Co ja myślę o bogu (i jego fanklubie)
23 VI 2007, 16:00Że go nie ma. Tak bym to ujął w skrócie. Przy czym świat nie jest czarno-biały, więc pełna odpowiedź będzie dłuższa (i dwuczęściowa).
Część pierwsza -- na temat istnienia boga myślę to samo, co "nauka". Czyli po pierwsze -- jest nieskończona ilość jego "wersji" i są one ze sobą fundamentalnie niekompatybilne, więc wybierając jedną musiałbym uznać inne za nieważne. Nie wiem na jakiej podstawie miałbym to zrobić. Dodatkowo -- spora ich część (jeśli nie większość) ma w swoim "kanonie" dużą ilość różnych bajek, przypowiastek i tym podobnych (rozstępujące się morza, reinkarnacje, ciężarne dziewice, dziewice po śmierci, co kto lubi), w które miałbym uwierzyć wbrew własnemu zdrowemu rozsądkowi i wiedzy (która podpowiada mi raczej wytłumaczenia związane z bujnością ludzkiej wyobraźni, niźli z boskim natchnieniem). Tego nie jestem w stanie zrobić.
Podsumowując -- nie wiedziałbym jak wybrać religię i nie byłbym w stanie zaakceptować związanej z nią mitologii.
Pozostaje więc kwestia istnienia bądź nie istnienia boga jako takiego, w oderwaniu od jakiejkolwiek ziemskiej religii. Tutaj odpowiedź nauki jest następująca -- istnienie boga jest bardzo mało prawdopodobne (w nauce nie można rozmawiać o absolutach, bo coś jest prawdziwe/fałszywe tylko tak długo, aż ktoś nie znajdzie nowych dowodów). I tak jak ze wszystkimi innymi bardzo mało prawdopodobnymi rzeczami (na przykład że jutro zginę w trzęsieniu ziemi) i w kontekście poprzednich dwóch akapitów o niemożności wybrania jakiejś religii "na wszelki wypadek", pozostaje mi po prostu żyć tak, jakby boga nie było. A jeśli się (nie daj boże :) okaże, że jednak jest i się trudni jakimiś pośmiertnymi sądami dusz, czy czymś podobnym, to będzie mu musiało wystarczyć, że starałem się być Dobrym Człowiekiem (tm).
No i część druga odpowiedzi -- jak się odnosić do ludzi religijnych.
Rzecz w sumie najważniejsza -- traktowanie ludzi religijnych jakby byli nieuleczalnie głupi tylko dlatego, że w coś wierzą, jest bezpodstawne. Co ci mówi fakt, że na uniwersytetach są kursy z logiki formalnej, czy też metody naukowej? Ano to, że choć twój umysł jest w stanie pracować w ten sposób (do pewnego stopnia), to bynajmniej nie jest to dla niego domyślny tryb. To jest tylko jeden sposób myślenia, którego może w pewnych momentach używać, jak się go najpierw nauczy. A jeśli sam uważasz, że jesteś oazą chłodnej logiki, to znaczy, że jesteś w błędzie. Żaden człowiek nie jest, wynika to z naszej budowy. I tak, to jest opinia naukowa.
Tym samym próby traktowania innych ludzi bez zrozumienia natury ludzkiej są błędne. To, co uważamy za swoje Ja mieści się w części mózgu, która ewolucyjnie jest najmłodsza, natomiast resztę mózgu dzielimy z gadami i ssakami (że ewolucja). I ta prymitywna część nadal jest aktywna, nadal bardzo ważna i wpływa na tę naszą najmłodszą część mózgu na niezliczoną ilość sposobów, których w większości nie rozumiemy. Przykład -- wiem, że powinienem posprzątać mieszkanie. Mogę podać niezliczoną ilość logicznie brzmiących powodów, dla których powinienem posprzątać mieszkanie. Ale jakoś nie sprzątam mieszkania. Nawet tak podstawowa w życiu rzecz, jak motywacja, nie jest bezpośrednio sterowana przez nasze "logiczne" ośrodki myślenia. Takich przykładów można mnożyć.
Sprowadza się powyższe do tego, że to ta "emocjonalna" część mózgu jest w człowieku najsilniejsza i jeśli ty jesteś w stanie częściej posługiwać się myśleniem logicznym i je uważać za główny składnik swojej osobowości, to dlatego, że ona ci na to pozwala (a właściwie -- że ci nie przeszkadza zbyt często). U człowieka religijnego jest inaczej -- nawet jeśli boga rzeczywiście nie ma, to mózg ludzki jest zbudowany w taki sposób, że potrafi stwarzać bardzo silne wrażenie, jakby on jednak był. Ewidentnie wystarczająco silne, by wokół tego zbudować znaczną część swojej osobowości, ewidentnie kosztem krytycznego myślenia.
W związku z powyższym, najsensowniejsze podejście, jakie udało mi się wymyślić względem innych ludzi, jest, że tak powiem, utylitarne. Tzn. oceniam innych ludzi nie po tym dlaczego coś robią (co sobie myślą na temat tego, co robią), tylko co robią i jak im to wychodzi w praktyce.
Na przykład -- jeśli pomogę bezdomnemu, to mogę sobie wytłumaczyć własne działanie psychologią ewolucyjną. Osoba religijna zrobi to samo, ale mając w głowie nauczania na przykład Chrystusa. Ważne, że skutek jest taki sam.
Z drugiej strony -- jeśli ktoś będzie, nie wiem, przeciwstawiał się edukacji seksualnej dla młodzieży, bo "nie lubię, jak dzieciom się opowiada takie świństwa", albo "bo Jezus by się wkurzył", to mam zamiar z takiej "argumentacji" po prostu drwić jako głupiej i dziecinnej, nie popartej niczym sensownym. Formułka, że "poglądy religijne zasługują na szacunek" to przeżytek. Same z siebie nie zasługują. Mogę tylko oceniać pojedyncze działania jako pozytywne lub nie.
Ale ważna w tym wszystkim jest też moja osoba. Tzn. jeśli mówimy o debacie publicznej, to w moim interesie jest się wypowiedzieć. Jeśli natomiast rozmawiam z kimś prywatnie (zwłaszcza z kimś z własnej rodziny) to w moim interesie leży nie generowanie niepotrzebnych konfliktów, co w praktyce oznacza nie poruszanie tego typu tematów i ostrzeganie, że moje poglądy najprawdopodobniej będą obraźliwe, jeśli ktoś inny spróbuje mnie wciągnąć do takiej rozmowy. Podobnie ze świętami -- traktuję je po prostu jako tradycje, skutkiem czego nie mam zamiaru robić scen. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku, czyli propozycję pójścia na mszę i przyjęcia komunii/wyspowiadania się bym, że tak powiem, odrzucił.
A, i mała uwaga na boku. Nie ma sensu aż tak bardzo demonizować religii. USA jest jednym z najbardziej religijnych państw, a jednocześnie potęgą technologiczną. Europa też przez wiele wieków była bardzo religijna i jakoś nie cofnęło nas to do epoki kamienia łupanego. Też uważam, że bez religii byłoby lepiej, ale nie sądzę też, żeby groziło nam cofanie się w rozwoju.