Zainteresowania, przyjemności zamieniają się w obowiązki. Nieobowiązkowe, ale obowiązki, bo obiecałem, bo ludzie oczekują, bo przecież nie mogę nie zrobić. Bo przecież ja chcę zrobić, zabrać mi się tylko trudno, ale tak naprawdę chcę, już nie wspominając o tym, że jak w końcu zrobię, to mnie nie będzie gryzło, że nie zrobiłem.
Te obowiązkowe obowiązki z kolei, nawet jeśli obiektywnie całkiem znośne, ba, wręcz ciekawe, dobrze płatne i w ogóle, nadal pozostają obowiązkami. A obowiązki ciążą.
Ludzie. Ludzi jest cholernie mało, są cholernie różni, cholernie niekompatybilni z introwertykami, a przez to cholernie męczący.
A myślenie przeszkadza. Znaczy może nie tyle myślenie samo w sobie, ile poczucia. Poczuwanie się do tego. Poczuwanie się do tamtego. Tego nie zrobię, bo to. Tamtego, bo tamto. Micromanagement samego siebie.
A może by to tak wszystko pierdolnąć i po prostu gdzieś przepaść? Kuszące, jak wszystko, ale, jak wszystko, nie bo to i nie bo tamto. Musiałbym to pierdolnięcie z przepadnięciem dokładnie zaplanować, żeby mi z niczym nie kolidowało i wyznaczyć sobie jakąś granicę, tzn. powiedzmy że mógłbym przez tydzień utrzymać jakieś 95% przepadnięcia i 80-90% pierdolnięcia. Zakładając, że bym się odpowiednio zawczasu przygotował.
Which kind of missess the point.
Dzieci to jednak mają kurwa fajnie.
10 VII 2006 o 08:31:04
I tak cię znajdę :P
ł.
10 VII 2006 o 19:35:19
Podoba mi się ten wpis. A przepaść warto choćby na weekend. Wprawdzie skrzynka mailowa po powrocie pęka w szwach, a jabber straszy jakimiś offline'owymi wiadomościami, ale co się przez ten weekend użyje - tego nikt nie zabierze.