Asperger, ty bucu
13 I 2010, 21:12Nie, nie masz zespołu Aspergera. Jeśli publicznie twierdzisz, że masz, to poważnie się zastanów, czy nie używasz tej "diagnozy":
- jako odznaki honorowej, bo przecież wszyscy fajni, bardzo inteligentni nerdzi mają Aspergera, i/lub
- jako wymówki dla swoich słabych zdolności społecznych.
Po pierwsze -- nawet jeśli jakiś prawdziwy psycholog powiedział ci, że kwalifikujesz się na Aspergera (a tak naprawdę nigdy nie rozmawiałeś z psychologiem, po prostu przeczytałeś artykuł na wikipedii, co nie?), to nie oznacza to wcale zbyt dużo. Jeśli rzeczywiście myślisz o sobie w kategoriach geekowo-nerdowych, to powinieneś rozumieć o co chodzi w nauce i metodzie naukowej. Co za tym idzie powinieneś wiedzieć, że fizyka i matematyka są bardzo mocno naukowe (a co za tym idzie powtarzalne, weryfikowalne, etc.), a cała reszta już niekoniecznie. Medycyna, taka normalna od chirurgów i antybiotyków, jest całkiem nieźle naukowa, ale (na nasze nieszczęście) dalej sporo jej do ideału. Psychologia natomiast wypada tutaj mocno blado. O ile część zaburzeń (pewnie zwłaszcza z zakresu psychiatrii klinicznej) jest całkiem nieźle sklasyfikowana, opracowane są skuteczne metody ich leczenia, ba, znane są nawet ich genetyczne podstawy, o tyle różne syndromy i inne zespoły, zwłaszcza te kulturowo popularne jak Asperger właśnie, mają bardzo nieostre kryteria klasyfikacji i kompletnie nieznaną przyczynę. Istnieją spore wątpliwości, czy w ogóle mają jakąkolwiek przyczynę i nadają się do "leczenia", czy też może po prostu podpadają pod jakiś kawałek spektrum ludzkich zachowań.
Nie jesteś chory na Aspergera, jesteś po prostu (upraszczając) dosyć inteligentny, masz specyficzne zainteresowania oraz zbyt mało rozbudzoną potrzebę kontaktów towarzyskich, żeby zmusić się do rozmawiania o tym, o czym rozmawiają twoi rówieśnicy (czyli, z twojego punktu widzenia, kompletnych pierdołach). Analogicznie najpopularniejszy chłopak w twojej klasie nie ma, hmm, zaburzenia aspołecznego, tylko po prostu jest tak okablowany, żeby bardzo chcieć być towarzyski, więc przez wiele lat starał się taki być i teraz już doszedł do dużej wprawy.
I druga sprawa -- używanie Aspergera jako wymówki, że przecież jestem nerdem, to nie mam życia towarzyskiego i w ogóle dziwny jestem. Nie masz życia towarzyskiego, bo taki jest twój wybór. Niekoniecznie do końca świadomy, ale twój. Wmawianie sobie, że przecież masz Aspergera, więc nie ma szans, żebyś był w stanie prowadzić "normalne" życie towarzyskie, jest szukaniem wymówek i oszukiwaniem siebie. Tak, jak najbardziej istnieje możliwość, że z różnych stylów życia, najbardziej odpowiadałby ci styl samotnika, ale to jesteś w stanie definitywnie stwierdzić dopiero starając się żyć bardziej w społeczeństwie przez jakiś czas i dochodząc do wniosku, że ci to jednak nie do końca odpowiada. I przez "w społeczeństwie" nie mam na myśli "w szkole". Szkoła jest bardzo sztucznym miejscem, a twoi rówieśnicy są tylko dziećmi i interakcje z nimi z założenia będą wyglądać znacznie inaczej, niż z osobami dorosłymi. Dzieckiem-nastolatkiem szkolnym jesteś przez naście lat. Osobą dorosłą, przy obecnej przeżywalności, spokojnie z pięćdziesiąt, może nawet siedemdziesiąt-osiemdziesiąt lat. Decydowanie co robić przez ten drugi okres na podstawie relatywnie krótkiego i mocno niereprezentatywnego okresu pierwszego, jest bardzo głupią decyzją.
I wierz mi, na twój obecny stan wpływ ma sporo rzeczy i twój mityczny Asperger niekoniecznie jest tutaj dominujący. Gdyby twoi rodzice mieli więcej możliwości i pomysłów na kontrowanie twojego wstępnego braku umiejętności społecznych, gdy byłeś jeszcze młody, to kto wie, może przez miniony czas byś doszedł do jakiejś sensownej wprawy i w ogóle byś o tym nie myślał. Ba, gdybyś nie był jedynakiem, tylko miał dwójkę starszych braci, to pewnie nie miałbyś wyjścia, tylko przez te lata być przynajmniej trochę bardziej oblatany w kontaktach z innymi ludźmi, niż jesteś. Takich "gdyby" jest wiele. I działają one także w drugą stronę. Gdyby rodzice tego popularnego chłopaka w podstawówce potrafili lepiej zaprzyjaźnić go z jakimś ciekawym tematem, to może poszedłby do dobrego technikum, wkręcił się np. w (zaawansowaną) mechanikę samochodową i skończył na studiach inżynierskich. Nadal potencjalnie może to zrobić, mając już te dwadzieścia klika lat, ale najpierw musi sobie wybić z głowy, że jest totalnym nieukiem i nieudacznikiem. (Ludzie serio mają takie zwroty w życiu.)
I nie ma tu żadnego "ale ja jestem inny, ty nie zrozumiesz". Mój koronny dowód że się da, ma na imię Magdalena i za pół roku (z hakiem) zostanie moją żoną. A uwierz mi, nie jesteś większym nerdem ode mnie, koniec końców wszyscy byliśmy podobni.
I żeby było jasne -- ja nie twierdzę, że zostaniesz najpopularniejszym człowiekiem na dzielni. Jest to jak najbardziej do wykonania, jeśli bardzo chcesz, ale jeśli nie chcesz, to też dobrze. Nie musisz być naj. Wystarczy, że będziesz wystarczająco towarzyski, żeby być zadowolony z poziomu swojej towarzyskości. Ludzie są różni, lubią różne rzeczy w różnym stopniu.
Możesz mi zaufać, wiem co mówię. Po półtora roku mieszkania z kobietą wiem jak drastycznie różne mogą być reakcje dwojga ludzi na te same sytuacje i to na najbardziej podstawowym, emocjonalnym poziomie. Jak bardzo może się różnić podstawowe okablowanie, przemyślenia (lub ich brak), emocje wywoływane daną sytuacją (lub ich brak), jej obraz. W zaufaniu powiem ci, że lubię o sobie myśleć jako o całkowicie przeciętnym człowieku, zwłaszcza w kontekście towarzyskim. Jeszcze w Opolu miałem grupę zupełnie normalnych znajomych i nie miałem problemu w dogadywaniu się z nimi. Nie jest to do końca prawda i Magda potwierdza, że ewidentnie odstawałem swoimi reakcjami na tle innych. I tak, z tyłu głowy wiem o tym, ale nie przeszkadza mi to myśleć o sobie w tym kontekście jako o całkowitym przeciętniaku. Skoro Piotrek był jednym z najspokojniejszych, najbardziej łagodnych i po prostu najbardziej uprzejmych ludzi, jakich miałem okazję poznać, a jakoś nikt nie zwracał uwagi na to, że jest "inny", to czemu ja mam być ze swoim zestawem cech?
Więc dobrze ci radzę, powiedz Hansowi, że jest bucem i nie chcesz mieć z nim więcej do czynienia, po czym skup się nad tym, co chcesz osiągnąć i jak to zrobić. Garść konkretniejszych porad:
- Jeśli po prostu nie rozumiesz na jakiej zasadzie działają interakcje w grupie, to poczytaj na ten temat. Psychologia ma te tematy rozgryzione dosyć dokładnie już od dosyć dawna, więc przyswajalnych, popularnonaukowych książek jest sporo. Skoro jesteś nerdem, to nie powinieneś mieć problemów z przeczytaniem ze zrozumieniem książeczki, czy dwóch. Ja tak zrobiłem, zadziałało.
- Z empatią i emocjami jest jak z innymi funkcjami mózgu, są trenowalne. Za pierwszym razem może nie wpadniesz w trakcie rozmowy na to, co dany ton głosu oznacza, ale za trzecim może to być automatyczne. (Acz nie oczekuj tu cudów, niektórzy są w tym po prostu naturalnie lepsi.)
- Zacznij uprawiać coś fizycznego. Ja polecam brazylijskie jiujitsu (i ogólnie nieuderzane, zapaśnicze sporty). Moja ogrowata budowa (krótkie nogi, długi tułów, długa szyja, długa głowa, krępa budowa) i łatwość w przybieraniu wagi były upierdliwe aż do czasu, gdy się nie okazało, że pozwalają na względnie łatwe nabranie i utrzymanie całkiem sensownej ilości mięśni. Fakt faktem w chwili obecnej jestem oficjalnie otyły, ale nadal jestem w stanie robić pompki i podciągać się na drążku. Za nastolatka nie byłem tego w stanie robić ważąc kilkadziesiąt kilogramów mniej.
- Zacznij uprawiać coś fizycznego, z kobietami. Tak, to też, jeśli ci się uda, ale akurat teraz chodzi mi o taniec. W wieku bodajże lat 21 poszedłem na kurs tańca dla początkujących. Półtora roku później, będąc już na grupie turniejowej, razem ze swoją 17-letnią partnerką wystąpiłem na turnieju tańca w Brzegu, gdzie przebrany w idiotyczny strój (czarne, obcisłe, lekko błyszczące i bardzo wysokie spodnie; przy mojej, erm, mało smukłej budowie) zatańczyłem tak, że zajęliśmy ostatnie miejsce, przegrywając z dużą ilością znacznie ode mnie młodszych dzieciaków. Nie umierałem w trakcie z zażenowania, nic mi nie było, zatańczyłem jak umiałem najlepiej, a teraz mam zabawną historyjkę do opowiadania. A jak poznałem Magdę, to mogłem ją z czystym sumieniem zaciągnąć na tańce. Da się.
- Ale nie da się z dnia na dzień. Planuj w miesiącach i latach. Ja planowałem, żeby w ciągu kilku lat mieć dziewczynę. Dwa lata później zeszliśmy się z Magdą. Kolejne dwa lata i bierzemy ślub. I przynajmniej pod tym względem mam spokój na resztę życia, nie muszę się męczyć wracając do pustego domu.