Eksperci, profesjonaliści... prawie robi wielką różnicę II
Część trzecia tekstu o problemach młodych ludzi z nadmiarem wiedzy technicznej, w której chyba trochę przesadziłem pod koniec (część pierwsza, czyli wstęp i część druga, czyli trochę konkretów z miejsca pracy). Następnym razem będzie już chyba podsumowanie.
Profesjonalista, ale czegoś brakuje...
Zapewne niejeden raz widzieliście w telewizji wybitnego sportowca, z którym prywatnie nie chcielibyście mieć nic wspólnego, uzdolnionego aktora, który w wywiadach wypowiada się jak nierozgarnięty nastolatek, czy też genialnego naukowca, który przez swoje liczne dziwactwa jest praktycznie niedostępny jako osoba prywatna.
Ci ludzie dużo w życiu osiągnęli, ale jednak pozostawiają w nas pewien niedosyt. Instynktownie czujemy, że, pomimo swoich zalet, jednak brakuje im czegoś bardzo istotnego.
Ten sam mechanizm (acz oczywiście na znacznie mniejszą skalę) działa w przypadku naszych młodych zdolnych. Umiejętności techniczne to tak na prawdę dalece nie wszystko. Poprzednio opisałem potencjalne wpadki związane bezpośrednio ze środowiskiem pracy i zasugerowałem, że jedynym remedium jest czas i doświadczenie, które to dopiero będą w stanie w człowieku wyrobić odpowiednie nawyki i odpowiedni sposób myślenia. Jednak na pracę zawodową nie można patrzeć w tak zawężony sposób -- jest ona częścią życia i wszystkiego co z nim związane. A życia nie można się nauczyć z dokumentacji. Ta nauka wymaga wielu lat. Lat, których nasz młody człowiek jeszcze nie ma.
Mały przykład.
Po śmierci matki opiekę nad moim bratem przejął jego ojciec mieszkający po drugiej stronie mapy. Ponieważ są wakacje, brat przyjechał do mnie na cały miesiąc. Opieka nad sześciolatkiem okazała się tragiczna w skutkach jeśli idzie o możliwość poświęcania czasu na pracę. Obiektywnie rzecz biorąc nie zrobiłem przez ten czas praktycznie nic, jeśli idzie o moje obowiązki służbowe. (Gwoli ścisłości, dołożyło się do tego stanu rzeczy jeszcze kilka innych spraw rodzinnych.)
Warto tutaj zauważyć jedną rzecz -- opisane przeze mnie poprzednim razem pomyłki mogły mieć następujące skutki: od zbytniego wymądrzania się moi współpracownicy mogli stwierdzić, że jestem idiotą, natomiast zbyt częste popełnianie błędów technicznych mogło doprowadzić do mojego zwolnienia. Tak, czy siak, ewentualne konsekwencje albo nie były obiektywnie jakoś specjalnie groźne, albo co najmniej były rozciągnięte w czasie. Tutaj natomiast wystarczyła jedna rzecz, której nie przewidziałem, a skutek mógł być tragiczny. Zacytowany przeze mnie we wstępie Tomasz Staniak przedstawił swój sposób na zdobycie złej opinii u pracodawcy. Oto mój.
A wracając do spraw trochę bardziej "internetowych"...
Dysonans, jaki odczuwamy, gdy ktoś, kogo kompetencje techniczne uznajemy, nagle zaczyna publicznie wygadywać bzdury (techniczne, czy też nie), jest... no cóż. Powiedzmy, że nieprzyjemny. Zwłaszcza, jeśli bzdury są z rodzaju "pożyjesz trochę, to zrozumiesz, czemu jesteś w błędzie", gdyż takim argumentem prawie na pewno młodego człowieka do niczego nie przekonamy, więc będzie dalej obstawał przy swoim. Przykładowych "zgrzytów" mógłbym wymienić sporo, jednak przytoczę tutaj tylko jeden, odwieczne pytanie dziewiętnastolatka, który umie wystarczająco dużo, że mógłby bez problemu się gdzieś zatrudnić -- studiować, czy nie studiować?
Odpowiedź prosta -- nie studiować. Papierek mi nie jest potrzebny, bo i tak chcą mnie zatrudnić, na studiach tak naprawdę niczego się nie nauczę, a tylko stracę w cholerę czasu, w trakcie którego mógłbym zawodowo osiągnąć dużo rzeczy. Jedyne za, to że wszyscy mówią, że lepiej studiować i za cholerę nie chcą zrozumieć, że mi to niepotrzebne.
A co się stanie, jeśli będzie recesja, albo akurat twoja nisza się z jakiegoś powodu gwałtownie skurczy i nagle zostaniesz kimś bez papierka, z doświadczeniem, które jest do niczego niepotrzebne? Ci wszyscy ludzie z latami pracy, którzy wylecieli na bruk, gdy pękła bańka internetowa w USA, pewnie też nie dopuszczali takiej ewentualności.
A co jeśli zakochasz się po uszy w niewłaściwej dziewczynie, po jakimś czasie zdecydujesz się na dziecko, które znacznie ograniczy twoje możliwości wyboru miejsca pracy, więc możliwe, że będziesz musiał ograniczyć się do jakiejś nienajlepszej posady. Rok później ona odejdzie, a ty zostaniesz bez papierka, z brakiem jakichkolwiek sensownych wpisów w CV za ostatnie dwa lata, no i z alimentami, przez które o luksusie dobierania sobie robót wedle gustu będziesz mógł zapomnieć.
Nie zdarzy się? Przecież wiesz jakich kobiet unikać, dzięki tym paru związkom, których nie miałeś za czasów studenckich (a nie czarujmy się, jako dwudziestoletni geek twoje nastoletnie życie towarzyskie było najprawdopodobniej raczej skąpe). Poza tym co to za problem radzić sobie w stresującej sytuacji, gdy większa część dnia jest zaplanowana z góry za ciebie (obowiązki rodzinne), a ty jeszcze musisz wykroić kilka godzin na pracę w skupieniu. Przecież masz w tym wiele doświadczenia, bo na studiach, na których nie byłeś, musiałeś przez bite pięć lat godzić naukę, jakieś prace dorywcze i życie prywatne.
A poza tym w krytycznej sytuacji na pewno pomogą ci znajomi z twoich nieistniejących czasów studenckich. Nie, nie tacy internetowi z drugiego końca polski, tacy prawdziwi, z którymi fizycznie spędziłeś przez te kilka lat sporo czasu, dzięki którym nauczyłeś się doceniać kompletnie inne od swojego światopoglądy, pod wpływem których sam się zmieniłeś i z którymi często zawiązywałeś przyjaźnie, które przetrwają do końca waszego życia.
Podczas niedawnych rozmów z moim ojcem (który tyle miał wspólnego z moim wychowaniem, że widywałem go może średnio przez piętnaście godzin w roku), opisał mi on jak wyglądało jego życie aż do chwili obecnej, ja natomiast opowiedziałem mu o swoich poglądach, swoich planach na przyszłość. Co chcę osiągnąć, przed czym chcę się ustrzec, jakich jego błędów chcę uniknąć. Czasami przyznawał mi rację, czasami natomiast mówił, że może tylko przytaknąć i uśmiechnąć się pod nosem.
Ale co on tam wie. To, że dwadzieścia lat temu on też znał przepis na udane życie i dokładnie wiedział jak nie popełnić błędów swoich własnych rodziców, a mimo to jego życie potoczyło się tak, jak się potoczyło, nie ma tu żadnego znaczenia. Jemu się tylko wydawało, że jego plany są dobre i dlatego mu się nie udało. Ja natomiast wszystko dokładnie przemyślałem, dzięki czemu życie niczym mnie nigdy nie zaskoczy...

02 IX 2006 o 10:44:20
Gdy doszedłem do "Odpowiedź prosta -- nie studiować. ", to zwątpiłem... ;-)
Na szczęście, dalsza część ma sens. :)
02 IX 2006 o 11:13:10
A wiesz co mi przyszło do głowy? Że w kontekście takiej sytuacji jaką opisujesz, takiego "bubble burst", recesji w zajmowanej niszy etc., studia niewiele Ci dadzą. Jeśli ludzie już zaczną naprawdę zwracać uwagę na papier (i będzie on z jakiegoś powodu ważniejszy niż sensowne 5 lat doświadczenia zawodowego, sytuacja w którą trudno mi uwierzyć), to tak naprawdę nie wystarczy sam papier. Będzie musiał być z renomowanej uczelni, i będzie to musiał być naprawdę solidny wynik.
A mam taki szalony pomysł... Nie lepiej, skoro chce się żyć tak asekuracyjnie, studiować COŚ_INNEGO? Coś, co da zahaczenie w razie gdyby nisza się nagle skurczyła? Czasem zamiast walczyć o utrzymanie w jednej działce lepiej jest się przekwalifikować i zacząć pracować w jakimś zupełnie innym zawodzie. No nie?
Mam znajomą na przykład, która zawodowo jest muzykiem (a przy okazji "od zawsze" lubiła rysować). Poznała faceta, przeprowadziła się do niego. Zamiast chałturzyć jako muzyk (jej nisza po przeprowadzce mocno się skurczyła, na nic ambitnego nie miała szans) przerzuciła się na intratną działkę... projektowania mebli i aranżacji wnętrz.
Ot, taki dziki pomysł :)
PS: Przyjaciele ze studiów to też sprawa, hmm, wątpliwa. Nie ma co oczekiwać, że na studiach spotkasz ludzi, którzy zostaną Twoimi przyjaciółmi i potem, w godzinie potrzeby, przyjdą z pomocą. Owszem, tak może się zdarzyć, i jest super gdy się tak zdarzy, ale IMO równie dużą szansę masz na poznawanie takich ludzi poza studiami.
Ja np. z ludźmi poznanymi na moich studiach mam teraz kontakt tylko przez GG/email. Z garstką nielicznych, którzy nie wyjechali z Polski, albo po prostu nie przepadli bez wieści. Mimo studiów i częstego bawienia się z kierunkami innymi niż tylko mój, po skończonych studiach mam tylko jednego znajomego o którym myślę, że w razie czego mógłbym się do niego zwrócić o pomoc (inna sprawa, że nie sądzę, by mógł mi tej pomocy wiele dać. Sam ma skomplikowane życie teraz).
Studia są fajne. Każdy kto ma możliwość powinien studiować. Studia to pięć lat pozwalających się przygotować na skok w prawdziwe życie. Pisanie magisterki czy inżynierki czy czegoś innego po nocach to dobry trening przed zawodowo-życiowym "zapieprzem", kontakt z kompetentną kadrą nauczy każdego średnio kontaktującego młodego zdolnego, że oprócz potencjału to tak w zasadzie jeszcze nic nie posiada, no i moooże nauczy też odrobiny zacięcia do samodzielnej pracy nad sobą (chociaż jeśli ktoś tego nie ma "sam z siebie", to po studiach, gdy tylko przestanie go straszyć wizja oblania laborek, zasili rzeszę bylejakich informatyków o mizernych kompetencjach. Ale z papierem.).
Studia są fajne. I papier może się przydać w życiu zawodowym. Ale myślę, że jeśli przez 5 lat sensownie pokierujesz swoim życiem zawodowym, to będziesz miał w CV rzeczy podnoszące twoją wartość rynkową o wiele bardziej niż papierek dokumentujący przebicie się przez pięć lat chlania, zaliczania sesji i koleżanek w akademiku ;)
Tak jak można spieprzyć sobie życie zawodowe, które się wybrało zamiast studiów, i obudzić się z ręką w nocniku, tak samo spieprzyć można sobie i studia :)
Jestem za studiami. Ale nie dlatego, że ułatwiają zdobycie sensownej pracy. Ułatwiają na pewno zdobycie Pierwszej Pracy, ale... Procesy rekrutacyjne np. takiego Accenture przypominają, z tego co wiem, bardziej test na inteligencję niż koło na studiach. I generalnie coraz bardziej liczy się chęć rozwoju i bycie zapaleńcem (oraz oczywiście doświadczenie zawodowe) niż posiadanie papieru. Jak odpowiednio uargumentujesz to na rozmowie kwalifikacyjnej, to brak studiów kierunkowych może się stać zaletą. Mało to znasz ludzi "po studiach", którzy poszli na nie nie bardzo wiedząc po co, albo oczekując czegoś innego, a teraz odwalają fuszerkę (ktoś płodzi kod do Daily WTF, no nie?) tylko dlatego, że na żadne inne stanowisko nikt ich nie zatrudni. Jeśli bez studiów jesteś juniorem w, nie wiem, np. "data mining", to już czegoś dowodzi. Posiadania paru bardzo istotnych zalet.
Myślę, że wartość studiów nie polega wcale na wiedzy którą się tam zdobywa, ani ułatwianiu zdobycia pracy potem (zainwestować całe pięć lat (zakładając studia bez komplikacji!) by zdobyć tylko "pewne" ułatwienie, to się nie opłaca i tyle).
I myślę, że w obliczu recesji ktoś, kto od początku radził sobie sam, ma większe szanse niż mimoza, która przez jakieś sześć lat ciągnęła głównie na renomie uczelni i jej papierków.
A, jeszcze coś:
"A co jeśli zakochasz się po uszy w niewłaściwej dziewczynie, po jakimś czasie zdecydujesz się na dziecko,(...)".
Bo oczywiście na studiach się nie zakochasz i nie ma szans, żeby przez dziewczynę np. zawalić studia. Mimo iż na studiach poznawać będziesz dużo więcej ludzi (vide argument o zdobywaniu przyjaciół), więc ryzyko spotkania swojej femme fatale jest statystycznie większe :)
02 IX 2006 o 12:50:19
A, mała uwaga -- na opisywaniu realistycznych sytuacji, gdy wszystko się wali na głowę to ja się w sumie nie znam. Ten kawałek z dziewczyną wyszedł trochę naciągany. Ale można sobie wstawić cokolwiek -- rak w rodzinie, wypadek samochodowy i późniejsza kosztowna i czasochłonna rehabilitacja, czy jakąś inną makabrę.
Hoppke, po kolei:
Za dwadzieścia lat wysoce prawdopodobne, że będziesz miał po dziurki w nosie klepania miliardowego projektu i będziesz szukał nowych wyzwań, może wyższe stanowisko, kierowanie projektem, przejście do lepszej firmy? Company policy -- bez papierka nie przyjmują/awansują na dane stanowisko. Nieprawdopodobne? Pewnie tak samo myśleli za młodu ci wszyscy trzydziestolatkowie na kierowniczych stanowiskach, którzy 10-15 lat temu masowo szli na różnej maści niewidzialne uniwersytety, bo przyszła prywatyzacja i nagle się okazało, że wszyscy muszą mieć papierek.
Co do studiowania czegoś innego, to się jak najbardziej zgodzę. Przy czym to już jest kwestia, hmmm, pracowitości. Tzn. jakiś papierek trzeba mieć, więc jeśli idziesz po najmniejszej linii oporu, to najprościej jest studiować to, na czym się już i tak znasz. W przeciwnym wypadku rzeczywiście lepiej jest coś zupełnie innego (ba, czy też nawet dwa kierunki; jeden obowiązkowo z dużą ilością kobiet, he he). Ja się kiedyś nad tym zastanawiałem, ale za duży ze mnie leń.
Co do poznawania ludzi na studiach -- i tak i nie. Tzn. jeśli liczysz na to, że w twojej grupie jakiejśtam akurat znajdziesz ludzi, którzy ci przypasują, to rzeczywiście możesz się przeliczyć. Ale jest jeszcze tzw. 'życie studenckie', z różnymi mniej i bardziej formalnymi grupami, kółkami zainteresowań i takimi tam. Oczywiście, te rzeczy są też w takiej czy innej formie dostępne poza studiami, ale zaryzykuję stwierdzenie, że studia jako takie jednak oferują unikalne środowisko jeśli idzie o poznawanie nowych ludzi, wystarczy się zainteresować. (Oczywiście mówię o poznawaniu na żywo, bo tak, czy siak internetu nic nie pobije, ale przydatność znajomych z drugiego końca Polski jest ograniczona. Na gorące kako z takim nie pójdę.)
Zaś ryzyko spotkania femme fatale na studiach jest większe, niż gdy większą część dnia spędza się w zazwyczaj męskim środowisku pracy (albo, co gorsza, w domu, jako freelancer), ale skoro twoja femme fatale też jest na studiach, to może oboje macie na tyle oleju w głowie, żeby owe studia skończyć. Choćby z racji tego, że po dwóch latach studiowania szkoda wam będzie to rzucać, bo to wyrzucenie czasu w błoto :)
02 IX 2006 o 12:50:45
Jak to powiedział ostanio Fixxxer -- pracuje się aby żyć, a nie żyje aby pracować -- więc trzeba się dobrze zastanowić czy warto zaczynać karierę zawodową w wieku dwudziestu lat.
02 IX 2006 o 12:54:20
Citizen, nie do końca. Ja bym uważał, że moje życie jest znacznie bardziej ubogie, gdybym z roboty nie czerpał przyjemności, a tylko traktował ją jako zło konieczne, bo jeść trzeba.
Acz fakt, nawet w takim wypadku bardzo nie warto się spieszyć "do dorosłości". To człowieka dogoni prędzej, czy później, a póki nie trzeba, lepiej ten czas wykorzystać na robienie tego, co się lubi. Bo o ile nie będziesz pracował w Googlu, to później najprawdopodobniej będzie z tym poważny problem.
Blah, gadam jak jakiś stary pierdziel.
02 IX 2006 o 13:11:54
Zgadzam się z Hoppke, ale - panowie - czemu nikt nie wziął pod uwagę tego, że niektórzy nie wyglądają jak stereotyp geeka i przez to dostali kategorię A od przenajświętszego WKU?
02 IX 2006 o 13:16:40
Ooo, bardzo good point. Zwłaszcza, że na studiach można sobie we względnie prosty sposób odpracować WKU.
02 IX 2006 o 13:51:18
@mmazur: dwadzieścia lat klepania kodu to abstrakcja :)
Pomijając to, że miejsce pracy powinno się zmieniać średnio co pięć lat by się nie zanudzić/wypalić, a zmienianie miejsca pracy to po pierwsze okazja by zakosić 20% podwyżki, a po drugie zmienić zakres kompetencji. Jeśli chcesz.
Company policy jest głupie? To zmieniasz company. W końcu to pracodawcy powinno zależeć, byś dla niego pracował na stanowisku odpowiadającym Twoim aspiracjom i umiejętnościom. Mam szwagra, istny rekin w branży logistycznej. Jego życie to nieustanne pasmo sukcesów zawodowych, jeden z tych których "Manager Magazin" pokazuje na okładkach. A według papierów uczelnianych jest, hmm, nie wiem jaka jest fachowa nazwa, ale w skrócie to operatorem sonaru (i zanim ożenił się z moją siostrą pracował jako pierwszy oficer :) Zmienia firmę gdy tylko się znudzi/przestają go awansować/dawać premie. To firmom zależy by dla nich pracował. I to na naszym popieprzonym polskim rynku pracy. Facet sam stworzył swoją wartość. I ma normalne życie, żadnego pracoholizmu, nic z tych rzeczy. Nawet do Warszawy nie musiał się przeprowadzać. Wrocław, żona, dwójka dzieci, częste wakacje i wyjazdy całą rodziną po całym świecie.
A prywatyzacja i sytuacja 10-15 lat temu to... historia.
Fakt, że u nas sytuacja jest jaka jest i nawet sprzątaczka musi mieć wyższe i znać dwa języki, ale to przecież nie znaczy, że trzeba brać udział w tym szaleństwie. Można emigrować ;) Albo zahaczyć się w jakiejś młodej firmie, prowadzonej przez młodych ludzi ze zdrowym podejściem do życia. Wbrew pozorom jest takich trochę. A akurat w IT przy takim ssaniu na ludzi jakie teraz jest można naprawdę dobrze się sprzedać.
A company policy... z tego co mi znajomi opowiadają o prawdziwych "companies" (międzynarodowe, a nie jakieś wypierdki które żerują na studentach), to jeśli trzeba zbierać jakieś papierki do awansu, to najczęściej z konkretnych kursów/szkoleń organizowanych przez company (typu: by zostać kierownikiem musisz przejść szkolenie z kierowania grupą ludzi, organizowane przez dział HR).
A co do woja... z Kaczkami u władzy trudno teraz cokolwiek planować. Cholera wie czy za miesiąc znowu im coś do łbów nie strzeli i studia przestaną w ogóle mieć znaczenie przy odbębnianiu służby. Cały cywilizowany świat już dawno temu odkrył, że wojsko musi być zawodowe i ochotnicze żeby było skuteczne, a oni zachowują się jakby byli carem i carycą Rosji.
@citizen: ale praca może być fajna i być częścią udanego życia, grunt to robić coś co lubisz robić. Od szóstej klasy podstawówki dorabiałem gdzieś na wakacjach, bo dzięki temu miałem kasę na kupowanie sobie różnych rzeczy (rodzice nie byli nadziani i np. pojęcie kieszonkowego nigdy nie funkcjonowało w mojej rodzinie). Jeśli wcześniej zaczniesz pracować na poważnie, to wcześniej będziesz mógł zacząć sobie np. kupować markowe buty czy chodzić do kina bez zastanawiania się, czy to przypadkiem nie naruszy finansów za bardzo :) I nie będziesz musiał korzystać ze stancji, po prostu wynajmujesz sobie mieszkanie dla siebie samego. Albo nie wynajmujesz tylko kupujesz na kredyt. Nie marzysz o jakimś iBooku, tylko trochę odkładasz i go kupujesz.
Na studiach masz więcej okazji do "prosocjalnego" życia, beztroski i imprezowania. Wybierając pracę masz więcej forsy na życie w lepszym mieszkaniu, z lepszym jedzeniem, lepszym autem, droższymi ciuchami czy mocniejszym komputerem ;) Coś za coś.
Ja tam studia przeszedłem i mnie to cieszy. Bo zaraz po ogólniaku totalnie nie byłem przygotowany na życie. Pewnie bym sobie poradził finansowo, ale wielu rzeczy w życiu bym nie zrozumiał. Choćby relacje damsko-męskie -- studia to świetna okazja żeby się wyrobić przez poznawanie całej masy bardzo różnych dziewczyn. I ludzi. Tzn. ogólnie ludzi.
02 IX 2006 o 14:48:26
Chętnie bym zweryfikował te informacje o dużych firmach software'owych. Trochę przesadzony przykład, ale jak łatwo dostać się do Googla albo Microsoftu bez studiów? Jak gadałem dłuższy czas temu z malekithem, to mi mówił, że doktorat potrzebny mu po to, żeby na jego podania w ogóle patrzyli, a później mogą patrzyć na osiągnięcia.
Bo zahaczanie się w młodych firmach może i jest ciekawe, ale bardzo niewykluczone, że założywszy rodzinę będziesz chciał przynajmniej na jakiś czas dostać się do firmy, która cię nie stresuje, dobrze płaci, a pracuje się od do i nie trzeba zarywać nocy. Innymi słowy właśnie taki duży software shop (oczywiście w uproszczeniu).
Tworzenie własnej wartości to jedno, na tej na przykład zasadzie nie planuję tracić czasu na jakieś kursy krzaki, tylko po to, żeby sobie zwiększyć papierkologię. I też jestem całkiem przekonany, że spokojnie bym sobie bez studiów poradził. Pomimo tego, że znam co najmniej dwóch czterdziestoparolatków, którzy sobie teraz plują w brodę, że studiów za młodu nie zrobili (fakt, że jeden sobie pluje bardzo bardzo, a drugi mniej, ale jednak).
Ale jednak studia to poniekąd standard i to także hmmm... 'społeczny', nie tylko zawodowy :)
02 IX 2006 o 15:12:53
Nie wiem jak Google czy Microsoft (oni mogą być specyficzni, bo pewnie są cholernie oblegani przez chętnych), ale np. do HP, Nokii czy Siemensa można na upartego wejść i bez ukończonych studiów (a przynajmniej paru moich znajomych to zrobiło). Fakt, że HP nie jest tak prestiżowy jak MS, ale robota w MS wcale nie jest ciekawsza, a Nokia płaci pewnie mniej niż Google (chociaż... kto wie?), ale ma zarąbiste komercyjne projekty oparte na najnowszych technologiach opensource.
A czterdziestoparolatkowie... cóż. To trochę inne realia. Kiedyś człowiek, który nie przeszedł państwowej ścieżki edukacyjnej nie miał wielkich szans na zrobienie czegoś ze sobą. Autodydakci się i owszem, zdarzali, ale było im bardzo trudno. W chwili obecnej, mając tylko dostęp do internetu, księgarni, ludzi bardziej doświadczonych (ot, przez ich blogi choćby) można się samemu naprawdę dużo nauczyć. Łatwiej jest nadrobić samemu brak studiów. Tyle że to już zależy od konkretnego człowieka. W każdym razie mówienie "a po co mi studia, przecież niczego nowego/przydatnego się tam nie nauczę" to dowód tego, że delikwent nie wie za bardzo o czym tak naprawdę mówi.
A, moi rodzice nie mają studiów (to pokolenie "ciut" starsze niż ci czterdziestoparolatkowie, ale możemy uznać, że pasują do tematu). Nie słyszałem by z tego powodu kiedykolwiek narzekali. Ale inna sprawa, że za punkt honoru faktycznie postawili sobie posłać każde z dzieci na studia, i uważają to za swój wielki sukces wychowawczy (i co tu dużo mówić, mają rację jak cholera).
Podsumuję się: IMO można nie mieć studiów i wyjść na tym równie dobrze, albo i lepiej, jak ci wszyscy którzy zdobywają inżyniera/magistra. Ale bądźmy szczerzy, z wszystkich młodych zdolnych decydujących się na taki krok tylko drobny procent ma "what it takes" żeby się wziąć solidnie w garść i nie zmarnować tych pięciu lat. Reszta tylko fantazjuje.
02 IX 2006 o 15:34:04
Studia to świetne miejsce, żeby nauczyć się uczyć - zwłaszcza po ogólniaku, gdzie uczysz się wykuwać na pamięć masę zbędnych rzeczy - na studiach masz okazję to wykorzystać w praktyce. Taki ii.uni.wroc.pl daje ci nawet szansę wybrać sobie dowolną ścieżkę nauki - przez pierwsze 2 lata są po 2 obowiązkowe przedmioty, pozostałe dobierasz sobie sam, sam budujesz sobie plan i sam odpowiadasz za to, żeby dać radę to skończyć. Choćby to uczy cię organizowania i planowania.
Ja nie skończyłem ii właśnie z powodu pracy - pracowałem od początku ogólniaka jako programista kontraktowy i w pewnym momencie okazało się, że chcę to robić przez 40 godzin tygodniowo. Decyzja sprowadzała się do wyboru uczelni z zaocznymi (ii w tym czasie mieścił się w byłych radzieckich koszarach na obrzeżach Wrocławia i nie mieli zasobów do prowadzenia zaocznych studiów, teraz to może ulec zmianie - zbudowali sobie szklany instytut w środku miasta).
Będąc samoukiem trudno też nauczyć się szerszego patrzenia na informatykę. To świetnie, że ktoś super koduje w ASM, a ktoś inny rewelacyjnie buduje systemy bazodanowe. Nawet jeśli do końca życia chce się zostać klepaczem klawiaturowym (czytaj: programistą), to trzeba wiedzieć, o czym rozmawia z tobą manager projektu. Trzeba wiedzieć, co to jest system czasu rzeczywistego, co to są postacie normalne bazy, redundancja i znać wzorce projektowe przynajmniej w teorii.
Jeśli zarywasz wieczory na pidaniu kolejnego moda do Quake'a (choć przyznam, że pokątnie spędziłem 6 lat na modelowaniu botów do Quake 1), to zwyczajnie w życiu się o to nie otrzesz i nawet nie będziesz wiedział, jakich eBooków szukać na torrentach.