PLD news

28 II 2007, 17:01:53

Coś się rusza z organizacją prawną PLD. Powoli, bo powoli, ale do przodu. A to głównie za sprawą Arcadiusa Meeshkyevicha, który coś ma ostatnio dużo zapału bojowego. A to został Release Managerem PLD 3.0, później się coś mocno za różne części automatyki wziął, zajmuje się wspominanymi wczoraj donacjami na sprzęt, a teraz jeszcze to. Całkiem możliwe, że tym razem w końcu się uda (ja też jestem obecnie w innej sytuacji, niż byłem, więc mogę pojechać, podpisać, sypnąć groszem, etc.).

Od bardzo bardzo dłuższego czasu chciałem napisać kilka zdań na temat kwestii związanych z płaceniem deweloperom za konkretne funkcje przez taką przykładową fundację, ale przez ostatnie kilka dni wyprodukowałem tyle tekstu, że już mi się nie chce. Może za parę dni.

In other news -- mam na uczelni straszną ilość projektów w tym semestrze. Najprawdopodobniej uda mi się (przynajmniej częściowo) w ramach dwóch z nich dokończyć automatykę builderową (tak, że już właściwie nie będzie tam brakowało żadnej funkcjonalności; co najwyżej będzie trochę miejsca na polerowanie). Po pierwsze poprzez zrezygnowanie z używania poczty do przesyłania wiadomości między builderami (jest to wybitnie upierdliwe, a dodatkowo wymaga od serwera hostującego posiadania działającego demona pocztowego + instalki gpg). Najprawdopodobniej zostanie to zamienione na xmlrpc, czy coś w tym stylu.

Na bazie powyższego natomiast zostanie dorobiony jakiś centralny system zarządzania zleceniami na builderach. Jeszcze nie wiem do końca co to będzie robiło i jak zostanie zaprojektowane (ale wiem w czym -- mysql, php + interfejs webowy, bo o tym jest projekt na uczelnię :), ale na pewno będzie potrafiło wyświetlać obecne kolejki na builderach, modyfikować im priorytety oraz mordować aktualnie wykonujące się zlecenia.

Kto wie, może za parę lat wreszcie ziści się moje marzenie, że infrastruktura pldowa będzie na tyle rozbudowana, że Release Managerem będzie mogła zostać tresowana małpa. I wtedy po raz trzeci obejmę tę funkcję, ale tym razem uda mi się coś wydać!

Pięć głupot

28 II 2007, 01:07:55

Źródło.

Oj, wyszło przydługawe. Ale może przynajmniej ciekawsze, niż pisanie o tym kiedy dostałem swoją pierwszą amigę i ile miała ramu :)

  1. (Od bardzo dawna nieczynna) Galeria Osobliwości Joggera to mój pomysł. O ile mnie pamięć nie myli z nazwą włącznie. Wykonanie natomiast jest moich znajomych, ponieważ, hmm, mam bardzo bardzo dużą awersję do pisania takich rzeczy. Nie mam natomiast nic przeciwko czytaniu ich od czasu do czasu dla rozrywki. Tak, jestem hipokrytą. Mam certyfikat.

  2. Jak miałem lat cztery, zabrałem (podobno mocno ciapowatego, acz co tam dorośli mogą wiedzieć) kolegę i uciekliśmy z przedszkola. Poszliśmy do niego do domu (mieszkał w bloku niedaleko), ale nikogo nie było. Pogadaliśmy chwilę z sąsiadką i poszliśmy sobie dalej. Nie, nie zainteresowała się nami za bardzo.

    Wybyliśmy więc w (chyba; z oczywistych względów nie pamiętam swojego toku myślowego) losowym kierunku. Po drodze zaczepiła nas jakaś starsza pani czemu się pałętamy sami. Wyłgałem się, że nasi rodzice są trochę przed nami, właśnie ich gonimy. W sumie trudno się dziwić, że nie przejrzała blefu.

    Nasza podróż skończyła się +/- 5km dalej w przez przypadek natrafionej pracy mojej babci. Babcia się z oczywistych względów z leksza zdziwiła odwiedzinami kompletnie wyczerpanego wnuka wraz z kolegą w podobnym stanie. Zadzwoniła do (pracującej niedaleko) mojej matki, która to z kolei zadzwoniła do przedszkola, że za niedługo przyjedzie odebrać swoje dziecko. Ot dla funu.

    (Dla opolan -- odtworzona najbardziej prawdopodobna marszruta -- z mniej więcej środka starego zwmu, przez dworzec opole wschód na oleskiej, w górę aż do rynku i dalej mostem na wyspę, skręt w lewo, dojście do następnego mostku, przejście przez niego i wylądowanie na krakowskiej przy filharmonii.)

  3. Nie pisałem egzaminów wejściowych do liceum. W siódmej klasie podstawówki zająłem bodajże czwarte miejsce na szczeblu wojewódzkim w olimpiadzie z języka angielskiego. (Oczywiście w klasie ósmej nie udało mi się zakwalifikować do ścisłego finału i w ogólnej klasyfikacji byłem gdzieś dalej.) Dostałem dzięki temu fajny papierek, dający mi wolny wstęp do dowolnie wybranego liceum. Oznaczał on też, że w ósmej klasie naukę mogłem spokojnie olać, bo i tak mi do niczego nie była potrzebna (co też robiłem). Wybrałem II LO w Opolu, w rankingach bodajże najlepsze w województwie. Z moimi ocenami i stanem wiedzy bez tego papierka nigdy bym się tam nie dostał.

    Odrobiłem to z nawiązką pisząc dwa razy maturę. Tak, to było wtedy, jak w opolskiem wyciekły tematy. I rzeczywiście miałem te tematy wcześniej. Nie żebym był w stanie je odróżnić od innych 'pewniaków'. Wedle zeznań mojej wychowawczyni (jednocześnie matematyczki) za drugim podejściem napisałem lepiej.

    Ciekawostka -- miałem najwyższą ilość punktów na mojej polibudzie w JakiśPrzymiotnikowej Olimpiadzie Języka Angielskiego Wyższych Szkół Technicznych. Finał jest w w maju w Poznaniu. Leczę kompleksy z młodości. W liceum nigdy mi się nie udało niczego wywalczyć na tych olimpiadach.

  4. Parę dni temu podczas kol... erm... posiłku (w miejscu publicznym, bez świec) z koleżanką mój mózg zaserwował mi poważną awarię, która zaskutkowała chlapnięciem czegoś, czego żaden facet nie powinien nigdy chlapnąć w kierunku kobiety.

    Zapewne widzieliście już takie sceny na filmach. Przez jakąś sekundę oboje przetwarzają co zostało powiedziane, a po chwili on wydaje z siebie jęk zazwyczaj wydawany przez facetów przed wykastrowaniem, po czym robi się o taki malutki. Ona natomiast ma sporo opcji do wyboru, na przykład może przywdziać jego skalp jedzoną przez siebie miską czegoś włoskiego.

    Obyło się bez ekscesów kulinarnych i zbyt dużych ilości decybeli, acz wieczór skończył się był niedługo później.

  5. Deweloperem PLD zostałem, hmm, prawie równo pięć lat temu (kurna, przegapiłem rocznicę, była dwa tygodnie temu). Miałem wtedy lat szesnaście. Było to dwa i pół miesiąca po tym, jak założyli mi stały internet i jakieś dwa miesiące po tym, jak zainstalowałem na swoim komputerze Linuksa (akurat w postaci PLD) i zacząłem go używać jako podstawowego systemu, zamiast Windowsa [1].

    Gdy używam tej informacji do podrywania kobiet, to zawsze wspominam o swojej wybitnej inteligencji i wręcz fenomenalnych zdolnościach uczenia się. W rzeczywistości parę dni przed zgłoszeniem chęci zostania deweloperem zacząłem pisać PLD Traffic, więc osoba przyznająca wtedy konta, czyli Sergiusz Pawłowicz (ten od ZUS-u), nie robiła żadnych problemów i dała mi uprawnienia od ręki (pewnie liczył na to, że będę go łagodniej traktował w trafficach :).

    [1] (Ponieważ od razu wklikałem sobie KDE i zacząłem używać KMaila, co czynię do dnia dzisiejszego, mam wszystkie maile począwszy od tego okresu (starsze też mam, ale jako zip file z The Batowskich plików, więc pewnie teraz niczym bym tego nie otworzył). I właśnie na nie patrzę, żeby poprawnie podać powyższe daty.)

W sumie nie mam w kogo strzelić. Z mojego czytnika właściwie wszyscy polskojęzyczni już zostali trafieni (a jak nie zostali, to mają nick mimas, i o tu mi kaktus wyrośnie, jak napiszą coś takiego :).

Update. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy postanowiła przekazać strzała dla ravbakera. Tradycji stało się przynajmniej w jednej piątej za dość.

Bezdomny jestem, daj pan z cztery opterony

27 II 2007, 16:53:03

Dla fanów strony pld-linux.org/Sponsors na pewno nie będzie to zaskoczeniem, ale osoby nie zaglądające tam co najmniej dwa razy dziennie może zainteresować jeden z nowszych wpisów.

Otóż pewnymi kanałami udało nam się otrzymać od amd cztery opterony na potrzeby rozwoju pld. Rationale? Ano powiedzieliśmy, że produkujemy trochę różnych patchy na tę architekturę i w ich interesie leży, żebyśmy je w miarę wygodnie mogli produkować dalej. Widać ktoś, gdzieś się z nami zgodził :)

(Kanałów niestety nie mogę wyjawić. Niech się głupi ochroniarze dalej zastanawiają jak udało nam się uprowadzić córkę prezesa.)

A, jak ktoś ma nadwyżki pieniężne, bądź jakieś walające się po domu dyski, czy inne kontrolery scsi, to niech zaglądnie na na stronę z listą potrzebnego sprzętu.

No Pity, No Mercy, No Regret

26 II 2007, 00:11:16

Raptem parę dni temu trafiłem na stronę ze starymi DOSowymi gierkami. Blood, Syndicate Wars, Crusader: No Regret. Tiaaa. W tego ostatniego grałem wieki temu w jakieś demo i wtedy bardzo mi się spodobało, więc download, instalacja dosboksa i gramy. Działa! Cudo!

Rzecz w tym, że to to ma dziesięć misji. Dzisiaj rano byłem na początku piątej. Ale znalazłem sekreta. Mogłem albo przejść na kolejny podpoziom, albo wleźć w ukrytą lokację. Po której łażę. I łażę. I łażę. I łażę. I końca nie widać. A to tylko nadprogramowy podpoziom.

No nie, to już przegięcie. Ta gierka byłaby fajna, jakby była trzy razy krótsza, tzn. gdybym ją skończył wczoraj po powiedzmy dwóch dniach grania. Ja nie mam kilkudziesięciu godzin na łażenie, strzelanie i sejwowanie (obecnie jestem na sejwie numer 700 :).

Nie da się pracować non stop, człowiek musi co najmniej kilka godzin na dobę w ten, czy inny sposób poodpoczywać. Ja zazwyczaj dużo czytam. I jakkolwiek mam świadomość, że powinienem mniej czytać, a więcej robić innych rzeczy, to są sposoby na tracenie czasu i są sposoby na tracenie czasu...

[mmazur@klapek dos]$ rm -rf crusader
[mmazur@klapek dos]$

Back to work.

(No dobra, czituję, sejwy sobie gdzieś zapisałem na przyszłość :)

Tytuł tego wpisu to tekścik wyświetlany po wyjściu z gry.

Creative Commons

25 II 2007, 18:43:04

Ja do tego całego CC zawsze miałem stosunek, erm, no w sumie nigdy nie wiedziałem na co to komu właściwie ma być. Tak, jasne, wszyscy teraz blogi piszą na potęgę, tyle contentu, więc jakby się go dało sklejać do woli, to by było fajnie i w ogóle. Ale kto by chciał sklejać i po co?

Aż mnie właśnie trafiło, jak przejrzałem artykuł o zasadach działania algorytmów kwantowych, nie używający nic, poza podstawową algebrą. Osoby mnie stale czytające już pewnie dawno zauważyły, że mam zboczenie na punkcie sposobów wtłaczania wiedzy w (zwłaszcza młodych) ludzi. Jestem zdania, że jak najwięcej profesjonalistów z wszystkich dziedzin powinno się zajmować tą kwestią i próbować coś robić w tym kierunku, bo dzięki temu raz na jakiś czas trafiają się ludzie, którzy rzeczywiście wykombinowali jak takie rzeczy powinno się pisać i dzięki nim powstają różne perełki. A to właśnie z czytania takich rzeczy powstają pasjonaci. Początkujący programista wie tylko tyle, że po przeczytaniu paru stron tekstu i wklepaniu kilku magicznych znaków w edytor, nagle pokazuje się na ekranie 'hello world'. On jeszcze wie i rozumie bardzo mało (kompilator? linker? kod maszynowy? polimorfizm? czarna magia?), ale to jest już ten najważniejszy początek, dzięki któremu ma motywację do dalszego zgłębiania tematu.

Ale wracając do tego kwantowego artykułu -- takich rzeczy jest na pewno więcej. Z niezliczonej ilości tekstów na te tematy (i na wszystkie inne), zapewne dałoby się zebrać do kupy te kilka napisanych przystępnym językiem i poruszające to, co najciekawsze.

I gdyby ludzie piszący takie rzeczy mieli w zwyczaju publikowanie ich na CC, to zwykły hobbysta, interesujący się akurat powiedzmy komputerami kwantowymi i mający zacięcie do pracy z tekstem pisanym (cholera wie, może nawet związany z tym zawodowo) mógłby po prostu zebrać odpowiednią ilość materiałów (tzn. od razu zabrać się do roboty, bez wysyłania najpierw zapytań i negocjowania czegokolwiek z autorami), poddać obróbce wedle woli (bo na przykład znacznie lepiej od oryginalnego autora wie, jak czynić tekst przystępnym dla odbiorcy) i 'wydać' takie coś poświęcając też czas na 'marketing'.

(Ilość ciekawych materiałów dostępnych w necie jest bardzo duża. To, nad czym boleję, to że wszystkie one są w formie bardzo poszatkowanej, tzn. jeśli jest się młodym człowiekiem, który sam nie wie czego chce, to trzeba mieć naprawdę duże zacięcie do klikania i czytania ton tekstu, zanim się będzie w ogóle miało jakiś pomysł na to, czym się chce zainteresować. Bardzo brakuje mi rzeczy typu "Complete guide jak zostać hakerem mroku, adresowany do młodzieży licealnej". Napisanie czegoś takiego od podstaw jest bardzo trudne i czasochłonne. Gdyby można było wziąć już istniejące teksty, i po prostu je złączyć do kupy i przerobić pod określony "target", to znacznie wzrosłaby szansa, że powstało by cokolwiek i że to cokolwiek miałoby jakąś większą wartość (choćby dlatego, że byłoby oparte o teksty, o których już wiadomo, że są wartościowe)).

Jeśli domyślną 'licencją' ogólnie pojętej wiedzy byłoby 'bierz i rób co chcesz' [1], to drastycznie wzrosłaby ilość ludzi mogących zrobić coś pożytecznego, nawet w tematach, z którymi nie są bezpośrednio związani (vide wikipedia). Powyższe "Quantum computing for dummies" jest tylko najprostszym tego przykładem.

[1] Nawiasem mówiąc tradycyjne periodyki naukowe typu Science, czy Lancet próbują bronić swojej obecnej pozycji jako jedynego źródła, z którego można otrzymywać publikacje naukowe. Okopały się na swoich pozycjach, zatrudniły nawet cholernie drogiego speca od PR-u. Ale nie pociągną długo. To jest zmiana tak oczywista dla większości ludzi, że albo się dostosują, albo zginą. Daję im może 5 lat.

Nawiasem mówiąc w końcu po ciężkich bojach udało mi się dziadków namówić na kupno komputera (z internetem). Spodoba im się (zwłaszcza dziadkowi) i na pewno będzie to ciekawsze i bardziej kreatywne od dziergania tysięcznej krzyżówki. Ale oni już nie będą całkowicie samodzielni w wyszukiwaniu nowych rzeczy. To nie to pokolenie.

Ale pomyślcie o ludziach powiedzmy do lat trzydziestu, którzy z internetu korzystali od wieku szkolnego, a więc dla nich jest to kompletnie naturalne. Spora część z tych ludzi już partycypuje w rozwój [2] różnych projektów, projekcików, społeczności małych i dużych. W wolnym czasie. A za jakieś trzydzieści-czterdzieści lat oni przejdą na emerytury. Będą mieli znacznie więcej wolnego czasu, a nie sądzę, żeby chęć robienia różnych fajnych rzeczy im przeszła.

To będą zdecydowanie ciekawe czasy.

[2] Sorry, musiałem chociaż raz tej frazy gdzieś użyć.

Coś słodkiego

16 II 2007, 01:02:12

Dzisiaj w okolicach południa spędziłem pięć godzin w pociągu. W momentach, w których nie przysypiałem, starałem się czytać książkę. Aż do chwili, gdy w Poznaniu wsiadły dwie Typowe Rozszczebiotane Studentki. Niestety nie potrafię się wyłączać, jeśli ludzie przy mnie rozmawiają, więc zrezygnowany odłożyłem książkę i telepatycznie przesłałem szczere życzenia, żeby im pryszcze powyskakiwały na nosie. No cóż, zamiast dalej nurzać się w wielce uczonym informatycznym bełkocie, przez najbliższe półtorej godziny czeka mnie słuchanie o Julkach, Olkach, Pawłach, Tomkach i tym podobnych pierdołach.

Usłyszałem pierwsze imiona, usłyszałem pierwsze opisy imprezek. Szufladka w mojej głowie zatrzaskiwała się coraz bardziej...

Aż nastał tłusty czwartek.

-- Jadłaś już dzisiaj pączki? Ja też. Dwa! Kupiłam też jednego żebrzącej babci na ulicy :)

No cóż. Nie potrafię do tego napisać takiej pointy, jaką bym chciał. Całej sceny nie potrafię też przedstawić tak, jakbym chciał. Musiał bym umieć pisać tak. Mam jednak nadzieję, że rozumiecie.

Next big thing in browsers

13 II 2007, 23:52:43

(You can be my valentine if you write something like this :)

Some fire... make that konqueror (I rarely use firefox) plugin that indexes (the same way google does) all of the sites I visit and allows me to do google-like searches for specific keywords, phrases and such. I'll bet the chronic bloggers would die for something like this. I would too. With the amount of material I'm reading online every day it's impossible for me to be able to find a piece I might need for whatever reason (something as simple as a quote or a link to the full article). And it's really irritating.

Dunno if current computers have enough cpu power to make this feasible without actually resorting to google. I really hope so, since the last thing I'm willing to do is give google full logs of where I've been, what I've read and how easy it is to blackmail me with those furry sites. YMMV though.

PoLDek

12 II 2007, 23:37:30

Już nie raz się spotkałem z tym, że ludzie mówią na PLD 'poldek'. Strasznie to dziwne. Jakoś nigdy nie widziałem, żeby na gentoo ktoś mówił 'emerge', albo na debiana 'apt-get'.

Coding tips

10 II 2007, 01:45:02

Dobra rada -- refucktoryzując jakiś kawałek kodu, najpierw należy przeprowadzić wszystkie kosmetyczne zmiany, typu zmiana kolejności jakiśtam linii, dodawanie nagłówków, a zwłaszcza zmiana nazw struktur/pól w strukturach, etc. i doprowadzić to do takiej postaci, żeby się kompilowało na starym kodzie. Mimo, że to jest więcej roboty, to znacznie później ułatwia szukanie błędów, bo można sobie bez zbędnej kosmetyki wstawiać wywołania starych funkcji bez martwienia się o to, że nie zadziałają, bo jakaś struktura się inaczej nazywa.

Btw: czy ja już wspominałem jak ja kurwa nienawidzę R&D?

Stadium larwane informatyki

02 II 2007, 23:24:55

Jednym z klientów firmy, w której pracuje, jest taka dosyć duża kompanijka z dochodami rocznymi na poziomie czterech miliardów baksów (ha, zawsze chciałem coś takiego powiedzieć!). Nasza współpraca wymaga, żeby oni mogli nam dostarczać co jakiś czas pewne ilości ich wewnętrznych danych, po czym my sobie to wrzucamy do systemu.

Oczywiście w naszym interesie leży, żeby ów proces dostarczania danych przebiegał całkowicie automatycznie, żeby nasi pracownicy nie tracili na niego czasu.

Ale to się ni do. Z danych nam dostarczanych jasno wynika, że kompanijka nie ma żadnego sensownego systemu komputerowego, natomiast całe jej działanie opiera się na bardzo dużej ilości laptopów z bardzo dużą ilością arkuszy excelowskich. Z bardzo dużą ilością literówek, powtórzeń, danych wpisanych nie w to miejsce, co trzeba i generalnie kupą radochy.

Acz jak sobie popatrzę na mój produkcyjny kod, który wyciąga prawie 1,5 giga memleaka w 20 godzin, to w sumie jesteśmy siebie warci.

Młodości czar

02 II 2007, 20:58:30

Ewidentnie mam ostatnio fazę na myślenie o własnym rozwoju zawodowym (w ogóle 'fazowość' różnych rzeczy, okresy dobre do pracy, do obijania się, do spania i w ogóle, to temat na osobny wpis, będę to musiał kiedyś spróbować rozkminić). I właśnie mi coś przyszło do głowy -- czy ja już przypadkiem nie straciłem mojej szansy na wstrzelenie się w coś naprawdę fajnego? Oczywiście każdy jest kowalem własnego losu, zawsze można obrócić życie o 180 stopni, i tak dalej, i tak dalej...

Ale tak naprawdę to jest bardzo proste myślenie -- parę lat temu nie musiałem pracować. Parę lat temu liceum nie zabierało mi praktycznie żadnego czasu i nie wymagało ode mnie praktycznie żadnej aktywności. Parę lat temu własnym życiem osobistym nie interesowałem się w ogóle, a tym bardziej nie interesowało mnie poświęcanie na nie czasu (to były dobre czasy). Parę lat temu nie miałem czegoś takiego, jak 'priorytety' -- miałem pełną wolność robienia tego, na co tylko miałem ochotę.

Ale już nie. Teraz przyzwyczaiłem się do pieniędzy i traconego na ich zarabianie czasu. Przyzwyczaiłem się do, hmmm, inwestowania ich (oraz kolejnych porcji czasu) w siebie. Pogodziłem się z faktem, że jednak trzeba by skończyć studia, nawet, jeśli w większości to tylko strata życia.

Tragedia niestety nie w tym, do czego się przyzwyczaiłem, z czym się pogodziłem. Tragedią całej sytuacji jest to, że ja mam pełną świadomość, że to, co robię, jest prawidłowym wyjściem. Że studiowanie, że 'inwestowanie' czasu w siebie (i w, erm, swoje życie prywatne), to jest rozsądny wybór. To jest perspektywiczne. To powinienem robić. Dzięki temu moje życie, w perspektywie paru lat, będzie lepsze, niż gdybym tego nie robił. I to nawet pomimo faktu, że muszę się przez to hamować z niektórymi rzeczami.

Tiaa. Jednak nie ma to jak być młodym i głupim. Bez tej 'szerszej' perspektywy, która każe robić rzeczy na które nie ma się (wstępnie) ochoty, czy wręcz wbrew charakterowi.

« | »