Informacyjnie indukowana impotencja decyzyjna

23 V 2009, 17:37

Jeśli umie się szukać, sieć potrafi dostarczyć niezliczonej ilości mądrze brzmiących powodów dla których decyzja, którą chce się podjąć, jest właśnie tą najsłuszniejszą. A ja, mając tego faktu świadomość, staram się zawsze dostać do argumentacji przeciwnej, bo a nuż trafi mi ona do przekonania i zmienię zdanie. A nawet jeśli nie zmienię, to wolę podejmować decyzje mając świadomość wszystkich dostępnych opcji. Nie chroni mnie to oczywiście przed podejmowaniem decyzji błędnych, ale jakoś tak jestem skonstruowany, że wolę stwierdzić "o, jednak ziścił się ten scenariusz, który oceniłem jako mniej prawdopodobny", niż "WTF, w ogóle nie pomyślałbym, że to się może przydarzyć".

Od jakiegoś czasu zauważam, że takie podejście niestety bardzo mocno ogranicza rzeczywistą ilość decyzji, jakie jestem w stanie podjąć. Omówię to na przykładzie Rafała. Co przemawia za Rafałem:

  1. Wiedźmin jest cool.
  2. Saryusz-Wolski to wyexpiony boss na wysokim poziomie, więc jego poparcie coś znaczy.
  3. Mój znajomy, którego osądowi ufam, stwierdził, że Rafał naprawdę zna się na tej całej unioeuropejskiej robocie.
  4. Rafał ma takie CV, które u mnie wzbudza zaufanie -- widać w nim dużo expa.

A teraz jak wyglądają wątpliwości związane z powyższą argumentacją:

  1. To, że Żebrowski kogoś popiera, jest mało istotne. Żebrowski może mi się nawet kojarzyć z w miarę sensowną osobą, ale prawda jest taka, że kompletnie nic o nim nie wiem. Facet może uważać, że szczepionki to narzędzie szatana, a sam leczyć się homeopatycznie. Musiałbym go risercznąć, acz w praktyce nie warto, bo naprawdę głupim pomysłem jest traktować artystów jak autorytety.
  2. O Saryuszu-Wolskim też tak naprawdę nic nie wiem. Wiem tyle, że ma inteligentnie brzmiące nazwisko, które jako brand kojarzy mi się jakimiś europejskimi sprawami. Acz na codzień może być homeopatycznym kreacjonistą. Musiałbym go risercznąć.

  3. Jedna dobra rzecz, to zapewnienie o kompetencji przez kogoś, kogo kompetencji (i umiejętności oceny takich rzeczy) w miarę ufam. Musiałbym na temat Rafała z owym znajomym pogadać i wywiedzieć się więcej. Przy czym...
  4. ... w (ogólnie pojętym :) CV stoi także niejaki salon24 oraz PO. Salon mi się (pewnie głównie za sprawą WO) kojarzy raczej negatywnie, więc musiałbym zrobić dosyć rozległy risercz, jak wyglądała Rafałowa aktywność na tymże salonie. Analogiczna sprawa jest z Platformą -- tak jak republikanom się demokraci kojarzą z nienawidzącymi swojego kraju pedziami, tak mi się polska prawica automatycznie kojarzy z religijnymi i faszyzującymi nieukami, a PO jednak mi się kojarzy prawicowo. Więc musiałbym bardzo rozlegle risercznąć czym się Platforma na forum europejskim zajmuje w sprawach mnie interesujących, a jeśli czymś, z czym się nie zgadzam, to do jakiego stopnia Rafał będzie musiał przestrzegać dyscypliny partyjnej (tzn. czy jest to dla mnie akceptowalne zło).
  5. Jakby tego było mało, kilka odcinków House'a temu scenarzyści uświadomili mi, że tylko mi się wydaje, że jestem mniej podatny na oszustwa, niż przeciętny człowiek. Tak naprawdę można spokojnie zrobić listę sygnałów społecznych, które ludzie tacy jak ja interpretują jako zapewniające o kompetencji i dobrych intencjach, po czym z łatwością je podrobić. Ja serio byłem w ciężkim szoku, że kupiłem tamto oszustwo tak samo gładko, jak biedny Taub. I mi się teraz odzywają dzwonki alarmowe w głowie, jak patrzę na zajebistą listę referencji Rafała.

Z powyższego wynika, że żeby rzeczywiście zagłosować z czystym sumieniem na Rafała, musiałbym wykonać wręcz idiotyczną ilość riserczu, czego na pewno nie zrobię, bo nie nudzi mi się aż do tego stopnia. Czyli co, nie głosować?

No właśnie niestety nie. Polecam przeczytać ten esej Yudkowsky'ego w całości. Podsumować go mogę tak: jeśli zobaczysz jak większe dziecko bije mniejsze dziecko, to pewnie myślisz, że masz trzy możliwe reakcje:

  1. Interweniować w obronie mniejszego.
  2. Mniejszy powinien się nauczyć, żeby nie zaczepiać silniejszych. Przyda mu się ta nauka.
  3. Eh, dzieci. Jestem dorosły, nie mam zamiaru się błaźnić mieszając w takie rzeczy.

Problem polega na tym, że drugi i trzeci scenariusz różni się czymś tak naprawdę tylko i wyłącznie w czyjejś głowie. Brak reakcji, niezależnie od powodów, jest w efekcie przyznaniem silniejszemu prawa bicia słabszego. Tak naprawdę wybory są tylko dwa.

Mając tego świadomość, nie mogę kwestii rafałowej "rozwiązać" stwierdzeniem, że podjęcie zadowalającej mnie decyzji jest po prostu zbyt trudne, więc postanawiam "zachować neutralność" i niech inni decydują za mnie. W efekcie jest to równoważne z podjęciem decyzji o (statystycznie nieistotnym) zwiększeniu przewagi głosowej kandydatom o poglądach odmiennych, niż moje własne. Innymi słowy przyznaję "rację" (prawo decydowania) stronie przeciwnej.

Oczywiście dosyć kluczowym jest tu ten nawias mówiący o tym, że to, co ja zadecyduję w tej konkretnej sprawie politycznej jest tak naprawdę statystycznie nieistotne. Przy czym ja jestem akurat na takim etapie życia, że staram się szukać "filozofii życiowych"[1] aplikowalnych szerzej dla mojego pokolenia i ludzi o podobnym usposobieniu i w podobnej sytuacji życiowej.

[1] Właściwie to bardziej konkretnych implementacji i praktycznych zaleceń; mam małe zaufanie do potencjalnie nadmiernej ogólnikowości tzw. "filozofii życiowych".

Eh, przydałaby się jakaś pointa. Najsensowniejsze, co jestem w stanie wymyślić, to że po prostu powinienem na takiego Rafała i jemu podobnych głosować, bo, przy ograniczonych zasobach, jakie jestem w stanie na to poświęcić, jest on wyborem potencjalnie najbardziej bliskim temu, co chciałbym swoim głosem osiągnąć.

Ogólniejszy wniosek natomiast jest taki, że dla ludzi takich jak ja, tak naprawdę najlepszym wyjściem jest albo bardzo mocno wkręcić się w interesujące nas aspekty polityki (i może publikować swoje znaleziska), albo wręcz zacząć jakoś współpracować z ludźmi, na których chcielibyśmy głosować, żeby móc ich poznać w wystarczającym stopniu, by głosować z czystym sumieniem.

Iiiiijasne, zwłaszcza to drugie brzmi bardzo wykonalnie. (A komitety wyborcze kojarzą mi się z wykorzystywaniem naiwniaków do robienia głupich rzeczy. O.)

Stare media po prostu wymrą

19 V 2009, 23:08

Jest bardzo prawdopodobne, że tradycyjne gazety po prostu powymierają. Najlepiej poradzą sobie te publikacje, za które ludzie będą skłonni płacić, głównie niszowe adresowane do profesjonalistów. Sam płacę za subskrypcję lwn-a, a gdybym był księgowym, to bym pewnie jakieś gazety podatkowe subskrybował. Poza tym -- śmierć masowa, dodatkowo przyspieszona obecnym kryzysem.

Co zamiast? To, co teraz, tylko bardziej. Globalny kryzys? Chętnie poczytam komentarze finansistów. Nowe ustawodawstwo? Najciekawsza będzie opinia ludzi bezpośrednio przez nowe prawo dotkniętych (ewentualnie jakaś meta-analiza któregoś z think-tanków). Ba, nawet bieżące przepychanki polityczne, od których nota-bene jestem kompletnie izolowany, bo nie czytam polskich źródeł informacji, byłyby pewnie ciekawsze opisywane przez, nie wiem, historyka? W żadnym z powyższych nie ma miejsca na tradycyjny zawód dziennikarza. A już na pewno nie takiego, za którego usługi byłbym skłonny płacić. Nawet przy przekazywaniu informacji ów dziennikarz nie ma czego szukać, bo, po pierwsze, w obecnych czasach jak komuś (np. kandydatowi partyjnemu) zależy na wysłaniu jakiejś informacji w eter, to i tak sam udostępnia swoje materiały w sieci, a po drugie, nie trzeba pracować w gazecie, żeby umieć posiedzieć na takiej konferencji i później spisać swoje wrażenia. Wiem, że w USA odpowiednio znani blogerzy dostają od jakiegoś czasu przepustki prasowe, nie wiem jak to u nas się rozwinęło.

Najfajniejsze w tym wszystkim będzie to, że ja w końcu będę miał dostęp do informacji, które mnie rzeczywiście mogą zainteresować, a które praktycznie nie miały szans na pojawienie się (głównie z powodów ekonomicznych) w starych mediach. Chciałbym mieć bieżący dostęp do informacji o wszystkich aktach wandalizmu i agresji (a przynajmniej tych zauważanych przez spółdzielnię i/lub docierających do straży miejskiej/policji) w mojej dzielnicy. Miło by było mieć wgląd w to, co robi i na co wydaje pieniądze moja spółdzielnia (i to taki stały, a nie raz na kwartał, jak wydadzą gazetkę z tymi informacjami). W sumie nie mam zielonego pojęcia czym się na co dzień zajmuje samorząd miasta. Ciekawym jak wygląda ilość uczniów i wolnych miejsc w okolicznych szkołach. Jak już będę miał dzieci, to pewnie bym się nie obraził o łatwy dostęp do ogłoszeń parafialnych z jego szkoły. Etc, etc.

Znowu -- praktycznie żadna z powyższych informacji nie jest na tyle ważna, żeby istniał ekonomiczny sens płacenia komukolwiek za ich zbieranie. Lokalne dzienniki starają się robić przekrój wszystkich "potencjalnie ważnych" informacji przez co 99% ich zawartości jest dla mnie kompletnie nieinteresująca (dobra, kłamię, nigdy nawet żadnego nie wrzuciłem do czytnika rss; ale co jakiś czas przeglądam papierowe wydanie i prawie niczego nie czytam!). Dodatkowo w gazecie coś musi być, więc jak nie ma niczego rzeczywiście ważnego (a zazwyczaj nie ma), to się idzie w tani sensacjonalizm, który jeszcze dodatkowo aktywnie odstrasza mnie, jako czytelnika.

Jedyna szansa, bym rzeczywiście miał łatwy dostęp do interesujących mnie informacji będzie wtedy, gdy zostanie przekroczona pewna masa krytyczna zinformatyzowania społeczeństwa. Różni ludzie mają różne zainteresowania i w różny sposób spędzają czas wolny. Ja dłubię w open source. Ktoś tam edytuje wikipedię. A mój 76-letni dziadek napisał krótką historię swojej spółdzielni mieszkaniowej, której przez wiele lat był pracownikiem, do jakiegoś jubileuszowego albumiku[1]. Tacy ludzie istnieją i uważam za bardzo prawdopodobne, że będą się w coraz większych ilościach brali za tego typu zajęcia. Zwłaszcza, że jest to potencjalnie bardzo miłe, jeśli piszesz nie do grupy ludzi rozproszonych po całym kraju, tylko właściwie bezpośrednio do własnej społeczności, do ludzi, którzy mogą cię dzięki temu rozpoznać na ulicy[2].

[1] Ciekawym, czy ją gdzieś opublikowali w sieci. Pewnie nie, bo jeszcze nie myślą tymi kategoriami.

[2] Eh, zamarzyła mi się redukcja typowej dla miast anonimowości mieszkańców, a wszystko dzięki rozwojowi internetu.

Nie mogę się już doczekać tego braku wymuszonego sensjacjonalizmu (jak nie ma o czym pisać, to nie piszesz; nikt ci za to przecież nie płaci). Fakt faktem tego typu odbiór informacji jest znacznie trudniejszy, niż przeczytanie gazety. Kto wie, może tradycyjne media przetrwają właśnie jako agregatory wiadomości dla ludzi zbyt pogubionych w sieci, by potrafili je sobie samemu znaleźć? Tym bardziej nie będą owe tradycyjne media tak ważne, jak teraz. I jeszcze nudniejsze.

Jedna rzecz mnie wszak zastanawia. Mam niejasne przeczucie, że coś takiego byłoby znacznie łatwiejsze do przeprowadzenia w mieście małym, a nie dużym. W dużej metropolii tego typu inicjatywy byłyby zbyt rozproszone, zbyt trudno byłoby się do nich dostać. W Opolu zajęcie się sprawami jednej spółdzielni to jest parędziesiąt procent całego miasta. W takiej Warszawie klosz anonimowości może być nie do rozbicia.

Coś się zaczyna

03 V 2009, 02:06

Zgodnie z planem za dwa miesiące powinniśmy już z narzeczoną mieszkać w Warszawie, więc spędzamy sporo czasu rozważając wszystkie za i przeciw i upewniając siebie nawzajem, że to jest właściwy wybór. Wad przenosin jest sporo, główne to wysokie koszty życia, w tym idiotycznie wysokie ceny mieszkań (i niechęć do brania kredytu na 30 lat), a w konsekwencji poważne problemy z posiadaniem dzieci, bo te dzieci trzeba za coś utrzymać.

W Opolu takich problemów nie ma, ale tylko przy założeniu, że do końca życia będę pracował zdalnie, zarabiając pensję warszawską, a wydając ją tutaj. Bardziej prawdopodobne, że prędzej czy później musiałbym znaleźć robotę na miejscu. I wtedy stałbym się bardzo smutnym człowiekiem.

Ale tak naprawdę tutaj trudno nie stać się smutnym człowiekiem. Gdy byłem sam, moje życie składało się z pracy w domu, różnej maści treningów pięć dni w tygodniu, stołowania się w lokalnych restauracjach i spędzania czasu ze znajomymi z radia studenckiego. Z Magdą nasze życie składa się w zasadzie z dokładnie tego samego (powiedzmy, że jej studia odpowiadają mojej pracy), tylko w innych proporcjach (domowe obiadki zamiast restauracji, mniej treningów i znacznie mniej znajomych).

Wtedy miałem tego po dziurki w nosie i teraz też mam (a Magda ze mną), tak się po prostu na dłuższą metę nie da żyć. Jeszcze gdy byliśmy sami, spędzanie czasu ze znajomymi było o tyle ciekawe, że coś trzeba jednak robić, żeby się nie zanudzić na śmierć, a przy okazji można szukać partnera. Ale teraz? Mamy parunastu wspólnych znajomych oraz grupę ludzi, których znamy ze studiów, gdzie ja studiować przestałem dawno temu, a Magda przestanie za półtora miesiąca. Ze znajomych, z którymi któreś z nas utrzymuje regularny kontakt, praktycznie wszyscy są, w dowolnej kombinacji: sami, młodzi, dopiero testujący kim są i co lubią, bez konkretnych planów co robić w życiu, bądź z planami sprowadzającymi się do zachowania status quo.

Chcę sobie pogadać z kimś na tematy zawodowe? Nie mam z kim. Magda chce sobie pogadać z kimś doświadczonym w branży na tematy zawodowe, żeby mieć jakieś pojęcie w którą stronę najlepiej próbować? Nie ma z kim. Chcielibyśmy sobie spędzić czas w gronie znajomych na podobnym etapie życia? Nie mamy takich. Chcielibyśmy sobie pogadać z kimś starszym, preferowalnie już dzieciatym, o tym jakie wybory mamy do dyspozycji i co nas może czekać w przyszłości? Nie mamy z kim.

W tym mieście po prostu praktycznie nie istnieje pewna kategoria ludzi. Jak niedawno byłem u honejów, to ich do późna w nocy zamęczałem gadaniem na te tematy, bo ja fizycznie nie mam z kim o tym rozmawiać, a rozmawiać chcę, bo to są sprawy, które bezpośrednio dotyczą mnie, nas, w tej chwili. I to są decyzje, które musimy podejmować i nawet nie mamy się kogo zapytać o dostępne scenariusze.

Tak, możliwe, że się przeliczymy. Że w Warszawie wszyscy będą tylko zapierniczać jak małe samochodziki i nikt na nic nie będzie miał czasu. Że jako ojciec stwierdzę, że i tak nie mam ani czasu ani ochoty na absolutnie nic innego poza zajmowaniem się dziećmi i żoną.

Ale kurwa mać najpierw sprawdzę wszystkie możliwe sposoby na to, by mieć ciastko i zjeść ciastko, zanim po prostu rzucę ręcznik i oleję wszystko.

A zacznę od otoczenia się ludźmi o podobnym nastawieniu.

« prev | next »