Raczkujące dzieci muszą mieć niską samoocenę
Niedawno wybrałem się ze znajomymi na łyżwy. Po raz pierwszy w życiu. Prawdę powiedziawszy nigdy wcześniej nie miałem na nogach niczego, co nie kończyłoby się zwykłą podeszwą (ani łyżew, ani nart, ani snowboardu, ani rolek, ani niczego).
Było w tym coś zdecydowanie deprymującego. Pierwsza walka? Nie wiesz co się wokół ciebie dzieje, spinasz wszystkie mięśnie, ale cośtam próbujesz, masz przeciwnika przy sobie, ruszasz się, próbujesz go pokonać. Pierwszy taniec? Plączą ci się nogi, mylisz kroki, gubisz rytm, masz problemy z zachowaniem równowagi (partnerka nie pomaga), ale cośtam tańczysz.
Pierwsza jazda? Wychodzisz na lód i uczysz się stać. Sprawdzasz jak łatwo rozjeżdżają się łyżwy. Próbujesz się przemieścić. Bardzo chcesz się chociaż trochę przemieścić. Włożywszy w to dużo skupienia, wysiłku i machania rękami udaje ci się baaardzo powoli i baaaaaaardzo niezgrabnie zmienić miejsce położenia. Po czym się wywalasz. I tak przez godzinę.
Dziwne uczucie. Możliwość bezwysiłkowego przemieszczania się jest bardzo niezauważalna, póki się jej nagle nie straci.

10 III 2008 o 08:29:25
:-)
10 III 2008 o 08:46:03
ja pierwszy raz na łyżwy poszedłem parę miesięcy temu. Wiem, że strasznie bolały mnie nogi, bo miałem niewygodne łyżwy. Na początku znajomi coś tam starali się mnie uczyć („odejdź od bandy”, „pochyl się bardziej”, „ugnij kolana!”), a potem po prostu wyciągnęli mnie na środek lodowiska i powiedzieli: no to jak wrócisz do bandy to nas zawołaj. I chociaż dalej nie umiem jeździć, to mniej więcej potrafię się odpychać jedną nogą :)
10 III 2008 o 09:34:45
Mam zupełnie inne odczucia. Na łyżwy po raz pierwszy w życiu wyciągnęła mnie moja Dziewczyna jakiś rok temu. Wchodzi się na lód i jest tak jakoś dziwnie stabilnie. Omijanie innych wychodzi nadzwyczaj prosto i nie ma wpadania na wszystkich dokoła, czego się obawiałem. Przez godzinę przewróciłem się dwa razy, z czego drugi dlatego, że za szybko jechałem jak na pierwszy raz.
Pamiętam też mokrą koszulkę w całości przepoconą, bolące łydki i plecy. Machanie rękami jest niewskazane, ale ciężko samego siebie przekonać, żeby tego nie robić. Za to jak już się zmusi do trzymania za pasek w czasie jeżdżenia to mniej się człowiek męczy.
Teraz jestem na etapie nauki hamowania poprzez postawienie jednej z łyżew prosotpadle do kierunku jazdy. Szkoda, że z końcem marca zamykają nam lodowisko.
10 III 2008 o 13:20:03
Racja Jajcuś, nie pomyślałem o tobie :)
10 III 2008 o 13:24:46
mmazur: to znaczy, co miałeś pomyśleć?
Ja się ucieszyłem, że znowu jestem w czymś lepszy (zapewne niedługo)... inna sprawa, że potem zrobiło mi się trochę przykro, że sam tak nie mogę — tak samo jak ostatnio na spacerku, gdy przechodziłem obok lodowiska…
Inna sprawa, że jakby nie było przeciwwskazań medycznych, to zapewne nawet przez myśl by mi nie przeszło, żeby na łyżwy się wybrać. ;-) Prędzej narty, albo nawet rolki.
10 III 2008 o 13:28:45
Pomyślałem sobie, że ostatni akapit tego wpisu brzmi dosyć zabawnie w kontekście twoich problemów z poruszaniem :)
10 III 2008 o 13:33:37
No w sumie… to może i to mnie tak rozbawiło. Ale bardziej dlatego, że łyżwy wynaleziono właśnie do praktycznie bezwysiłkowego (minimalne tarcie) poruszania się :)
10 III 2008 o 17:01:22
Jajcuś: To, że żona chce Cię zostawić dla pensji mmazura nie znaczy, że jesteś od niego gorszy ;) Głowa do góry :D
10 III 2008 o 18:14:07
E tam, Jajcuś przystojnieszy od mmazura ;>
30 III 2008 o 15:33:48
To chyba tak jak z wszystkim – najłatwiej docenić to, co utracone. Ale tutaj jeszcze dochodzi świadomość kompromitacji przed lodowiskowym zgromadzeniem.
Na łyżwach byłam w lutym i mam dość :)