Asperger, ty bucu
Nie, nie masz zespołu Aspergera. Jeśli publicznie twierdzisz, że masz, to poważnie się zastanów, czy nie używasz tej "diagnozy":
- jako odznaki honorowej, bo przecież wszyscy fajni, bardzo inteligentni nerdzi mają Aspergera, i/lub
- jako wymówki dla swoich słabych zdolności społecznych.
Po pierwsze -- nawet jeśli jakiś prawdziwy psycholog powiedział ci, że kwalifikujesz się na Aspergera (a tak naprawdę nigdy nie rozmawiałeś z psychologiem, po prostu przeczytałeś artykuł na wikipedii, co nie?), to nie oznacza to wcale zbyt dużo. Jeśli rzeczywiście myślisz o sobie w kategoriach geekowo-nerdowych, to powinieneś rozumieć o co chodzi w nauce i metodzie naukowej. Co za tym idzie powinieneś wiedzieć, że fizyka i matematyka są bardzo mocno naukowe (a co za tym idzie powtarzalne, weryfikowalne, etc.), a cała reszta już niekoniecznie. Medycyna, taka normalna od chirurgów i antybiotyków, jest całkiem nieźle naukowa, ale (na nasze nieszczęście) dalej sporo jej do ideału. Psychologia natomiast wypada tutaj mocno blado. O ile część zaburzeń (pewnie zwłaszcza z zakresu psychiatrii klinicznej) jest całkiem nieźle sklasyfikowana, opracowane są skuteczne metody ich leczenia, ba, znane są nawet ich genetyczne podstawy, o tyle różne syndromy i inne zespoły, zwłaszcza te kulturowo popularne jak Asperger właśnie, mają bardzo nieostre kryteria klasyfikacji i kompletnie nieznaną przyczynę. Istnieją spore wątpliwości, czy w ogóle mają jakąkolwiek przyczynę i nadają się do "leczenia", czy też może po prostu podpadają pod jakiś kawałek spektrum ludzkich zachowań.
Nie jesteś chory na Aspergera, jesteś po prostu (upraszczając) dosyć inteligentny, masz specyficzne zainteresowania oraz zbyt mało rozbudzoną potrzebę kontaktów towarzyskich, żeby zmusić się do rozmawiania o tym, o czym rozmawiają twoi rówieśnicy (czyli, z twojego punktu widzenia, kompletnych pierdołach). Analogicznie najpopularniejszy chłopak w twojej klasie nie ma, hmm, zaburzenia aspołecznego, tylko po prostu jest tak okablowany, żeby bardzo chcieć być towarzyski, więc przez wiele lat starał się taki być i teraz już doszedł do dużej wprawy.
I druga sprawa -- używanie Aspergera jako wymówki, że przecież jestem nerdem, to nie mam życia towarzyskiego i w ogóle dziwny jestem. Nie masz życia towarzyskiego, bo taki jest twój wybór. Niekoniecznie do końca świadomy, ale twój. Wmawianie sobie, że przecież masz Aspergera, więc nie ma szans, żebyś był w stanie prowadzić "normalne" życie towarzyskie, jest szukaniem wymówek i oszukiwaniem siebie. Tak, jak najbardziej istnieje możliwość, że z różnych stylów życia, najbardziej odpowiadałby ci styl samotnika, ale to jesteś w stanie definitywnie stwierdzić dopiero starając się żyć bardziej w społeczeństwie przez jakiś czas i dochodząc do wniosku, że ci to jednak nie do końca odpowiada. I przez "w społeczeństwie" nie mam na myśli "w szkole". Szkoła jest bardzo sztucznym miejscem, a twoi rówieśnicy są tylko dziećmi i interakcje z nimi z założenia będą wyglądać znacznie inaczej, niż z osobami dorosłymi. Dzieckiem-nastolatkiem szkolnym jesteś przez naście lat. Osobą dorosłą, przy obecnej przeżywalności, spokojnie z pięćdziesiąt, może nawet siedemdziesiąt-osiemdziesiąt lat. Decydowanie co robić przez ten drugi okres na podstawie relatywnie krótkiego i mocno niereprezentatywnego okresu pierwszego, jest bardzo głupią decyzją.
I wierz mi, na twój obecny stan wpływ ma sporo rzeczy i twój mityczny Asperger niekoniecznie jest tutaj dominujący. Gdyby twoi rodzice mieli więcej możliwości i pomysłów na kontrowanie twojego wstępnego braku umiejętności społecznych, gdy byłeś jeszcze młody, to kto wie, może przez miniony czas byś doszedł do jakiejś sensownej wprawy i w ogóle byś o tym nie myślał. Ba, gdybyś nie był jedynakiem, tylko miał dwójkę starszych braci, to pewnie nie miałbyś wyjścia, tylko przez te lata być przynajmniej trochę bardziej oblatany w kontaktach z innymi ludźmi, niż jesteś. Takich "gdyby" jest wiele. I działają one także w drugą stronę. Gdyby rodzice tego popularnego chłopaka w podstawówce potrafili lepiej zaprzyjaźnić go z jakimś ciekawym tematem, to może poszedłby do dobrego technikum, wkręcił się np. w (zaawansowaną) mechanikę samochodową i skończył na studiach inżynierskich. Nadal potencjalnie może to zrobić, mając już te dwadzieścia klika lat, ale najpierw musi sobie wybić z głowy, że jest totalnym nieukiem i nieudacznikiem. (Ludzie serio mają takie zwroty w życiu.)
I nie ma tu żadnego "ale ja jestem inny, ty nie zrozumiesz". Mój koronny dowód że się da, ma na imię Magdalena i za pół roku (z hakiem) zostanie moją żoną. A uwierz mi, nie jesteś większym nerdem ode mnie, koniec końców wszyscy byliśmy podobni.
I żeby było jasne -- ja nie twierdzę, że zostaniesz najpopularniejszym człowiekiem na dzielni. Jest to jak najbardziej do wykonania, jeśli bardzo chcesz, ale jeśli nie chcesz, to też dobrze. Nie musisz być naj. Wystarczy, że będziesz wystarczająco towarzyski, żeby być zadowolony z poziomu swojej towarzyskości. Ludzie są różni, lubią różne rzeczy w różnym stopniu.
Możesz mi zaufać, wiem co mówię. Po półtora roku mieszkania z kobietą wiem jak drastycznie różne mogą być reakcje dwojga ludzi na te same sytuacje i to na najbardziej podstawowym, emocjonalnym poziomie. Jak bardzo może się różnić podstawowe okablowanie, przemyślenia (lub ich brak), emocje wywoływane daną sytuacją (lub ich brak), jej obraz. W zaufaniu powiem ci, że lubię o sobie myśleć jako o całkowicie przeciętnym człowieku, zwłaszcza w kontekście towarzyskim. Jeszcze w Opolu miałem grupę zupełnie normalnych znajomych i nie miałem problemu w dogadywaniu się z nimi. Nie jest to do końca prawda i Magda potwierdza, że ewidentnie odstawałem swoimi reakcjami na tle innych. I tak, z tyłu głowy wiem o tym, ale nie przeszkadza mi to myśleć o sobie w tym kontekście jako o całkowitym przeciętniaku. Skoro Piotrek był jednym z najspokojniejszych, najbardziej łagodnych i po prostu najbardziej uprzejmych ludzi, jakich miałem okazję poznać, a jakoś nikt nie zwracał uwagi na to, że jest "inny", to czemu ja mam być ze swoim zestawem cech?
Więc dobrze ci radzę, powiedz Hansowi, że jest bucem i nie chcesz mieć z nim więcej do czynienia, po czym skup się nad tym, co chcesz osiągnąć i jak to zrobić. Garść konkretniejszych porad:
- Jeśli po prostu nie rozumiesz na jakiej zasadzie działają interakcje w grupie, to poczytaj na ten temat. Psychologia ma te tematy rozgryzione dosyć dokładnie już od dosyć dawna, więc przyswajalnych, popularnonaukowych książek jest sporo. Skoro jesteś nerdem, to nie powinieneś mieć problemów z przeczytaniem ze zrozumieniem książeczki, czy dwóch. Ja tak zrobiłem, zadziałało.
- Z empatią i emocjami jest jak z innymi funkcjami mózgu, są trenowalne. Za pierwszym razem może nie wpadniesz w trakcie rozmowy na to, co dany ton głosu oznacza, ale za trzecim może to być automatyczne. (Acz nie oczekuj tu cudów, niektórzy są w tym po prostu naturalnie lepsi.)
- Zacznij uprawiać coś fizycznego. Ja polecam brazylijskie jiujitsu (i ogólnie nieuderzane, zapaśnicze sporty). Moja ogrowata budowa (krótkie nogi, długi tułów, długa szyja, długa głowa, krępa budowa) i łatwość w przybieraniu wagi były upierdliwe aż do czasu, gdy się nie okazało, że pozwalają na względnie łatwe nabranie i utrzymanie całkiem sensownej ilości mięśni. Fakt faktem w chwili obecnej jestem oficjalnie otyły, ale nadal jestem w stanie robić pompki i podciągać się na drążku. Za nastolatka nie byłem tego w stanie robić ważąc kilkadziesiąt kilogramów mniej.
- Zacznij uprawiać coś fizycznego, z kobietami. Tak, to też, jeśli ci się uda, ale akurat teraz chodzi mi o taniec. W wieku bodajże lat 21 poszedłem na kurs tańca dla początkujących. Półtora roku później, będąc już na grupie turniejowej, razem ze swoją 17-letnią partnerką wystąpiłem na turnieju tańca w Brzegu, gdzie przebrany w idiotyczny strój (czarne, obcisłe, lekko błyszczące i bardzo wysokie spodnie; przy mojej, erm, mało smukłej budowie) zatańczyłem tak, że zajęliśmy ostatnie miejsce, przegrywając z dużą ilością znacznie ode mnie młodszych dzieciaków. Nie umierałem w trakcie z zażenowania, nic mi nie było, zatańczyłem jak umiałem najlepiej, a teraz mam zabawną historyjkę do opowiadania. A jak poznałem Magdę, to mogłem ją z czystym sumieniem zaciągnąć na tańce. Da się.
- Ale nie da się z dnia na dzień. Planuj w miesiącach i latach. Ja planowałem, żeby w ciągu kilku lat mieć dziewczynę. Dwa lata później zeszliśmy się z Magdą. Kolejne dwa lata i bierzemy ślub. I przynajmniej pod tym względem mam spokój na resztę życia, nie muszę się męczyć wracając do pustego domu.
13 I 2010 o 21:33
,,Nie, nie masz zespołu Aspergera. Jeśli publicznie twierdzisz, że masz''
-> Nie, nie masz x jeśli publicznie twierdzisz, że masz. <-
Teraz zdanie jest uniwersalne i można jes stosować w zaskakująco wielu sytuacjach.
A ogólnie to cool story, bro, bez ironii.
13 I 2010 o 21:36
Oprócz planowania to chyba jednak jakieś kroki trzeba było podjąć, prawda? ;-)
Mam znajomego u którego podobno Asperger został zdiagnozowany przez jakiegoś psychologa. Ów znajomy cytował nam niektóre z zachowań charakterystycznych dla tego zaburzenia - i tak, mogliśmy je przypisać do siebie (rozmowa toczyła się wśród grupy informatyków). Ale gdy czyta się encyklopedię chorób to też zazwyczaj się coś pasującego do siebie znajdzie.
13 I 2010 o 21:36
A wydawało Ci się, że masz tenże syndrom?
13 I 2010 o 21:41
Ktos: Mój wykładowca z psychologii wielokrotnie mówił na wykładach, że studenci psychologii/psychiatrii średnio co semestr odkrywają drzemiące w sobie dziwne choroby ;)
13 I 2010 o 22:15
@reod
Wiele lat temu czytałem artykuł, w którym (była) studentka psychologii albo socjologii opowiadała, jak w pewnym momencie przyszło olśnienie, że swoje zachowania (bodajże w związku), nie racjonalizuje poprzez ja chcę/potrzebuję, tylko teoriami społecznymi. Jak to do niej dotarło, to jednak stwierdziła, że nie jest to najsensowniejsze zachowanie.
@A wydawało Ci się, że masz tenże syndrom?
Jest to całkiem prawdopodobne, acz nie pamiętam. Na pewno byłem go świadom od któregoś tam momentu bycia nastolatkiem i na pewno co najmniej rozważałem taką możliwość.
@Oprócz planowania to chyba jednak jakieś kroki trzeba było podjąć, prawda? ;-)
No tak, planowanie rzeczy, których się nie ma zamiaru zrobić, jest średnio sensownym spędzaniem czasu :) I długofalowo raczej depresyjnym.
13 I 2010 o 22:19
Naprawdę ktoś kogo znasz tłumaczył się "Aspergerem"? Powoli zaczyna brakować zdrowych ludzi na świecie...
13 I 2010 o 22:43
Na żywo mi się prawdę powiedziawszy nie zdarzyło (w przeciwieństwie ewidentnie do Ktosia), acz wśród zwłaszcza nastoletnich nerdów jest to obecnie raczej dosyć popularny keyword.
13 I 2010 o 23:17
W sumie problem mieć/nie mieć zespół Aspergera jest w tej chwili w miarę prosty do rozwiązania, w większości dużych miast są specjalistyczne punkty zajmujące się diagnoza i terapia, generalnie polecam, pozdrawiam
13 I 2010 o 23:24
Heh, powyższy komentarz trochę spudłował względem treści wpisu.
13 I 2010 o 23:34
wiem, ostatnio usłyszałem wypowiedz, gdzie pojawiło się również określenie "intelektualne ADHD" w podobnym tonie, ale kiedy poznasz już ludzi, dla których to zaburzenie jest realne, to pojawia się komentarz trochę obok, sorry brak zrozumienia, pozdrawiam
13 I 2010 o 23:34
Planowanie żeby mieć dziewczynę - smutne czy śmieszne? Pewnie obydwa na raz. Nie wiem które bardziej. W każdym razie tekst wieczoru.
14 I 2010 o 08:57
Reod i mmazur -- o widzicie, wyleczyliście mnie z astygmatyzmu, bo przecież wiem że mam czyli nie mam, dzięki!
14 I 2010 o 10:59
Pecet, o, też mnie to tknęło!
I może mam szczęście, ale też nie spotkałem jeszcze nikogo, kto tłumaczyłby cokolwiek swoim Aspergerem. Może dlatego, że nie mam kontaktów z nastoletnimi nerdami, ale i tak wydaje mi się to trochę sztucznym problemem. Z drugiej strony, co ja wiem o nerdowaniu...
Planowanie posiadania dziewczyny jest... no, nerdowskie, ale podziwiam konsekwencję i zdolność do planowania sobie życia na poziomie "meta". Bez ironii, serio. Fajnie jak facet potrafi sobie coś postanowić i do tego doprowadzić, zwłaszcza jeśli musi przy tym się przełamywać.
Nie zgodzę się za to z tym, że aby stwierdzić "lubię swój nerdowski styl życia, nie nadaję się do innego" trzeba koniecznie doświadczyć w pełni innych opcji. Ja np. wiem, że nie nadaję się do związków homoseksualnych, i nie muszę w tym celu żadnemu facetowi tyłka nadstawić by się empirycznie przekonać.
Być może po prostu nigdy nie byłeś nerdem tak naprawdę, z jakichś powodów zostałeś w rolę nerdowską wtłoczony, ale są też ludzie, którym to pasuje.
"Kolejne dwa lata i bierzemy ślub. I przynajmniej pod tym względem mam spokój na resztę życia, nie muszę się męczyć wracając do pustego domu."
Uuuu, nie do końca. Obrączka na palcu nie jest dowodem dożywotniej własności. To oczywistość, ale tak tylko zaznaczam, żeby jakiś nerd nie pomyślał, że może pomęczyć się 4 lata, a potem wrócić do nerdowatości zachowując sobie żonę, ognisko domowe i inne takie. Bo to może nie wypalić.
BTW, serio w wieku <25 lat myślałeś o zapewnieniu sobie towarzystwa na resztę życia? WOW. Poczułem się nagle bardzo dziwnie, bo mi takie rzeczy do głowy jeszcze nie przychodzą (mam oczywiście jakieś plany, ale raczej krótko/średniodystansowe, nie obmyślam jeszcze jesieni swojego życia, bo to odciąga mnie od tu i teraz...)
14 I 2010 o 21:53
Grrr, głupie timeoutowanie sesji joggera po godzinie. Muszę tutaj warning na to wstawić.
@wyleczyliście mnie z astygmatyzmu
Nigdzie nie twierdzę, że nie istnieją tego typu schorzenia, ba, napisałem wprost, że przynajmniej niektóre istnieją i są dobrze poznane. Jak rozumiem ulrke z kolei sugeruje, że gdybym poznał kogoś z prawdziwym Aspergerem, to bym zmienił zdanie i rzeczywiście, jest taka możliwość, acz nie uważam tego za wybitnie prawdopodobne.
@Planowanie posiadania dziewczyny jest... no, nerdowskie
Nie jest nerdowskie, jest facetowskie. To jest standardowy archetyp faceta -- analizujący, zorientowany na osiąganie konkretnych celów, dążący do ich osiągnięcia. To są zresztą te same cechy, które pewnie większość kobiet uzna za bardzo męskie u swojego partnera -- you know, głowa rodziny, ktoś na kim można polegać, w kim ma się oparcie, kto zajmuje się długofalowym planowaniem i zawsze pilnuje, żeby rodziny nie zaskoczyły jakieś niespodziewane niepowodzenia, których dało się uniknąć. (Przy czym bynajmniej nie sugeruję prób podrywania kobiet na "jestem idealnym kandydatem na spędzenie ze mną reszty życia", bo pewnie nie zadziała :)
Magda mi zasugerowała, że kulturowy stereotyp jest taki, że takich rzeczy się nie planuje w najmniejszym stopniu, one się po prostu "dzieją". Po pierwsze, to jest gówno prawda. Po drugie, to jest gówno prawda. I po trzecie, podejrzewam, że taki stereotyp bierze się z tego samego kawałka kultury popularnej, który pokazuje jakiegoś nieśmiałego przystojnego nastolatka zakochanego w najpopularniejszej dziewczynie w szkole, sugeruje mu wyznanie jej miłości w romantyczny sposób no i żyli długo i szczęśliwie. Gówno prawda.
@wiem, że nie nadaję się do związków homoseksualnych
To jest zupełnie co innego. Gdybyśmy uważali, że homoseksualizm jest wolnym wyborem, a nie czymś podyktowanym głównie genetycznie, to byś miał racje. Ale tak nie uważamy. Dodatkowo to homoseksualizm jest czymś występującym w niewielkiej części społeczeństwa, a nie heteroseksualizm. Więc jak najbardziej ma sens zasugerowanie "potencjalnemu samotnikowi", żeby najpierw spróbował pożyć zgodnie z genetyką własnego gatunku (czyli w grupie), a dopiero jeśli po jakimś czasie stwierdzi, że jednak mu nie pasuje, to wtedy szukał dróg alternatywnych. Ale nie na odwrót.
@serio w wieku <25 lat myślałeś o zapewnieniu sobie towarzystwa na resztę życia
Gdzieś na początku 2006, czyli w wieku lat 21, stwierdziłem, że męczy mnie bycie samemu w pustym domu. Wybitnie irytował mnie fakt, że mój własny organizm tego typu uczuciami zmusza mnie do robienia rzeczy, na które nie mam ochoty (tj. szukania sobie towarzystwa), ale nie widziałem innego wyjścia, więc poczytałem, poplanowałem, zabrałem się do roboty, no i jakoś to poszło.
Przy czym żeby było jasne -- nie wszystkie z wymienionych rzeczy robiłem "by znaleźć sobie kobietę". Kobieta była jednym z celów, nie jedynym, natomiast jak różne rzeczy mi w rozwoju osobistym pomogły, to widzę dopiero z perspektywy obecnej. Nie wszystkie były, czy wręcz mogły być, zaplanowane. Np. na treningi bjj poszedłem wcześniej, niż zostałem sam, bo mi się po prostu spodobały i wtedy ni jak nie mogłem przewidzieć, jakie rzeczy z nich wynikną, tak pod względem emocjonalnym, jak i fizycznym. Nie jestem ani wróżbitą, ani Enderem :)
I w drugą stronę -- niektóre z podjętych działań okazały się być mocnymi niewypałami i z perspektywy widzę, że gdybym miał pecha posiadać inną emocjonalność, niż posiadam, to mogłem się naprawdę nieźle straumatyzować swoimi działaniami.
Inna sprawa, że ja się dobrze dogaduję z facetami po czterdziestce, po rozwodzie i z dziećmi, bo nie mam problemu z ich zrozumieniem pomimo ewidentnego braku ich doświadczeń. Mój własny ojciec mi parę lat temu powiedział, że on mój poziom, hm, refleksji życiowej, osiągnął gdzieś koło trzydziestki. Więc tak, jest bardzo prawdopodobne, że ja jednak mocno odstaję od przeciętnej przez konsekwentne dążenie do ustatkowania sobie życia w tak "młodym" wieku.
15 I 2010 o 01:21
Nie miałem na myśli tego, że planowanie posiadania samicy w z góry założonym terminie jest nerdowskie. Zważywszy na fakt, że wybór najważniejszej osoby w swoim życiu miałby być uzależniony od relacji założonego czasu do ilości i jakości dostępnego asortymentu rodzi nam się jakieś okaleczające samoograniczenie, zaprzeczenie wyboru. A wybrać trzeba celnie.
Jeden z moich przyjaciół doszedł do wniosku, że MUUUUSIII znaleźć sobie samicę przed końcem studiów, bo później i życie towarzyskie będzie miało mniejsze tempo i wiek będzie bardziej skłaniał ku zestawowi "pyfko+mecz w tv". Z konieczności wziął to, co było pod ręką. Po kilku latach po ślubie nie mogą na siebie patrzeć. W perspektywie jest rozwód, wojna o dziecko, alimenty i inne równie przyjemne historie, w których facet skazany jest na porażkę, albowiem zarówno w sądach jak i w opinii otoczenia rządzi solidarność jajników. Więc o ile mogę coś zasugerować, to planuj odrobinkę dalej niż koniec własnego ...hmmm interesu. ;), bo czas w pozornie właściwym towarzystwie traci się jeszcze łatwiej niż pieniądze.
Opowieści o tym, do czego zdolne są samice w walce o dziecko bądź alimenty, które poznałem z racji wykonywanego zawodu raczej ci oszczędzę. Zresztą fora dla samotnych mam są ich pełne. Będziesz miał ochotę to sprawdzisz, nie - to nie.
A "brać się za siebie" trza permanentnie. I dlasiebie_, bo jedyną osobą, z którą na pewno spędzisz resztę życia jesteś Ty sam.
15 I 2010 o 02:29
@Nie miałem na myśli tego, że planowanie posiadania samicy w z góry założonym terminie jest nerdowskie.
Oczywiście, że nie, ponieważ sugestię nerdowości planowania wystawił Hoppke. Ty zasugerowałeś, że jest to smutne i śmieszne, co było komentarzem wystarczająco bezmyślnym, obraźliwym i trollowatym, że ani ja, ani ewidentnie nikt inny, nie próbował z tobą dyskutować. Po obecnym komentarzu wnioskuję, że pisałeś raczej w stosunku do obrazu sytuacji istniejącego w twojej głowie (czyli w stylu opisanego przez ciebie kolegi), a nie do tego, co ja opisałem, ale w takim razie i tak powstaje pytanie -- po co pisać komentarz u mnie na blogu, skoro właściwie gadasz sam ze sobą?
@jeden z moich przyjaciół doszedł do wniosku, że MUUUUSIII znaleźć sobie samicę przed końcem studiów, bo później i życie towarzyskie będzie miało mniejsze tempo i wiek będzie bardziej skłaniał ku zestawowi "pyfko+mecz w tv".
Z perspektywy osoby parę lat po studiach i po przeprowadzce do innego niż studyjne miasta, muszę przyznać takiemu planowi dużo punktów za sensowność. Jestem w stanie dorzucić jeszcze kilka powodów, dla których warto sobie postawić tego typu cel zaczynając studia. (I żeby było jasne -- mi się realizacja tego typu planu nie udała i miałem zamiar się, sam, wyprowadzić do Wawy w ciągu maksymalnie paru miesięcy, jeszcze kilka tygodni przed tym, jak zeszliśmy się z Magdą. Po zejściu się, plany wyprowadzki uległy przesunięciu.)
@Po kilku latach po ślubie nie mogą na siebie patrzeć.
Po pierwsze, taka możliwość zawsze istnieje, nie jesteś w stanie przewidzieć przyszłości. Jedyne pytanie, jakie warto sobie postawić, to czy rzeczony kolega przyłożył się do tego, żeby przed ślubem dać sobie czas oraz odpowiednie możliwości, do sprawdzenia, czy dogadują się z przyszłą żoną. Jeśli nie, no to sam sobie winien.
Podsumowując: plan w miarę szybkiego znalezienia sobie kobiety, preferowalnie do końca studiów, jest jak najbardziej sensowny. Założenie, że trzeba się ożenić z tą kobietą, na którą się trafi, niezależnie od wszystkiego innego, jest bardzo głupie.
15 I 2010 o 19:18
Nie ukrywam, że trochę drażni mnie mentorski ton tej notki, więc komentarze będą stronnicze.
"Psychologia natomiast wypada tutaj mocno blado. O ile część zaburzeń (pewnie zwłaszcza z zakresu psychiatrii klinicznej) jest całkiem nieźle sklasyfikowana, opracowane są skuteczne metody ich leczenia, ba, znane są nawet ich genetyczne podstawy, o tyle różne syndromy i inne zespoły, zwłaszcza te kulturowo popularne jak Asperger właśnie, mają bardzo nieostre kryteria klasyfikacji i kompletnie nieznaną przyczynę."
Psychologiem - podobnie jak Ty - nie jestem, ale przeglądałem książkę kumpeli i klasyfikacja odchyleń od normy była tam ostra i statystyczna. Jeśli coś różni się o 2 (czy 3? - nie pamiętam) odchylenia standardowe od normy dla danej społeczności, to jest zaburzeniem.
"A uwierz mi, nie jesteś większym nerdem ode mnie, koniec końców wszyscy byliśmy podobni."
Wydaje mi się, że mało wiesz o czytelnikach. Z kolei czytelnicy znają Ciebie (choćby z wykładów, których wycofany nerd raczej nie poprowadzi). Może już ćwiczyłeś, w każdym razie nie wyglądałeś mi nigdy na wycofanego nerda. Zapewniam, że znam 10 razy większych nerdów (z żonami; mówię o wykładowcach).
5 punktów jest wybitnie mentorskie. Jasne, u Ciebie zadziałały, ale wcale nie są jakoś wybitnie niezbędne. Punkt 1 i 2 można swobodnie pominąć (get real, takie uczenie się to prosta droga do udawania kogoś innego resztę życia, w każdym razie mnie taka gra czy udawanie dostosowania do grupy by męczyło). Punkt trzeci... Niby co ta sprawność fizyczna ma dawać? Punkt czwarty - jasne, żeby mieć dziewczynę przydało by się ją poznać IRL.
"I przynajmniej pod tym względem mam spokój na resztę życia, nie muszę się męczyć wracając do pustego domu."
Jesteś pewien, że masz spokój, czy takie pobożne życzenia/oszukiwanie się? Tak z perspektywy dłuższego stażu (z jednej strony brak formalizacji, z drugiej strony mamy dziecko) - rodzina AKA związek to nie jest fire & forget.
I błędnie zakładasz, że każdemu powrót do pustego domu przeszkadza.
15 I 2010 o 20:57
@mentorski ton tej notki
Z założenia ton miał być "weź czytelniku rusz dupę i zrób coś", więc ograniczyłem ilość kwalifikatorów tłumaczących, że nie mam na myśli że wszyscy, że w ogóle nie istnieje, że się nie da, etc. Jeśli uważasz, że tekst nie był do ciebie, no to nie był do ciebie i bezcelowym jest roztrząsanie aplikowalności moich sugestii.
@Jeśli coś różni się o 2 (czy 3? - nie pamiętam) odchylenia standardowe od normy dla danej społeczności, to jest zaburzeniem.
1. Nie będę się sprzeczał z tym, że aspergerowate symptomy można mieć w stopniu bardzo bardzo, a w wersji skrajnej mogą rzeczywiście mocno przeszkadzać w życiu (i być trudne do obejścia we własnym zakresie). W wersji bardzo bardzo skrajnej to się po prostu autyzm nazywa. Acz:
2. Ciekawym jaki procent społeczeństwa ma jakąkolwiek cechę klasyfikowalną jako bardzo rzadką. Tzn. czy wszyscy nie jesteśmy "w jakiś sposób specjalni".
3. Z akademickiego punktu widzenia kwestia znajdzie przynajmniej częściowe rozwiązanie w ciągu kilku lat, gdy się (amerykańscy) psychologowie zdecydują, czy jest sens utrzymywać Aspergera jako osobną klasyfikację (vide ten art w NY Timesie).
@Zapewniam, że znam 10 razy większych nerdów (z żonami; mówię o wykładowcach).
Wykładowcach? Takich, co potrafią wyjść przed parędziesiąt osób i publicznie o czymś przemawiać? I regularnie mają interakcje ze studentami? Nie wyglądają mi na wycofanych nerdów...
Rozwiązanie:
1. Jeśli ty jesteś z założenia w centrum uwagi (bo jesteś wykładowcą, bo ktoś cię zaprosił do wygłoszenia prelekcji), to mniej widać niedobory towarzyskie.
2. Wnoszę, że przeciętny nerd nie jest nietowarzyski, tylko jest specyficznie towarzyski. Więc nie ma większych problemów w kontaktach, przy założeniu, że gada z innymi geekami, bo (a) gada o czymś, co jego samego interesuje i (b) gada z ludźmi, którzy nie zwracają uwagi na, hmm, np. na jego dziwną mimikę (czy cokolwiek innego). Mnie widziałeś gadającego publicznie na geekowych spędach, ale nie zobaczyłbyś mnie wygłaszającego przemówienie na swojej studniówce (na którą nawiasem mówiąc nie poszedłem, bo nie miałem pomysłu co miałbym tam robić).
@Jasne, u Ciebie zadziałały, ale wcale nie są jakoś wybitnie niezbędne.
Nie są, ale u mnie zadziałały, więc podaję je jako dobry, przetestowany punkt wyjścia. Każdy może pogłówkować i wymyślić coś, co jemu bardziej będzie odpowiadało.
@takie uczenie się to prosta droga do udawania kogoś innego resztę życia
Tylko przy założeniu, że (a) możesz sobie żyć jako ten kwiat lotosu, z daleka od cywilizacji, nie musząc się nigdy nauczyć choćby podstaw interakcji z innymi ludźmi (tylko ciekawym jak ci się udaje przeprowadzić np. wizytę w urzędzie skarbowym) oraz (b), że człowiek się w trakcie życia nie zmienia. Zwłaszcza to drugie jest istotne. Jeśli okoliczności wymuszają na tobie nowe zachowanie, to po jakimś czasie jest szansa, że, przynajmniej częściowo, owo zachowanie się zintegruje z twoim charakterem i będzie się wydawało znacznie bardziej naturalne. Serio, ludzka psychika tak działa.
@Niby co ta sprawność fizyczna ma dawać
Ogólnie -- podejrzewam, że zwiększa pewność siebie. Plus dobra kondycja fizyczna zmienia ci trochę chemię w mózgu i się lepiej czujesz, jesteś bardziej optymistycznie nastawiony do życia i takie tam różne. W moim konkretnym przypadku, ponieważ trenowałem sztuki walki, mogę wskazać na to, że paroletnie doświadczenie w siłowaniu się na macie powoduje, że stajesz się mocno nieczuły na implikowaną groźbę zwarcie fizycznego. Czyli po polsku -- jeśli postawisz przeciętnego nerda do rozmowy z pewnym siebie (dobrze zbudowanym) facetem, to ten drugi jest dosyć łatwo w stanie po prostu przestraszyć tego pierwszego, co raczej utrudni temu pierwszemu trzymania się swojego zdania w rozmowie. Jeszcze inaczej -- w znacznie mniejszym stopniu ulegasz presji psychicznej drugiej strony podczas interakcji. Tak, dzięki sztukom walki.
@pod tym względem mam spokój
Dowyjaśnię -- mam spokój z szukaniem sobie kogoś ważnego w życiu (bo już znalazłem), a nie spokój z wszystkimi ziemskimi troskami. Zakładanie rodziny to są różne obowiązki i nie wiem skąd ci przyszło do głowy, że sugeruję, iż tak nie jest.
@I błędnie zakładasz
Nie, nigdzie czegoś takiego nie napisałem.
W ogóle zastanawiające jest, że, sądząc po komentarzach, sporo ludzi przeczytawszy moje "twierdzę, że X" od razu zakłada, że twierdzę także XY, nawet jeśli to XY graniczy już z absurdem. Albo muszę na początku każdego wpisu wstawiać disclaimer, że "autor nie jest głupi, a jeśli uważasz, że jest, to najpierw upewnij się, że na pewno napisał to, co uważasz, że napisał", bądź też na końcu każdego akapitu listować: "powyższy akapit nie implikuje, że X, Y, Z".
15 I 2010 o 21:02
I jeszcze jedna rzecz, niech sobie każdy czytający odpowie -- czy musiałeś sprawdzać na wikipedii co to jest Asperger? Jeśli nie, to dlaczego? Znasz kogoś ze zdiagnozowanym klinicznie i "leczonym" takim zaburzeniem?
17 I 2010 o 00:52
Tak piszesz ze sobie zaplanowales -> osiagnoles to moze cos konkretnie? zone poznales na tancach? to bylo motywatorem? Wogule to gdzie ja poznales?
02 II 2010 o 04:35
A mi psychiatra (nie mylić z psychologiem oraz psycholem) sam zaproponował uznanie, że mam ZA. Wręcz mnie musiał przekonywać, a w wikipedii to zupełnie inaczej opisują niż on. Już mniejsza o to, czemu w ogóle z nim rozmawiałem. Porczyński Jacek, pewnie wszyscy go tu znacie, w końcu w Prodeste robi. Szkoda tylko, że w pełni formalna, kliniczna diagnoza kosztuje sześć stów. Niemniej hm, odrobina IQ, wskazanie co czytać, fluoksetyna na humor i wio. Żadnego leczenia, niby jakie i niby po co?
03 II 2010 o 00:20
...aż do rozwodu ;-)
07 VI 2010 o 08:59
@mmazur
Chodziłem kiedyś na zajęcia do totalnie aspołecznego wykładowcy. Cały wykład prowadził plecami do publiczności, podczas odpowiadania na pytania pokazywał zerowe poczucie humoru i ogólnie wydawało się, że nie da się do niego jakoś głębiej dotrzeć. Tak, takie osoby się zdarzają nawet na takich stanowiskach.