Dzwoni telefon. Moja pierwsza reakcja? Nie chce mi się ruszać z miejsca, żeby sprawdzić kto to. Muszę się zmuszać.
Dzwoni dzwonek do drzwi/domofon. Moja pierwsza reakcja? Nie chce mi się ruszać z miejsca, żeby sprawdzić kto to. Muszę się zmuszać.
Żeby aż tak nie chciało mi się ruszyć tyłka, coby odebrać prosty telefon? Dziwne.
I chyba najdziwniejsze. Dojeżdżam gdzieś samochodem. Wyłączam silnik. Nie wysiadam. Siedzę. W samochodzie jest cicho, ciepło, nie wieje. Patrzę co się dzieje dookoła. Chętnie bym wręcz zamknął oczy. Siedzę tak kilkasiedziąt sekund, czy wręcz kilka minut. Przecież nie mogę tak po prostu siedzieć. Wreszcie zmuszam się do wyjścia.
To na pewno tylko moja senność się włącza. Jest mi miło, ciepło i przytulnie, więc najchętniej bym się zdrzemnął. Tak, to musi być to.
Ja zawsze (?) czytałem i nadal czytam dużo różnych dziwnych rzeczy i w sumie na trwałe mam już zakodowany w głowie obraz statystycznego Kowalskiego, który od X lat robi to co robi tylko dlatego, że codziennie rano udaje mu się do tego zmusić. Oj naczytałem ja się mądrych porad o tym, jak to nie wolno dopuszczać do takich sytuacji. Jak to nie wolno bać się zmian, trzeba nauczyć się wyczuwać rzeczy, które nam nie odpowiadają, i podążać za tymi, do których nas ciągnie.
I było to bardzo logiczne i proste, póki pozostawało teorią. Niestety jest pewien haczyk. Gdy w naszym bezpośrednim otoczeniu są ludzie, którzy od nas czegoś oczekują, to spełnianie tych oczekiwań jest automatyczne. Jasne, może się to nie podobać, można się wkurzać, warczeć i w ogóle, ale na najbardziej podstawowym poziomie nie kwestionuje się tych wymagań [1].
Gdy to bezpośrednie otoczenie znika, wszystko się zmienia. Oczywiście, nadal zostają ludzie, którzy czegoś od nas oczekują (uogólnijmy do rodziny), ale ich już nie ma tu. Są gdzie indziej. Dostosowanie się do ich oczekiwań nie jest automatyczne. Wynika z mojej świadomej decyzji. I to tym bardziej świadomej, że z tyłu głowy mam głosik, że przecież mogę tego nie zrobić. Bo mogę. To jest opcjonalne. W teorii nie muszę tak naprawdę nic (bo nie muszę). W praktyce też (bo nikt mnie nie zmusi). A w praktycznej praktyce (niby nic nie muszę, a jedne rzeczy robię, a innych nie; ot tak po prostu wychodzi)? (Co na przykład powinienem zrobić z obcą inteligencją w moim zlewozmywaku. Niech sobie żyje?)
Dzwoni telefon. Nikt konkretny nie ma dzwonić, więc pewnie babcia z czymś nieistotnym. Powinienem zostawić, niech dzwoni. Nie chce mi się odbierać. Nie muszę odbierać.
W sumie co za problem udać, że mnie nie ma. Albo że jestem w łazience i nie mogę odebrać. Nie chce mi się odbierać.
To pewnie babcia dzwoni. A może wujek, dawno nie dzwonił. Muszę się zmusić.
Ciekawym, czy następnym razem też uda mi się zmusić.
Względnie niedawno zauważyłem, że znowu potrafię bez żadnego problemu cieszyć się brakiem towarzystwa. W sumie zbiegło się to w czasie z nowymi zadaniami w robocie, które zjadają mi sporą ilość godzin. I prawdę mówiąc nawet ją (robotę) lubię...
Pamiętasz te niezliczone ilości tekstów, w których czterdziestoletni Kowalski nagle uświadamia sobie, że nie ma nic poza pracą, której nie lubi już co najmniej od dekady i psem, który i tak woli sąsiada, bo go częściej widuje? Tenże Kowalski, który jeszcze przed chwilą myślał, że jest młody, że przecież ma jeszcze tyle czasu...
Wreszcie znowu potrafię przebywać sam i sprawia mi to przyjemność (no, bez przesadyzmu, po prostu mi to w żaden sposób nie przeszkadza). Gdzieś czytałem, że człowiek dorosły musi to potrafić, musi wiedzieć jak ten czas wykorzystywać do rozwoju samego siebie, ale jednocześnie nie może zapominać o innych ludziach, bo to trochę głupio zrobić z siebie przez przypadek jakiegoś zdziwaczałego odludka.
Odludki są dziwne. Robią jakieś dziwne rzeczy w miejscach publicznych. Nie odpowiadają, udają, że ich nie ma.
Ten tego... :)
Wielokrotnie miałem tu ochotę umieścić pewne rzeczy, ale zawsze udawało mi się powstrzymać (w tym przed publikacją już gotowego tekstu). Ba, ten akapit powstaje w miejsce wyciętych dwóch innych. Przez te 10 miesięcy nauczyłem się, że jest część mnie dostępna publicznie, część mnie dostępna dla znajomych i część mnie, która raczej nigdy nie będzie dostępna dla nikogo. I jakkolwiek co jakiś czas mam ochotę się wygadać (co czasami objawia się sprodukowaniem kilku akapitów), to jednak doszedłem do wniosku, że nie warto. Są sprawy, które powinny zawsze pozostać tylko moje.
(Tylko cholera mam nawyk ich spisywania i później szkoda mi to wysyłać do /dev/null. Chyba zacznę takie rzeczy publikować na wyższych poziomach. Oczywiście nikomu nie dając do nich dostępu :)
[1] Oczywiście tu pomijam sytuacje, gdy się nastolatek był skłócił z rodzinką i mu tak już zostało na następnych X lat, czy coś w ten deseń; mnie to na szczęście ominęło.