Życie update: coraz bliżej wolności

28 I 2008, 01:24:51

Zaliczyłem semestr. Mój ostatni na Niewidzialnym Uniwersytecie. Już tylko (niezaczęta) inżynierka dzieli mnie od jego skończenia. Przez najbliższe parę miesięcy będę miał nadmiary wolnego czasu.

Chętnie nauczyłbym się grać na czymś. Albo rysować. O ile mi wiadomo, praktycznie każdy człowiek jest w stanie osiągnąć przynajmniej zadowalający poziom kompetencji w tych rzeczach. "Talenty" talentami, ale magia to to nie jest.

Problem: czy naprawdę powinienem poświęcać swój czas wolny na kolejne hobby polegające na siedzeniu w czterech ścianach i przebieraniu palcami? No właśnie.

Coś się kończy, coś się zaczyna

21 I 2008, 16:43:39

Ostatni wpis Riddle'a, a zwłaszcza komentarz nbw do niego.

Podstawowy problem z byciem dorosłym -- tylko ty odpowiadasz za to, jak będzie wyglądało twoje życie. Obierz sobie cel i dąż do niego. Kompromisy? Sentymenty? Kuszące, ale przeszkadza świadomość, że za jakiś czas za nie zapłacimy.

Ja zacząłem pisać w ramach eksperymentu. Spodobało się, ludzie mnie czytali, więc pisałem dalej. Z wiekiem zmieniała mi się perspektywa. Zacząłem coraz bardziej cenić swój czas, a przez to i czas swoich czytelników. Nie rozpisywać się za bardzo. Nie pisać o pierdołach. Skupiać się na tematach ciekawych, ważnych.

Żadne nie są ważne. Przywilejem młodego wieku jest brak świadomości szerszego kontekstu. Można pisać co tylko ślina na język przyniesie -- nie ma się świadomości, że to wszystko odgrzewane kotlety, wszyscy już to wszystko wiedzą. Ale ambicja rośnie. Człowiek chciałby pisać o czymś, na czym inni się nie znają. Coś wnieść w sumę wiedzy.

Ale jak? Do tego trzeba wiedzy, lat doświadczenia, dużej ilości pracy, by to doświadczenie zdobyć. Na dodatek trzeba pisać po angielsku i nie w formie blogowej. Sam nie czytuję polskich blogów (czy serwisów niusowych) w poszukiwaniu nowej wiedzy, bo jej tam po prostu nie ma. Nie mam więc złudzeń odnośnie własnej pisaniny.

Więc co zostaje? Pisanie co tylko przyjdzie do głowy. Jupi, miliardowy blog o życiu jego autora...

Czas leci, wszystko idzie do przodu. Tak patrzę na listę czytanych przeze mnie joggerowych blogów sprzed paru lat i na palcach jednej ręki mogę policzyć te, które jeszcze istnieją. Ostatni gasi światło?

Plan na najbliższe kilka miesięcy

16 I 2008, 00:24:50

Po kolei:

1. Skończyć semestr na uczelni. Właśnie piszę jeden z dwóch projektów (przy okazji nauczyłem się latexa! :), do tego muszę jeszcze zaliczyć "Prawo autorskie i komputerowe", czy coś w ten deseń i wsio.

2. Moje obowiązki w firmie, której jestem poniekąd współwłaścicielem, zdać komuś innemu. Projekt, który właśnie piszę na uczelnię, to dosyć dokładna dokumentacja tego, jak wygląda konfiguracja serwera firmowego, co z nią jest nie tak i jak to później poprawiać. Przyda się nie tylko na uczelnię.

3. Napisać pracę inżynierską i obronić ją. Tematem jest nowa wersja 7thguarda (kompleksowo zrobiona), więc jak się za to w końcu zabiorę, to powinienem wrzucić kilka wpisów nie compemo, tylko coś w miarę ciekawego. Zrobienie całości jak trzeba zajmie mi pewnie z kilka miesięcy, bo plan jest taki, żeby za jakiś miesiąc z hakiem mieć na głowie tylko inżynierkę i jedną (zamiast dwóch) pracę (na pół etatu), zrobić sobie z dwa-trzy tygodnie kompletnego nicnierobienia i czytania książek i dopiero wtedy wziąć się do roboty.

4. Podomykać wszelkie sprawy w Opolu: zdać bycie "szefem" i adminem radia studenckiego, powiedzieć partnerce, żeby sobie znalazła kogoś innego (o tańcu mówię oczywiście), wymyślić co zrobić z mieszkaniem i pewnie coś jeszcze.

5a. Przenieść się do Warszawy, na 99% wynająć jakieś przyjemne mieszkanie na Kabatach.

5b. Znaleźć sobie wreszcie jakąś ciekawą pracę i zwolnić się z obecnej lub zostać jeszcze przez parę miesięcy w obecnej, gdyż w teorii jest mało absorbująca i po prostu spróbować się trochę pocieszyć życiem. Książki poczytać, Warszawę pozwiedzać, po lesie połazić, znajomych ponachodzić.

Przy czym ta druga opcja jest raczej bardzo mało prawdopodobna, bo po ponad dwóch latach pracy w mojej obecnej firmie, mam jej tak serdecznie dość i jestem nią tak wynudzony (i w ogóle moim dotychczasowym życiem), że mi się zaczynają zwarcia w mózgu robić. O takie:

P.S.

Więcej fotek jak powyższa można znaleźć na pudelku jamniczku. Niech żyje Pani jeszcze-tylko-przez-kilka-miesięcy Prezes!

Know yer tools

09 I 2008, 01:31:35

Właśnie się dowiedziałem, że bash ma vi mode. Ile czasu bym zaoszczędził, gdybym się o tym fakcie dowiedział sześć lat temu :(

Postanowienie noworoczne: zidentyfikować wszystkie używane przeze mnie codziennie narzędzia i przeczytać ich dokumentację od deski do deski!

Iiijasne. Przy okazji będę milszy dla ludzi, będę częściej sprzątał mieszkanie, zrzucę z 10 kg, będę częściej dzwonił do rodzinki, mniej przeklinał...

Kilka spostrzeżeń o pisaniu CV-ków

06 I 2008, 02:35:57

Cechy wspólne praktycznie wszystkich CV-ków, z jakimi miałem do czynienia: stan cywilny (afaik pracodawca nie może tego oczekiwać), miejsce urodzenia (ekhem? To może jeszcze rozmiar buta, przydatność podobna), literówki i inne błędy (Photoschop anyone? Bender?), wpisywanie rzeczy kompletnie nie na temat (pracowałeś jako dozorca? Na pewno ci się przyda jako programiście) oraz zbytnia ogólnikowość w tych na temat (praktyki w firmie programistycznej? Super, ale jako kto, konserwator powierzchni płaskich?).

Pamiętajcie o złotej zasadzie pisania takich rzeczy -- trzeba wiedzieć jak najwięcej o pracodawcy oraz o stanowisku. Będzie to niezbędne tak przy rozmowie kwalifikacyjnej, jak i przy pisaniu CV-ka oraz listu motywacyjnego. Im lepiej wczujecie się w osobę zatrudniającą, tym większa szansa, że powiecie/napiszecie dokładnie to, co chce usłyszeć. And that's never a bad thing.

Dłuższy czas temu przeprowadzaliśmy ze wspólnikiem rekrutację do firmy i miałem zamiar opisać spostrzeżenia, ale jakoś mi się nie chciało i pewnie połowę zapomniałem. Acz jedną ważną rzecz z drugiej strony barykady wam powiem -- pamiętajcie, że zatrudniający to człowiek, a nie maszyna. Jeśli jest dział HR, to jego pracownicy w teorii wiedzą co robią. W teorii. Jeśli nie ma działu HR, to zatrudniać cię może ktoś, kto ma tak samo mgliste pojęcie o tym, o co pytać, jak ty o tym, jak odpowiadać. A jak już nawet o coś zapyta, to później nie ma pojęcia co zrobić z odpowiedzią (kto będzie lepszy, ten co odpowiedział A, czy ten co odpowiedział B?). No i tak to ślepy prowadzi kulawego.

Martwisz się, że źle odpowiedziałeś na pytania i dlatego cię nie zatrudnili? Całkiem prawdopodobne, że "prawidłowe odpowiedzi" nigdy nie istniały. Zadecydowała faza księżyca...

Noworocznie 2008

06 I 2008, 01:54:55

Bezładnie:

Przez święta przeczytałem Ksenocyd. Ma momenty, ale ssie w porównaniu z Mówcą Umarłych. I w ogóle starałem się nie włączać komputera. I tak przecież nie będę pracował. Muszę tak robić częściej.

Warto przytyć przez święta? Warto. Mieszkam sam, niczym ciekawym się nie żywię, więc święta są dla mnie znacznym wydarzeniem kulinarnym. Nie ma się co ograniczać.

Jechałem metrem! Dwa razy! Kto chce mnie dotknąć?

Koty są fajne, bo są mięciutkie. I głupie, bo niekoniecznie mają ochotę na czułości. Psy są jakoś bardziej głaskalne. Z drugiej strony -- mizianie futrzaka pewnie większą daje radochę, jeśli nie jest na każde zawołanie.

Jak można nie wiedzieć, że własna siostra woli słodkie alkohole. Cóż za karygodny brak więzów rodzinnych. Powinieneś się wstydzić. A i ja się nie miałem czego napić :(

Pierwsze wspomnienie noworoczne? Wspólne z carsteinem i mrmanem zmywanie psiego gówna z butów (jak się patrzy na fajerwerki, to się nie patrzy pod nogi). Male bonding w krzywym zwierciadle, psia mać.

"Gotowanie" robi się znacznie bardziej znośne (wręcz -- ciekawsze), jeśli jest to czynność grupowa. Nigdy nie sądziłem, że kiedykolwiek będę się na ochotnika zgłaszał do krojenia czegokolwiek.

Maszynki do pieczenia chleba pieką chleb i głośno pipczą. Chleb jest dobry, pipczenie budzi.

Kiedy czujesz się swobodnie w towarzystwie? Gdy mimo krótkiej znajomości potraficie ignorować swoją obecność bez skrępowania. Cecha charakterystyczna ludzi, którzy żyją głównie w swojej głowie. Trudno pomylić z czymkolwiek innym. Kobiety powinny mieć tego typu ficzery opisane na jakiejś metce, czy coś... życie byłoby znacznie łatwiejsze.

Opóźnienia na PKP ssą, a druga klasa Intercity jest całkiem fajna.

A szare codzienne życie jest szare. Dżizas, jak mi się nie chciało wracać. Honej, ale ja serio mówię, weźcie mnie adoptujcie :( Mogę się dokładać do czynszu, pomagać w gotowaniu, głaskać koty i zabawiać rozmową. Kto przygarnie lekko zużytego mmazura?

Postanowienia noworoczne: skończyć studia i coś w końcu ze sobą zrobić. Gdzie coś pewnie będzie oznaczało przenosiny do Warszawy, gdzie jest znacznie więcej ciekawych rzeczy do roboty.

Zostanę zawodowym ekspertem!

05 I 2008, 03:23:12

Parę dni temu dostałem mailem propozycję wystąpienia na jakiejś większej konferencji. Fajny bajer -- można sobie pooglądać nowe miasto, spędzić miło czas, przespać się wygodnie w wynajętym hotelu, wieczorami pogadać z ciekawymi ludźmi, a w trakcie samej prelekcji zrobić z siebie idiotę przed zgromadzoną publicznością.

Odpisałem, że nie mam żadnego tematu o którym mógłbym mówić.

Podobnie z pingwinariami. Honej mnie kopał, żebym zgłosił jakąś propozycję, ale nawet mimo faktu, że pingwinaria są bardziej imprezą towarzyską, jak merytoryczną, tej akurat publiczności nie byłbym w stanie powiedzieć niczego ciekawego.

Kwestia dostosowywania tematu do publiczności. Jeśli gadam do swoich lokalnych współstudentów, to staram się gadać o rzeczach podstawowych (a tych trochę znam), bo tego im właśnie potrzeba. Jeśli gadam do pldziarzy, to mogę pogadać o PLD, bo ich to pewnie choćby trochę zainteresuje (ale tylko ich). Jeśli gadam do "obcych", to dobrze by było, gdybym gadał o czymś, na czym się znam i co ich może zainteresować. Jakieś trzy-cztery lata temu wystąpiłem na konferencji o bezpieczeństwie komputerowym i nie mam zamiaru znowu z siebie robić publicznie idioty w ten sposób. (Gwoli wyjaśnienia: taki ze mnie spec od bezpieczeństwa, jak z koziej dupy klarnet; oczywiście podstawy znam...)

Prawda jest taka, że ja się na niczym nie znam poza poziom powiedzmy średniozaawansowany, a co za tym idzie tym co wiem nie jestem w stanie zainteresować nikogo poza "początkującymi". Nie jest to jakoś przeraźliwie dziwne, mam 22 lata, więc trudno, żebym miał rozległą wiedzę i doświadczenie w jakimkolwiek temacie... acz miło by było :) Może kiedyś.

Od dawna zastanawiałem się, czy nie udałoby mi się jakoś przekwalifikować zawodowo, bo perspektywa spędzenia reszty życia na przerzucaniu bajtów przestała mnie podniecać dłuższy czas temu, ale realistycznie patrząc -- nie, nie ma najmniejszych szans, żeby IT nie było integralną (i sporą) częścią tego, czym się będę w przyszłości zajmował, jeśli zależy mi na zarabianiu jakiś sensownych pieniędzy (a zależy; treningi tanie nie są, wino choya też nie, a benzyna nie rośnie na drzewach).

No cóż. Shit happens. Wniosek -- muszę po prostu na nowo znaleźć coś, co by mnie w tych pieprzonych komputerach zainteresowało i wykombinować jak to robić zawodowo. Ta pierwsza część mi się udała, jak byłem nastolatkiem, więc trzeba to po prostu jakoś powtórzyć. Przekichane, jak zawsze, będzie z tą drugą.

« | »