Buuu, gruba jestem
Jeden z wniosków z ostatniego półtora roku brzmi -- informacje na własny temat należy zachowywać dla siebie. W praktyce sprowadza się to do tego, że różni ludzie (z przewagą rodziny) znają pojedyncze fakty, ale nic poza tym. I tak ma być. Jedyną osobą, której rzeczywiście mogę powiedzieć wszystko, jest mój ojciec, a to z dwóch powodów: genetyka oraz fakt, że jest on kompletnie odcięty od mojego życia (mieszka w Niemczech), więc widzimy się średnio raz na rok.
Oczywiście powyższe implikuje także znaczny szlaban na jakiekolwiek tego typu informacje publikowane tutaj. Zazwyczaj udawało mi się powstrzymywać, nawet gdy miałem dużą ochotę się wypisać (wygadać).
Acz w sumie rzecz biorąc... Nie powinno być aż tak trudno znaleźć tę granicę, której przekraczać nie powinienem (i jej nie przekraczać), a prawda jest taka, że sam lubię przeczytać dobrze napisany tekst z czyjegoś życia, więc kto wie, może sam byłbym w stanie zainteresować kogoś tymi tematami.
Anyways, próbujemy.
Ble, jednak mi nie wyszło. Temat w głowie brzmiał znacznie ciekawiej, po przelaniu na papier brzmi strasznie trywialnie. Żeby takie pisanie miało sens, trzeba umieć pisać znacznie śmieszniej, jak Scott Adams.
Jedną z chyba najcenniejszych rzeczy, jaką udało mi się przez te półtora roku życia samemu nauczyć, jest umiejętność planowania długofalowego i w ogóle dostrzegania ciągłości czasu. I nie, nie chodzi mi o to, że zrozumiałem dlaczego cyferki na zegarku zwiększają się o jeden co jakiś czas -- raczej to, że studia przestały być taką granicą czasową za którą cholera wie co jest.
Dam tutaj najbardziej trywialny przykład (zgodnie z zasadą, że te mniej trywialne zachowam dla siebie). Na początku tego semestru (niecałe pół roku temu) postanowiłem schudnąć. Oczywiście jednym z głównych powodów jest tzw. wyrywanie lasków (z korzeniami), ale nie jedynym. Gdyby tylko o to chodziło, to bym się za chudnięcie zabrał dawno temu. Tak naprawdę doszedł mi jeszcze jeden powód, pod tytułem treningi -- po roku tychże stwierdziłem, że zdecydowanie ciekawiej będzie się walczyć, jeśli będę miał mniej zbędnego balastu i jednocześnie więcej mięśni. A to oczywiście wymaga zmian w diecie.
No i zmieniłem. Skutek -- 8kg w bodajże trzy miesiące. Po czym przyszły święta. Skutek -- 3 kg w 10 dni (zgadnijcie w którą stronę :). Święta, święta i po świętach. No i teraz powiedzmy, że wagę mam mniej więcej stałą od dwóch tygodni. Może nieznacznie spadła.
No i co dalej? Ano plan jest taki, żeby powiedzmy za miesiąc sprawdzić jak mi idzie przy obecnej diecie. Jeśli spada, to dobrze, zobaczę dokąd spadnie. Jeśli się nie ruszyło, no to wtedy będę kombinował z różnymi proporcjami różnych jedzeń.
Generalnie cel całej zabawy jest taki, żebym mógł chodzić w spodniach o numer mniejszych. W praktyce przekłada się to na wagę poniżej 80kg. Daję sobie powiedzmy rok na osiągnięcie celu (tzn. w wariancie pesymistycznym, że będę się musiał nakombinować), a jeśli mi się nie uda, to zadowolę się faktem, że mam ważyć w granicach 85kg, ani mniej, ani więcej. Jak ważę gdzieś tak 82, to nie jestem w stanie wleźć w mniejsze portki, a duże zaczynają wisieć i mnie to strasznie wkurza. Wolę mieć te 2-3kg więcej, ale przynajmniej trochę wygody :).
Ja wiem, że to może brzmieć śmiesznie (a w kontekście majstrowania przy własnej wadze strasznie trywialnie :), ale, no nie wiem, nie jestem tego w stanie wytłumaczyć. Chodzi mi o to, że umiejętność wyznaczenia sobie w ten sposób dowolnego celu, dodania do niego limitu czasowego i, w razie niepowodzenia, ograniczeniu się do wzruszenia rękami, jest naprawdę satysfakcjonująca. Najprawdopodobniej z racji tego, że daje to świadomość pełnej kontroli nad własnym życiem. Tzn. niezależnie od tego, czy problem jest prywatny, zawodowy, towarzyski, czy jaki tam jeszcze, jeśli uznam za stosowne się nim zająć, to po prostu się nim zajmę bez żadnych ceregieli.
I tyle.
15 I 2007 o 22:22
Jak zaczniesz grać w paintballa i będziesz się wspinał, to schudniesz. Albo jak będziesz grał w szachy. Albo jadł trzy obiady dziennie, nie licząc przekąsek i pączków. Weź przykład ze mnie ;)
h.
16 I 2007 o 03:42
Ja też lubię przeczytać dobrze napisany tekst z czyjegoś życia. :) I ten takim właśnie dla mnie jest. Tym bardziej, że poruszasz w nim sprawy, które i dla mnie mają spore znaczenie. Planowanie, a może przede wszystkim umiejętność widzenia siebie na linii czasu nie są czymś banalnym. Fakt, niektórym przychodzi to dość łatwo, ja jednak należę do tej drugie grupy. Cieszę się, że Tobie udało się nad tym zapanować.
16 I 2007 o 08:43
A ja uważam, że to co człowiek czuje i myśli czyni go tym kim jest. Blogi omijające szerokim łukiem sprawy prywatne, czy wręcz intymne, stają się suche i takie bezosobowe. Jak serwis informacyjny. Dla mnie blog to obraz osoby która go pisze (względnie osoby kreowanej przez autora) i chętnie widzę osobiste notatki, one sprawiają, że do bloga chętnie wracam... Ale z blogami też jest tak, że każdy, czytelnik, czy autor, szuka w nich czegoś innego. I dobrze -- każdy może znaleźć coś dla siebie.
Ten blog od jakiegoś czasu podąża w kierunku takiej bezosobowości... ale jakaś cząstka autora wciąż tu jest, pewnie dlatego wciąż tu zaglądam.
16 I 2007 o 11:29
@Jajcus -- podąża dlatego, że autor stwierdził, że akurat w tym punkcie swojego życia znacznie wygodniej jest, jeśli nikt nie wie nic o niczym. I rzeczywiście jest wygodniej.
16 I 2007 o 11:35
mmazur: we wpisie napisałeś to tak, jakby to była ogólna uwaga (a nie dotycząca tylko Ciebie, teraz), więc chciałem pokazać inny punkt widzenia (ani lepszy, ani gorszy).
17 I 2007 o 20:13
mmazur: ty gruby? Nie wyobrażam sobie. Ale dobrze mieć cel i do niego dążyć :)
17 I 2007 o 21:42
co to za dieta jeśli można spytać?jakaś "specjalna" z Przyjaciółki ;-) czy po prostu ŻM ( czyt. żryj mniej )? może mi też dobrze by zrobiło odchudzanie....
17 I 2007 o 22:14
Mniejsza ilość różnych fastfoodowatych i w to miejsce żarcie z większą ilością białka i jakieś warzywa/owoce. Nic specjalnego :)
18 I 2007 o 14:33
Ja miałam tą nieprzyjemność palić papierosy. Paliłam ja 4 lata po czym rzuciłam i nie paliłam 1,5 roku. W tym czasie przybyło mi... prawie dwa rozmiary, ano prawie bo, w 40 ledwo się mieścialam a 42 było za duże trochę. Z resztą ja zawsze miałam śmieszną budowę ciała. Od pasa w górę w porządku a w dół jakoś niewymiarowo. Tak czy inaczej po tych 1,5 roku w bardzo głupi sposób wróciłam do nałogu i paliłam do listopada 2006. Akurat z powodu nałogu jest mi wstyd, ale ponieważ od 11 listopada znowu nie palę i drugi raz głupiego błędu wzięcia papierosa do ręki nie popełnię to stwierdziłam, że muszę bardzo poważnie zająć się pilnowaniem tego co jem, żeby nie przytyć jak po pierwszym rzuceniu. Jadam regularnie. Nie mają prawa bytu w moim przypadku żadne fast foody, batoniki, napoje gazowane, chyba, że od przypadku do przypadku w towarzystwie wyjscie na pizzę, no ale wiadomo w tzw ascezie cały czas żyć nie można. W sumie od najgorszego momentu mojego zycia ważę teraz 10 kg mniej. Teraz były święta więc waga mi nie zeszła, aczkolwiek utrzymuje się cały czas taka sama jak przed świętami. Mieszczę się w rozmiar 38, noszę ubrania sprzed dwóch lat a co najważniejsze czuje się dużo lepiej.
Życzę dalszych sukcesów :)
22 I 2007 o 20:07
Sposób na panowanie nad wagą: http://www.fourmilab.ch/hackdiet/
U mnie działa.