Blip z linkami do rzeczy, które czytam

30 III 2008, 23:00:10

Dużo czytam, czasami zdarza mi się przeczytać coś na tyle dobrego, że chciałbym się później móc do tego łatwo odwoływać. Dłuższy czas temu marudziłem, że rozwiązaniem byłaby odpowiednia funkcjonalność przeglądarek, ale raz -- pewnie się nie doczekam zbyt szybko i dwa -- mógłbym z tego korzystać tylko ja.

Rzeczy typu delicious jakoś mi nigdy nie odpowiadały, za to ostatnio przeglądając listę top blipowiczów stwierdziłem, że sporo osób rozpoznaję na okazję ich prawie już opuszczonych blogów (*hint* *hint*). Nie porzucę joggerusia jak ci zdrajcy, szubrawcy, cykliści i komuchy, ale blipa wykorzystam do przechowywania swoich co ciekawszych linków.

Voila. Nie powinno tam się pojawiać zbyt dużo wpisów, ponieważ mimo, że czytam dużo, to czasami kilka dni z rzędu nie trafiam na coś rzeczywiście wartego uwagi. Będę też musiał tam kiedyś powrzucać linki trzymane gdzieś w zakamarkach pamięci i dysku. I żeby nie było: tylko nie tak znowu duża część linków będzie dotyczyła IT.

Jedyny mankament to limit 160-ciu znaków, który mnie strasznie wkurzył, ale w sumie teraz go doceniam. Przynajmniej nie mogę się rozpisywać. Za to niestety w skład tego limitu wchodzą także same URL-e, ale ktoś podpięty pod blipowe bugreporty mi napisał, że nad wyeliminowaniem tego problemu już pracują.

Ja chcę do top150 (*hint* *hint*).

Szarpania się z pracą w domu ciąg dalszy

16 III 2008, 03:46:44

Jestem w połowie "Zarządzanie czasem, strategie dla administratorów systemów" i fajnie się czyta. Kilka pomysłów zdecydowanie przydatnych (np. tankowanie samochodu regularnie co tydzień o tej samej porze), większość sugestii brzmi sensownie, a na dodatek kojarzą mi się z GTD, czyli pewnie sprawdzałyby się całkiem dobrze.

Docelowy odbiorca takich publikacji wygląda tak: biuro, szef, klienci, pięć dni w tygodniu po powiedzmy osiem godzin. Główny problem -- jak zwiększyć produktywność. Sposobów jest multum: unikanie przerywników, efektywne użycie różnej maści organizerów, rozbijanie zadań na części składowe w celu ich łatwiejszego ogarnięcia (i żeby mniej odstraszały), etc., etc., ale to wszystko nadal kierowane do naszego docelowego czytelnika.

A co, jeśli nie musisz robić niczego?

Jest trzecia w nocy. Nie jestem śpiący. Poszedłem spać przed szóstą, a wstałem o piętnastej. Fakt, że wyjątkowo, bo akurat siedziałem do późna ze znajomymi. Zazwyczaj kładę się trochę wcześniej, koło czwartej. Jedyny stały punkt mojego tygodniowego programu to treningi od poniedziałku do piątku koło 17:30, więc kiedy bym nie poszedł spać i tak się zawsze wysypiam. Sypiam po 9-10 godzin.

Problem z pracą w domu polega na braku mobilizacji i natłoku “rozpraszaczy” (obiad, fajny film w tv, kobieta, rodzice, telefony od znajomych, nawet pogoda za oknem). Serio, nawet projekt za 100 tys zł nie jest dość mobilizujący.

Nie, nie jest. "[Praca w domu] to wspaniałe wyjście dla osób zdyscyplinowanych, ambitnych i pracowitych. Jeśli brak Ci którejkolwiek z cech - znajdź sobie zwykłą pracę."

Czy gdybym pięć dni w tygodniu siedział po osiem godzin w biurze, razem ze współpracownikami oraz szefem, to pozwalałbym sobie na dłuższe okresy nicnierobienia? Wątpię. Niestety mojego szefa widuję raz na pół roku (teraz pewnie siedzi w Londynie albo Los Angeles), nasi klienci to bezosobowe międzynarodowe korporacje (ich jaźń zawarta jest w gigabajtach plików Excela i PowerPointa), najbliższy współpracownik mieszka miasto obok (we Wrocławiu), a za biuro robi mi własne mieszkanie (które jak zawsze muszę posprzątać).

W firmie jak zwykle problem, bo trzeba dogodzić klientom, mój deadline upłynął dwa tygodnie temu, a ja się poruszam do przodu krótkimi nieregularnymi wybuchami aktywności. Wiem że mogę być bardziej produktywny. Drażni mnie to.

Ale jest światełko w tunelu. (Przy czym to pewnie pociąg.)

Moja lokalna firemka z której miałem się już do tej pory wycofać ostatnio poinformowała mnie, że po świętach zmieniamy lokal. Nowy znajduje się niedaleko mojego mieszkania. Chyba się jednak z niej jeszcze nie wycofam.

Gdy za pierwszym razem czytałem ten wpis nbw (z którego pochodzą powyższe cytaty) chwilę rozważałem pomysł wynajęcia jakiegoś biura w celu zwiększenia swojej produktywności, ale ostatecznie go odrzuciłem. Po pierwsze, szkoda mi było pieniędzy, a po drugie -- w ogóle nie oglądam telewizji, w domu poza książkami jedyną moją rozrywką jest komputer, więc czy w domu, czy w biurze, jak długo mam internet, wcale nie muszę pracować.

Ale jak tylko będę miał okazję wykorzystać nowy lokal, to to zrobię. Wątpię, żeby inni pracownicy się po nim kręcący działali na mnie motywująco, bo (a) to ja jestem ich przełożonym, a nie na odwrót i (b) oni i tak nie będą mieli pojęcia co ja robię, ale może jakimś cudem uda mi się wyrobić w sobie nawyk otwierania biura powiedzmy o dziesiątej i siedzenia w nim z kilka godzin. Nawet jeśli nie będę wtedy bardziej produktywny, niż zwykle, to chociaż sobie ustabilizuję godziny snu.

Tia, nadzieja matką głupich.

Eh, jeszcze tylko kilka miesięcy. Napisać inżynierkę, wynieść się do wawy, dostać normalną robotę i zostawić tę szarpaninę za sobą. Pewnie będę płakał, że zrezygnowałem ze swojej obecnej wolności (ostatnio zdecydowanie za dużo czasu spędzam ze znajomymi; ale lubię to), ale... Trzeba iść do przodu.

Raczkujące dzieci muszą mieć niską samoocenę

10 III 2008, 00:51:57

Niedawno wybrałem się ze znajomymi na łyżwy. Po raz pierwszy w życiu. Prawdę powiedziawszy nigdy wcześniej nie miałem na nogach niczego, co nie kończyłoby się zwykłą podeszwą (ani łyżew, ani nart, ani snowboardu, ani rolek, ani niczego).

Było w tym coś zdecydowanie deprymującego. Pierwsza walka? Nie wiesz co się wokół ciebie dzieje, spinasz wszystkie mięśnie, ale cośtam próbujesz, masz przeciwnika przy sobie, ruszasz się, próbujesz go pokonać. Pierwszy taniec? Plączą ci się nogi, mylisz kroki, gubisz rytm, masz problemy z zachowaniem równowagi (partnerka nie pomaga), ale cośtam tańczysz.

Pierwsza jazda? Wychodzisz na lód i uczysz się stać. Sprawdzasz jak łatwo rozjeżdżają się łyżwy. Próbujesz się przemieścić. Bardzo chcesz się chociaż trochę przemieścić. Włożywszy w to dużo skupienia, wysiłku i machania rękami udaje ci się baaardzo powoli i baaaaaaardzo niezgrabnie zmienić miejsce położenia. Po czym się wywalasz. I tak przez godzinę.

Dziwne uczucie. Możliwość bezwysiłkowego przemieszczania się jest bardzo niezauważalna, póki się jej nagle nie straci.

« | »