wiecie, prowadzenie czegoś przed setką ludzi jest straaasznie stresujące, więc wyobrażam sobie, że jeśli dana osoba robi to bez większych problemów, to dla niej, przykładowo rozmowa o pracę nie stanowi żadnego problemu. I może właśnie główną zaletą takich spotkań z ludźmi nie są same znajomości, tylko właśnie obycie z ludźmi. No i oczywiście każdy lubi ludzi aktywnych, a nie marudy :) Ot, moje 3 gr.
01 V 2006 o 01:18:01
Stąd się bierze nepotyzm u władzy :P Ale generalnie trafne młody człowieku.