Quick.Cms: jaki kraj, tacy GPL violators

22 XI 2007, 02:31:43

Pracownik szukał fajnego prostego CMS-a do użycia jako podstawy w projekcie klienta. I znalazł. Quick.Cms. Nie dość, że mu odpowiadało technicznie, to jeszcze licencja była fajna, bo "GPL z dodatkowym zastrzeżeniem".

Eee, zaraz, jaki GPL?

I rzeczywiście. Banda geniuszy (aka twórcy tego czegoś) wzięli oryginalnego GPL-a i wyprodukowali wersję z czymś takim na końcu:

DODATKOWE ZASTRZEŻENIA AUTORÓW OPROGRAMOWANIA:

Program może być dowolnie modyfikowany, zastrzegamy jednak konieczność pozostawienia w widocznym miejscu na stronie informacji o pochodzeniu i nazwie programu o treści "Powered by Quick.Cart" lub "Powered by Quick.Cms" lub "Powered by Quick.Forum". Informacja ta musi być linkiem kierującym do strony pod adresem http://www.opensolution.org.

I teraz cały wic polega na tym, że trzeci akapit (siódma linijka) pliku z oryginalnym GPL-em, jaki zmodyfikowali, brzmi następująco: (pogrubienie moje)

Zezwala się na kopiowanie i rozpowszechnianie wiernych kopii niniejszego dokumentu licencyjnego, jednak bez prawa wprowadzania zmian.

Innymi słowy wydali swój soft pod licencją, która jest nielegalna. Czyli sam Dadźbóg ze Swarożycem raczą wiedzieć jak on jest tak naprawdę licencjonowany.

Co ich pokusiło? Albo rzeczywiście ni cholery nie potrafią czytać ze zrozumieniem, albo to było zrobione naumyślnie, żeby skusić nieobeznanych w temacie magicznymi literkami "GPL", albo jedno i drugie -- chcieli skusić, a że nie potrafią czytać, to nie załapali, że to co robią jest nielegalne. To już niech ktoś inny się zajmuje pytaniem autorów -- nie mam czasu na reportaż śledczy.

Jako ciekawostkę dodam, że szybki grep na źródłach wersji Light (tej na "GPL-u") mówi mi, iż w środku jest kod na (takim prawdziwym) GPL-u, coś na Creative Commons i dwie rzeczy na czymś MIT-based. I jeśli wersje komercyjne Quick.Cms-a nie mają tych rzeczy usuniętych (a jestem całkiem przekonany, że nie mają), to są tak samo nielegalne, jak wersja Light.

Innymi słowy: biznesplan jak się patrzy!

No a mój pracownik oczywiście niepocieszony, bo myślał, że znalazł rozwiązanie, a tu taki granat. Musi szukać dalej (ktoś ma jakieś sugestie?).

Happy endy

19 XI 2007, 12:10:26

Ci, co przeczytali tego ranta, to przeczytali. Reszta już nie przeczyta. W telegraficznym skrócie: na Politechnice Opolskiej rektor jest elektroenergetykiem. Jeden z prodziekanów mojego wydziału też. I mamy specjalizację, która się nazywa "Informatyka w Elektroenergetyce". Specjalizacja mało popularna, która nie spełniałaby wymogów istnienia, gdyby nie dorzucać jej przymusowo paru studentów, którzy chcieli studiować co innego. Padło na mnie i nie byłem z tego faktu specjalnie zadowolony.

Od paru już lat mam taką zasadę, że nie usuwam rzeczy raz opublikowanych. Primo, żeby "pamiętał wół, jak cielęciem był" i secundo, żeby zawsze się zastanawiać parukrotnie przed napisaniem czegoś. Dostępne tutaj (i nie tylko) moje wypowiedzi, które teraz uważam za błędne, przypominają mi, by drugi raz nie wypowiadać się w dany sposób publicznie. No ale zasady są po to, żeby je łamać. Tak jak to zrobiłem bodajże na początku tego roku. I jak robię teraz.

Doświadczenie mówi mi, że ten post wisiałby sobie tutaj, sporadycznie czytany, przez rok, dwa, może więcej. Aż pewnego dnia znalazłaby go osoba, której jeden z bohaterów też zalazł za skórę. I postanowiłaby go gdzieś zacytować. I w tym momencie rzecz nabrałaby własnego życia. Odtąd każdy, kto chciałby się dowiedzieć czegoś (niepochlebnego) o profesorze X, bądź doktorze Y, trafiałby też na moje nazwisko. Raz popełniłem ten błąd i okazał się on fatalny w skutkach -- od teraz, po wsze czasy, sporo osób kojarzyć mnie będzie z pewnym człowiekiem, z którym wiele bym dał, by kojarzonym nie być. Usunięcie wpisów, przez które było to zamieszanie już nic nie pomogło, bo było za późno. I drugi raz tego błędu nie popełnię. Ten pierwszy mnie za dużo kosztuje. (No a poza tym, skoro jednak dalej tu studiuję, to muszę chronić własną dupę przed kolejnymi czasomarnowaczami. A coście myśleli?)

Dzisiaj gadałem z prodziekanem ds. studenckich o przeniesieniu na zaoczne. Niestety zamiast mutanta chaosu (charakter chaotyczny zły) trafiłem na tego samego co zwykle, wiecznie się wszędzie spóźniającego i warczącego na studentów, ale jednak często pomocnego nadzwyczajnego pana profesora.

Wszedłem, zacząłem rozmowę, po czym zrobiło mi się niezręcznie, że ja stoję, a on siedzi, więc zacząłem sobie klapać na krześle w rogu. Opieprzył mnie, że co to za maniery, jak mi każe usiąść to mam siadać, a nie sam z siebie. Opieprzyłem go, że raz, jak to każe usiąść (poprawił się) i dwa, właśnie się spóźnił pół godziny, więc niech mnie dobrych manier nie uczy (zignorował mnie; widać ma wprawę w nieeskalowaniu konfliktów; też nie mam z tym problemu).

... po czym wróciliśmy do rozmowy o moich studiach. Stanęło na tym, że mnie teraz (mimo, że późnawo) przeniesie na inżynierskie, skończę semestr, obronię pracę i dalej mogę sobie robić, co mi się będzie podobało.

Prawdę powiedziawszy, to ja to planowałem parę miesięcy temu, tylko mi się nie chciało latać do dziekanatu, a później się zrobiło "za późno" na inżynierskie. Ma to tę dodatkową zaletę, że już za pół roku, bo wtedy najdalej ukończę studia, przeniosą mnie do rezerwy i będę wolnym człowiekiem.

No cóż. Optymistą życiowym jestem od dawna, ale w tym wypadku, to się aż sam zdziwiłem, że tak gładko poszło. Żeby tylko standardem było załatwianie takich rzeczy we wrześniu ("Pan Kowalski? Tak, jest problem z pańską specjalizacją, może pan przyjdzie jutro w tych godzinach, żeby omówić różne możliwości."), a nie w środku semestru... Ta, marzenie ściętej głowy.

Japiszon: definitywny powrót

14 XI 2007, 15:40:42

Nie pisałem tego wcześniej, ale całe to moje plumkanie sprzed dwóch miesięcy jak ja to nie lubię mojej pracy się skończyło na tym, że praca powiedziała, że mnie kocha, ja stwierdziłem, że pieniądze fajna rzecz i że jeśli mi dadzą połowę kasy, mniej do roboty i ja sobie będę mógł sam ustalać co robię i kiedy robię, to mogę jednak zostać. Praca się zgodziła. Zarabiam o połowę mniej, nie mam tylu obowiązków (system, którym się zajmowałem od półtora roku, nie jest oficjalnie już moim problemem) i jest fajnie. Teraz zajmuję się w sumie głównie organizowaniem innym ludziom pracy i trochę adminką.

Z kolei moja firemka, co to ją współzałożyłem parę miesięcy temu... też źle nie jest. Zajmuję się organizowaniem innym ludziom pracy, adminką i gadaniem z klientami. Trafił nam się fajny klient, kasiasty, wiedzący czego chce i rozumiejący jak się gada z informatykami. Żyć nie umierać.

Ale żeby nie było za różowo, moja kochana politechnika postanowiła mnie bardzo dokładnie wyruchać. I jej się to udało. Ale o tym w następnym wpisie.

Gdzie tu jest przycisk reset

11 XI 2007, 02:08:06

Opole to małe miasto. Połowa moich znajomych zna drugą połowę albo bezpośrednio, albo przez innych ludzi. Chodząc po mieście, po osiedlu, regularnie widzę znajomo wyglądające twarze.

Pomyłki. Ludzie, których nigdy nie chciałem poznać. Z którymi nie chciałem nawiązywać kontaktów. Którzy pamiętają mnie jako dziecko, albo nastolatka. O których się otarłem zanim nauczyłem się w przekonujący sposób udawać, że w najmniejszym stopniu interesuje mnie ich życie. Nie witamy się. Duchy. Udaję, że nie widzę.

Regularnie zastanawiam się, jakby to było fajnie wynieść się do innego miasta. Duchy zostawić tutaj. Zacząć wszystko od nowa i nie popełniać tych samych błędów.

Ale zawsze popełniam nowe. Mniej. Lepiej sobie radzę ze skutkami. No nie, tylko nie ty, czemu musiałem akurat ciebie spotkać w tym parku, ale skoro już spotkałem, to co tam u ciebie i czy nie uważasz, że śliczną pogodę dzisiaj mamy? Oh, to fascynujące, ale muszę już lecieć, bo wreszcie wymyśliłem sensownie brzmiącą wymówkę dlaczego muszę lecieć. Papa. Tak, też cię było miło spotkać, tym milej, jeśli będzie to nasze ostatnie spotkanie.

Popełniam też stare. O, ta twarz wygląda znajomo, ale nie mam pojęcia kim jesteś. O, też mnie zauważyłaś. Nie witasz się. Znaczy pewnie się jednak nie znamy. Za tydzień -- o, znowu ty. Za dwa -- i znowu. I znowu. I znowu. Dwa miesiące później -- ej, ale to jednak ty, przecież my się znamy. E, olać, teraz już za późno. Wolę wyjść na gbura, niż na dziwaka, który raz na dziesięć spotkań mówi ci "cześć".

Opowiem ci o sobie, spędzimy miło czas, pogadamy, poznamy się? Niekoniecznie.

Poprelekcyjnie (nagranie)

09 XI 2007, 04:40:22
  1. Nagranie jest mocno przeedytowane pod kątem przydatności do słuchania. Jeśli ktoś pamięta, że coś się wydarzyło inaczej, niż jest nagrane, to wysoce prawdopodobne, że dobrze pamięta.
  2. Wyciąłem co najmniej kilka minut swoich mlasknięć (co mikrofon bardzo ładnie ponagrywał), chrząknięć, eeeeeyyyyeeeeeania, za długich pauz, przerw technicznych oraz najzwyklejszych wpadek. Więc nie, wcale tak płynnie nie mówię.
  3. W środę miałem depresję, że poszło tragicznie. Po przesłuchaniu stwierdzam, że aż tak strasznie tragicznie wcale nie poszło. Nic czego nie może naprawić kreatywna sesja z edytorem dźwięku.
  4. Acz kilka rzeczy jest oczywistych -- po pierwsze, wcale nie mówię tak płynnie i poprawnie technicznie, jak mi się wydawało, że mówię :(
  5. Po drugie -- miałem nadzieję zrobić super zajebistą prezentację. Poświęciłem na nią z dwa-trzy razy więcej czasu, niż zwykle poświęcam na takie rzeczy. Wyszło niewiele lepiej, jeśli w ogóle. Jedno staje się dla mnie jasne -- jedyny sposób na idealnie płynną prezentację, to po prostu usiąść, napisać całość słowo w słowo i później albo czytać, albo wyryć całość na blaszkę. Nie ma siły, żebym z kartką opisującą tylko schemat wystąpienia był w stanie przeprowadzić je płynnie -- bez zacięć, bez pauz, bez niepotrzebnego powtarzania się. Po prostu się nie da. Może są jacyś geniusze, którzy potrafią, ale generalnie wątpię, żeby to było w zasięgu normalnego człowieka. Mowa ludzka tak nie działa. Zapomina się słów, robi pauzy, gubi wątki, różne rzeczy rozpraszają.
  6. Po trzecie -- jeśli chcę zrobić płynną integrację tego co mówię, z tym co jest na rzutniku, to powinienem mieć w zasięgu wzroku swój laptop, żebym nie musiał się odwracać w celu upewnienia się co właściwie w danym momencie jest na rzutniku (mam ten bezprzewodowy dynks do obsługi prezentacji, więc mogę zmieniać slajdy patrząc się na publiczność). Takie odwracanie psuje płynność, a i mnie dekoncentruje.
  7. Po czwarte -- różne techniczne drobiazgi o zwracaniu uwagi na które człowiek się uczy z wykładu na wykład.

Link do ogga. Jutro jeszcze powinien być nius na stronie oplugowej wraz z jakimiś fotkami.

A, disclaimer: mówiąc zrobiłem sporo uproszczeń, a i wykład był dosyć konkretnie stargetowany (na studentów, którzy nie wiedzą jak takie rzeczy ugryźć). Dodatkowo co najmniej kilka razy powtarzałem, że coś jest moim poglądem na sprawę i na pewno są miejsca, gdzie to działa (z powodzeniem) kompletnie inaczej. Także wiem, że nie opisałem wszystkiego, co było do opisania. Był to świadomy wybór.

Podługoweekendowo

05 XI 2007, 15:18:19

Doświadczenie uczy, że jeśli wyjeżdżam do rodzinki na parę dni, to nie zrobię tam absolutnie nic z tego, co sobie zakładałem, że zrobię. Wniosek -- całą robotę "na już" robić przed wyjazdem, by móc w pełni korzystać z urlopu. Starzeję się.

Jedną z rzeczy, które miałem zrobić było przygotowanie tego wykładu. No cóż, mam jeszcze dwa dni czasu. A tak w ogóle, to zapraszam.

Acz jeśli ktoś ma pecha żyć w Polsce B (czytaj: poza Opolszczyzną), to rzecz będzie nagrywana (sam dźwięk; niestety nie mam kamery, żeby nagrać obraz i uzupełnić kolekcję) i jak będzie dostępny ogg, to tutaj dam info (no i na stronę oplugową). Także stay tuned.

« | »