Lepsze wybory

Wpadła mi do głowa jedna rzecz -- o ile rozumiem, obecnie ordynacja wyborcza do sejmu jest tak zrobiona, że się po prostu głosuje na określonych ludzi ze swojego okręgu i jak wygrają, to niby reprezentują ów region.

Problem -- jak to się ma do "grup zainteresowań" innych, niż regionalne. Wraz z popularyzacją internetu można założyć, że coraz więcej osób będzie chciało głosować na ludzi rzeczywiście reprezentujących ich poglądy, a nie zlokalizowanych niedaleko w sensie geograficznym i będących najmniejszym złem. I pewnie gdzieś tak w ciągu najbliższych dwudziestu lat, gdy pokolenie już w pełni zinternetyzowane wejdzie w dorosłe życie, będzie trzeba wykombinować co z tym fantem zrobić (albo i nie, bo skoro mamy system partyjny, to takie głosowanie będzie bez sensu, bo co niby taki biedny parlamentarzysta miałby w tym sejmie sam robić bez żadnego wsparcia).

Odpowiem sam sobie -- jak to co, wytykać wszystkim innym posłom co robią źle. A skoro nie byłby partyjny i miałby stały elektorat, to mógłby to robić 'bezkarnie' :)

Honej na posła!

  1. 1. D-

    Wiesz, dopóki działa to tak, że można zostać wybranym a nie można zostać zdjętym, to nadal będzie się dziać tak jak do tej pory: taki biedny parlamentarzysta będzie się głównie zajmnował... sobą.

    PS.
    Dlaczego słowo "biedny" i słowo "parlamentarzysta" jakoś mi się kłóci?

  2. 2. teodor

    Rozwiązaniem jest ustrój wzorowany na ateńskiej demokracji: e-demokracja. Wrócimy do korzeni. Nie wiadomo tylko jak ze sprawnością podejmowania decyzji w takim modelu i czy społeczeństwo jest na taką formę sprawowania władzy przygotowane. To i tak odległa przyszłość, obecnie na pograniczu sci-fi.

  3. 3. abec

    Czyli proponujesz przeciwieństwo jednomandatowych okręgów - jeden okrę 460-mandatowy.

    I to wcale nie jest dobry pomysł.
    Wyobraź sobie, że jest partia X. Odpowiada ona większości ludzi (np. 60%), a centralną, najciekawszą itd. jej postacią jest Jan Kowalski.
    Więc wszyscy zwolennicy X w twojej ordynacji głosują na Kowalskiego.
    Jan Kowalski oczywiście wygrywa wybory w cuglach itd.
    Ale pozostałe 40% zagłosuje na innych ludzi, na partie, gdzie nie ma aż tak charakterystycznych przywódców. Ich głosy rozłożą się bardziej równomiernie.
    Wtedy partia X będzie miała w parlamencie jednego przedstawiciela, a pozostałe - resztę. Mimo, że X ma 60% poparcia.

    Można dołożyć zasadę, że w tej sytuacji głoso Kowalskiego liczy się za 60% itd., ale bałbym się powierzania praktycznie nieograniczonej władzy jednemu człowiekowi, obojętnie, jak bardzo odpowiadałyby mi jego poglądy.

  4. 4. D-

    W kwestii formalnej - to się czyms różni od dania jej dwu ludziom? :>

  5. 5. abec

    W naszym przypadku nie :)
    Ale każdy, nawet bullterier może się zerwać z łańcucha, więc to co mamy dziś, to jeszcze nie jest nieograniczona władza.

  6. 6. CoSTa

    ależ to wszystko jest już dzisiaj. to się lobbing nazywa...

  7. 7. mmazur

    E, nie, *zastąpienie* regionalnych wyborów na pewno byłoby evil, natomiast byłbym jak najbardziej za tym, żeby część posłów była wybierana właśnie z takich globalnych list i to najlepiej pozapartyjnych.

    Acz w praktyce to pewnie byłoby wybitnie trudno wykonalne.

  8. 8. marcoos

    Ja tylko przypomnę, że wódz "Partii X" nie nazywał się Kowalski, tylko Tymiński. :)

  9. 9. Avadoro

    "o ile rozumiem, obecnie ordynacja wyborcza do sejmu jest tak zrobiona, że się po prostu głosuje na określonych ludzi ze swojego okręgu i jak wygrają, to niby reprezentują ów region"
    Nie:). Teoretycznie można mieć nawet pierwszy wynik w okręgu, w którym jest (tak jak w Warszawie) wybieranych 17 posłów i nie wejść do Sejmu.

    A propos jednego okręgu wyborczego - tak jest np. w Izraelu: 120 posłów do Knesetu, próg wyborczy tylko 2%. Efekt? Permanentne rządy skrajnych partii (np. religijnych), bez których trudno stworzyć jest rząd.

    A wracając do głównego wątku. Jeśli dobrze mi się wydaje, wychodzisz mmazur z założenia, że zróżnicowanie posłów w parlamencie ma w miarę wiernie odzwierciedlać różnice w poglądach w społeczeństwie. Podobnie czynią zwolennicy ordynacji proporcjonalnej - każde ugrupowanie, które ma np. poparcie min. 5% (w Polsce) lub 2% (w Izraelu) powinno być reprezentowane w Sejmie. Jaki jest tego efekt? Rządy partii mało popularnych, a nawet skrajnych, które są języczkiem u wagi. To dzięki ordynacji proporcjonalnej w Polsce rządzi Giertych, który ma poparcie kilku procent wyborców.

    Z kolei we Francji Front Narodowy popiera kilkanaście procent i nie mają ani jednego posła. Ale tam nie ma ordynacji proporcjonalnej.

    Inny przykład: niemieckie FDP (tzw. liberałowie) w latach 1949-1998 byli w rządzie 42 z 49 lat, ciesząc się zazwyczaj poparciem nie więcej nż 10% wyborców. Za to chadecy i socjaldemokraci, na których głosowało 30-40% wyborców, rządzili (licząc każde z nich oddzielnie) o wiele krócej.

    Parlament nie jest od tego. żeby reprezentować paletę poglądów politycznych obywateli. Od tego są blogi. Parlament ma zapewnić sprawne rządzenie krajem zgodnie z wolą większości i tyle.

    Dlatego jestem coraz bardziej sceptyczny wobec ordynacji proporcjonalnej, która zapewnia jedno - większość wyborców w kilka miesięcy (albo nawet godzin) po wyborach nie pamięta, jak się nazywa osoba, na którą głosowali, a wiekszy udział w rządach od partii cieszących się znacznym poparciem społecznym, mają partie marginalne (p. przykład niemiecki).

    Czy zatem nie lepszy byłby system jednomandatowych okręgów wyborczych? Nawet w dobie e-demokracji (w którą nie wierzę) mogą być to okręgi rozmieszczone geograficznie. JOW-y mają pewne wady i dlatego wciąż się waham, czy to najlepszy system. Ale czy obecny system ich nie ma.

  10. 10. mmazur

    Hmmm, w sumie fakt.

  11. 11. abec

    mmazur: taki pomysł już był. Tzw. listy krajowe. Nie pamiętam, jak na ich podstwae ozdawano miejsa, ale powodowało to tylko dodtakowy bałagan i zaciemnienie zasad.

    JOW-y mają wady - jak wszystko.
    Ale na poziomie swojego, jednego z 460 okręgów, jesteś w stanie poznać choć trochę każdego z kandydatów. Każdy głos oddany na kandydata jest głosem tylko na niego, a nie na niego i kilka miernot z tej samej partii nadanych przez krajowe władze.
    JOWy wykluczyłyby tzw. lokomotywy wyborcze.

    Samoobrona miała pomysł, żeby wystawić Danutę Hojarską i jej dwie szwagierki - Danuty Hojarskie. Znane nazwisko praktycznie daje pewność wejścia do sejmu, a przy okazji wciąga za sobą kilka osób. Przy JOWach po piwerwsze okręgi są mniejsze i ludzie wiedzieliby, czy to ta "właściwa", a poza tym nikogo by za sobą nie pociągnęły...

  12. 12. Avadoro

    Z listami krajowymi było trochę inaczej.

    W 1989 r. lista krajowa to było 35 nazwisk - komuchy i ich alianci. Przy Okrągłym Stole założono, że Polacy zagłosują tu bez skreśleń. Tymczasem wymagane ponad 50% dostali tylko Mikołaj Kozakiewicz (chyba za to wybrali go potem marszałkiem;)) i Adam Zieliński. Nie było w ordynacji wariantu na sytuację, co zrobić w takim wypadku, więc "w locie" między turami zmieniono przepisy. Jak podaje Wikipedia "w związku z upadkiem listy krajowej obie strony uzgodniły, iż 33 pozostałe miejsca zostaną obsadzone w II turze poprzez utworzenie dodatkowych mandatów w okręgach wyborczych; była to zresztą niezbyt zgodna z prawem decyzja, tym niemniej Rada Państwa wydała stosowny dekret, zatwierdzony później na 1. posiedzeniu Sejmu."

    Później lista krajowa to też był niezły odjazd. Listy tej NIE BYŁO na kartach wyborczych. Każde ugrupowanie podawało do Pańdtwowej Komisji Wyborczej uszeregowaną listę nazwisk. Po wyborach z tej listy było obsadzanych 69 mandatów dzielonych między ugrupowania, które przekroczyły 7% głosów. Wchodzili po kolei ci kandydaci, którzy przepadli w okręgach. (Jeśli ktoś z okręgu wszedł, a był na liście krajowej, to jego miejsce przypadało następnej osobie z ugrupowania na liście krajowej itd.). Teoretycznie miało to zabezpieczyć wejście do Sejmu mało medialnych, a potrzebnych fachowców, którzy mogli przepaść w okręgu. W praktyce było to miękkie lądowanie dla aparatczyków. Instytucję te zniesiono przed wyborami w 2001 r. Byli tacy posłowie, którzy trzy razy wchodzili do Sejmu z listy krajowej, a nigdy z okręgu.

  13. 13. Avadoro

    I anegdota a propos 1989 r., jak Zieliński wszedł do Sejmu. Opowieść męża zaufania "S" w jednej z komsiji w tych wyborach (http://am.gdynia.pl/~zzsolid/czerwiec-1989.html):

    "Sporo głosów dostają kandydaci ze skrajnych, dolnych pozycji listy: pani Lęcznarowicz i pan Zieliński. Zwłaszcza tego ostatniego czysto omija niedbale prowadzona kreska przekreślająca listę. Czyżby tak było w skali całego kraju? Jakżeż inaczej wytłumaczyć fakt, że oto przeszedł, jako jeden z dwu (drugim jest powszechnie znany, nie kojarzony z obozem władzy, przez wielu ceniony), człowiek, o którym mało kto przed wyborami słyszały a i podczas kampanii wyborczej niczym się nie wyróżniał?"

    Z tego co się mówiło, to chyba dlatego właśnie wszedł, że był na dole i wyborcom czasem ręka się omsknęła. A miało to spore znaczenie, bo generalnie ci z listy krajowej dostali w większości po czterdzieści kilka głosów. Z Kozakiewiczem było chyba podobnie, ale głowy nie dam.

Adde commentarium: (markdown)



WARNING: If it takes more than an hour to write your comment, you'll loose it due to PHP session timeout. Just to be safe, select your comment, copy it (ctrl+c), reload this page, paste it (ctrl+v) and then click "Commentare".