Pieprzony amerykański rynek nieruchomości

18 IX 2008, 21:07

Że też kurwa mać pieprzona globalna recesja musiała się zacząć akurat teraz. Grrr. W sumie nigdy nie jest dobry moment i nie planuję w najbliższym czasie przymierać głodem, ale zdecydowanie preferowałbym rok temu, albo za trzy lata, a nie teraz.

Mam nadzieję, że tym debilom z USA uda się jakoś to w miarę ustabilizować i uniknąć kompletnego posypania się gospodarki, bo przed czymś takim pewnie reszta świata by się nie wybroniła. Zobaczymy. No i, szlag by ich trafił, niech w końcu wymyślą taki system w którym takie rzeczy nie są możliwe i banki są od bezpiecznego trzymania pieniędzy klientów, a nie idiotycznego przepieprzania ich na bezmózgie inwestycje.

A swoim wnukom będę odpowiadał (zakładając, że zachodnia cywilizacja się jakoś utrzyma przez następne kilkadziesiąt lat) jak to w połowie 2008 roku zeszliśmy się z ich babcią i że świat ciężko za to zapłacił... ;)

Homo philosophus

12 IX 2008, 02:35

Jestem po rozmowie kwalifikacyjnej na filozofię na lokalnym uniwerku [1]. Dostałem się. Jeśli sprawy zawodowe wrócą do nieobciążającej normy, to przynajmniej będę miał zapewnioną rozrywkę na jakiś czas. A jak nie, to po prostu zrezygnuję -- nic nie tracę.

[1] Rozmowa tylko dla staromaturowców. Ot, dyskryminacja.

Niestety mam poważne wątpliwości, czy uda mi się przetrzymać pierwszy semestr. Rozmawiało ze mną trzech chybadoktorów: jeden archetypicznie oderwany od rzeczywistości (chudy, zarośnięty, używający dużej ilości dziwnych terminów), a dwóch nie. Problem, że z tymi oderwanymi też będę miał zajęcia i zaliczenia. Zakłady w instytucie to: Historia Filozofii, Filozofia Człowieka, Ontologia i Epistemologia, Etyka i Komunikacja Społeczna oraz Logika i Metodologia Nauki. Pierwsze trzy to najprawdopodobniej będą kompletne pierdoły, których prawie na pewno nie uda mi się przeżyć. Czwarty brzmi potencjalnie interesująco (jeśli nie bezpośrednio, to chociaż jako źródło nowych koncepcji), ostatni natomiast to jest właśnie to, po co tam idę. Logika fajna rzecz (na informatyce miałem jeden semestr, tu będą trzy), natomiast ja tak naprawdę chciałbym studiować Naukę. [2] Niestety taki kierunek studiów nie istnieje i jedyne jego przybliżenia mogę znaleźć właśnie na filozofii. [3] W jakim stopniu mi się to uda, dowiem się w ciągu najbliższych paru miesięcy.

[2] Zakres materiału: historia nauki, (obecna) metoda naukowa, główne problemy świata, przegląd istniejących obecnie dziedzin nauki wraz z ich fundamentalnymi aksjomatami, ograniczeniami, dziedzinami, obecnymi trendami, aplikowalnością, metodologią rozwoju (np. humany typu socjologia opierają się głównie na badaniach statystycznych; fizyka nie), etc, etc. Same fajne rzeczy. Pozwala np. rozumieć ograniczenia obecnej cywilizacji.

[3] I jest to bardzo bardzo niefortunne. Obecnie zastosowanie normalnej filozofii jest żadne. Jest ona jeszcze mniej przydatna, niż większość humanów (zawodowo taka polonistyka przygotowuje przynajmniej do nauczania polskiego; a filozofia?). Jedyne przydatne jej kawałki to te, które jeszcze mają coś wspólnego z nauką (logika, historia nauki, może te kwestie etyczno-moralne, hgw czy coś więcej). Imho powinno się te rzeczy przenieść na inne, mniej kojarzące się z mało zaradnymi ludźmi kierunki (Nauka!), a filozofię przechrzcić na "historię filozofii" i opłacać jej nauczanie na maksymalnie dwóch uczelniach w państwie.
A, jeśli ktoś ma mi zamiar tłumaczyć, jaka to filozofia jest przydatna do wielu różnych rzeczy (cytując promo mojej nowej uczelni: [absolwenci] cechują się dużą elastycznością na rynku pracy, hehehe), to niech najpierw uważnie przeczyta ten tekst. W skrócie: nie, nie jest. Ani trochę.

P.S.
Kobieta mnie natchnęła do trochę innego pomysłu -- po jakiego wafla mam iść na uniwerek, żeby ładować sobie kolejne rzeczy do głowy, skoro i tak robię to regularnie sam z własnej inicjatywy. Jeśli mi się nudzi, to przecież mogę poszukać kursów czegoś praktycznego. Murarz-tynkarz, florysta (to chyba ten od układania bukietów; nie mylić z florecistą), piekarz, hydraulik, cokolwiek. Przynajmniej będę później do czegoś przydatny.

Polska Partia Socjalistyczna (P.P.S.)
A żeby dzień był jeszcze ciekawszy, gdy jechałem na trening, jakiś pijak zwalił się przede mną na jezdnię, rozwalił sobie łeb i stracił przytomność. Musiałem przy nim czekać, aż przyjedzie pogotowie i go zabierze. Dobrze, że miał wystarczająco oleju w głowie, żeby się wykopyrtnąć zanim byłem na tyle blisko, żeby mu jeszcze poprawić samochodem.

Archeologia elektroniczna i wspomnień czar

07 IX 2008, 02:33

Mój kmail raportuje ponad 7000 wysłanych wiadomości, gdzie najstarsza jest datowana na styczeń 2002 roku (wtedy to mi założyli stałkę i wtedy też przeszedłem na PLD). Ale to nic.

Właśnie udało mi się odkopać tarballa z moimi mailami jeszcze z czasów windowsowych. Archiwum The Bata! (pewnie jakaś prehistoryczna wersja :), a najstarszy mail datowany na czerwiec 1999.

9 lat temu miałem lat 14. Trochę to przerażające. Czytać własnych wypocin to ja raczej nie mam zamiaru (boję się), ale chociaż zobaczymy strukturę katalogów, co ja też mogłem robić jak miałem 14-16 lat... Argante (lcamtuf, moja ty pierwsza miłości), Ghisler (byłem betatesterem total/windows commandera i podsyłałem poprawki do tłumaczeń; dostałem licencję za friko; teraz jej używam na Viście Magdy :), niejaka Dominika (rówieśniczka, była przedstawicielką w jakimś międzynarodowym parlamencie dzieci, czy czymś), magiczny flet (Artur Skura, przeklęte niech będzie jego antyortograficzne nazwisko, ma już pewnie z 77 lat), pld (właśnie sobie przypomniałem mój usenetowy post z 17 września 1999 i mnie telepie; niedługo rocznica), tp-niet (bezużyteczny protest polskich internautów ca 2001), bugtraq/sec-prog/vuln-dev (lcamtufie, ja bym dla ciebie wszystko, muzo ty moja), crackpl/revpl (asm mi się bardzo przydał przy nauce C; softice uber alles; no i faq mnicha uber alles), 7team (whoa, przecież ja byłem w prawdziwym crackteamie! nic w nim nie robiłem, ale byłem). Zdecydowanie byłem internetowo hiperaktywnym dzieckiem. Ciekawym, czy miało to coś wspólnego z absolutnym brakiem życia towarzyskiego ;)

Na usenecie z tego okresu można mnie wygooglać, ale na szczęście nikt IRC-a nie indeksuje, a logi mają tendencję do znikania z dysku po jakimś czasie. Chooociaż. Hmmm. Na ep09 udało mi się znaleźć irclogi z 2002. Starsze nie miały prawa przeżyć, acz mogły istnieć, bo za czasów 0202122 (nadal pamiętam!) się wchodziło na jakieś #wiedzminy, czy gdzie tam jeszcze. Nawet mam autograf sapka z tego okresu :)

Aż się łezka w oku kręci. Pierwsze włosy na twarzy, pierwsze pryszcze, pierwsze nieudolne próby niegapienia się na cycki koleżanek. Ah, młodość.

Bardzo mmazurowy wozik robi papa :(

04 IX 2008, 02:58

Na umierającym amerykańskim rynku nieruchomości coraz więcej osób stwierdza, że ma w nosie swoje nowe domy, bo właśnie skończyły im się oszczędności, a bieżące dochody nie wystarczają na spłacanie kredytu. Więc niech se bank ten niespłacony dom zabiera.

Dla osoby pod finansową ścianą jest to zapewne wyzwalająca decyzja. Rzecz w tym, że inteligentnym rozwiązaniem jest przewidywanie takiego rozwoju wypadków i pozbywanie się zbytnio obciążających budżet "inwestycji" zanim uda im się wydrenować nasz portfel do czysta.

Niestety łatwiej powiedzieć, niż zrobić. W praktyce jest to bardzo obciążająca psychicznie decyzja, z prostego powodu: osoba która i tak już nic nie ma, tak naprawdę nic nie traci pozbywając się "inwestycji" na której już ją po prostu nie stać. Ktoś, kto rezerwy finansowe jeszcze ma, bardzo nie lubi myśleć o tym, że zaraz straci gigantyczne ilości pieniędzy, które w międzyczasie włożył w swoje cacko, a których już nie odzyska. Bardzo bardzo narzuca się myślenie "podokładam jeszcze z miesiąc, bo mnie stać, a później może jakoś będzie".

Pieprzony kapitalizm. Rzeczywiście to nie my mamy przedmioty, tylko one nas.

Moje główne źródło dochodów od jakiegoś czasu cienko przędzie i nie jest pewne, czy przeżyje najbliższe kilka miesięcy. Moja kobieta będzie tu studiować jeszcze przez dwa lata, a jeśli będę zmuszony szukać zatrudnienia na opolskim rynku IT, to finansowo będzie to bardzo nieprzyjemne. Moje auto natomiast jest ładne, srebrne, wygodne, dużo palące, mocno przeze mnie doinwestowane i wymagające jeszcze paru poważnych inwestycji. Inwestycji na które kilka miesięcy temu byłem spokojnie gotów, ale które w obecnej sytuacji i przy moich obecnych priorytetach w żadnym razie nie powinienem ryzykować.

I nie zaryzykuję. Samochód trzeba sprzedać i nie kupować nowego póki nie będę wiedział, że mam ustabilizowaną sytuację finansową. (A jak kupować, to profilaktycznie taki z niższej półki, bo z obecnymi priorytetami muszę zdecydowanie mniej ryzykować finansowo.)

A że mnie szlag trafia na myśl o tym, że walizka pieniędzy, których w międzyczasie w niego włożyłem, pójdzie do kosza? Eh. Życie.

« prev | next »