Dlaczego wywiady ssom
Po wygraniu tej olimpiady z angielskiego zainteresowały się mną różne gazety. NTO (Nowa Trybuna Opolska) oraz osoba, która wrzuca niusy na główną stronę mojej uczelni potraktowały sprawę adekwatnie do stopnia jej ważności i po prostu wrzuciły kilka zdań stwierdzających że ja wygrałem, a współstudent zajął drugie miejsce na olimpiadzie z niemieckiego. I tyle.
Reporterka lokalnej wyborczej natomiast postanowiła najpierw pogadać ze mną przez telefon, żeby mieć trochę więcej informacji. Po rozmowie coś mi strasznie nie pasowało -- tego nie powiedziałem, to powiedziałem w nie ten sposób, w jaki wolałbym, tamtego w ogóle pewnie lepiej by było nie mówić (zwłaszcza biorąc pod uwagę moje podejście do studiowania na tej uczelni; z którym nigdy się przed nikim, z prowadzącymi zajęcia włącznie, nie kryłem, ale i tak nie jestem do końca przekonany, że powinny się te informacje znaleźć w lokalnej gazecie; acz zakładam, że dziennikarze są przyzwyczajeni do ludzi, którzy gadają trochę za dużo jak dla własnego dobra i wygładzają co ostrzejsze kawałki :), etc, etc.
Przed chwilą odbyłem podobną rozmowę z osobą redagującą Wiadomości Uczelniane. Poszło minimalnie lepiej, ale przynajmniej w końcu uświadomiłem sobie co mi nie pasuje w tego typu wywiadach -- ja jestem przyzwyczajony, że jeśli chcę coś publicznie powiedzieć, to mogę sobie spokojnie usiąść, pomyśleć, napisać, przeczytać to co napisałem, poprawić fragmenty, które nie brzmią najlepiej, i tak dalej, i tak dalej. Jeśli nawet później stwierdzę, że to był błąd, to przynajmniej mogę sobie zaserwować standardowy komentarz -- "wtedy brzmiało to sensownie". Z wywiadem na żywo, i to jeszcze takim z założenia szybkim przez telefon, jest ten problem, że zanim ja się w ogóle mam okazję zastanowić, czy to, co powiedziałem, brzmiało sensownie, to jest już po całej zabawie. No a jeśli nie brzmiało? No to pech.
Hmm. W sumie rozwiązanie teraz wydaje się oczywiste -- powinienem był zawczasu przewidzieć jak najprawdopodobniej będą wyglądały pytania, wymyślić co tak naprawdę chciałbym powiedzieć, po czym złożyć te dwie informacje do kupy i opracować sobie system, gdzie niby odpowiadam na zadane pytanie, a w rzeczywistości mówię to co chcę powiedzieć. Politycy tak robią i teraz rozumiem dlaczego.
No cóż, Public Relations 101. Przyda mi się na raz następny. Live and learn.

05 VI 2007 o 17:23:36
gratulacje, choć już z łyżką dziegciu;)
05 VI 2007 o 17:56:07
Racja, ostatnio na Rocktime zostałem poproszony przez dwie sympatyczne panie z Emitera o kilka zdań do mikrofonu na temat grających zespołów. No i wyszło prawie tak jak na słynnym filmie z youtube gdzie maturzyści na studniówce udzielali „normalnie fajnie” wywiadu. Ciężko jest coś powiedzieć sensownie i składnie gdy ma się naprawdę kilka sekund na odpowiedź, po prostu trzeba być wygadanym jak Lepper ;)
05 VI 2007 o 21:59:27
http://miasta.gazeta.pl/opole/1,35086,4205409.html
Nie ujmując niczego ani Tobie, ani Robertowi… Wg sjp.pwn.pl: „poliglota «człowiek władający wieloma językami»”, a olimpiada sprawdzała raczej znajomość tylko jednego, nie?
Opolska wkładka GW wymiata. :)
05 VI 2007 o 22:32:50
O, dzięki za linka. No, jednak nie było takie straszne. Trochę mądrości życiowej przeniknęło (że na studiach to się doktoraty robi, a nie jakieś olimpiady), niepatriotyzmu opolskiego też (że Wrocław), ale nie aż tak dużo. Jest git.
A co do mojego poliglotyzmu, to umiem gadać po polsku i angielsku, no to według tej definicji się kwalifikuję, nie? :) A że olimpiada sprawdzała tylko jeden język, to nie ma tu nic do rzeczy, bo stwierdzenie pani redaktor jest faktoidalnie poprawne :)