Co ja myślę o bogu (i jego fanklubie)

23 VI 2007, 16:00:59

Że go nie ma. Tak bym to ujął w skrócie. Przy czym świat nie jest czarno-biały, więc pełna odpowiedź będzie dłuższa (i dwuczęściowa).

Część pierwsza -- na temat istnienia boga myślę to samo, co "nauka". Czyli po pierwsze -- jest nieskończona ilość jego "wersji" i są one ze sobą fundamentalnie niekompatybilne, więc wybierając jedną musiałbym uznać inne za nieważne. Nie wiem na jakiej podstawie miałbym to zrobić. Dodatkowo -- spora ich część (jeśli nie większość) ma w swoim "kanonie" dużą ilość różnych bajek, przypowiastek i tym podobnych (rozstępujące się morza, reinkarnacje, ciężarne dziewice, dziewice po śmierci, co kto lubi), w które miałbym uwierzyć wbrew własnemu zdrowemu rozsądkowi i wiedzy (która podpowiada mi raczej wytłumaczenia związane z bujnością ludzkiej wyobraźni, niźli z boskim natchnieniem). Tego nie jestem w stanie zrobić.

Podsumowując -- nie wiedziałbym jak wybrać religię i nie byłbym w stanie zaakceptować związanej z nią mitologii.

Pozostaje więc kwestia istnienia bądź nie istnienia boga jako takiego, w oderwaniu od jakiejkolwiek ziemskiej religii. Tutaj odpowiedź nauki jest następująca -- istnienie boga jest bardzo mało prawdopodobne (w nauce nie można rozmawiać o absolutach, bo coś jest prawdziwe/fałszywe tylko tak długo, aż ktoś nie znajdzie nowych dowodów). I tak jak ze wszystkimi innymi bardzo mało prawdopodobnymi rzeczami (na przykład że jutro zginę w trzęsieniu ziemi) i w kontekście poprzednich dwóch akapitów o niemożności wybrania jakiejś religii "na wszelki wypadek", pozostaje mi po prostu żyć tak, jakby boga nie było. A jeśli się (nie daj boże :) okaże, że jednak jest i się trudni jakimiś pośmiertnymi sądami dusz, czy czymś podobnym, to będzie mu musiało wystarczyć, że starałem się być Dobrym Człowiekiem (tm).

No i część druga odpowiedzi -- jak się odnosić do ludzi religijnych.

Rzecz w sumie najważniejsza -- traktowanie ludzi religijnych jakby byli nieuleczalnie głupi tylko dlatego, że w coś wierzą, jest bezpodstawne. Co ci mówi fakt, że na uniwersytetach są kursy z logiki formalnej, czy też metody naukowej? Ano to, że choć twój umysł jest w stanie pracować w ten sposób (do pewnego stopnia), to bynajmniej nie jest to dla niego domyślny tryb. To jest tylko jeden sposób myślenia, którego może w pewnych momentach używać, jak się go najpierw nauczy. A jeśli sam uważasz, że jesteś oazą chłodnej logiki, to znaczy, że jesteś w błędzie. Żaden człowiek nie jest, wynika to z naszej budowy. I tak, to jest opinia naukowa.

Tym samym próby traktowania innych ludzi bez zrozumienia natury ludzkiej są błędne. To, co uważamy za swoje Ja mieści się w części mózgu, która ewolucyjnie jest najmłodsza, natomiast resztę mózgu dzielimy z gadami i ssakami (że ewolucja). I ta prymitywna część nadal jest aktywna, nadal bardzo ważna i wpływa na tę naszą najmłodszą część mózgu na niezliczoną ilość sposobów, których w większości nie rozumiemy. Przykład -- wiem, że powinienem posprzątać mieszkanie. Mogę podać niezliczoną ilość logicznie brzmiących powodów, dla których powinienem posprzątać mieszkanie. Ale jakoś nie sprzątam mieszkania. Nawet tak podstawowa w życiu rzecz, jak motywacja, nie jest bezpośrednio sterowana przez nasze "logiczne" ośrodki myślenia. Takich przykładów można mnożyć.

Sprowadza się powyższe do tego, że to ta "emocjonalna" część mózgu jest w człowieku najsilniejsza i jeśli ty jesteś w stanie częściej posługiwać się myśleniem logicznym i je uważać za główny składnik swojej osobowości, to dlatego, że ona ci na to pozwala (a właściwie -- że ci nie przeszkadza zbyt często). U człowieka religijnego jest inaczej -- nawet jeśli boga rzeczywiście nie ma, to mózg ludzki jest zbudowany w taki sposób, że potrafi stwarzać bardzo silne wrażenie, jakby on jednak był. Ewidentnie wystarczająco silne, by wokół tego zbudować znaczną część swojej osobowości, ewidentnie kosztem krytycznego myślenia.

W związku z powyższym, najsensowniejsze podejście, jakie udało mi się wymyślić względem innych ludzi, jest, że tak powiem, utylitarne. Tzn. oceniam innych ludzi nie po tym dlaczego coś robią (co sobie myślą na temat tego, co robią), tylko co robią i jak im to wychodzi w praktyce.

Na przykład -- jeśli pomogę bezdomnemu, to mogę sobie wytłumaczyć własne działanie psychologią ewolucyjną. Osoba religijna zrobi to samo, ale mając w głowie nauczania na przykład Chrystusa. Ważne, że skutek jest taki sam.

Z drugiej strony -- jeśli ktoś będzie, nie wiem, przeciwstawiał się edukacji seksualnej dla młodzieży, bo "nie lubię, jak dzieciom się opowiada takie świństwa", albo "bo Jezus by się wkurzył", to mam zamiar z takiej "argumentacji" po prostu drwić jako głupiej i dziecinnej, nie popartej niczym sensownym. Formułka, że "poglądy religijne zasługują na szacunek" to przeżytek. Same z siebie nie zasługują. Mogę tylko oceniać pojedyncze działania jako pozytywne lub nie.

Ale ważna w tym wszystkim jest też moja osoba. Tzn. jeśli mówimy o debacie publicznej, to w moim interesie jest się wypowiedzieć. Jeśli natomiast rozmawiam z kimś prywatnie (zwłaszcza z kimś z własnej rodziny) to w moim interesie leży nie generowanie niepotrzebnych konfliktów, co w praktyce oznacza nie poruszanie tego typu tematów i ostrzeganie, że moje poglądy najprawdopodobniej będą obraźliwe, jeśli ktoś inny spróbuje mnie wciągnąć do takiej rozmowy. Podobnie ze świętami -- traktuję je po prostu jako tradycje, skutkiem czego nie mam zamiaru robić scen. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku, czyli propozycję pójścia na mszę i przyjęcia komunii/wyspowiadania się bym, że tak powiem, odrzucił.

A, i mała uwaga na boku. Nie ma sensu tak bardzo demonizować religii. USA jest jednym z najbardziej religijnych państw, a jednocześnie potęgą technologiczną. Europa też przez wiele wieków była bardzo religijna i jakoś nie cofnęło nas to do epoki kamienia łupanego. Też uważam, że bez religii byłoby lepiej, ale nie sądzę też, żeby groziło nam cofanie się w rozwoju.

Matka Polka informatyczna

23 VI 2007, 01:54:51

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Albo Polka podsyłająca jakieś patche (z kodem; żeby było technicznie, a nie dokumentacyjnie/organizacyjnie/jakkolwiekinaczej) do projektów opensource, albo chociaż blogująca na jakieś w miarę zaawansowane tematy techniczne (tzn. jaki kawałek oprogramowania się zainstalowało w danym tygodniu odpada, chyba, że to jest coś bardziej zaawansowanego serwerowego).

Wymagania dodatkowe -- nie siedząca za granicą (bo mnie się o polskie komjuniti rozchodzi; Rutkowska, czy jak jej tam było, się nie liczy, bo ona to raczej taka zagramaniczna w tym momencie jest).

Widział ktoś?

Czego chce Firma

18 VI 2007, 00:07:42

Zadanie pierwsze: napisać w ramach R&D mocno skomplikowany system, który pozwoli stwierdzić, czy to, co chcielibyśmy sprzedawać klientom jest w ogóle wykonalne.

Zadanie drugie: stworzyć drugą generację centralnego systemu przechowywania, analizy i wizualizacji (bardzo bardzo dużych ilości) danych. Pierwsza generacja to prosty php i mysql mojego autorstwa. (Ta prostota to chyba główny powód, dla którego jest to nadal względnie łatwe do maintainowania i po niezliczonej ilości rozszerzeń i poprawek nadal się nie zawaliło.)

Konkretne problemy techniczne do rozwiązania opiszę w następnym poście (lub dwóch). Za dużo by tego było na teraz.

Wnioski: poziom skomplikowania tego wszystkiego jest straszny. Poświęcenie sporych ilości czasu na zapoznanie się z konkretną technologią zanim się jej użyje na pewno zwiększy trafność podjętej decyzji, ale i tak poziom niepewności w tym wszystkim jest wysoki. Właśnie zaczyna do mnie docierać dlaczego na pewnych stanowiskach warto zatrudniać ludzi z co najmniej kilkunastoletnim doświadczeniem. Młodzi zdolni mają swoje zalety, ale trudno nie docenić człowieka, który przychodzi, mówi "robiłem już coś takiego pięć razy", po czym zabiera się do roboty.

Nawiasem mówiąc zastanawiam się jak wygląda poziom skomplikowania programowanie vs. administracja. Pierwsza reakcja -- programowanie bardziej skomplikowane. Z drugiej strony -- ilość wiedzy odnośnie samego Oracla jest gigantyczna. A przy obecnym nacisku na heterogeniczność sieci można wylądować co najmniej z kilkoma ekosystemami (windows vs. linux, oracle vs. cośinnego, iis vs. apache, java vs. .net) i też trzeba tym jakoś zarządzać.

Eh. Jutro się zapisuję na fryzjerstwo.

Dlaczego likwidacja polskiego rynku DVD jest dobra

10 VI 2007, 19:01:42

Właśnie przeczytałem, że ITI się już zwinęło, a Warner Home Video ma taki zamiar. I bardzo dobrze.

Zacznijmy od tego, że możliwość kupienia płyty z najnowszymi Piratami z Karaibów za kilka miesięcy, to mnie ani grzeje, ani ziębi. I nie jestem jedyny biorąc pod uwagę ile grup/osób zajmuje się wydawaniem tych rzeczy w sieci i ilu ludzi na świecie je ściąga.

Dodatkowo nie zdziwiłbym się, gdyby wydanie polskie tejże płyty było przesunięte czasowo względem wydania amerykańskiego. Mój poziom braku zainteresowania tylko się w takim wypadku pogłębia.

Teraz popatrzmy jak to powinno wyglądać. Dzisiaj o dwunastej w nocy amerykańskiego czasu wschodniowybrzeżnego następuje światowa premiera kinowa. Równocześnie za sensowną opłatą każdy człowiek z każdego zakątka globu może sobie ściągnąć film w oryginalnej wersji językowej.

W tym momencie do całej zabawy włączają się serwisy typu napisy.org, które w ciągu kilku godzin tworzą zestaw napisów do filmu i zaczynają je rozpowszechniać. Skutek praktyczny jest taki, że jeśli dzisiaj rano (naszego czasu) była światowa/amerykańska premiera, to gdy wracam wieczorem do domu, mogę sobie ściągnąć tak film, jak i gotowe napisy.

A co z jakością tychże? No więc tutaj powstaje takie fajne coś jak wolny rynek. Serwis napisy.org może serwować tłumoczenia tworzone przez nastolatków, napisy.net tłumaczenia ludzi trochę lepiej obeznanych, ponieważ płaci im proporcjonalnie do dochodów uzyskanych z reklam ad.sense, a napisy.com profesjonalnie zrobione (i zajmujące trochę więcej czasu) tłumaczenia zawodowych tłumaczy, ponieważ akurat ten serwis jest płatny i/lub ma umowy z międzynarodowymi koncernami. Jest oczywiście jeszcze kilka możliwych kombinacji, o których nawet nie pomyślałem.

A jak to się ma do likwidacji polskiego rynku DVD? Ano tak, że ten sposób dystrybucji (korzystający z globalności Internetu, zamiast gigantycznej sieci lokalnych "podwykonawców") jest niekompatybilny z interesami obecnie istniejących dystrybutorów i można generalnie założyć, że główny opór byłby z ich strony (no bo oni przecież mają monopol, bo wykupili licencje i oni protestują!). Więc jeśli oni fizycznie nie będą istnieli, to tym lepiej dla naszego rynku. Krzyżyk na drogę.

Garść porad

08 VI 2007, 23:51:42

Naszło mnie na spisanie w formie jedno-dwuzdaniowej wszystkich rzeczy, które chciałbym przekazać innemu młodemu facetowi. [1] Tyle, że iluśtam lat życia nie da się streścić w paru punktach -- pisałem, pisałem, pisałem; strasznie tego dużo, musiałbym jeszcze z kilka godzin poświęcić, a spać mi się chce. Najchętniej bym to wrzucił na jakieś wiki i później dodawał tylko linki odnośnie każdego punktu (z szerszymi wytłumaczeniami). Może kiedyś.

[1] A naszło mnie po przeczytaniu któregośtam wpisu d4rkiego, którego generalnie nie czytam z zasady, bo ma mało do powiedzenia i jest wybitnie irytujący. Czyli -- standardowy nastolatek z punktu widzenia osoby dorosłej. Tyle jeszcze ma do nauczenia się...

Stwierdziłem jednak, że nie mogę tego tak całkowicie zostawić i postanowiłem wyciągnąć te kilka najważniejszych punktów. A więc:

  1. Każdy człowiek jest inny, a typów ludzi jest też bardzo dużo, do tego każdy żyje w innym środowisku, więc nie oceniaj wszystkich według siebie. Takie oceny będą błędne, a działania, jakie na ich podstawie podejmiesz będą nieoptymalne (czy wręcz szkodliwe). Jeśli nie rozumiesz działania innych, powstrzymaj się z oceną, dopóki nie poznasz sposobu ich myślenia. Czasami może ci się to nigdy nie udać.
  2. Podstawą naszego działania są emocje. Nigdy o tym nie zapominaj. Możesz zrobić wszystko, jeśli tylko masz odpowiednią motywację. Jeśli chcesz coś zrobić, ale nie jesteś w stanie, pomyśl jak poszukać motywacji. Pamiętaj też, że samo życie może ci jej dostarczyć.
  3. Twój umysł jest bardzo plastyczny. Możesz go rozwijać w dowolnym kierunku. Koordynacja psycho-ruchowa (znacznie podnosi komfort życia), zdolność logicznego i abstrakcyjnego myślenia (m.in. ułatwia życie zawodowe), życie emocjonalne (pomaga w życiu prywatnym, zwłaszcza w rozumieniu kobiet) -- jedne rzeczy będą łatwiejsze, inne trudniejsze, ale wszystkie jesteś w stanie rozwinąć. Jeśli ci się chce i wykombinujesz jak, możesz zostać całkowitym przeciwieństwem osoby, którą jesteś teraz.
  4. Pamiętaj jednak, że takie zmiany trwają i muszą następować stopniowo. Nie zostaniesz jutro pudzianem, czy Einsteinem, ani nie będziesz w stanie wzruszyć się wierszami Kochanowskiego. Ale jeśli spróbujesz małymi krokami, to kto wie do czego dojdziesz za pięć, dziesięć lat. Wydaje się to dużo, ale dorosłe życie jest znacznie znacznie dłuższe. Spróbuj sobie to uświadomić. Warto robić te malutkie kroczki w wybranym kierunku. Kilometr to tysiąc metrów.
  5. "Zmiana perspektywy myślenia jest warta 30 punktów IQ." Dużo czytaj. Nikt ci nie jest w stanie powiedzieć jakie informacje będą przydatne akurat tobie, musisz być w stanie znajdować je sam.
  6. Tak, chęć i umiejętność czytania to też kolejna cecha/umiejętność, którą można stopniowo wyrobić. Najpierw znajdź coś, co lubisz czytać, nawet, jeśli jest to pudelek. Po jakimś czasie zapewne cię to znudzi, wtedy znajdź coś innego (literatura popularnonaukowa? science-fiction? jakieś romansidło? próbuj). Niewykluczone, że za kilka lat będziesz z zainteresowaniem przegryzał się przez wielotomowe traktaty historyczne.
  7. Nigdy nie pozwól sobie uważać, że kobiety są głupie. Utrzymuj znajomości z kobietami, miej przynajmniej jedną bliską przyjaciółkę. Jeśli uważasz, że przyjaźń z nią niczego cię nie uczy, to znaczy, że zbyt słabo się rozglądasz.

Hm. Ciekawym jak teraz wyglądają "poradniki" dla młodzieży (starszej). Widział ktoś kiedyś coś takiego w ogóle?

Poza tym coraz bardziej mnie ciągnie, żeby założyć gdzieś anonimowego bloga. Ciekawym czemu.

Jak ja nie cierpię gadać o joggerze

06 VI 2007, 02:07:08

Nie, nie będzie moderacji na głównej joggera i nie, nie będzie oficjalnego zestawu nakazów i zakazów kiedy można publikować z poziomem zero. Jeśli będzie to pierwsze, to się bardzo wkurwię, jeśli będą te drugie, to będę je z całą sumiennością olewał.

Przyjmuję do wiadomości, że wszyscy ci nowi ludzie, którzy blogują tu od jakiegoś czasu, też mają, hmm, prawa. Ale wy z kolei przyjmijcie do wiadomości, że moim prawem jest prawo do braku różnych dziwnych rewolucji. Sparrow chyba to rozumie i dlatego techblog został zrobiony tak, że jak ktoś nie chce, to nie musi w ogóle pamiętać o jego istnieniu (jako i ja w znacznej mierze czynię).

Garść sugestii -- "magnesem" joggera nigdy nie były konkretne posty. To nie digg. Magnesem było community. A community to ludzie. Jeśli zechcecie ingerować komukolwiek w zawartość pojedynczych postów, bądź w sposób dostęp do postów innych, to ci ludzie się zaczną wkurwiać. Vide pierwszy akapit. Istnieje już system o takich założeniach -- nazywa się jabba.pl. I jest kopalnią wiedzy o tym, dlaczego to jest bardzo bardzo głupi pomysł.

Jeśli ktoś chce mieć po prostu wybór ciekawych tekstów, to niech używa wykopu. Natomiast ci, którzy chcą, by jogger się rozwijał, muszą pamiętać, że to ciekawi ludzie przyciągają innych ciekawych ludzi. Co z kolei oznacza, że promowanie joggera to tak naprawdę promowanie joggerowiczów. Ale których konkretnie? Hint: subskrypcje mówią którzy joggerowicze uważają których joggerowiczów za wartych czytania. (Subskrypcje i/lub inne formy statystyk. Szczegóły techniczne mnie tu zasadniczo nie interesują.)

Tak, jest nieuniknione, że główna coraz mniej będzie przypominała dawną główną. Po prostu więcej ludzi oznacza więcej hałasu. Wystarczy jednak ograniczyć główną do jakiegoś podzbioru najpopularniejszych blogów (w procentach, liczbach bezwzględnych, czy czymśtam; znowu -- szczegóły techniczne) i nagle robi się przyjemniej dla stałych bywalców, bardziej reprezentatywnie dla przypadkowych gości, a mimo to niczego się na nikim nie wymusza, ani nie daje się jakiejś grupie prawa bycia strażnikami moralności, poczytności, czy czego tam jeszcze, w odniesieniu do cudzych postów.

(Oczywiście dla joggerowiczów ów "próg widzialności" musi być konfigurowalny, inaczej czytaj wcześniej o wymuszaniu na mnie rewolucji. No i na miłość boską, dajcie blacklistę, żebym nie musiał oglądać co nudniejszych grafomanów.)

Moja sugestia jest taka -- zamiast produkować setki komentarzy, usiądźcie na chwilę, wymyślcie konkretne rozwiązania (które biorą pod uwagę racje wszystkich stron, włączając w to "niewkurwianie mmazura"), pogadajcie ze sparrowem odnośnie szczegółów technicznych i czy w ogóle byłby skłonny to zaimplementować, to może coś z tego będzie. A nawet jeśli nie, to przynajmniej będziecie robić mniejszy przeciąg.

Dlaczego wywiady ssom

05 VI 2007, 15:55:24

Po wygraniu tej olimpiady z angielskiego zainteresowały się mną różne gazety. NTO (Nowa Trybuna Opolska) oraz osoba, która wrzuca niusy na główną stronę mojej uczelni potraktowały sprawę adekwatnie do stopnia jej ważności i po prostu wrzuciły kilka zdań stwierdzających że ja wygrałem, a współstudent zajął drugie miejsce na olimpiadzie z niemieckiego. I tyle.

Reporterka lokalnej wyborczej natomiast postanowiła najpierw pogadać ze mną przez telefon, żeby mieć trochę więcej informacji. Po rozmowie coś mi strasznie nie pasowało -- tego nie powiedziałem, to powiedziałem w nie ten sposób, w jaki wolałbym, tamtego w ogóle pewnie lepiej by było nie mówić (zwłaszcza biorąc pod uwagę moje podejście do studiowania na tej uczelni; z którym nigdy się przed nikim, z prowadzącymi zajęcia włącznie, nie kryłem, ale i tak nie jestem do końca przekonany, że powinny się te informacje znaleźć w lokalnej gazecie; acz zakładam, że dziennikarze są przyzwyczajeni do ludzi, którzy gadają trochę za dużo jak dla własnego dobra i wygładzają co ostrzejsze kawałki :), etc, etc.

Przed chwilą odbyłem podobną rozmowę z osobą redagującą Wiadomości Uczelniane. Poszło minimalnie lepiej, ale przynajmniej w końcu uświadomiłem sobie co mi nie pasuje w tego typu wywiadach -- ja jestem przyzwyczajony, że jeśli chcę coś publicznie powiedzieć, to mogę sobie spokojnie usiąść, pomyśleć, napisać, przeczytać to co napisałem, poprawić fragmenty, które nie brzmią najlepiej, i tak dalej, i tak dalej. Jeśli nawet później stwierdzę, że to był błąd, to przynajmniej mogę sobie zaserwować standardowy komentarz -- "wtedy brzmiało to sensownie". Z wywiadem na żywo, i to jeszcze takim z założenia szybkim przez telefon, jest ten problem, że zanim ja się w ogóle mam okazję zastanowić, czy to, co powiedziałem, brzmiało sensownie, to jest już po całej zabawie. No a jeśli nie brzmiało? No to pech.

Hmm. W sumie rozwiązanie teraz wydaje się oczywiste -- powinienem był zawczasu przewidzieć jak najprawdopodobniej będą wyglądały pytania, wymyślić co tak naprawdę chciałbym powiedzieć, po czym złożyć te dwie informacje do kupy i opracować sobie system, gdzie niby odpowiadam na zadane pytanie, a w rzeczywistości mówię to co chcę powiedzieć. Politycy tak robią i teraz rozumiem dlaczego.

No cóż, Public Relations 101. Przyda mi się na raz następny. Live and learn.

« | »