Jak ja nie lubię czytać wpisów o mizerii polskiej blogosfery

W swoim czytniku rss mam w sumie niewiele pozycji i chyba tylko jedną polskojęzyczną. Moje śledzenie polskiej blogosfery sprowadza się do przeglądania głównej joggera i co jakiś czas wchodzenia na kilka blogów o których sobie akurat przypomnę, albo których wpisy są akurat widoczne na serwisie o głupiej nazwie. Typowe podejście "jak zwykle nie chce mi się pracować, coś bym sobie poczytał".

Problem polega na tym, że praktycznie do każdego wpisu jest zawsze multum komentarzy zawsze od tych samych ludzi, a ja w 95% przypadków myślę sobie wtedy "Jezu, ale mi się was nie chce czytać". I przeważnie nie czytam, co najwyżej skanuję całą stronę w poszukiwaniu kilku określonych nicków, które zazwyczaj tym się charakteryzują, że nieczęsto je widać, co oznacza, że nawet jeśli signal to noise raito mają taki sam, jak reszta społeczeństwa, to ilościowo nie jest to problematyczne do przebrnięcia przez, w przeciwieństwie do... bardziej płodnych osób. Oczywiście dochodzą jeszcze znajomi, w przypadku których limity objętościowe mam trochę inaczej ustawione, ale i tak są na miejscu.

I w sumie tyczy się to także wpisów, nie tylko komentarzy. Jeśli jest jakiś wybitnie mnie nie interesujący temat, to mogę przeczytać pierwszy dotyczący go wpis (zakładając, że nie jest za długi) oraz dodatkowo wpisy kilku określonych osób (które zazwyczaj takimi tematami się nie zajmują, więc jeśli z jakiegoś powodu popełniły wpis, to może warto przeczytać). I tyle. Całą resztę ignoruję, bo mnie nudzi.

I to nawet w przypadku kwestii bardziej, ekhem, personalnych. Nigdy się do tego publicznie nie przyznam, ale potrafię docenić wartość rozrywkową jakiegoś większego flejma, zwłaszcza wymierzonego w konkretną osobę. Nieczęsto można mnie znaleźć u innych osób w komentarzach, bo zazwyczaj nie jestem w stanie wymyślić niczego ciekawego do dodania [1], ale od takich publicznych wojen wymierzonych przeciwko komuś trzymam się z definicji z daleka. Jeśli mam akurat ochotę na trochę rozrywki, to zdecydowanie preferuję nabijanie się z danego delikwenta w bardziej odosobnionym miejscu, w gronie znajomych, ale do tego oczywiście też się nigdy publicznie nie przyznam.

A cóż to za szlachetne normy powstrzymują mnie przed uczestnictwem we flejmach? Ano prosta zasada, że flejmy i nagonki zazwyczaj do niczego ciekawego nie prowadzą, więc gdyby mi rzeczywiście zależało na przekonaniu kogoś do moich racji, to bym zrezygnował z wartości rozrywkowej całego zajścia i zwrócił się do danego osobnika prywatnie.

I za każdym razem, gdy w ten czy inny sposób uda mi się wplątać w jakiś flejm, to jestem później na siebie zły, że tylko straciłem czas (no, niby nie, przecież każdy ma prawo do zabawy), bo delikwent prawie nigdy nie zostaje przekonany do moich racji, natomiast wybitnie utrudniam sobie ewentualną późniejszą próbę wytłumaczenia mu co i jak.

I wszystko było by fajnie, gdyby powyższe podejście nie było w rzeczywistości swojego rodzaju pójściem po najmniejszej linii oporu. Czy jeśli spróbuję zabrać głos publicznie, to najprawdopodobniej zrobi się flejm? Tak. Czy jeśli zrobi się flejm, to najprawdopodobniej nic z tego nie wyjdzie? Tak. Więc czy chce mi się specjalnie zwracać do delikwenta prywatnie i poświęcać czas, żeby mu wytłumaczyć co robi źle? A gdzie, poza tym co to ja jestem, matka Teresa, żeby próbować zbawiać cały świat.

I jaki jest skutek? Że ktokolwiek powie lub zrobi coś głupiego, to ja nie reaguję, wychodząc z założenia, że nie chce mi się, szkoda mi czasu, a poza tym ludzie mogący mnie zainteresować i tak wiedzą to samo, co ja, więc im tłumaczyć nie muszę. A resztę olać.

Problem polega na tym, że w internecie jest masa (młodych) ludzi, którzy takie rzeczy rzeczywiście czytają. I na ich podstawie wyrabiają sobie opinie. Nie wiem jak wy, ale ja nadal pamiętam czasy, gdy byłem święcie przekonany, że jeśli strona nie działa w jakiejśtam przeglądarce, bo robi coś, czego nie ma w w3c, to jest to wina autora strony, a nie przeglądarki. Dopiero wielu różnych ludzi mówiących przez wiele lat co innego spowodowało, że zrozumiałem, że to technologia jest dla ludzi, a nie vice versa.

Poza tym, jak to niedawno powiedział pewien mądry człowiek, nie wolno nie doceniać siły publicznej kpiny. Bardzo często ludzie zmieniają swoje zachowanie właśnie dlatego, że odpowiednia ilość osób kpi z nich, dopóki, dopóty tego nie zrobią. I tym lepiej to działa, im większą estymą cieszą się osoby zwracające delikwentowi uwagę na jego... niedociągnięcia.

Nie będę się tu zagłębiał w kwestie tego, kto ma większego jeśli idzie o... hmmm... posłuch wśród mas czytających internetu, nie namawiam też nikogo do uczestniczenia we flejmach, ale jasne publiczne określenie swojego stanowiska można uznać za swój... ekhem (jak ja nie lubię wielkich słów)... obowiązek społeczny.

Ku chwale ojczyzny.

[1] Nie zrozumcie mnie źle, nie mam zestawu rygorystycznych testów odnośnie zawartości merytorycznej każdego komentarza, jaki gdzieś dodaję, więc równie dobrze mogę dodać coś, co po prostu uważam za śmieszne. Ale do tego też muszę mieć wenę, więc nieczęsto się zdarza, żebym uznał coś, za wystarczająco śmieszne/ciekawe, żeby mi się to chciało pisać. Dlatego ja w ogóle piszę tylko raz na jakiś czas.

  1. 1. citizen

    Chyba tylko Ty potrafisz naklepać tyle tekstu o rzeczach oczywistych :)

  2. 2. Barry

    Dzięki za wpis napawający (przynajmniej mnie) w pewnym stopniu optymizmem. Żebym to jeszcze tylko wiedizał, dlaczego właściwie... ;)

  3. 3. mcv

    Odnośnie technologii dla ludzi, a nie vice versa ─ będzie flejm :D

  4. 4. Rajter

    Pytanie: skąd wiesz, że to Ty masz rację tłumacząc tym biednym ludziom co robią źle?

  5. 5. byte

    "Jak ja nie lubię czytać wpisów o mizerii polskiej blogosfery"...

    ...w związku z tym napisałem kolejny, tym razem własny :)

  6. 6. mmazur

    Klepanie tekstu o rzeczach oczywistych ma tę zaletę, że wymaga od klepiącego uporządkowania swoich opinii na dany temat, co robi te kwestie jeszcze bardziej oczywistymi. I w sumie podobny skutek może to odnieść w przypadku czytelników, którzy po przeczytaniu uznają rzecz za oczywistą, a mimo to nigdy nie poświęcili wcześniej świadomie uwagi danemu zagadnieniu (przynajmniej ja tak często mam).

    ...ale o tym chyba wszyscy też wiedzą :)

    Co do tytułu, to tak, jest on autoironiczny. Jak widzę tego typu teksty u innych ludzi, to ich zazwyczaj nie czytam. Zwłaszcza, jak są długie.

    A odnośnie biednych ludzi, to wiem, że mam rację z tego samego źródła, co wiem, że oni nie mają. To pytanie jest trochę bez sensu :)

    Coś mi powiadomienia z joggera siadły. Buuuu.

  7. 7. DeeJay1

    Hmm, no ja mam w zwyczaju zapominać gdzie napisałem jakiś komentarz, więc w naturalny sposób prędzej czy później przestaję uczestniczyć we(w??) flejmach, nawet jeśli ktoś sobie po mnie jedzie tam. Swoją droga, przydałby się jakiś rozproszonby odpowiednik kill file dla blogów (czyli coś na kształt openid z listą osobników, których wypowiedzi nie chcemy widzieć nigdzie) - tylko hmmm, ja bym wtedy raczej u wszystkich na tej liście wylądował...

  8. 8. DżoDżo

    Poproszę kilogram pierogów.

Adde commentarium: (textile lite)