Parę dni temu dostałem mailem propozycję wystąpienia na jakiejś większej konferencji. Fajny bajer -- można sobie pooglądać nowe miasto, spędzić miło czas, przespać się wygodnie w wynajętym hotelu, wieczorami pogadać z ciekawymi ludźmi, a w trakcie samej prelekcji zrobić z siebie idiotę przed zgromadzoną publicznością.
Odpisałem, że nie mam żadnego tematu o którym mógłbym mówić.
Podobnie z pingwinariami. Honej mnie kopał, żebym zgłosił jakąś propozycję, ale nawet mimo faktu, że pingwinaria są bardziej imprezą towarzyską, jak merytoryczną, tej akurat publiczności nie byłbym w stanie powiedzieć niczego ciekawego.
Kwestia dostosowywania tematu do publiczności. Jeśli gadam do swoich lokalnych współstudentów, to staram się gadać o rzeczach podstawowych (a tych trochę znam), bo tego im właśnie potrzeba. Jeśli gadam do pldziarzy, to mogę pogadać o PLD, bo ich to pewnie choćby trochę zainteresuje (ale tylko ich). Jeśli gadam do "obcych", to dobrze by było, gdybym gadał o czymś, na czym się znam i co ich może zainteresować. Jakieś trzy-cztery lata temu wystąpiłem na konferencji o bezpieczeństwie komputerowym i nie mam zamiaru znowu z siebie robić publicznie idioty w ten sposób. (Gwoli wyjaśnienia: taki ze mnie spec od bezpieczeństwa, jak z koziej dupy klarnet; oczywiście podstawy znam...)
Prawda jest taka, że ja się na niczym nie znam poza poziom powiedzmy średniozaawansowany, a co za tym idzie tym co wiem nie jestem w stanie zainteresować nikogo poza "początkującymi". Nie jest to jakoś przeraźliwie dziwne, mam 22 lata, więc trudno, żebym miał rozległą wiedzę i doświadczenie w jakimkolwiek temacie... acz miło by było :) Może kiedyś.
Od dawna zastanawiałem się, czy nie udałoby mi się jakoś przekwalifikować zawodowo, bo perspektywa spędzenia reszty życia na przerzucaniu bajtów przestała mnie podniecać dłuższy czas temu, ale realistycznie patrząc -- nie, nie ma najmniejszych szans, żeby IT nie było integralną (i sporą) częścią tego, czym się będę w przyszłości zajmował, jeśli zależy mi na zarabianiu jakiś sensownych pieniędzy (a zależy; treningi tanie nie są, wino choya też nie, a benzyna nie rośnie na drzewach).
No cóż. Shit happens. Wniosek -- muszę po prostu na nowo znaleźć coś, co by mnie w tych pieprzonych komputerach zainteresowało i wykombinować jak to robić zawodowo. Ta pierwsza część mi się udała, jak byłem nastolatkiem, więc trzeba to po prostu jakoś powtórzyć. Przekichane, jak zawsze, będzie z tą drugą.