Nudzi mi się. W obu pracach robię właściwie za admina, w jednej od xena z PLD, w drugiej od blade'ów z Ubuntu. Jednak chęć dogłębnego rozumienia dystrybucji, której używam, wyniosłem z młodości, więc poznawanie Ubuntu (i różnych dziwadeł typu glusterfs) jest całkiem ciekawe, ale... to jednak praca. Gdyby mi za to nie płacili, to bym się za to nie zabrał.
Od paru lat mam ten dziwny stan, gdy poznawanie nowych technologii to tylko kwestia czasu, a nie jakiegoś wyzwania. Mam już wystarczająco cierpliwości, żeby po prostu przeczytać całą dokumentację od początku do końca, jeśli jest mi to rzeczywiście potrzebne (mercurial pwnz), ale żeby np. zainteresować się architekturą tegoż mercuriala? Wgryźć się we wnętrzności i napisać patcha, czy dwa? No cóż, radocha z tego, że upstream mergnął moje wypociny zdecydowanie maleje z każdym wytworzonym patchem, tak, że w chwili obecnej najpierw się zastanawiam, czy mogę bez danej funkcji żyć, później, czy mogę sobie zrobić jakiegoś własnego hacka, a dopiero na końcu rozważam grzebanie w źródłach, po czym kończę rozważania i idę pooglądać następny odcinek House'a. Case in point: w trakcie czytania hgbooka poprawiłem parę literówek, ale przy
błędach w treści ograniczyłem się do wysłania maila autorowi. Jego sugestię, bym poprawił i podesłał patcha olałem. Nie chciało mi się zastanawiać jak to poprawnie rozwiązać :(
Eh. Pewnie kwestia wyrobienia magicznych 10k godzin.
Dlatego zacząłem szukać rzeczy, których mógłbym się uczyć od początku.
Poszedłem studiować filozofię i w sumie się nie zawiodłem. Poza sporą ilością głupot [1], jednak regularnie dostaję niewielką dawkę ciekawych dla mnie informacji na temat genezy obecnej nauki i jak ona się wpisuje w szerszy kontekst. Swoją edukację filozoficzną zakończę najprawdopodobniej po pierwszym roku, więc i tak będę musiał sobie po prostu znaleźć książkę na ten temat i doczytać, ale nie powiem, żeby nie było warto. Ciekawe to, a kadra jest zaskakująco dobrze wykwalifikowana.
[1] Ktoś chce, żebym mu wytłumaczył implementację obiektowości w Pythonie w terminach Platońskich idei? Bo umiem. Nie wiem po co, ale umiem.
Ale to mało. W piątek byłem na organizowanym przez politologów wykładzie z rednaczem Gazety Opolskiej, Markiem Świerczem. Ciekawie facet gadał i przynajmniej już wiem dlaczego zawód dziennikarza nie jest dla normalnych ludzi.
Parę tygodni temu stwierdziłem, że ponabijam się trochę z humanistów i wraz z moją kobietą wybraliśmy się na pierwsze w tym roku akademickim spotkanie socjopatów internetu. Plan na ten rok jest taki, żeby wymyślić jakąś definicję "bliskości w tle" [2], po czym stwierdzić co w tejże bliskości jest sensownym zbadać, jak to zbadać (jeśli w ogóle się da), no a na końcu zbadać. Nie ma jak precyzyjne cele, ni? :) Nie pomaga fakt, że prowadzący jest mocno chaotyczny i trzeba go trochę popchnąć, żeby cokolwiek się ruszyło.
[2] Oryginalny termin: ambient intimacy. W skrócie: utrzymywanie kontaktów towarzyskich przez w znacznej mierze pasywne śledzenie blogów, naszych klas, statusów gg, etc.
Ale znowu, opłaciło się. Mi się wcześniej wydawało, że badanie w którym nie uczestniczy statystycznie sensowna grupa osób i z którego później nie wychodzą jakieś liczby (tzw. badanie ilościowe), to tylko strata czasu, bo tak naprawdę nic się z tego przydatnego nie dowiaduję (nie mogę uogólniać, wyciągać wniosków aplikowalnych do większej grupy ludzi). Właśnie czytam książkę "Prowadzenie badań jakościowych" (badania jakościowe to te z których nie wychodzą liczby) i jest tam bardzo prosta argumentacja, mniej więcej w ten deseń: nie zawsze się da przeprowadzić badanie ilościowe, więc bez badań jakościowych byśmy uniemożliwiali jakikolwiek typ poznania pewnych fragmentów rzeczywistości. No i w sumie... kilka obszernych wywiadów z paroma przedstawicielami jakiejś kultury da mi zawsze większe o niej pojęcie, niż kompletny brak danych (z badań statystycznych na pięciu kosmitach mi praktycznie z definicji wyjdą głupoty, więc już lepiej ograniczyć się do wywiadów i obserwacji zachowań).
Zainspirowany nowym odkryciem podharcerzyłem mojej kobiecie (studiuje polonistykę) "Teorie badań literackich" Zofii Mitosek i spora część wstępu okazała się poświęcona zagadnieniu: czy w badaniach literackich daje się cokolwiek ustalić i czy istnieje jakaś spójna metodologia. Wniosek nie był zerojedynkowy, ale dowiedziałem się przynajmniej tyle, że naukom humanistycznym i owszem udało się co nieco ustalić. Scenopis trudno pomylić z powieścią, co to jest narrator i podmiot liryczny pewnie większość osób wie, a terminy takie jak geneza, funkcja, czy struktura utworu są używane w większej ilości nauk humanistycznych. I nie powstała ta wiedza w ramach rozwoju fizyki, czy matematyki.
I żadnej z tych rzeczy nie dowiedziałbym się, gdyby nie studia na uniwerku.
...a w następnej kolejności rozważam kurs gotowania.