Informacyjnie indukowana impotencja decyzyjna

23 V 2009, 17:37:26

Jeśli umie się szukać, sieć potrafi dostarczyć niezliczonej ilości mądrze brzmiących powodów dla których decyzja, którą chce się podjąć, jest właśnie tą najsłuszniejszą. A ja, mając tego faktu świadomość, staram się zawsze dostać do argumentacji przeciwnej, bo a nuż trafi mi ona do przekonania i zmienię zdanie. A nawet jeśli nie zmienię, to wolę podejmować decyzje mając świadomość wszystkich dostępnych opcji. Nie chroni mnie to oczywiście przed podejmowaniem decyzji błędnych, ale jakoś tak jestem skonstruowany, że wolę stwierdzić "o, jednak ziścił się ten scenariusz, który oceniłem jako mniej prawdopodobny", niż "WTF, w ogóle nie pomyślałbym, że to się może przydarzyć".

Od jakiegoś czasu zauważam, że takie podejście niestety bardzo mocno ogranicza rzeczywistą ilość decyzji, jakie jestem w stanie podjąć. Omówię to na przykładzie Rafała. Co przemawia za Rafałem:

  1. Wiedźmin jest cool.
  2. Saryusz-Wolski to wyexpiony boss na wysokim poziomie, więc jego poparcie coś znaczy.
  3. Mój znajomy, którego osądowi ufam, stwierdził, że Rafał naprawdę zna się na tej całej unioeuropejskiej robocie.
  4. Rafał ma takie CV, które u mnie wzbudza zaufanie -- widać w nim dużo expa.

A teraz jak wyglądają wątpliwości związane z powyższą argumentacją:

  1. To, że Żebrowski kogoś popiera, jest mało istotne. Żebrowski może mi się nawet kojarzyć z w miarę sensowną osobą, ale prawda jest taka, że kompletnie nic o nim nie wiem. Facet może uważać, że szczepionki to narzędzie szatana, a sam leczyć się homeopatycznie. Musiałbym go risercznąć, acz w praktyce nie warto, bo naprawdę głupim pomysłem jest traktować artystów jak autorytety.
  2. O Saryuszu-Wolskim też tak naprawdę nic nie wiem. Wiem tyle, że ma inteligentnie brzmiące nazwisko, które jako brand kojarzy mi się jakimiś europejskimi sprawami. Acz na codzień może być homeopatycznym kreacjonistą. Musiałbym go risercznąć.

  3. Jedna dobra rzecz, to zapewnienie o kompetencji przez kogoś, kogo kompetencji (i umiejętności oceny takich rzeczy) w miarę ufam. Musiałbym na temat Rafała z owym znajomym pogadać i wywiedzieć się więcej. Przy czym...
  4. ... w (ogólnie pojętym :) CV stoi także niejaki salon24 oraz PO. Salon mi się (pewnie głównie za sprawą WO) kojarzy raczej negatywnie, więc musiałbym zrobić dosyć rozległy risercz, jak wyglądała Rafałowa aktywność na tymże salonie. Analogiczna sprawa jest z Platformą -- tak jak republikanom się demokraci kojarzą z nienawidzącymi swojego kraju pedziami, tak mi się polska prawica automatycznie kojarzy z religijnymi i faszyzującymi nieukami, a PO jednak mi się kojarzy prawicowo. Więc musiałbym bardzo rozlegle risercznąć czym się Platforma na forum europejskim zajmuje w sprawach mnie interesujących, a jeśli czymś, z czym się nie zgadzam, to do jakiego stopnia Rafał będzie musiał przestrzegać dyscypliny partyjnej (tzn. czy jest to dla mnie akceptowalne zło).
  5. Jakby tego było mało, kilka odcinków House'a temu scenarzyści uświadomili mi, że tylko mi się wydaje, że jestem mniej podatny na oszustwa, niż przeciętny człowiek. Tak naprawdę można spokojnie zrobić listę sygnałów społecznych, które ludzie tacy jak ja interpretują jako zapewniające o kompetencji i dobrych intencjach, po czym z łatwością je podrobić. Ja serio byłem w ciężkim szoku, że kupiłem tamto oszustwo tak samo gładko, jak biedny Taub. I mi się teraz odzywają dzwonki alarmowe w głowie, jak patrzę na zajebistą listę referencji Rafała.

Z powyższego wynika, że żeby rzeczywiście zagłosować z czystym sumieniem na Rafała, musiałbym wykonać wręcz idiotyczną ilość riserczu, czego na pewno nie zrobię, bo nie nudzi mi się aż do tego stopnia. Czyli co, nie głosować?

No właśnie niestety nie. Polecam przeczytać ten esej Yudkowsky'ego w całości. Podsumować go mogę tak: jeśli zobaczysz jak większe dziecko bije mniejsze dziecko, to pewnie myślisz, że masz trzy możliwe reakcje:

  1. Interweniować w obronie mniejszego.
  2. Mniejszy powinien się nauczyć, żeby nie zaczepiać silniejszych. Przyda mu się ta nauka.
  3. Eh, dzieci. Jestem dorosły, nie mam zamiaru się błaźnić mieszając w takie rzeczy.

Problem polega na tym, że drugi i trzeci scenariusz różni się czymś tak naprawdę tylko i wyłącznie w czyjejś głowie. Brak reakcji, niezależnie od powodów, jest w efekcie przyznaniem silniejszemu prawa bicia słabszego. Tak naprawdę wybory są tylko dwa.

Mając tego świadomość, nie mogę kwestii rafałowej "rozwiązać" stwierdzeniem, że podjęcie zadowalającej mnie decyzji jest po prostu zbyt trudne, więc postanawiam "zachować neutralność" i niech inni decydują za mnie. W efekcie jest to równoważne z podjęciem decyzji o (statystycznie nieistotnym) zwiększeniu przewagi głosowej kandydatom o poglądach odmiennych, niż moje własne. Innymi słowy przyznaję "rację" (prawo decydowania) stronie przeciwnej.

Oczywiście dosyć kluczowym jest tu ten nawias mówiący o tym, że to, co ja zadecyduję w tej konkretnej sprawie politycznej jest tak naprawdę statystycznie nieistotne. Przy czym ja jestem akurat na takim etapie życia, że staram się szukać "filozofii życiowych"[1] aplikowalnych szerzej dla mojego pokolenia i ludzi o podobnym usposobieniu i w podobnej sytuacji życiowej.

[1] Właściwie to bardziej konkretnych implementacji i praktycznych zaleceń; mam małe zaufanie do potencjalnie nadmiernej ogólnikowości tzw. "filozofii życiowych".

Eh, przydałaby się jakaś pointa. Najsensowniejsze, co jestem w stanie wymyślić, to że po prostu powinienem na takiego Rafała i jemu podobnych głosować, bo, przy ograniczonych zasobach, jakie jestem w stanie na to poświęcić, jest on wyborem potencjalnie najbardziej bliskim temu, co chciałbym swoim głosem osiągnąć.

Ogólniejszy wniosek natomiast jest taki, że dla ludzi takich jak ja, tak naprawdę najlepszym wyjściem jest albo bardzo mocno wkręcić się w interesujące nas aspekty polityki (i może publikować swoje znaleziska), albo wręcz zacząć jakoś współpracować z ludźmi, na których chcielibyśmy głosować, żeby móc ich poznać w wystarczającym stopniu, by głosować z czystym sumieniem.

Iiiiijasne, zwłaszcza to drugie brzmi bardzo wykonalnie. (A komitety wyborcze kojarzą mi się z wykorzystywaniem naiwniaków do robienia głupich rzeczy. O.)

Mój sensei by skopał twojemu senseiowi dupę :)

16 IV 2009, 20:41:20

Nie będę tego wrzucał na blipa, a gdzieś bym chciał.

Pierwsza walka, druga walka, trzecia walka, czwarta walka.

Ten wygrywający to mój trener. Zmyłka, w nogi, obalić, kontrolować i nawalać ile wlezie!

(Ja nie trenuję bicia ludzi, jak już leżą. Nie leży to w mojej łagodnej naturze. Ja im tylko próbuję złamać rękę/nogę, albo ich udusić. Ewentualnie mogę z nimi zatańczyć towarzysko, bądź też wspólnie pooddychać w różnych asanach.)

Łyżworolki dla początkujących

29 VI 2008, 20:18:36

Rolki należy dokładnie obejrzeć, po czym wsadzić do pudła, zanieść do piwnicy i nigdy więcej sobie o nich nie przypominać. Grrrrr.

A i tak jest na tym gównie łatwiej się przemieszczać, niż na łyżwach.

Kochamy rowery.

Nauka śpiewania

23 VI 2008, 02:53:20

Moja kobieta, choć po paru latach niegrania już znacznie mniej wprawna, nadal jest kompetentna muzycznie. Umie grać na gitarze i śpiewać.

A ja nie. A przynajmniej tak mi się wydawało. Wnioski z pewnego wieczoru spędzonego z nią, jej gitarą oraz tym utworem (bardzo lubię Stinga):

1. Mam "plastyczny" głos, co chwilę zmieniam intonację i wysokość przy mówieniu. Zazwyczaj zaczynam w miarę wysoko, po czym każdy kolejny wyraz idzie niżej. Jest to albo standardowy ficzer, albo, co bardziej prawdopodobne, skutek bawienia się głosem parę lat temu w ramach sprawdzania, czy jestem w stanie na stałe nauczyć się mówić inaczej (niżej). Tamte zabawy mi się iirc w pewnym momencie znudziły, acz chyba jednak nie pozostały bez trwałych efektów. Z przydatniejszych rzeczy: odbierając telefon automatycznie przestawiam się na stały, głębszy ton oraz głos mi znacznie mniej ucieka do góry pod wpływem emocji (zwłaszcza, jeśli nie chcę, żeby mi uciekł). Tak, jak większości osób, nie podoba mi się własny domyślny głos.

2. Nie umiem śpiewać gamy (nie dziwne, nie trenowałem, acz podobno "wszyscy potrafią"). Praktycznie nie mam też słuchu muzycznego, tzn. nie zapamiętuję dźwięków. Próbując zaśpiewać cokolwiek z pamięci od razu zaczynam fałszować, bo nie mam zielonego pojęcia jakich dźwięków użyć, a tym bardziej jakiego zakresu głosu. Od razu się gubię, zaczynam skakać głosem jak przy mówieniu i wychodzi masakra. Co ciekawe, parokrotnie śpiewałem równo ze Stingiem linkniętych wyżej Russiansów i kobieta twierdzi, że za każdym razem robiłem to czysto, mimo, że utwór nie jest jakoś specjalnie łatwy. Oficjalnie trzymam się wersji, że ma rację, ale jakoś trudno mi uwierzyć. A, no i najczystszy głos mam śpiewając dosyć wysoko (blisko Stinga).

3. Znam za to dużo tekstów (anglojęzycznych) piosenek. Zazwyczaj nie uczę się na pamięć specjalnie, po prostu jakoś zapamiętuję. Podobno jest to... niecodzienne.

Plan na przyszłość -- sprawdzić do jakiego stopnia można mnie nauczyć śpiewać. Ewidentnie nie mam muzyczności na standardowym wyposażeniu (brak wbudowanej pamięci do dźwięków), ale ciekawym do jakiego stopnia można się w tym wyszkolić.

Rewolucje

29 V 2008, 16:24:49

1. Znalazłem idealną kobietę, zakochałem się po uszy (z wzajemnością) i ostatnie dwa tygodnie poświęcaliśmy głównie sobie nawzajem. Spadek aktywności widać tak tu, jak i np. na moim blipie.

2. Nie wyjeżdżam z Opola przez najbliższe dwa lata, tzn. do czasu, gdy ona nie napisze mgr-ki.

3. Co oznacza, że muszę pozmieniać sporo rzeczy jeśli idzie o moje obecne życie oraz dotychczasowe plany na najbliższą przyszłość. To, do kupy z faktem, że nadal się sobą nie znudziliśmy, powoduje, że jeszcze przez parę tygodni będę praktycznie niedostępny. Później powinienem stopniowo wracać do względnej normalności (minus fakt, że to okres wakacyjny, więc się wyjeżdża czasami).

4. Nie obronię się w czerwcu, nie ma na to najmniejszych szans. Obecny plan to wrzesień. Niedługo powinienem się w końcu wziąć za inżynierkę (aka "nowy 7thguard").

5. Po trzech latach treningów wreszcie złapałem jakieś paskudztwo skórne. Paskudztwo się nazywa liszajec zakaźny i wybrało sobie akurat taki termin, w którym najwięcej czasu chcę spędzać przytulony do swojej kobiety. Grr.

6. Moja kobieta jest teoretycznie całkiem sprawna komputerowo, ale subiektywna powolność z jaką wykonuje nawet podstawowe zadania jest, przynajmniej dla mnie, zaskakująca. Plan na najbliższe kilka miesięcy, to zrobić z niej bardzo sprawnego użytkownika komputerów, wykorzystując do tego jak najmniej wiedzy teoretycznej. Na pewno będę się opierał na Media Computation i pracach Marka Guzdiala, przy czym nie mam jeszcze w głowie spójnego obrazu jak to powinno wyglądać. Tak wstępne planowanie, jak i późniejsze wyniki praktyczne, będą lądowały tutaj. Ale to za jakiś czas.

Amsterdam

20 IV 2008, 01:05:37

Gitary. Długi człowiek bardzo ładnie grający na produktach fletopodobnych. Jej melancholijny głos. Jest idealnie.

A chuja tam. Pieprzone dolby surround. Z prawej jakiś facet gada. Z lewej jakiś facet pali fajkę i gada. Z przodu jakiś facet gada. O, właśnie wszedł honej i też gada. Wszyscy gadają, a ja se chcę kurwa posłuchać śpiewu! Ale sobie nie posłuchałem. I pewnie już nie posłucham, bo to ostatnia noc.

Pingwinaria oficjalnie uznaję za popsute przez ludzi, którzy nie rozumieją moich delikatnych aluzji typu "zamknij się, albo ci zaraz urwę głowę". Chyba muszę być bardziej bezpośredni. Jakie są w Polsce wymagania na broń palną? Grrrr.

Update, trzy godziny później: im dalej w czas, tym mniej przeszkadzaczy, a i wino ułatwia filtrowanie zakłóceń (łatwiej się skoncentrować na jednej rzeczy). Nie było idealnie, ale wyszło całkiem nieźle.

Jest port, wielki jak świat, co się zwie Amsterdam...

Dlaczego wolę wysportowane dziewczyny

11 IV 2008, 23:04:47

Temat trochę z kosmosu, ale mi leżało na wątrobie.

Z obserwacji treningowych: kobieta uprawiająca sport prawie zawsze wygląda lepiej, niż taka sportu nie uprawiająca. I to mówię z obserwacji (a) jednego rodzynka, który chodzi do nas na bjj, (b) kobiet które obserwowałem trenujące judo, (c) kobiet które obserwuję trenujące capoeirę oraz (d) dziewczyn na treningach tańca (w tym trenerki).

Rozwijając myśl -- "idealne" ciało, np. w obecnie popularnym typie modelki (smukła, wysoka), acz niekoniecznie, ma niewielki odsetek kobiet i żeby je utrzymać, muszą, zależnie od metabolizmu, stosować mniej lub bardziej rygorystyczną dietę. Reszta, choćby się zagłodziła na śmierć, nie będzie tak wyglądać. Bo nie.

Wiem, że sporo kobiet nie chce mieć widocznych mięśni. Sam znam takie, które rzeczywiście "estetyczniej" pewnie wyglądają bez. Mówię natomiast do tych, które nie mają takich dylematów, bo nie mają genetycznych predyspozycji do wyglądania jak modelka: po pierwsze przytłaczająca większość kobiet ma za mało testosteronu, żeby wyglądać jak Pudzian. Po drugie, jeśli masz do wyboru np. wyglądać jak pączek, bądź też wyglądać jak sprężysty, trzymający się prosto i nie muszący aż tak bardzo pilnować diety mniej pączkowaty pączek, to zapewniam cię, że lepsza jest opcja druga. Mięśnie są zawsze atrakcyjniejsze niż tłuszcz zwłaszcza, że przy treningu ogólnorozwojowym z mięśniami od razu przychodzi bardziej wyprostowana postawa (co ładnie podkreśla biust) oraz płynniejsze i bardziej sprężyste poruszanie się (na co faceci reagują).

Tak, wiem, że zauważalne bicepsy u kobiety mogą się niektórym (facetom i kobietom) wydawać nieestetyczne. Jeśli chodzi o facetów -- jestem całkiem pewien, że podobne zapatrywania są znacznie mniej popularne wśród tych, którzy mają coś wspólnego ze sportem. Na treningach naprawdę naoglądałem się najprzeróżniejszych typów męskiej budowy, od młodych apollów, po gościa, który wygląda jak goryl (obwód klaty jak beczka, łapska jak moje nogi, niski, zarośnięty) i jedno wiem na pewno -- ci, którzy coś dłużej trenują zawsze wyglądają lepiej, niż ci, którzy nic nie trenują. Więc jeśli chcesz wyrwać tego dobrze wyglądającego gościa, a naturalnie nie wyglądasz jak lalka barbie, to zamiast tylko wyglądać zdrowo (atrakcyjność fizyczna ma manifestować dobre zdrowie), po prostu bądź zdrowa i sprawna. Powinno zadziałać.

Raczkujące dzieci muszą mieć niską samoocenę

10 III 2008, 00:51:57

Niedawno wybrałem się ze znajomymi na łyżwy. Po raz pierwszy w życiu. Prawdę powiedziawszy nigdy wcześniej nie miałem na nogach niczego, co nie kończyłoby się zwykłą podeszwą (ani łyżew, ani nart, ani snowboardu, ani rolek, ani niczego).

Było w tym coś zdecydowanie deprymującego. Pierwsza walka? Nie wiesz co się wokół ciebie dzieje, spinasz wszystkie mięśnie, ale cośtam próbujesz, masz przeciwnika przy sobie, ruszasz się, próbujesz go pokonać. Pierwszy taniec? Plączą ci się nogi, mylisz kroki, gubisz rytm, masz problemy z zachowaniem równowagi (partnerka nie pomaga), ale cośtam tańczysz.

Pierwsza jazda? Wychodzisz na lód i uczysz się stać. Sprawdzasz jak łatwo rozjeżdżają się łyżwy. Próbujesz się przemieścić. Bardzo chcesz się chociaż trochę przemieścić. Włożywszy w to dużo skupienia, wysiłku i machania rękami udaje ci się baaardzo powoli i baaaaaaardzo niezgrabnie zmienić miejsce położenia. Po czym się wywalasz. I tak przez godzinę.

Dziwne uczucie. Możliwość bezwysiłkowego przemieszczania się jest bardzo niezauważalna, póki się jej nagle nie straci.

Życie update: coraz bliżej wolności

28 I 2008, 01:24:51

Zaliczyłem semestr. Mój ostatni na Niewidzialnym Uniwersytecie. Już tylko (niezaczęta) inżynierka dzieli mnie od jego skończenia. Przez najbliższe parę miesięcy będę miał nadmiary wolnego czasu.

Chętnie nauczyłbym się grać na czymś. Albo rysować. O ile mi wiadomo, praktycznie każdy człowiek jest w stanie osiągnąć przynajmniej zadowalający poziom kompetencji w tych rzeczach. "Talenty" talentami, ale magia to to nie jest.

Problem: czy naprawdę powinienem poświęcać swój czas wolny na kolejne hobby polegające na siedzeniu w czterech ścianach i przebieraniu palcami? No właśnie.

Pieprzony pragmatyzm

06 XII 2007, 01:42:57

Z wiekiem coraz lepiej zdaję sobie sprawę z własnych ograniczeń. Tak, mózg ludzki jest bardzo plastyczny, jeśli bardzo chcę, mogę zmienić dużo rzeczy, jednak genetyka obowiązuje. Wiem więcej, potrafię więcej, ale coraz mniej chce mi się dążyć do jakiegoś ideału, a coraz bardziej zadowalam się półśrodkami pozwalającymi osiągnąć zamierzony cel oraz grupą ludzi, przy których mogę być sobą i którym to nie przeszkadza.

Ma to wady. W coraz mniejszym stopniu jestem w stanie oszukiwać samego siebie. Kiedyś mogłem powiedzieć "postanowiłem, zrobię!". Teraz powiem "bardzo chętnie bym spróbował, ale realistycznie -- nic z tego nie wyjdzie". I coraz częściej jest to przykre. Bo ja bym naprawdę bardzo chętnie spróbował, ale wiem, że i tak nic z tego nie wyjdzie, więc po co mam tracić twój i mój czas.

Ale rzeczywiście przykre to się dopiero zrobi. Moje perypetie ze studiami spowodowały, że skończę je za jakieś cztery miesiące, zamiast za półtora roku. I przydałoby się rozejrzeć za sensowną robotą. Której w Opolu nie znajdę, ponieważ jest to informatyczna dziura.

Po mojej prelekcji sprzed kilku tygodni pogadałem sobie z jakimś człowiekiem, który, ewidentnie posiadając szersze zainteresowania, jednak "z różnych powodów" został w niewielkiej mieścinie. Czy jest to jakaś opcja? Jest. Adminować na Niewidzialnym Uniwersytecie za orzeszki. Może doktorat robić z jakiś głupot. Praca u jakiegoś lokalnego ISP-a za trochę większe orzeszki. Może koder PHP, albo przełożony takowych? No i dorabiać sobie co jakiś czas różnymi pojedynczymi zleceniami.

Już na początku liceum byłem świadom faktu, że nie potrafię pracować systematycznie, a już zupełnie nie potrafię się zmusić do pracy nad rzeczami, które mnie nie interesują. Siedem lat później dodatkowo wiem, że są to stałe cechy mojego charakteru. I nie oprę na ich zmianie kariery zawodowej, bo za parę lat, stojąc na jej gruzach, mógłbym winić tylko siebie.

Z drugiej strony mam w miarę dobrze płatną, mało ciekawą, ale przy tym bardzo mało czasochłonną robotę, więc może dałoby się jakoś wyżyć? Ano dało. Póki robota by nie wyschła, co jest nieuniknione, a ja nie zostałbym na lodzie. Znam kogoś, obecnie dwa razy starszego, kto dawno temu zadowolił się status quo. Do tej pory tego żałuje.

A zbliża się bańka, z której, jeśli dobrze się zakręcić, da się uszczknąć jakieś grubsze pieniądze. Jeśli po trzydziestce nie będę już na emeryturze, to uznam, że gdzieś musiałem przegapić jakąś okazję.

Z regularnie odwiedzanej rodziny mam tu jedynie dziadków. Dziadki nie żyją wiecznie, ale jednak zawsze były obecne.

Osób, które znają mnie trochę dokładniej jest i zawsze było bardzo bardzo mało. Połowę z nich zostawiłbym tutaj.

Kurs tańca -- Gabrysia (16), Marko (15), Kasia (17), Asia (16), Grzegorz (16), a to tylko ci najstarsi. Prawie ich nie znam, nie poznam ich lepiej, ale przyzwyczaiłem się do przebywania wśród nich. Założę się, że trenerzy zauważyli to lata temu -- przebywając z młodzieżą, czujesz się młodziej. Trenerzy, których bliżej nie znam i pewnie też nie poznam, ale od których nauczyłem się już sporo, a mógłbym się nauczyć znacznie więcej.

Dziadkowie, dosłownie kilka osób, które znają mnie trochę lepiej, niż cała reszta, banda dzieciaków, dwoje "obcych" ludzi (trenerzy) oraz cała masa duchów. Całe moje życie tutaj, po 22 latach. Śmiechu warte, ale moje.

Przeniosę się? No cóż, bardzo chętnie bym został, ale realistycznie patrząc...

Zbglyn abtn

27 X 2007, 00:30:45

Partnerka (że taneczna) mi powiedziała, że mam przestać kląć. I niestety muszę się zastosować. Problem z tańcem jest taki, że zazwyczaj do końca nie wiem czym konkretnie i w jakim stopniu działam partnerce na nerwy, więc w tych akurat przypadkach, w których wiem, muszę dążyć do minimalizacji tarć. Inaczej ryzykuję, że ona mnie uzna za starego gbura, ja ją za tępą nastkę, no i się treningi sp...sują.

Hm, właściwie ciekawym skąd mi się to wzięło. Kiedyś prawie w ogóle nie kląłem, a od jakiegoś może roku zacząłem używać przekleństw jako normalnych części mowy (nie, nie przecinków; przymiotników i wykrzykników głównie).

Eh, od niedawna zacząłem odkrywać przyjemności road rage'u, a tu trzeba będzie zrezygnować z wiązanek i wrócić do starego dobrego warczenia. Bo żeby się w ogóle spacyfikować emocjonalnie i nie reagować na nic... no może nawet by się i dało, tylko niespecjalnie mam motywację próbować.

Ale jeśli mi powie, żebym nie warczał, to ją trzepnę.

Taneczne opowieści z krypty

03 X 2007, 19:14:06

Brązowooka, mała, może dziesięcioletnia dziewczynka. Nie okazuje zmęczenia. Prawie nie okazuje emocji. Bez problemu przez kilka minut patrzy w oczy dorosłemu facetowi.

Przerażające dziecko. Ja chcę moją partnerkę z powrotem, ona przynajmniej nie zachowuje się jak cyborg.

Dlaczego wolę mniej doświadczone kobiety, część druga

02 IV 2007, 15:53:02

Część pierwsza.

Poruszaj palcem wskazującym prawej ręki. No, poruszaj. Jesteś to w stanie zrobić, prawda? A potrafisz wytłumaczyć jak to się stało? No, z tym już gorzej. Wiesz jak spowodować, by się ruszał. Nie masz natomiast zielonego pojęcia jak to się właściwie dzieje, że się rusza. Twój mózg zna te wszystkie szczegóły związane z ruszaniem palcem (mięśnie, ścięgna) -- ty natomiast nie.

Mózg to jest taka wielka skomplikowana sieć neuronowa, którą można wytrenować do robienia różnych dziwnych rzeczy. Twój mózg wie jaka jest struktura języka, jakim się posługujesz, ty nie (o ile nie jesteś lingwistą). Twój mózg wie jak sterować twoim ciałem, ty nie (o ile nie jesteś... no jakimśtam atletą-naukowcem). Etc, etc.

Co najważniejsze w tym wszystkim -- twój mózg potrafi wykonywać te rzeczy znacznie sprawniej, niż ty jesteś to w stanie robić, jednocześnie pozwalając tobie na skupianie się w tym czasie na czymś innym. Dlaczego początkujący kierowca popełnia tyle błędów? Bo próbuje świadomie sterować wszystkim na raz, a świadoma część jego mózgu ma tak naprawdę bardzo ograniczone moce przerobowe i jeśli jest za dużo na raz do roboty, to się bardzo szybko zatyka. A nawet jeśli się nie zatka, to to, co robi, robi zazwyczaj bardzo topornie (mało płynna zmiana biegów na ten przykład).

Jakieś dwa lata temu znajomy po raz pierwszy pokazał mi o co chodzi w brazylijskim jiu-jitsu (coś ala zapasy/judo). Z mojej pierwszej, maksymalnie kilkudziesięciosekundowej, walki, nie zapamiętałem praktycznie nic. Wszystko działo się bardzo szybko, a na koniec przegrałem!

Obecnie, po półtora roku treningów, podobne walki wyglądają całkiem inaczej. Ponieważ mój mózg wykonuje za mnie znaczną ilość czynności, ja mogę się skupić na obserwowaniu tego, co się dzieje (a czas płynie mi dzięki temu znacznie wolniej). Mogę na przykład podczas walki rozmyślać o słabych punktach przeciwnika.

Jednak dajcie mi zawodnika wyraźnie bardziej zaawansowanego ode mnie i znowu czas znacznie przyspieszy, a ja nie będę w stanie zauważyć większości rzeczy, jakie się w czasie walki dzieją. Obronię się raz, obronię się drugi raz, aż nagle obudzę się z dźwignią na któryś staw. W momencie w którym dotrze do mnie co się dzieje, będzie już za późno.

Podobna zasada jest w tańcu, tyle że tam występuje dodatkowe utrudnienie w postaci prowadzenia. Tzn. jeśli tańczymy, to ja mam być w stanie myśleć nie tylko za siebie, ale poniekąd i za partnerkę (bo ona nie może wykonywać połowy swojego układu, o ile ja nie zainicjuję w odpowiednim momencie jej ruchów). I żeby być w stanie to robić, muszę mieć bardzo dobrze opanowaną własną technikę (głównie kroki), by móc się w stanie skupić na pilnowaniu, czy partnerce się dobrze tańczy, analizowaniu jak w praktyce wypada moje prowadzenie i eksperymentowaniu z różnymi rzeczami.

I tu pojawia się problem z zaawansowaną partnerką. Kobieta na moim poziomie głównie martwi się swoimi krokami, a czasami, jak jej przypomnę, trzymaniem odpowiedniego napięcia na rękach, więc o ile nie zrobi jakiegoś większego błędu, ja jestem w stanie spokojnie skupić się na swojej działce i przy okazji nie dać się przez nią wybić z rytmu.

A co robi bardziej zaawansowana partnerka? Wije się. Jej obrót to nie jest po prostu kilka kroków, to jest ruch całym ciałem, z różnymi wymachami rąk włącznie.

Powoduje to szereg problemów. Po pierwsze, jej figury są znacznie mniej tolerancyjne na niedobory mojego prowadzenia. Ona jest bardziej świadoma tego, czy nie spóźniam się z wprowadzeniem jej w obrót, ponieważ ona podczas takiej figury robi znacznie więcej rzeczy, więc i potrzebuje lepszego oparcia, żeby nie stracić równowagi i zatrzymać się w odpowiednim momencie.

A nawet jeśli się nie spóźniłem, to nagle się okazuje, że moja część danej figury jest nie do końca taka, jaka być powinna. Prawą rękę, którą zawsze zostawiałem gdzieśtam, nagle nie mogę zostawiać gdzieśtam, bo, wijąc się, partnerka swoimi rękami uderza o moje. I ja (świadoma część mojego mózgu) nagle w środku wykonywanej figury dostaję sygnał, że coś jest nie tak. Nawet jeśli ten sygnał zignoruję, to i tak właśnie znacznie wzrosła szansa, że, skupiwszy się przez ułamek sekundy na czymś innym, niż własne kroki i sterowanie partnerką, coś skopię.

I ostatnia rzecz -- ja jestem wszystkich powyższych rzeczy świadom. I to bynajmniej nie pomaga. Muszę się świadomie zmuszać do ignorowania faktu, że ruszam się przy niej jak kloc i że w połowie wykonywanych przez nią figur jej bardziej przeszkadzam, niż pomagam. Dodatkowo w większości wypadków nawet nie mam specjalnie punktu zaczepienia, żeby wykombinować co konkretnie powinienem poprawić (brak doświadczenia), czyli po raz n-ty czuję, że coś jest w danej figurze nie tak i nie wiem co z tym zrobić.

Skutek generalnie jest taki, że rzeczywiście popełniam więcej błędów. I niespecjalnie mam co z tym zrobić, bo ona nie jest aż tak doświadczona, by być w stanie w sensowniejszy sposób coś poradzić (zwłaszcza facetowi), a lekcje nie są prywatne, więc i trenerzy nie są na każde zawołanie.

Podsumowując -- zdecydowanie przyjemniej jest, jeśli kobieta jest mniej doświadczona od faceta.

Dlaczego wolę mniej doświadczone kobiety, część pierwsza

29 III 2007, 01:43:31

Jakkolwiek historyjka o moich zmaganiach z Panią Prezes była w założeniu humorystyczna, to jednak sporo materiału było całkiem zgodnego ze stanem faktycznym.

Zwłaszcza o tym, jak Pani Prezes mnie depra..., znaczy deprymowała.

Otóż założenie tańca towarzyskiego jest proste -- facet prowadzi. I nie chodzi tylko o to, że to bardziej facet trzyma kobietę, niż na odwrót i że ona go może czasami używać jako różnej maści podpórki przy obrotach. Zasada generalnie jest taka, że jeśli partnerka wykona nieprawidłową figurę, to można przyjąć, że to jest jego wina. Dlaczego? Ponieważ przez sporą część czasu on ją w ten, czy inny sposób trzyma, a co za tym idzie jest w stanie tak inicjować, jak i ograniczać jej ruchy (tym samym powodując, że wykonanie przez nią jakiejś figury w sposób A jest dla jej ciała bardziej naturalne, niż zrobienie tego w sposób B).

Żeby zobrazować -- jak po prostu podniosę (w trzymaniu zamkniętym; wiecie, takie do tanga i innych takich) lewą rękę i partnerkę lekko popchnę w (jej lewy) bark, to się obróci w określony sposób. Nie będzie miała wyjścia, bo (a) moja podniesiona ręka będzie jej uniemożliwiała odejście na jakieś większe odległości, więc (b) naturalnym ruchem wymuszonym owym popchnięciem będzie obrót.

Tak to wygląda na poziomie bardzo podstawowym. Na wyższych poziomach facet może kobietą sterować w sposób bardziej precyzyjny, a i ona lepiej jest w stanie odczytywać co on chce. (Tyle teorii. W praktyce to ja ciężko widzę zrobienie jakiegoś sensownego układu bez wcześniejszego przećwiczenia przez obie strony jak on ma wyglądać, nawet jeśli oboje są bardzo zaawansowani. To całe 'sterowanie' i 'wyczuwanie' jednak ma swoje granice.)

W każdym razie ja ponieważ mam ledwo te pół roku (z hakiem) treningów za pasem, więc przy tańcu tak ja, jak i partnerka głównie się martwimy o kroki. Ona zazwyczaj zna układ, a jeśli się pomyli, to, o ile jej pomyłka nie uniemożliwia mi wykonania mojego ruchu, jestem zazwyczaj spokojnie w stanie dalej wykonywać układ, dając jej czas na szybkie dostosowanie się. I tak ma być. Pomyłki obu stron, o ile nie krytyczne (tzn. nie uniemożliwiające dalszego ruchu), nie powinny przerywać tańca.

I znowu generalnie większy problem tu mają faceci. Jeśli ona się pomyli i jego wybije z rytmu (pomijając przypadki, gdy po prostu uniemożliwia mu dalszy ruch), to znaczy, że on się dał z niego wybić, a nie powinien się był dać. Natomiast jeśli on się pomyli, to partnerka ma kompletny zakaz przerywania mu tańca (żeby go opieprzyć), ma za to wykonać to, co facet jej w danym momencie każe wykonywać. Widzicie haczyk? Facet nawet jak się pomyli, to powinien się pomylić w sposób na tyle zdecydowany, konsekwentny i z odpowiednim wyprzedzeniem, by umożliwić partnerce wykonanie (nieplanowanej) figury. Jeśli partnerka nie wykona, to przyjmujemy domyślne założenie, że to jego wina (znaczy, że nawet pomylić się nie potrafił jak trzeba). Znacie te stereotypy, że prawdziwy facet powinien być pewny siebie, zdecydowany i zawsze wiedzieć co ma robić, etc, etc? No więc ma to bezpośrednie przełożenie na filozofię tańca towarzyskiego (a przynajmniej na tyle, na ile ją rozumiem w wersji prezentowanej przez mojego nawiedzonego trenera z ADHD i jego żonę).

Ma to oczywiście swoje zalety, takie mianowicie, że odpowiednio doświadczony facet jest w stanie to robić nawet z totalnie zieloną partnerką (popularnie zwaną kłodą) i (a) jej się będzie podobało, (b) będzie jej się wydawało, że ona nawet całkiem niezła w te klocki jest i (c) jak ktoś spróbuje popodglądać, to nawet nie będzie to tak tragicznie wyglądało.

Masakra natomiast jest w przypadku odwrotnym -- gdy ona jest wyraźnie bardziej doświadczona od niego. Tak było z Panią Prezes (która o ile mnie pamięć nie myli ma za sobą jakieś 4 lata treningów), tak też jest ostatnio z pewnym dziewczęciem z dwuletnim doświadczeniem, które nam zesłali za karę z grupy wyczynowej (jej przewinieniem był brak partnera).

Otóż, jak już wspominałem, jak ja tańczę z partnerką na moim poziomie, to po prostu wykonujemy odpowiednie kroki plus kiedy trzeba używamy rąk. Wspomniane dziewczę natomiast nie wykonuje "po prostu kroków", tylko się całe wije...

A ponieważ obiecałem jakiś czas temu, że będę się starał nie przekraczać granicy 4kb tekstu, więc o tym jakie problemy ma facet, gdy mu się w trakcie kobieta cała wije, opowiem razem następnym.

Popingwinaryjnie, vol 1

19 III 2007, 18:50:03

Moja wersja tej historii.

No więc zacznijmy od tego, że Pani Prezes jest kobietą ode mnie starszą, bardziej dojrzałą i, co tu dużo mówić, bardziej doświadczoną.

Więc o ile założenie jest takie, że to facet powinien decydować co, kiedy, jak i jak długo, a rolą kobiety jest być uległą, o tyle w tym wypadku był z tym lekki problem, bo mój repertuar technik był dosyć ubogi i jak tylko chciałem coś spróbować, to po dwóch ruchach Pani Prezes mi przerywała i mówiła, żebyśmy spróbowali czego innego. Byłem dzielny, ale chyba sami rozumiecie, że dla faceta coś takiego jest bardzo deprymujące.

Nie pomogło, gdy, znudziwszy się próbami ze mną, wzięła była Pani Prezes mrmana, zaprowadziła go na pięterko i bóg jeden wie co tam z nim wyprawiała.

Szczęściem mrman nie był w stanie dostarczyć rozrywki na zbyt długo, Pani Prezes z pięterka zeszła, do mnie wróciła i próbowaliśmy dalej. Po iluśtam próbach ustaliliśmy co nam najlepiej wychodzi no i jakoś to szło. Nie było idealnie, bo co jakiś czas słyszałem zdławione 'ała', ale sami rozumiecie, noc, szampan, człowiek chciałby delikatniej, ale to nie zawsze wychodzi...

W każdym razie skoro mimo bolącego biodra i różnych innych obtarć i sińców kobieta chce jeszcze, to chyba znaczy, że sprawiłem się ok, nie?