Jednak Linux

16 II 2009, 00:25

Pół roku temu zapowiedziałem, że jak będę zmieniał laptopa, to pewnie się na Vistę albo OS X-a przeniosę. W skrócie: stary laptop mi zmarł, więc kupiłem nowy, ale dalej siedzę na Linuksie, a na dodatek moja kobieta też, bo mnie poprosiła o migrację. Poza tym z desktopami ostatnio trochę lepiej.

Ale po kolei.

Nowy laptop przyszedł z biznesową wersją Visty na pokładzie, więc mogłem się nią trochę pobawić i była całkiem fajna. Niestety przez trzy dni nie miałem na czym pracować, więc musiałem szybko podjąć decyzję co dalej. Przeważyły dwie rzeczy:

1. Po zabawach z Vistą Magdy wiedziałem już, że Windowsy są zdecydowanie mniej konfigurowalne od desktopów linuksowych, więc musiałbym spędzić sporo czasu (i bardzo niewykluczone, że pieniędzy) na osiągnięcie tej samej funkcjonalności, a i tak nie miałem gwarancji, ze mi się to uda.

2. Migracja danych byłaby czasochłonna. Głównie przerażało mnie przecięcie poczty -- nie dość, że mam jej dużo na dysku, to jeszcze zostaje wykrywaniem spamu, konfiguracja kont i dużo filtrów. Do tego dochodzą konfigi firefoksa, psi, rss-y i pewnie jakieś tam pomniejsze rzeczy.

Czyli -- dużo roboty, niepewne wyniki i właściwie sam do końca nie wiedziałem co miałbym przez to osiągnąć. I czy za parę tygodni bym nie stwierdził, że to była bardzo błędna decyzja. Prawda jest taka, że ja nie robię za dużo na swoim komputerze, a to, co robię, to w końcu jednak dokonfigurowywuję.

Ciekawie było jakiś czas później, gdy Magda mi zasugerowała, żeby jej zainstalować Linuksa, bo mi system to w sumie po prostu działa, a jej Vista po roku od kupna komputera chodzi jak żółw i robi bardzo dziwne rzeczy. Backup, instalacja Ubuntu 8.10, migracja danych, no i:

The good:

  • System od paru miesięcy po prostu działa i nic mu się nie dzieje. Właścicielka nie chce wracać do Visty.
  • Rhythmbox jest fajny. Przynajmniej na początku.
  • Wirtualne pulpity są fajne.
  • Instalacja i aktualizacja softu są proste.
  • Klikalny support dla zamkniętych sterowników jest fajny.

The bad:

  • Wifi broadcoma jest niedopracowane. Na szczęście wykombinowałem, żeby wyłączyć sprzętowe szyfrowanie i od tego czasu działa stabilnie.
  • Transmission (klient bittorrenta) ma upierdliwe niedoskonałości. Odpowiednie bugi zostały zgłoszone.
  • Compiz ma artefakty. Do tego powodował bardzo poważny problem z firefoksem, który na szczęście udało się obejść.

The ugly:

  • Prawda jest taka, że gdyby nie ja, to Magdzie nie udałoby się doprowadzić systemu do stanu używalności. Acz jak już został doprowadzony, to jest bardzo fajnie.

W ogóle to była moja pierwsza okazja pobawienia się dłużej Ubuntu i muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. Ogólnie system jest całkiem dopracowany (jeden z trzech dyskryminujących błędów był związany z zamkniętymi sterownikami), a GNOME jest wygodny w użyciu. Przynajmniej w porównaniu do mojego KDE 3.5.

Acz cholera wie jak to będzie w dalszej perspektywie. Wygląda na to, że zmiany w KDE4 jednak długofalowo wyjdą projektowi na dobre i zrobi się z tego nowoczesne środowisko, które może GNOMA przegonić (i, co ważniejsze, być godnym rywalem MS-a i Apple'a). Zwłaszcza podoba mi się koncepcja integrowania (płynnie degradowalnej) funkcjonalności kompozytowego (?; tego z efektami '3d') desktopu z normalnym window managerem, a nie używanie kompletnie osobnego projektu do tego. Compiz fajny jest, ale to jest masa (a) potencjalnie niestabilnego i nieprzetestowanego kodu i (b) nikomu niepotrzebnej funkcjonalności. Serio, po chwili zabawy z opcjami, 95% efektów i tak pozostaje wyłączona. (A sam projekt próbuje nie umrzeć i nie wiadomo, czy mu to wyjdzie).

X.org też ostatnio wydaje pozytywne odgłosy. Wygląda na to, że The Open Source Way jednak jest wydajniejszą metodą produkcji oprogramowania i, dysponując znacznie mniejszymi siłami, uda się dogonić konkurentów.

Acz tu zaznaczam, że i tak jesteśmy znacznie w plecy. Linux dopiero teraz dorabia się nowoczesnej architektury dla desktopu i to na razie mają support dla chyba paru chipów intelowskich. Będzie co najmniej połowa 2010, zanim użytkownik będzie mógł wziąć dystrybucję, wrzucić do komputera i być pod niesamowitym wrażeniem tego, że jego karta graficzna jest obsługiwana tak dobrze, jakby normalnie pracował na Windowsie XP w roku 2001.

(Ciekawym jakie po drodze będą jaja z zamkniętymi sterownikami do NVIDII i ATI, gdy przyjdzie pora korzystać w nich z nowych interfejsów kernelowych.)

A ALSA? Cholera wie. Może kiedyś dorobimy się odpowiedniej ilości kodu wyższego poziomu, żeby linuksowy system dźwiękowy z piekła rodem Po Prostu Działał i pozwalał w łatwy sposób korzystać z czegoś więcej, niż podstawowej funkcjonalności. A może nie i akurat dźwięk na zawsze pozostanie piętą achillesową. Bo na to, że zajdą jakieś drastyczne zmiany na niższym poziomie i sama ALSA zostanie jakoś przerobiona, raczej nie liczę. Zresztą imho byłby to poważny błąd.

A ja za jakiś czas sobie pewnie przetestuję kde4 wraz z najnowszymi iXami, bo chyba mam w laptopie odpowiednią kartę Intela, żeby mi to działało jak trzeba.

Moje największe informatyczne wpadki

10 II 2009, 02:43

Zainspirowane tym wpisem.

1. Pisząc wiele lat temu automatykę ftp-ową do pld, wstawiłem tam demona lockującego (o, to). Fakt, oryginalnie miał robić też kilka innych rzeczy, ale w praktyce nigdy tego nie zakodowałem, więc zamiast paru prostych flocków jest osobny proces i gadanie z nim po unix sockecie.

2. Używanie lokalnych mysql-i jako miejsca do logowania danych, by je później zasysać na centralnego mysql-a i tam obrabiać. I to wszystko na kilkudziesięciu maszynach. W praktyce był to bardzo czasochłonny w maintainowaniu i podatny na błędy koszmarek, który na szczęście nie jest już w użyciu. (Przy padach maszyn bazy się psuły, trza je było ręcznie naprawiać, a update schematu bazy na parudziesięciu maszynach był... upierdliwy.) Serio, już lepiej pisać do pliku, jeśli się nie korzysta z jakiś dedykowanych rozwiązań dla systemów rozproszonych (hadoopy, czy coś).

3. linux-libc-headers. Eh. Przez sporo releasy kerneli 2.6.x upgrejdowałem parędziesiąt mega nagłówków (katalog "include" ze źródeł linuksa) ręcznie przy pomocy diffa i patcha. Tak, jestem skończonym idiotą. Obecnie z umiejętnością używania rzeczy typu mercurial (czy też po przeszkoleniu się w gicie) maintainowanie czegoś takiego byłoby pewnie o rząd wielkości łatwiejsze. Chooooociaż. To były czasy 2.6.0, rok 2003, git nie powstał jeszcze przez półtora roku. Ha! Nie jestem idiotą, tylko prawdziwym twardzielem! (Właśnie sobie uświadomiłem, że grzebałem w zdecydowanie fajniejszych rzeczach, jak byłem nastolatkiem :(

4. Backupy. Udało mi się w jednej firmie już kilka razy odtwarzać/odzyskiwać dane, bo ktoś/ja nie dopilnował, ale ewidentnie uczę się bardzo powoli, gdyż w chwili obecnej jestem odpowiedzialny za co najmniej kilka systemów, którym od dawna mam dorobić sensowny backup, a które, jeśli umrą, to spowodują, że będę miał bardzo przekichane. I nie tylko ja. Ale już niedługo wszystko będzie backupowane. Serio serio. (Dzisiaj miałem badblocka na laptopie i tak się przeraziłem, że szybko zapuściłem mój autobackup. Okazało się, że poprzedni był we wrześniu...)

5. Programistyczny mainstream. W javie zdarzało mi się dłubać, bo musiałem coś zmodyfikować, ale nigdy nie potrafiłbym sam napisać całego programu. C++ poznałem za gówniarza w stopniu podstawowym i nigdy tej wiedzy nie pogłębiłem (nigdy się na przykład nie nauczyłem tej debilnej składni ichnich templejtów). Ostatnie IDE, jakiego używałem z własnej woli (studia pomijam), to były jakieś MS Visual C++ za czasów Windowsowych, czyli przed 2002. Miałem wtedy 14-16 lat. C znam dobrze (sporo grzebałem; eskpertem nie jestem), pythona wystarczająco (cały czas używam, ale gigantycznych systemów nie pisałem). Czyli jak patrzę na ogłoszenia o pracę, to właściwie nie mam w nich czego szukać.

6. Windows. Chcielibyście zatrudnić administratora, który musi się chwilę w głowę podrapać, żeby znaleźć panel administracyjny, bo fizycznie Windowsy ogląda raz na pół roku przez pięć minut? No właśnie. Powinienem był się bardziej zdywersyfikować. Że dywersantem zostać.

Więcej grzechów nie pamiętam. Jeśli sobie jeszcze kilka przypomnę, to wrzucę drugą część tego wpisu.

Oczywiście liczę na rozpoczęcie łańcuszka. Jeśli namówisz dwóch innych blogerów na opublikowanie listy takiej, jak powyższa, to spotka cię wielka miłość/fiskus zabierze ci trochę mniej wypłaty (niepotrzebne skreślić). Serio serio.

« prev | next »