Z pamiętnika młodego przedsiębiorcy
Jak to w życiu -- wszystko ma swoje zady i walety.
Było tak: pracowałem nad systemem korzystającym z dziesiątek procesorów, gigabajtów RAM-u i gigabitów łącza. Naszym klientem były korporacje od których, jako programiści, byliśmy dodatkowo oddzieleni mało przepuszczalną warstwą szefostwa.
Jest tak: nowa firemka oficjalnie działa od półtora miesiąca. Jestem szefem działu IT. W praktyce oznacza to, że zajmuję się naszą "wirtualną" infrastrukturą oraz odpowiadam za większość rzeczy mających coś wspólnego z programowaniem.
Różnice? Sporo. Pierwsza -- poprzednio "klient" był dla nas bytem czysto wirtualnym. Terminy przychodziły i odchodziły. Nie odczuwaliśmy praktycznie żadnych konsekwencji naszej pracy (tak pozytywnych, jak negatywnych). Szefowie wiedzieli co i jak, a myśmy byli za firewallem. Teraz natomiast jeśli zawalę termin, to będę mógł się pójść osobiście potłumaczyć facetowi, który za zlecenie zapłacił. Oraz jego pracownikom, którzy z systemu mieli korzystać. Poziom odczuwalnej odpowiedzialności jest zdecydowanie inny.
Druga różnica -- pieniądze. Zaczynam podejrzewać, że w takim lowendowym plumkaniu, jakim się obecnie zajmuję, po prostu nie ma sensownych pieniędzy, a co za tym idzie, jest ono praktycznie skazane na marną jakość. Jeśli masz doświadczenie, interesujesz się tym, co robisz, jesteś na bieżąco z nowymi technologiami, to będziesz się zajmował nadzorowaniem jakiegoś mikroprojekciku w PHP za grosze? Czy może jednak pójdziesz pracować w sensownej firmie za sensowne pieniądze, albo założysz zaawansowanego technologicznie startupa z zamiarem zbicia na nim kokosów? No właśnie.
Case in point -- mam ponad półtora roku doświadczenia z całkiem sporych rozmiarów systemem rozproszonym. A zajmuję się administracją niewielkiego serwerka linuksianego oraz nadzorowaniem jednego PHP-owego kodera, gdzie wspomniane doświadczenie jest mi tak niesamowicie przydatne...
Oczywiście są i zalety. Po raz pierwszy od lat moja lista TODO nie jest nieskończona. Ba, kurczy się! Mam na niej zaledwie kilka pozycji i wiem, że jeśli przysiądę, to pod koniec tygodnia mogą zostać może dwie. Zacząłem znowu czytać książki! Na razie powoli, ale się rozkręcam.
Dodatkowo fajnie się patrzy na tego mojego PHP-kodera, jak się uczy. Czystszy kod, lepsza struktura, lepsze narzędzia, separacja kodu i HTML-a, smarty, porządnie zaprojektowana baza danych. Jeszcze z dwa takie projekty i będzie na tyle samobieżny, że w ogóle nie będę musiał patrzyć na to co on robi. A jak zechce później znaleźć sensowniejszą pracę, to nie powinien mieć problemów.
I, ponad wszystko, nie ma to jak możliwość ustalania własnych priorytetów. Znacznie przyjemniej się pracuje.
11 X 2007 o 22:44
W czasach, gdy byłem młody i głupi, chciałem zostać informatykiem. Całkiem nieźle mi to szło, ba! nawet do dzisiaj pamiętam jak wyglądają klasy w PHP i C++. Znam nawet linuksa na tyle, że umiem pracować na zdalnym komputerze, co bardzo się przydaje (irssi, ekg – coś trzeba robić na informatyce w trzeciej LO). Brzmi to dziecinnie i prostacko, ale skoro mamy wieczór szczerości przy notce mmazura i po paru piwach – powiem: chciałem zostać hackerem, mieć tony kabli w domu i szela na apcohu (to mi się udało, ale nie w taki sposób jak mogłoby się powszechnie wydawać), programować pozytywki w pudełkach od tik taka (pozdrawiam gophiego), edytować wikipedię jako anonimowy ipek i mieć wszystko w dupie.
Nauczyłem się tego co chciałem, umiem sobie napisać prosty program na własny użytek, zrobię sobie stronę, często z tych umiejętności korzystam.
W odpowiednim momencie jednak ocknąłem się. Nie wyobrażam sobie reszty życia przed komputerem. Jeszcze do końca nie wiem co chcę w życiu robić, ale od momentu, gdy wracam do domu i coś każe mi włączyć PC – zastanawiam się, czy przypadkiem nie nadużywam. Czy czasem, gdy rozmawiam przez GG nie wyrządzam sobie albo komuś krzywdy. Z szacunkiem patrzę na tych, co zapalają słoneczko tylko w weekend i po 20:00. Na pewien sposób zazdroszczę tym, co używają IE i nie potrafią rozwinąć literek GNU, PNG, HTML i XNXX ;p
Nie wiem co chciałem powiedzieć, ale to niewątpliwie powiedziałem.
12 X 2007 o 00:57
A ja Wam obu powiem, że Was dobrze rozumiem. I nie jesteście sami :)
Serio…
12 X 2007 o 01:03
mmazur, a nie potrzebujesz drugiego takiego PHP-owego kodera, który by się chciał nauczyć porządnie programować ? ;)
12 X 2007 o 09:33
Ja stanowczo wolę dłubać za nieprzepuszczalnym firewallem (na razie jakoś mi się udaje) niż zarządzać... i na razie dłubię (chociaż trochę zarządzać też powinienem)... ale jeśli przejdę na kolejny level, to już to będzie zarządzanie projektem (co najmniej — już chętniej bym jakiegoś project-managera zatrudnił, a sam był ponad nim)... nie widzę się w tej roli. Ale z drugiej strony… ile można „tylko dłubać”?
Najlepiej byłoby zarządzać zespołem, który radzi sobie sam, więc nie mieć nic do roboty i dłubać sobie dalej, hobbystycznie… ech, marzenia…
12 X 2007 o 09:43
Jajcus: Tym project-managerem też trzeba zarządzać ;->
12 X 2007 o 09:52
Ika: taaak? A ja myślałem, że ten „na samej górze” nic nie robi tylko kasę zbiera ;-)
12 X 2007 o 13:33
No to chyba jesteś szczęśliwy i zadowolony z pracy, a to baardzo ważne.
12 X 2007 o 13:47
@fou — ja jestem leniem. Kieruję projektem, bo tego wymaga firma, a nie dlatego, że jest to moje ulubione zajęcie. Ulubionym zajęciem byłoby pełnoetatowe nicnierobienie :)
@jajcuś — no właśnie. Jak długo można sobie „ot tak dłubać”? Ja, jak patrzę na takiego qboosha albo plutę, to zastanawiam się z jakiej planety oni spadli, że podoba im się dłubanie cały czas w tym samym dla samego dłubania. Dla mnie to jest praktycznie niepojęte.
12 X 2007 o 13:54
Ależ mnie się podoba dłubanie dla samego dłubania. I jak tylko będę mógł, to w czymś będę dłubał. Problem jest w dłubaniu za pieniądze — bo dłubanie bawi dopóki samemu się wybiera gdzie się dłubie i gdy można miejsce lub sposób dłubania zmienić jak tylko poprzednie się znudzi. ;) A w pracy to trzeba dłubać to, czego szef albo klient chce. :(
No i jest jeszcze problem ile można dłubać dziennie? Gdy 7h dłubię w pracy (niekoniecznie w tym, co mnie w danej chwili najbardziej fascynuje), to potem nie mam już chęci, sił i zdrowia do dłubania w moich projektach (które to dłubanie by mnie, w innych okolicznościach, bardzo bawiło).
12 X 2007 o 14:13
W sumie fakt. Jak nie miałem obowiązków, to też mnie dłubanie dla dłubania bawiło, ot, bo mnie czasami ochota naszła.
Przy czym taki qboosh to i tak jest zupełnie inna kategoria dłubacza.
12 X 2007 o 16:27
Mnie też bawi dłubanie, więc jestem sobie programistą. Jedynym problemem jest to co Jajcuś zauważył – by dłubać w tym, co się lubi. Na szczęście chwilowo mam ten komfort. Dłubię w technologiach które mnie interesują, czuję, że się rozwijam i jeszcze mi za to płacą. Oczywiście odkąd dłubię zawodowo przestałem dłubać prywatnie… :)