Moje preferencje zawodowe, a mała przedsiębiorczość
Ostatnio firma dla której pracuję odczuwa pewną presję finansową, a co za tym idzie pracownicy są pod presją, żeby tworzyć nowe rozwiązania, które będzie można oferować klientom. I dzięki całej tej sytuacji odnalazłem coś ważnego. Przypomniałem sobie co to znaczy, gdy mam konkretną wizję tworzonego systemu, gdy z dnia na dzień widzę, że jest postęp, a rzeczy zaczynają działać zgodnie z zamierzeniami. Gdy po tygodniu rzeczywistej pracy mam działające, dobrze przemyślane demo. Przypomniałem sobie dlaczego tyle lat temu mogłem siedzieć nad PLD i dłubać w paczkach tyle czasu, napisać automatykę, czy robić pierwsze systemy dla w/w pracodawcy. Znowu jestem na bieżąco z LWN-em i listami PLD-owymi. Jest fajnie.
(Oczywiście mój blip na tym poważnie ucierpiał, ale doba nie jest z gumy. Zobaczymy jaki sobie wypracuję rytm dnia na najbliższe kilka tygodni/miesięcy. Wątpię, żebym przetrzymał bez przynajmniej niewielkiej regularnej dawki reddita.)
Uświadomiwszy sobie na powrót co jeszcze może mnie informatycznie kręcić [1], poszedłem sprawdzić co z tego jestem w stanie znaleźć w swojej lokalnej firemce (lokalna firemka!=firma z pierwszego akapitu). Wczoraj usiadłem ze wspólnikiem i pogadaliśmy sobie o tym, jak on widzi źródła przychodów firmy informatycznej w niezbyt dużym mieście (mając rok działalności i doświadczeń za pasem). Jego cele/przewidywania: 60% z umów serwisowych dla firm, pozostałe 40% to proste projekty programistyczne poprzetykane sporadycznie czymś minimalnie ambitniejszym (pomijam klientów indywidualnych na typowe "pogotowie informatyczne"). Czyli nic dla mnie.
[1] Używanie nowych/bardziej zaawansowanych umiejętności/doświadczenia do szybkiego tworzenia/prototypowania (dla mnie) nowych działających systemów. Bonusy za konieczność douczenia się nowej technologii w trakcie.
Umowy serwisowe to zazwyczaj jeżdżenie do klienta i naprawianie mu albo sprzętu, albo użeranie się z Windowsami/dziwnymi programikami. Projekty "programistyczne" to w 90% proste strony www (z flashem), a w pozostałych przypadkach jakieś proste systemy obsługi czegokolwiek, ale też z interfejsem po www. Nie znam się na tych rzeczach, poznać nie chcę (zwłaszcza piekiełka zwanego html/css/js), a w ogóle to wszystko straszne nudy.
Czyli pracy to ja tu nie znajdę. Zajmuję się adminką jednego serwera (PLD z vserverami pod xenem) i wystarczy. Nie mam natomiast nic przeciwko czerpaniu dochodów. Niestety na tak małym rynku jest to raczej utrudnione. Stawki mamy niskie, pracownicy zarabiają niewiele, więc firma większość przychodów przeznacza na koszty stałe i pensje dla pracowników. Płacić takim darmozjadom jak ja jakiś sensownych pieniędzy po prostu nie ma z czego.
No więc temu trzeba zaradzić. Wspólnik twierdzi, że tak naprawdę wszystkie firmy potrzebują obsługi informatycznej, bo prawie wszyscy mają komputery, a prawie nikt nie wie jak z nich sensownie korzystać i się nimi zajmować (stąd te 60% na umowy serwisowe) i praktycznie nikomu nie opłaca się zatrudniać na pełen etat informatyka. Zgoda. Czyli oferując tani [2], kompetentny i spersonalizowany [3] outsourcing IT powinno dać się załapać sporą część tych mas malutkich firemek, które są poutykane po biurach na zadupiu, bądź wręcz po prywatnych mieszkaniach. Nawet bardzo tanie rynki robią się dochodowe przy odpowiedniej skali.
[2] Tani tani. Paręset złotych dla jednoosobowej minifiremki to jest dużo, bo to są pieniądze, których dany człowiek nie może wydać na ubranie czy jedzenie.
[3] Spersonalizowany -- zgłaszając się do średniej/dużej firmy ładujesz się w dział obsługi klienta. W małej/średniej firmie możesz gadać bezpośrednio z szefem, obsługiwać cię może zawsze tych samych dwóch ludzi (z których jeden może być szefem ;), oni sami będą się pewnie interesować sposobami na usprawnienie działania twojej firmy, etc, etc. Moja teoria jest taka, że jeśli sam nie wiesz czego ci potrzeba, to zdecydowanie łatwiej jest sobie niezobowiązująco pogadać z szefem zaprzyjaźnionej firemki, niż próbować szczęścia z BOK-iem czegoś większego.
Ale podczas wczorajszej rozmowy jedna rzecz mi nie dawała spokoju -- czy nie powinniśmy być w stanie zaoferować czegoś więcej albo bardzo bardzo tanio, albo wręcz za darmo w ramach naszej oferty, tak, żeby nasz mały klient miał wrażenie, że nie jesteśmy tylko ludźmi od naprawiania komputerów, ale że rzeczywiście na swój sposób chcemy mu pomóc w lepszym prowadzeniu interesu, że zależy nam na jego wydajności i sukcesie (cholera, gadam jak marketoid). No i na podstawie opisów konkretnych firm, z jakimi miał do czynienia wspólnik ostatnimi czasy, w trakcie rozmowy wpadłem na bardzo prosty, nie wymagający od nas wielkich nakładów, pomysł, mogący potencjalnie osiągnąć wymienione cele i otworzyć nam dostęp do tego rynku. Wspólnik przyznał, że koncepcja jest bardzo dobra, ma potencjał i zdecydowanie trzeba ją wdrożyć i zobaczyć co da. A o co konkretnie chodzi? No cóż, tajemnica handlowa. ;) Jeśli docelowo nie wypali, to pewnie opiszę o co chodziło (i dlaczego moim zdaniem się nie udało).
P.S.
Właśnie mi się przypomniało. Nasza (większa) lokalna konkurencja wpadła na pomysł blokowania maili od nas na swoich serwerach, co oznacza, że nie możemy się kontaktować ze wspólnymi klientami (a mamy takich). Indagowana przeze mnie konkurencja powiedziała, żebym spadał na /dev/drzewo, bo nie jestem ich klientem, więc ze mną nie będą gadać. Strasznie mnie ta małomiasteczkowość ucieszyła, więc zapukałem do naszego wspólnego klienta z prośbą o pełnomocnictwo (w końcu robimy za ich outsourcowany dział informatyczny, więc ma sens, żebyśmy gadali z firmą u której się hostują), po czym udałem się do konkurencji. Co z tego wyniknie dowiem się w poniedziałek. Stay tuned.

10 VIII 2008 o 21:04:32
To jest legalne i uczciwe? Nie zakrawa to trochę na pewien rodzaj cenzury? Nie jest to umyślne działanie na szkodę? To tak, jakby poczta polska odmówiła dostarczania przesyłek adresowanych do inpostu czy innej tego typu firmy…
10 VIII 2008 o 21:22:39
Zgaduję, że podpada to pod nieuczciwą konkurencję, czy coś w ten deseń, acz powoli, spokojnie, zobaczymy najpierw do jakiego poziomu oni chcą to eskalować i do jakiego stopnia mają zamiar wykazywać złą wolę :) Mnie (i wspólnika) cała sytuacja niezmiernie bawi i ja się raczej nie zniechęcę, nawet, gdybym miał do nich łazić codziennie :)
11 VIII 2008 o 00:29:25
Akurat tego typu nieczyste zagrania zdarzają się wszędzie – bez względu na to, czy to informatyka, czy to gastronomia ;) Podoba mi się działanie „z uśmiechem na ustach” – to zazwyczaj mocno pomaga w tego typu sytuacjach ;]
11 VIII 2008 o 12:45:14
To nie jest tekst o własnej technice pisania bezwzrokowego.