Szarpania się z pracą w domu ciąg dalszy

Jestem w połowie "Zarządzanie czasem, strategie dla administratorów systemów" i fajnie się czyta. Kilka pomysłów zdecydowanie przydatnych (np. tankowanie samochodu regularnie co tydzień o tej samej porze), większość sugestii brzmi sensownie, a na dodatek kojarzą mi się z GTD, czyli pewnie sprawdzałyby się całkiem dobrze.

Docelowy odbiorca takich publikacji wygląda tak: biuro, szef, klienci, pięć dni w tygodniu po powiedzmy osiem godzin. Główny problem -- jak zwiększyć produktywność. Sposobów jest multum: unikanie przerywników, efektywne użycie różnej maści organizerów, rozbijanie zadań na części składowe w celu ich łatwiejszego ogarnięcia (i żeby mniej odstraszały), etc., etc., ale to wszystko nadal kierowane do naszego docelowego czytelnika.

A co, jeśli nie musisz robić niczego?

Jest trzecia w nocy. Nie jestem śpiący. Poszedłem spać przed szóstą, a wstałem o piętnastej. Fakt, że wyjątkowo, bo akurat siedziałem do późna ze znajomymi. Zazwyczaj kładę się trochę wcześniej, koło czwartej. Jedyny stały punkt mojego tygodniowego programu to treningi od poniedziałku do piątku koło 17:30, więc kiedy bym nie poszedł spać i tak się zawsze wysypiam. Sypiam po 9-10 godzin.

Problem z pracą w domu polega na braku mobilizacji i natłoku “rozpraszaczy” (obiad, fajny film w tv, kobieta, rodzice, telefony od znajomych, nawet pogoda za oknem). Serio, nawet projekt za 100 tys zł nie jest dość mobilizujący.

Nie, nie jest. "[Praca w domu] to wspaniałe wyjście dla osób zdyscyplinowanych, ambitnych i pracowitych. Jeśli brak Ci którejkolwiek z cech - znajdź sobie zwykłą pracę."

Czy gdybym pięć dni w tygodniu siedział po osiem godzin w biurze, razem ze współpracownikami oraz szefem, to pozwalałbym sobie na dłuższe okresy nicnierobienia? Wątpię. Niestety mojego szefa widuję raz na pół roku (teraz pewnie siedzi w Londynie albo Los Angeles), nasi klienci to bezosobowe międzynarodowe korporacje (ich jaźń zawarta jest w gigabajtach plików Excela i PowerPointa), najbliższy współpracownik mieszka miasto obok (we Wrocławiu), a za biuro robi mi własne mieszkanie (które jak zawsze muszę posprzątać).

W firmie jak zwykle problem, bo trzeba dogodzić klientom, mój deadline upłynął dwa tygodnie temu, a ja się poruszam do przodu krótkimi nieregularnymi wybuchami aktywności. Wiem że mogę być bardziej produktywny. Drażni mnie to.

Ale jest światełko w tunelu. (Przy czym to pewnie pociąg.)

Moja lokalna firemka z której miałem się już do tej pory wycofać ostatnio poinformowała mnie, że po świętach zmieniamy lokal. Nowy znajduje się niedaleko mojego mieszkania. Chyba się jednak z niej jeszcze nie wycofam.

Gdy za pierwszym razem czytałem ten wpis nbw (z którego pochodzą powyższe cytaty) chwilę rozważałem pomysł wynajęcia jakiegoś biura w celu zwiększenia swojej produktywności, ale ostatecznie go odrzuciłem. Po pierwsze, szkoda mi było pieniędzy, a po drugie -- w ogóle nie oglądam telewizji, w domu poza książkami jedyną moją rozrywką jest komputer, więc czy w domu, czy w biurze, jak długo mam internet, wcale nie muszę pracować.

Ale jak tylko będę miał okazję wykorzystać nowy lokal, to to zrobię. Wątpię, żeby inni pracownicy się po nim kręcący działali na mnie motywująco, bo (a) to ja jestem ich przełożonym, a nie na odwrót i (b) oni i tak nie będą mieli pojęcia co ja robię, ale może jakimś cudem uda mi się wyrobić w sobie nawyk otwierania biura powiedzmy o dziesiątej i siedzenia w nim z kilka godzin. Nawet jeśli nie będę wtedy bardziej produktywny, niż zwykle, to chociaż sobie ustabilizuję godziny snu.

Tia, nadzieja matką głupich.

Eh, jeszcze tylko kilka miesięcy. Napisać inżynierkę, wynieść się do wawy, dostać normalną robotę i zostawić tę szarpaninę za sobą. Pewnie będę płakał, że zrezygnowałem ze swojej obecnej wolności (ostatnio zdecydowanie za dużo czasu spędzam ze znajomymi; ale lubię to), ale... Trzeba iść do przodu.

  1. 1. Jajcuś

    Ja mam bardzo podobną sytuację: szefa widzę raz na rok, najbliższy współpracownik w Gdańsku. Ale od początku tego układu ustaliłem, że potrzebuję biura, bo w domu nie wiele zrobię. I biuro, do którego starałem się chodzić codziennie na 8:00 i wychodzić o 16:00, rzeczywiście pomaga w samodyscyplinie. Teraz leżę w domu, to jest nieco trudniej, ale i wymagania co do mnie są tymczasowo mniejsze.

    A czy poradziłbym sobie w całkiem normalnej pracy? Nie wiem… jestem samoukiem, który pracował zawsze samodzielnie (nawet w zespole, gdy został „kierownikiem”). Nie mam zielonego pojęcia o prawdziwej pracy w zespole i nie jestem pewien, czy bym jej podołał.

    I jeszcze jedna sprawa co do innych osób kręcących się w biurze: plotkowanie z kumplami wcale nie gorzej potrafi zżerać czas niż samotne czytanie blogów. W wielu biurach życie towarzyskie kwitnie nie gorzej od zawodowego (na niekorzyść tego drugiego). Czasem koledzy zamiast motywować wręcz przeszkadzają temu, kto akurat chce w danej chwili pracować.

  2. 2. DeeJay1

    @Jajcus: co prawda to prawda, ale czasem takie życie towarzyskie potrafi sprawić, że zespół lepiej pracuje i bez zająknięcia przejmuje się obowiązki kogoś, kto na przykład akurat zachorował. Mnie osobiście to kierownik potrafi najbardziej zdezorganizować pracę ;)

    Praca w domu jest ciężka, szczególnie jak się „normalna praca” jest w innym zawodzie i wraca się po 8 godzinach do domu – zostaje czas na obiadek, postukanie tu i tam, przeczytanie części poczty (zaległości wynoszą jakieś 1800 maili, na szczęście 3/4 z tego mnie nie interesuje – listy z czasem się high traffic zrobiły hehe), kolacja i spać, żeby znów nad papierami nie zasnąć następnego dnia…

  3. 3. Jajcuś

    DeeJay1: nie twierdzę, że to życie towarzyskie nie pomaga… podobnie swoje zalety ma luz samotnej pracy, gdy można sobie zrobić przerwę na przejrzenie blogów, czy pójście na spacer. Tak czy siak, oprócz dyscypliny czasem dobrze zrobić sobie trochę luzu. I dla jednego będzie lepsze indywidualne opierdalanie się, a dla innych opierdalanie stadne ;-)

Adde commentarium: (textile lite)