Kilka lekcji z pracy

30 IX 2006, 23:23:47

1. Programowanie jest nudne. Strasznie. (Co było jedną z myśli przewodnich dłuższego marudzenia, które chciałem napisać... ale nie mam czasu.) Zwłaszcza w językach niskopoziomowych, gdzie 90% programowania to wynajdywanie koła od nowa. Programowanie robi się mniej nudne, gdy częścią tych nudnych kawałków zajmuje się współpracownik.

2. Ja mam cholerne problemy z zarządzaniem własnym czasem (to jest coś, na czym muszę się skupić w najbliższej przyszłości). Posiadanie współpracownika, który zależy ode mnie w kwestii przydzielania mu zadań jest natomiast problematyczne do kwadratu, gdyż dodatkowo muszę się martwić zapewnieniem jemu roboty w jego timeslotach. Przykład z życia wzięty: współpracownik wstaje kilka godzin przede mną i najwięcej czasu na pracę ma zawsze z rana. Ale dzisiaj mi coś wypadło i ani nie zrobiłem swojego zadania, ani nie powiedziałem mu co ma robić jutro. Skutek -- ja nie zrobiłem nic dzisiaj, a w konsekwencji on jutro, czyli w praktyce moje niedoplanowanie dnia dzisiejszego oznacza stratę dwóch roboczodni. Unaoczniło mi to, dlaczego ludzie na stanowiskach menedżerskich często siedzą do późna w nocy -- zapewne od tego, czy wykonają swoją robotę dziś zależy, czy X ludzi będzie mogło wykonać swoją jutro.

3. Że spore niewyspanie wpływa na moje zdolności do prowadzenia samochodu, to już wiem od dawna, bo różne drobne pomyłki podczas kierowania zauważam bez problemu. Ale znacznie, znacznie ciekawsze są tego typu wpadki przy programowaniu, gdy po raz n-ty sprawdzając daną linię kodu (bo nie działa) nagle się łapię za głowę, że błąd mam przecież przed nosem. Zapamiętać: jeśli zaczynam podejrzewać, że jest coś nie tak z glibcem, to na 99,9% gdzieś jest oczywisty błąd, którego nie widzę. Muszę sobie wymyślić jakiś sposób na tego typu sytuacje, tzn. gdy mam w mózgu blokadę, przez którą mózg nie może załapać, że to na co patrzy, wcale nie jest poprawnym kodem. Hmm. Może pisać sobie ten sam kod od nowa w okienku obok (nie zerkając), a po skończeniu porównać? Sounds good, będę musiał następnym razem spróbować.

4. Ponieważ klepię się z wątkową i mocno zżerającą procki aplikacją, w której jakiekolwiek mikrobłędy z lockowaniem, synchronizacją, czy czym tam jeszcze prawie od razu wychodzą, pozwolę sobie trochę powróżyć na przyszłość.

Programowanie współbieżne jest trudne. Po raz kolejny zwiększa się poziom skomplikowania systemów, podczas gdy mózg człowieka zostaje, jaki był. Nie był to może aż taki wielki problem, gdy tego typu systemy były bardzo ograniczone w występowaniu, bo dotyczyły różnej maści zastosowań serwerowych, a co za tym idzie można było sobie pozwolić na dopadnięcie co lepszych programistów, którzy sobie z tym wszystkim potrafią poradzić. Z prockami wielordzeniowymi tego typu oprogramowanie trafi natomiast pod strzechy, więc coraz więcej programistów będzie musiało się z tego typu technikami zaznajomić. Moje przewidywanie -- będzie jak z obecną generacją języków dynamicznych. Z punktu widzenia zużycia procesora są one wręcz niesamowicie nieoptymalne, ale pozwalają zaoszczędzić czas programisty. I analogicznie będzie z programowaniem współbieżnym. Za ileśtam lat, gdy prawie wszyscy będą mieli wielordzeniówki w komputerach, zaczną być popularne techniki programowania równoległego wręcz idiotycznie nieoptymalne z punktu widzenia wykorzystania pojedyńczego rdzenia, natomiast proste w użyciu i skalowalne wszerz, tzn. dodawanie kolejnych rdzeni będzie przyspieszało aplikację znacznie bardziej, niż zwiększanie ich prędkości. I w tym to momencie producenci procków pójdą po rozum do głowy i zaczną zmniejszać moce przerobowe poszczególnych rdzeni, byle tylko być w stanie wsadzić ich więcej na pojedynczą kość.

Ucz się ucz, gorzej wypadniesz w pracy -- podsumowanie

20 IX 2006, 18:04:25

Mocno spóźniona ostatnia część serii tekstów o młodych ludziach z nadmiarem wiedzy technicznej, w którym m.in. wyjaśniam o co właściwie chodziło w tytule (część pierwsza, czyli wstęp, część druga, czyli trochę konkretów z miejsca pracy i część trzecia, czyli rozważania o nieznajomości życia).

Podsumowanie

Te kilkadziesiąt akapitów, które do tej pory napisałem, można zasadniczo streścić w jednym zdaniu -- nie ma fizycznej możliwości, żeby ktoś tak młody nie popełniał błędów tak bezpośrednio jak i pośrednio związanych ze swoim zawodem (o innych dziedzinach życia nie wspominając).

Można by zapytać -- a niby dlaczego? Tych wpadek, które opisałem, przecież nie jest wcale tak trudno uniknąć. Wystarczy słuchać rad innych ludzi i "nie wybiegać przed szereg". Wszyscy mówią, żeby iść na studia? To idę na studia. W nowym miejscu pracy wszyscy uważają, że system jest zrobiony tak, jak ma być? To niczego nie ruszam i nie kwestionuję. Etc, etc.

Niestety, tak się nie da. Główną cechą odróżniającą ogólnie pojętego specjalistę od zwykłego człowieka jest to, że ten pierwszy jest pewny swoich decyzji ponieważ zgadzają się one z jego wiedzą i dotychczasowym doświadczeniem, a jeśli nie jest pewny, to zdaje sobie z tego faktu sprawę i idzie się douczyć. Taki sposób myślenia wymaga odwagi do kwestionowania wszystkiego i wszystkich. Nie da się zrobić czegoś lepiej niż inni, jeśli wychodzi się z założenia, że tak jak jest, jest najlepiej jak się da.

I znowu, nasz młody zdolny jest w bardzo "wrażliwym" dla siebie okresie. Z jednej strony ma on już świadomość wartości własnej wiedzy i doświadczenia. Na dodatek jest zapewne świadom dotychczasowej ewolucji swojej wiedzy i poglądów oraz udziału, jaki w całym procesie miały różne cechy jego charakteru (samokrytycyzm). Niestety brakuje mu jeszcze najważniejszej lekcji -- nietrywialnej sytuacji, w której to wszystko go zawiedzie, a która pozwoli mu na nabranie rzeczywistego dystansu do samego siebie i własnych umiejętności (albo na popadnięcie w kompleksy i zamknięcie się w sobie). (Przy czym najprawdopodobniej najboleśniejsze będzie nie tyle przejechanie się na własnej wiedzy i doświadczeniu, bo jest oczywiste, że te są ograniczone, ale na samokrytycyzmie, który nie ostrzeże w porę przed zbliżającą się ścianą.)

I niestety jestem zdania, że jest to jedna z tych rzeczy, których nie wystarczy wiedzieć intelektualnie. Żeby rzeczywiście zrozumieć co i jak, trzeba takie wpadki po prostu przeżyć. W przeciwnym wypadku będzie to tylko sucha informacja gdzieś z tyłu głowy, z której potencjalnych implikacji młody człowiek będzie sobie zdawał sprawę bardzo mgliście.

(I nie, świadomość, że czysto intelektualnie się zrozumieć nie da, też tu dużo nie pomoże. Trzeba po prostu zaakceptować fakt, że jest jakaś określona ilość wpadek, które wypada zaliczyć. I najlepszym, co w takim wypadku można zrobić, to odpowiednio się zawczasu wyedukować, żeby później nie mieć problemu ze zrozumieniem dlaczego przed chwilą wszystko się rozsypało.)

Ucz się ucz, (potencjalnie) gorzej wypadniesz w pracy

Moje rady? Nigdy nie zapominaj o samokrytycyzmie i zaakceptuj to, że potkniesz się nie raz i to często w dosyć spektakularny sposób. Pamiętaj, że mierzysz wyżej od swoich rówieśników, nie dziw się więc, że jeśli się pomylisz, to będzie to znacznie bardziej widowiskowe. Naucz się rozpoznawać własne wpadki, wyciągać z nich wnioski i przyznawać do nich.

Poza tym nie rezygnuj z asekuranctwa, jeśli nic cię to nie kosztuje. Nie wygłaszaj swoich opinii i nie podejmuj decyzji wcześniej, niż jest to konieczne. Jeśli kilka razy złapiesz się na tym, że zrobiłeś/powiedziałeś coś, co później okazało się błędem, a nie było żadnych przeciwwskazań przed odczekaniem jakiegoś czasu zanim podjąłeś działanie, to w końcu się nauczysz. Mi już wychodzi. Oprócz tych razów, w których mi nie wychodzi.

Naucz się komunikować z innymi ludźmi. Czasy samotnych wynalazców minęły dawno temu.

Małe P.S.

Zaryzykowałbym wręcz stwierdzenie, że pewność siebie u bardzo młodych ludzi, którzy tak naprawdę jeszcze niewiele potrafią, ale dzięki niej nie boją się eksperymentować, jest jak najbardziej pozytywną cechą. Tak, na początku będą na nich wszyscy wrzeszczeć, że za dużo psują, ale (a) od tego psucia się bardzo dużo nauczą, (b) zaprawią się we flejmach, czyli zgrubnie im skóra i w końcu (c) jakiś czas później ta pewność siebie im zostanie, ale tym razem będzie już uzasadniona, bo rzeczywiście będą potrafili całkiem sporo. Oczywiście przy założeniu, że mają wystarczająco samokrytycyzmu, żeby po drodze nie przesadzić.

(Brak grubej skóry, zwłaszcza w tym początkowym okresie, gdy powinno się dużo eksperymentować, a co za tym idzie co chwilę ktoś na nas wrzeszczy że źle, to jest zapewne jeden z głównych powodów, dla których w Open Source jest tak mało kobiet.)

RIP

04 IX 2006, 04:09:52

Moje podejrzenia okazały się słuszne. Od pół roku podlewam martwego kwiatka.

Eksperci, profesjonaliści... prawie robi wielką różnicę II

02 IX 2006, 03:47:56

Część trzecia tekstu o problemach młodych ludzi z nadmiarem wiedzy technicznej, w której chyba trochę przesadziłem pod koniec (część pierwsza, czyli wstęp i część druga, czyli trochę konkretów z miejsca pracy). Następnym razem będzie już chyba podsumowanie.

Profesjonalista, ale czegoś brakuje...

Zapewne niejeden raz widzieliście w telewizji wybitnego sportowca, z którym prywatnie nie chcielibyście mieć nic wspólnego, uzdolnionego aktora, który w wywiadach wypowiada się jak nierozgarnięty nastolatek, czy też genialnego naukowca, który przez swoje liczne dziwactwa jest praktycznie niedostępny jako osoba prywatna.

Ci ludzie dużo w życiu osiągnęli, ale jednak pozostawiają w nas pewien niedosyt. Instynktownie czujemy, że, pomimo swoich zalet, jednak brakuje im czegoś bardzo istotnego.

Ten sam mechanizm (acz oczywiście na znacznie mniejszą skalę) działa w przypadku naszych młodych zdolnych. Umiejętności techniczne to tak na prawdę dalece nie wszystko. Poprzednio opisałem potencjalne wpadki związane bezpośrednio ze środowiskiem pracy i zasugerowałem, że jedynym remedium jest czas i doświadczenie, które to dopiero będą w stanie w człowieku wyrobić odpowiednie nawyki i odpowiedni sposób myślenia. Jednak na pracę zawodową nie można patrzeć w tak zawężony sposób -- jest ona częścią życia i wszystkiego co z nim związane. A życia nie można się nauczyć z dokumentacji. Ta nauka wymaga wielu lat. Lat, których nasz młody człowiek jeszcze nie ma.

Mały przykład.

Po śmierci matki opiekę nad moim bratem przejął jego ojciec mieszkający po drugiej stronie mapy. Ponieważ są wakacje, brat przyjechał do mnie na cały miesiąc. Opieka nad sześciolatkiem okazała się tragiczna w skutkach jeśli idzie o możliwość poświęcania czasu na pracę. Obiektywnie rzecz biorąc nie zrobiłem przez ten czas praktycznie nic, jeśli idzie o moje obowiązki służbowe. (Gwoli ścisłości, dołożyło się do tego stanu rzeczy jeszcze kilka innych spraw rodzinnych.)

Warto tutaj zauważyć jedną rzecz -- opisane przeze mnie poprzednim razem pomyłki mogły mieć następujące skutki: od zbytniego wymądrzania się moi współpracownicy mogli stwierdzić, że jestem idiotą, natomiast zbyt częste popełnianie błędów technicznych mogło doprowadzić do mojego zwolnienia. Tak, czy siak, ewentualne konsekwencje albo nie były obiektywnie jakoś specjalnie groźne, albo co najmniej były rozciągnięte w czasie. Tutaj natomiast wystarczyła jedna rzecz, której nie przewidziałem, a skutek mógł być tragiczny. Zacytowany przeze mnie we wstępie Tomasz Staniak przedstawił swój sposób na zdobycie złej opinii u pracodawcy. Oto mój.

A wracając do spraw trochę bardziej "internetowych"...

Dysonans, jaki odczuwamy, gdy ktoś, kogo kompetencje techniczne uznajemy, nagle zaczyna publicznie wygadywać bzdury (techniczne, czy też nie), jest... no cóż. Powiedzmy, że nieprzyjemny. Zwłaszcza, jeśli bzdury są z rodzaju "pożyjesz trochę, to zrozumiesz, czemu jesteś w błędzie", gdyż takim argumentem prawie na pewno młodego człowieka do niczego nie przekonamy, więc będzie dalej obstawał przy swoim. Przykładowych "zgrzytów" mógłbym wymienić sporo, jednak przytoczę tutaj tylko jeden, odwieczne pytanie dziewiętnastolatka, który umie wystarczająco dużo, że mógłby bez problemu się gdzieś zatrudnić -- studiować, czy nie studiować?

Odpowiedź prosta -- nie studiować. Papierek mi nie jest potrzebny, bo i tak chcą mnie zatrudnić, na studiach tak naprawdę niczego się nie nauczę, a tylko stracę w cholerę czasu, w trakcie którego mógłbym zawodowo osiągnąć dużo rzeczy. Jedyne za, to że wszyscy mówią, że lepiej studiować i za cholerę nie chcą zrozumieć, że mi to niepotrzebne.

A co się stanie, jeśli będzie recesja, albo akurat twoja nisza się z jakiegoś powodu gwałtownie skurczy i nagle zostaniesz kimś bez papierka, z doświadczeniem, które jest do niczego niepotrzebne? Ci wszyscy ludzie z latami pracy, którzy wylecieli na bruk, gdy pękła bańka internetowa w USA, pewnie też nie dopuszczali takiej ewentualności.

A co jeśli zakochasz się po uszy w niewłaściwej dziewczynie, po jakimś czasie zdecydujesz się na dziecko, które znacznie ograniczy twoje możliwości wyboru miejsca pracy, więc możliwe, że będziesz musiał ograniczyć się do jakiejś nienajlepszej posady. Rok później ona odejdzie, a ty zostaniesz bez papierka, z brakiem jakichkolwiek sensownych wpisów w CV za ostatnie dwa lata, no i z alimentami, przez które o luksusie dobierania sobie robót wedle gustu będziesz mógł zapomnieć.

Nie zdarzy się? Przecież wiesz jakich kobiet unikać, dzięki tym paru związkom, których nie miałeś za czasów studenckich (a nie czarujmy się, jako dwudziestoletni geek twoje nastoletnie życie towarzyskie było najprawdopodobniej raczej skąpe). Poza tym co to za problem radzić sobie w stresującej sytuacji, gdy większa część dnia jest zaplanowana z góry za ciebie (obowiązki rodzinne), a ty jeszcze musisz wykroić kilka godzin na pracę w skupieniu. Przecież masz w tym wiele doświadczenia, bo na studiach, na których nie byłeś, musiałeś przez bite pięć lat godzić naukę, jakieś prace dorywcze i życie prywatne.

A poza tym w krytycznej sytuacji na pewno pomogą ci znajomi z twoich nieistniejących czasów studenckich. Nie, nie tacy internetowi z drugiego końca polski, tacy prawdziwi, z którymi fizycznie spędziłeś przez te kilka lat sporo czasu, dzięki którym nauczyłeś się doceniać kompletnie inne od swojego światopoglądy, pod wpływem których sam się zmieniłeś i z którymi często zawiązywałeś przyjaźnie, które przetrwają do końca waszego życia.

Podczas niedawnych rozmów z moim ojcem (który tyle miał wspólnego z moim wychowaniem, że widywałem go może średnio przez piętnaście godzin w roku), opisał mi on jak wyglądało jego życie aż do chwili obecnej, ja natomiast opowiedziałem mu o swoich poglądach, swoich planach na przyszłość. Co chcę osiągnąć, przed czym chcę się ustrzec, jakich jego błędów chcę uniknąć. Czasami przyznawał mi rację, czasami natomiast mówił, że może tylko przytaknąć i uśmiechnąć się pod nosem.

Ale co on tam wie. To, że dwadzieścia lat temu on też znał przepis na udane życie i dokładnie wiedział jak nie popełnić błędów swoich własnych rodziców, a mimo to jego życie potoczyło się tak, jak się potoczyło, nie ma tu żadnego znaczenia. Jemu się tylko wydawało, że jego plany są dobre i dlatego mu się nie udało. Ja natomiast wszystko dokładnie przemyślałem, dzięki czemu życie niczym mnie nigdy nie zaskoczy...

Kolejnych kilka uwag odnośnie pisania

01 IX 2006, 02:33:59

Primo, jednak pisanie w kawałkach wymiata. Gdybym chciał napisać to wszystko, co bym chciał napisać, w jednym dużym kawałku, to by mi wyszedł jeden wielki nieczytelny blob, bo po czwartej godzinie pisania miałbym już wszystkiego serdecznie dość. Nie wspominając o tym, że jeśli uważam, że któryś kawałek jest jakiś taki przynudnawy, to jednak jest on krótki, więc czytelnik jakoś przeżyje.

Właśnie -- krótki. Stwierdziłem, że nałożę sobie ograniczenia objętościowe, gdzieś 4kb tekstu. W momencie w którym doszedłem do 8kb, zacząłem wycinać rzeczy, które nie były bezpośrednio związane z tytułem fragmentu, lub które były na tyle długie, że w sumie mogłyby mieć osobny fragment (w sumie zszedłem do 5kb). Oczywiście zostały one odłożone na półkę, z przeznaczeniem na kolejne części. Cóż to była za heroiczna walka, władca pierścieni normalnie wysiada!

Przez jakiś czas popełniałem wpisy, że nikt nie miał zielonego pojęcia o czym ja właściwie piszę. Wynikało to z tego, że nie chciałem (a czasami nie mogłem) odnieść się konkretnie do tego, co dane przemyślenie zainspirowało. Z jakiś niewiadomych przyczyn uważałem, że czytelnik lepiej zareaguje na rzucanie ogólników, niż na jakieś niby błahe odniesienia do rzeczywistości. Oczywiście czysta głupota. Jeśli o czymś powiedziała mi babcia, albo doszedłem do tego patrząc na srające w parku psy, to jak najbardziej powinienem o tym napisać! Hmmm. No, dobra, może niekoniecznie, ale rozumiecie o co mi chodzi.

Przy czym jest tu małe ale -- trzymanie się ogólników skraca tekst. Gdy zaczynam wchodzić w jakieś odniesienia i opisywać konkretne sytuacje, on się wydłuża (vide bodajże trzy czy cztery akapity potencjalnych problemów w pracy, w poprzednim tekście; żeby nie było -- w 90% wyjętych z mojego życia). Nie mówię, że boję się długich tekstów -- tak nie jest, w teorii to nie ma być rozrywka, więc jeśli ktoś chce coś konkretnego przekazać, to nie może wycinać zdań w nieskończoność.

W rzeczywistości jednak 99% opisywanych problemów jest błahych. Więc jeśli widzę krótki (powiedzmy ten 4kbowy) tekst traktujący o danym problemie, to wiem, że autor skupia się właśnie na owym problemie i, nawet jeśli jest to pierdoła, to pierdoła potraktowana krótko, prosto i na temat. Z szacunkiem dla czasu czytelnika. Jeśli natomiast widzę ścianę tekstu, to od razu odechciewa mi się czytać i zaczynam tekst skanować, czego zazwyczaj nie lubię robić.

Ha! I znowu ujawniają się zalety pisania we fragmentach! Normalnie jakbym na to wpadł dłuższy czas temu, to moje życie byłoby o tyle szczęśliwsze! :)

Eksperci, profesjonaliści... prawie robi wielką różnicę

01 IX 2006, 00:44:31

Część druga tekstu o kompetentnych technicznie młodych ludziach i związanych z nimi problemach (część pierwsza, czyli wstęp).

Zostań ekspertem w 10 lat

Istnieje mądrość ludowa mówiąca, że żeby rzeczywiście stać się kompetentnym w jakiejś dziedzinie wiedzy, potrzeba co najmniej dziesięciu lat. Zgodnie z tym wymogiem, nasz typowy dwudziestoletni rodzynek jest w najlepszym wypadku zaledwie w połowie drogi.

Gdy "normalny" młody człowiek rozpoczyna karierę zawodową, rozumie się niejako samo przez się, że jest to jego pierwsza praca, nie ma on doświadczenia, trzeba go podszkolić, etc, etc. Dla tych ambitniejszych, którzy po studiach chcą jak najszybciej dostać pracę oferującą duże możliwości rozwoju i awansu, istnieją tak zwane praktyki, które w założeniu mają pozwolić delikwentowi na przynajmniej częściowe zapoznanie się ze środowiskiem pracy, wymogami i temu podobnymi sprawami.

A co w przypadku młodego człowieka, który wiedzę techniczną zasadniczo rzecz biorąc już ma, takoż doświadczenie, gdyż uczestniczył już w niejednym projekcie, a w kilku zapewne był kimś ważnym. Wie on już jak różne rzeczy działają, potrafi bardzo szybko przyswoić nowe umiejętności i, co jest jednocześnie jego największą wadą i największą zaletą, zdaje sobie sprawę z własnej wartości oraz dostrzega dotychczasową ewolucję własnych poglądów.

Czy taki ktoś może zacząć pracę jako najniższa forma informatycznego życia, czyli koder php? [1] Może. Może też zacząć na wyższym stanowisku, robiąc coś poważniejszego za większe pieniądze. Jest to w sumie mało istotne. Istotne jest jak podejdzie do zastanego środowiska pracy i swoich współpracowników. Dla przykładowego praktykanta właściwie wszystko byłoby nowe, więc zanim mógłby wygłosić jakikolwiek sensowny komentarz, najpierw musiałby wszystko opanować. W przypadku naszego bohatera tak nie jest. Naturalna dla niego będzie próba przeniesienia swoich dotychczasowych doświadczeń na grunt nowej pracy. W tym dostrzeżonych niedociągnięć. I zapewne nie omieszka swoich uwag wyartykułować, gdyż, no cóż, po pierwsze do tego jest przyzwyczajony, a po drugie zauważanie i reagowanie na takie rzeczy, to jedna z cech, dzięki którym osiągnął co osiągnął (dotychczas, czyli w różnej maści projektach "internetowych").

W firmie jest CVS, a planują przejście na SVN-a? Jeśli jestem ze środowiska kernelowego (bitkeeper, git), to powiem, że to strata czasu, bo SVN prawie nic nie daje, a prawdziwy kop wydajnościowy to dopiero rozproszone SCM-y. W firmie jest bitkeeper, darcs, git, czy co tam jeszcze, a ja jestem z jednego z projektów opartych o centralne repozytorium CVS/SVN (np. PLD i KDE)? Powiem, że przez ten cholerny hype na distributed SCM-y teraz mam problem, bo jak można deweloperom pozwolić na taki chaos, że teraz nie mogę znaleźć który kod jest w którym drzewku u kogo na koncie.

No i są terminy. Terminy terminami, ale przecież wszyscy wiedzą, że długofalowo pisanie takiego śmieciowego kodu to samobójstwo, bo później zrobienie najmniejszej poprawki zajmuje bardzo dużo czasu, więc co za bałwan napisał ten system tak, jak go napisał.

I tak dalej, i tak dalej...

Oczywiście posiadanie zbyt wielu opinii na różne tematy, gdy tak na prawdę nie rozumie się jeszcze do końca dlaczego coś zostało zrobione tak, a nie inaczej, to nie jedyne potencjalne wpadki. Co robisz, gdy właśnie zauważyłeś, że te dane, które wygenerowałeś dla klienta dwa tygodnie temu są niepoprawne? Mówisz szefowi prawdę? Zwalasz na 'fluktuacje sieci'? A jak się tłumaczysz z nadal niedziałającego systemu? Mówisz mu o wszystkich błędach, jakie popełniłeś? Co robisz, gdy się okazuje, że on jednak ma rację w kwestii technicznej? Po raz drugi? Po raz trzeci? I tak dalej, i tak dalej...

Prawda jest taka, że praca komercyjna rządzi się swoimi własnymi prawami i ma specyficzne dla siebie sytuacje, z którymi najlepiej zapoznać się... pracując. I nie da się tego przeskoczyć. Projekty internetowe, niezależnie od tego jak duże i ważne, znacznie różnią się od tego, co można zastać u typowego pracodawcy. [2] Terminy, terminy i wszystko co się z nimi wiąże...

Czy te minimum dziesięciu lat to dużo? Niespecjalnie. Trzeba w tym czasie opanować wiedzę teoretyczną, wiedzę praktyczną, a na dodatek, co jest właśnie najbardziej czasochłonne, doświadczyć wystarczająco dużej ilości różnych środowisk i wystarczającą ilość razy złapać się na niewiedzy i popełnianiu pomyłek, by zrozumieć, że tak naprawdę nic się nie wie. I nie, takich rzeczy nie wystarczy intelektualnie wiedzieć, je trzeba zrozumieć, a na czym konkretnie polega różnica postaram się wyjaśnić następnym razem.

Opowiem też o kolejnych problemach czyhających na młodych zdolnych, bo te związane bezpośrednio ze środowiskiem pracy, to niestety jeszcze nie wszystko...

[1] To jest oczywiście żart. Miałem na myśli perla :)

[2] Dlatego tak fajnie jest pracować w Google'u, czy Microsofcie, bo to nie są typowi pracodawcy -- oni wiedzą jak się z tobą obchodzić.

« | »