Autoskracanie wpisów
17 VI 2009, 00:16:17Jak działa to autoskracanie wpisów na głównej? To próbuje robić coś mądrego, czy robi najzwyklejszy rand() dla każdego wpisu? Mam wrażenie, że to drugie.
Jak działa to autoskracanie wpisów na głównej? To próbuje robić coś mądrego, czy robi najzwyklejszy rand() dla każdego wpisu? Mam wrażenie, że to drugie.
Jest bardzo prawdopodobne, że tradycyjne gazety po prostu powymierają. Najlepiej poradzą sobie te publikacje, za które ludzie będą skłonni płacić, głównie niszowe adresowane do profesjonalistów. Sam płacę za subskrypcję lwn-a, a gdybym był księgowym, to bym pewnie jakieś gazety podatkowe subskrybował. Poza tym -- śmierć masowa, dodatkowo przyspieszona obecnym kryzysem.
Co zamiast? To, co teraz, tylko bardziej. Globalny kryzys? Chętnie poczytam komentarze finansistów. Nowe ustawodawstwo? Najciekawsza będzie opinia ludzi bezpośrednio przez nowe prawo dotkniętych (ewentualnie jakaś meta-analiza któregoś z think-tanków). Ba, nawet bieżące przepychanki polityczne, od których nota-bene jestem kompletnie izolowany, bo nie czytam polskich źródeł informacji, byłyby pewnie ciekawsze opisywane przez, nie wiem, historyka? W żadnym z powyższych nie ma miejsca na tradycyjny zawód dziennikarza. A już na pewno nie takiego, za którego usługi byłbym skłonny płacić. Nawet przy przekazywaniu informacji ów dziennikarz nie ma czego szukać, bo, po pierwsze, w obecnych czasach jak komuś (np. kandydatowi partyjnemu) zależy na wysłaniu jakiejś informacji w eter, to i tak sam udostępnia swoje materiały w sieci, a po drugie, nie trzeba pracować w gazecie, żeby umieć posiedzieć na takiej konferencji i później spisać swoje wrażenia. Wiem, że w USA odpowiednio znani blogerzy dostają od jakiegoś czasu przepustki prasowe, nie wiem jak to u nas się rozwinęło.
Najfajniejsze w tym wszystkim będzie to, że ja w końcu będę miał dostęp do informacji, które mnie rzeczywiście mogą zainteresować, a które praktycznie nie miały szans na pojawienie się (głównie z powodów ekonomicznych) w starych mediach. Chciałbym mieć bieżący dostęp do informacji o wszystkich aktach wandalizmu i agresji (a przynajmniej tych zauważanych przez spółdzielnię i/lub docierających do straży miejskiej/policji) w mojej dzielnicy. Miło by było mieć wgląd w to, co robi i na co wydaje pieniądze moja spółdzielnia (i to taki stały, a nie raz na kwartał, jak wydadzą gazetkę z tymi informacjami). W sumie nie mam zielonego pojęcia czym się na co dzień zajmuje samorząd miasta. Ciekawym jak wygląda ilość uczniów i wolnych miejsc w okolicznych szkołach. Jak już będę miał dzieci, to pewnie bym się nie obraził o łatwy dostęp do ogłoszeń parafialnych z jego szkoły. Etc, etc.
Znowu -- praktycznie żadna z powyższych informacji nie jest na tyle ważna, żeby istniał ekonomiczny sens płacenia komukolwiek za ich zbieranie. Lokalne dzienniki starają się robić przekrój wszystkich "potencjalnie ważnych" informacji przez co 99% ich zawartości jest dla mnie kompletnie nieinteresująca (dobra, kłamię, nigdy nawet żadnego nie wrzuciłem do czytnika rss; ale co jakiś czas przeglądam papierowe wydanie i prawie niczego nie czytam!). Dodatkowo w gazecie coś musi być, więc jak nie ma niczego rzeczywiście ważnego (a zazwyczaj nie ma), to się idzie w tani sensacjonalizm, który jeszcze dodatkowo aktywnie odstrasza mnie, jako czytelnika.
Jedyna szansa, bym rzeczywiście miał łatwy dostęp do interesujących mnie informacji będzie wtedy, gdy zostanie przekroczona pewna masa krytyczna zinformatyzowania społeczeństwa. Różni ludzie mają różne zainteresowania i w różny sposób spędzają czas wolny. Ja dłubię w open source. Ktoś tam edytuje wikipedię. A mój 76-letni dziadek napisał krótką historię swojej spółdzielni mieszkaniowej, której przez wiele lat był pracownikiem, do jakiegoś jubileuszowego albumiku[1]. Tacy ludzie istnieją i uważam za bardzo prawdopodobne, że będą się w coraz większych ilościach brali za tego typu zajęcia. Zwłaszcza, że jest to potencjalnie bardzo miłe, jeśli piszesz nie do grupy ludzi rozproszonych po całym kraju, tylko właściwie bezpośrednio do własnej społeczności, do ludzi, którzy mogą cię dzięki temu rozpoznać na ulicy[2].
[1] Ciekawym, czy ją gdzieś opublikowali w sieci. Pewnie nie, bo jeszcze nie myślą tymi kategoriami.
[2] Eh, zamarzyła mi się redukcja typowej dla miast anonimowości mieszkańców, a wszystko dzięki rozwojowi internetu.
Nie mogę się już doczekać tego braku wymuszonego sensjacjonalizmu (jak nie ma o czym pisać, to nie piszesz; nikt ci za to przecież nie płaci). Fakt faktem tego typu odbiór informacji jest znacznie trudniejszy, niż przeczytanie gazety. Kto wie, może tradycyjne media przetrwają właśnie jako agregatory wiadomości dla ludzi zbyt pogubionych w sieci, by potrafili je sobie samemu znaleźć? Tym bardziej nie będą owe tradycyjne media tak ważne, jak teraz. I jeszcze nudniejsze.
Jedna rzecz mnie wszak zastanawia. Mam niejasne przeczucie, że coś takiego byłoby znacznie łatwiejsze do przeprowadzenia w mieście małym, a nie dużym. W dużej metropolii tego typu inicjatywy byłyby zbyt rozproszone, zbyt trudno byłoby się do nich dostać. W Opolu zajęcie się sprawami jednej spółdzielni to jest parędziesiąt procent całego miasta. W takiej Warszawie klosz anonimowości może być nie do rozbicia.
Nie udało mi się wymyślić mniej patetycznego tytułu.
Ostatnio czytając w Tygodniku Powszechnym [1] artykuł o kryzysie mediów tekstowych (i nie chodzi mi o telegazetę), zacząłem się zastanawiać... Tradycyjne papierowe wydawnictwa są w odwrocie, bo ludzie się przerzucają na internet. Jest globalna recesja, więc rynek reklam dostanie po dupie tak czy siak, do tego jest całkiem niewykluczone, że nastąpi znaczny spadek wartości reklam internetowych (to jest młody rynek, więc pewnie znacznie przeceniany). Sposób czytania w internecie jest drastycznie różny od sposobu czytania gazet, więc i odbiór reklam pewnie jest inny. Gazety tradycyjnie czytało się od deski do deski, więc też sukcesywnie przedzierało się przez reklamy (trudno w ogóle nie zauważyć dwustronnicowej reklamy, skoro się te strony przekłada po kolei), podczas gdy na stronie www z definicji masz idiotyczne ilości szumu (logo na górze, dupne menu nawigacyjne z boku, w cholerę odnośników), więc nawet jeśli tam jakieś reklamy są powsadzane, to się gubią. A ludzie są nauczeni szybko skupiać uwagę tylko na interesującym fragmencie całości, z pominięciem większości zawartości (ba, strona jest źle zaprojektowana, jeśli nie jest natychmiast oczywiste co jest zasadniczą treścią; wyobrażacie sobie menu nawigacyjne na 70% szerokości i treść na 30%?)
[1] Moja dzienna dawka czytadeł jest jednak wybitnie monotematyczna, więc mnie ciągnie do czegoś innego. Będąc w Empiku wpadłem na pomysł, że ciekawe powinno być poczytanie czegoś pisanego przez ludzi o innych uwarunkowaniach kulturowych i o innej mentalności, bo wtedy mam zabawę z próbą zrozumienia skąd się bierze takie, a nie inne spojrzenie na świat. Różne ładne chrześcijańskie magazyny były ładne, ale (a) drogie, (b) nie miałem pojęcia który wybrać i (c) chciałem to czytać przy jedzeniu, więc format zwykłej papierowej gazety był najwygodniejszy.
Do tego jeszcze zacząłem się zastanawiać nad własnym sposobem korzystania z internetu. Nie wiem jak on się ma do ogólnych trendów, ale... Po pierwsze używam adblocka, więc reklam nie widuję praktycznie w ogóle. Po drugie nie czytam niczego, co choćby w najmniejszym stopniu przypominałoby tradycyjną gazetę. Jedyne, co ląduje w mojej przeglądarce, a nie jest "amatorskim" blogiem (nie czytam blogów, których autorzy utrzymują się z pisania bloga), to lwn.net (zawodowo) i reddit.com (wszystko inno). Ok, to pierwsze to jakby tradycyjny 'serwis' newsowy, natomiast cała reszta, to albo blogi, albo to, do czego mogę dostać się z reddita.
Jeśli mój sposób korzystania z netu (już pal licho adblock) jest skorelowany z ogólnymi trendami, to ja tu praktycznie nie widzę możliwości utrzymywania się z pisania czegokolwiek tradycyjnie dziennikarskiego. LWN jest częściowo płatny i ja mam takie płatne konto, ale to jest inwestycja czysto zawodowa -- będę za taki dostęp płacił, bo są mi te informacje przydatne w pracy. I tego typu publikacje raczej powinny przeżyć (Gazeta Prawna anyone?), bo mają konkretną niszę, a ta nisza ma dobrą motywację, żeby wydawać pieniądze. Autorzy z kolei w większości pisaniem tylko dorabiają, bo gazeta z poradami zawodowymi pisanymi przez ludzi nie mających z danym zawodem wiele wspólnego, raczej długo nie przeżyje. Ale taki New York Times?
Tego typu duże publikacje mają to do siebie, że jednak produkują sporo wartościowego kontentu (są pozytywnie ukontentowane :), więc i w miarę regularnie trafiają na takiego reddita. Ale co z tego? Przecież z ekonomicznego punktu widzenia to są jakieś okruszki. Ni jak się taki NYT nie utrzyma przy życiu (afaik już jest w tarapatach finansowych), jeśli głównie będzie mógł liczyć na tego typu serwisy społecznościowe oraz okazjonalne większe ilości wejść, bo akurat coś ważnego się w kraju dzieje. Nawet jeśli różne diggi to trwały trend i większość ludzi będzie w ten sposób korzystać z internetu, to i tak szczerze wątpię, żeby to się opłacało w taki sam sposób, w jaki opłacało się w erze analogowej. A nawet jeśli ludzie będą z netu korzystać jeszcze inaczej, to takie gazety i tak powymierają.
A jaka jest alternatywa? Wyobrażacie sobie, że będę płacił za dostęp do NYT (albo onetu :), żeby sobie raz na jakiś czas przeczytać jeden artykuł? Bo ja jakoś średnio. A jeśli już nawet miałbym płacić za np. artykuły na tematy polityczne, to na pewno nie te zajmujące się bieżącym pieprzeniem politycznym, ale takie, które mi z tego całego szumu wyciągną tylko rzeczy istotne z punktu widzenia ekonomicznego/społecznego, czy jakiegoś tam (a co za tym idzie pisane przez ekonomistę, albo socjologa, który mi wytłumaczy na jakiej podstawie twierdzi to co twierdzi, a nie dziennikarza, który może co najwyżej przedstawić opinie kilku specjalistów). No taki Economist po polsku, tylko bez wypełniaczy.
Ale, co ja się tam, nastanie mad max i wszyscy umrzemy. A na poważnie -- pałętają mi się po głowie jakieś wybitnie zwariowane potencjalne rozwiązania, ale żadne nie jest dla mnie samego na tyle przekonujące, żeby kogokolwiek innego męczyć opisem. Mam niejasne przeczucie, że skończy się to wszystko jakimś gigantycznym stopieniem się mediów/providerów kontentu, gdzie w ramach jednej opłaty uzyskam dostęp do gigantycznego zestawu pisanych przez profesjonalistów artykułów. Innymi słowy, że do 90% pisanego za mamonę kontentu, do jakiego będę mógł znaleźć linki na reddicie, będę mógł otrzymać dostęp płacąc jakiś abonament może trzem różnym firmom.
Albo wreszcie będzie praktyczny micropayment.
Dużo czytam, czasami zdarza mi się przeczytać coś na tyle dobrego, że chciałbym się później móc do tego łatwo odwoływać. Dłuższy czas temu marudziłem, że rozwiązaniem byłaby odpowiednia funkcjonalność przeglądarek, ale raz -- pewnie się nie doczekam zbyt szybko i dwa -- mógłbym z tego korzystać tylko ja.
Rzeczy typu delicious jakoś mi nigdy nie odpowiadały, za to ostatnio przeglądając listę top blipowiczów stwierdziłem, że sporo osób rozpoznaję na okazję ich prawie już opuszczonych blogów (*hint* *hint*). Nie porzucę joggerusia jak ci zdrajcy, szubrawcy, cykliści i komuchy, ale blipa wykorzystam do przechowywania swoich co ciekawszych linków.
Voila. Nie powinno tam się pojawiać zbyt dużo wpisów, ponieważ mimo, że czytam dużo, to czasami kilka dni z rzędu nie trafiam na coś rzeczywiście wartego uwagi. Będę też musiał tam kiedyś powrzucać linki trzymane gdzieś w zakamarkach pamięci i dysku. I żeby nie było: tylko nie tak znowu duża część linków będzie dotyczyła IT.
Jedyny mankament to limit 160-ciu znaków, który mnie strasznie wkurzył, ale w sumie teraz go doceniam. Przynajmniej nie mogę się rozpisywać. Za to niestety w skład tego limitu wchodzą także same URL-e, ale ktoś podpięty pod blipowe bugreporty mi napisał, że nad wyeliminowaniem tego problemu już pracują.
Ja chcę do top150 (*hint* *hint*).
Ostatni wpis Riddle'a, a zwłaszcza komentarz nbw do niego.
Podstawowy problem z byciem dorosłym -- tylko ty odpowiadasz za to, jak będzie wyglądało twoje życie. Obierz sobie cel i dąż do niego. Kompromisy? Sentymenty? Kuszące, ale przeszkadza świadomość, że za jakiś czas za nie zapłacimy.
Ja zacząłem pisać w ramach eksperymentu. Spodobało się, ludzie mnie czytali, więc pisałem dalej. Z wiekiem zmieniała mi się perspektywa. Zacząłem coraz bardziej cenić swój czas, a przez to i czas swoich czytelników. Nie rozpisywać się za bardzo. Nie pisać o pierdołach. Skupiać się na tematach ciekawych, ważnych.
Żadne nie są ważne. Przywilejem młodego wieku jest brak świadomości szerszego kontekstu. Można pisać co tylko ślina na język przyniesie -- nie ma się świadomości, że to wszystko odgrzewane kotlety, wszyscy już to wszystko wiedzą. Ale ambicja rośnie. Człowiek chciałby pisać o czymś, na czym inni się nie znają. Coś wnieść w sumę wiedzy.
Ale jak? Do tego trzeba wiedzy, lat doświadczenia, dużej ilości pracy, by to doświadczenie zdobyć. Na dodatek trzeba pisać po angielsku i nie w formie blogowej. Sam nie czytuję polskich blogów (czy serwisów niusowych) w poszukiwaniu nowej wiedzy, bo jej tam po prostu nie ma. Nie mam więc złudzeń odnośnie własnej pisaniny.
Więc co zostaje? Pisanie co tylko przyjdzie do głowy. Jupi, miliardowy blog o życiu jego autora...
Czas leci, wszystko idzie do przodu. Tak patrzę na listę czytanych przeze mnie joggerowych blogów sprzed paru lat i na palcach jednej ręki mogę policzyć te, które jeszcze istnieją. Ostatni gasi światło?
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. Albo Polka podsyłająca jakieś patche (z kodem; żeby było technicznie, a nie dokumentacyjnie/organizacyjnie/jakkolwiekinaczej) do projektów opensource, albo chociaż blogująca na jakieś w miarę zaawansowane tematy techniczne (tzn. jaki kawałek oprogramowania się zainstalowało w danym tygodniu odpada, chyba, że to jest coś bardziej zaawansowanego serwerowego).
Wymagania dodatkowe -- nie siedząca za granicą (bo mnie się o polskie komjuniti rozchodzi; Rutkowska, czy jak jej tam było, się nie liczy, bo ona to raczej taka zagramaniczna w tym momencie jest).
Widział ktoś?
Nie, nie będzie moderacji na głównej joggera i nie, nie będzie oficjalnego zestawu nakazów i zakazów kiedy można publikować z poziomem zero. Jeśli będzie to pierwsze, to się bardzo wkurwię, jeśli będą te drugie, to będę je z całą sumiennością olewał.
Przyjmuję do wiadomości, że wszyscy ci nowi ludzie, którzy blogują tu od jakiegoś czasu, też mają, hmm, prawa. Ale wy z kolei przyjmijcie do wiadomości, że moim prawem jest prawo do braku różnych dziwnych rewolucji. Sparrow chyba to rozumie i dlatego techblog został zrobiony tak, że jak ktoś nie chce, to nie musi w ogóle pamiętać o jego istnieniu (jako i ja w znacznej mierze czynię).
Garść sugestii -- "magnesem" joggera nigdy nie były konkretne posty. To nie digg. Magnesem było community. A community to ludzie. Jeśli zechcecie ingerować komukolwiek w zawartość pojedynczych postów, bądź w sposób dostęp do postów innych, to ci ludzie się zaczną wkurwiać. Vide pierwszy akapit. Istnieje już system o takich założeniach -- nazywa się jabba.pl. I jest kopalnią wiedzy o tym, dlaczego to jest bardzo bardzo głupi pomysł.
Jeśli ktoś chce mieć po prostu wybór ciekawych tekstów, to niech używa wykopu. Natomiast ci, którzy chcą, by jogger się rozwijał, muszą pamiętać, że to ciekawi ludzie przyciągają innych ciekawych ludzi. Co z kolei oznacza, że promowanie joggera to tak naprawdę promowanie joggerowiczów. Ale których konkretnie? Hint: subskrypcje mówią którzy joggerowicze uważają których joggerowiczów za wartych czytania. (Subskrypcje i/lub inne formy statystyk. Szczegóły techniczne mnie tu zasadniczo nie interesują.)
Tak, jest nieuniknione, że główna coraz mniej będzie przypominała dawną główną. Po prostu więcej ludzi oznacza więcej hałasu. Wystarczy jednak ograniczyć główną do jakiegoś podzbioru najpopularniejszych blogów (w procentach, liczbach bezwzględnych, czy czymśtam; znowu -- szczegóły techniczne) i nagle robi się przyjemniej dla stałych bywalców, bardziej reprezentatywnie dla przypadkowych gości, a mimo to niczego się na nikim nie wymusza, ani nie daje się jakiejś grupie prawa bycia strażnikami moralności, poczytności, czy czego tam jeszcze, w odniesieniu do cudzych postów.
(Oczywiście dla joggerowiczów ów "próg widzialności" musi być konfigurowalny, inaczej czytaj wcześniej o wymuszaniu na mnie rewolucji. No i na miłość boską, dajcie blacklistę, żebym nie musiał oglądać co nudniejszych grafomanów.)
Moja sugestia jest taka -- zamiast produkować setki komentarzy, usiądźcie na chwilę, wymyślcie konkretne rozwiązania (które biorą pod uwagę racje wszystkich stron, włączając w to "niewkurwianie mmazura"), pogadajcie ze sparrowem odnośnie szczegółów technicznych i czy w ogóle byłby skłonny to zaimplementować, to może coś z tego będzie. A nawet jeśli nie, to przynajmniej będziecie robić mniejszy przeciąg.
-- Czy ten "log" jest prawdziwy (czy to była prawdziwa rozmowa z Tobą): http://platyna.platinum.linux.pl/gorion/gorion-viedzma.txt ?
-- Ten log jak i cała reszta logów jest wytworem wyobraźni kilku mało ambitnych osób, które chciały sobie zrobić kosztem mojej osoby reklamę.
Kłamać? Tak publicznie? Gdy większość osób już się tematem znudziła i bez powodu by se pewnie o nim nie przypominali? Nie rozumiem tej manii do zakopywania się głębiej i głębiej.
A, właśnie, przy okazji poprzedniej notki mi się przypomniało -- jogger ma od jakiegoś czasu webalizer, niestety ten webalizer przy pokazywaniu refererów ignoruje parametry GETów, więc jeśli ktoś wchodzi do mnie na przykład z forum opartego o phpbb, to ja tylko widzę adresforum/viewtopic.php, ale już co to za topic, to nie jestem w stanie stwierdzić. I to nie tylko z forami mam ten problem, także z innych stron tego typu do mnie wchodzą.
Sparrow, dałoby się to poprawić?
Interesting. It seems that there's some kind of an "edit war" going on over at the English Wikipedia regarding the Netlog entry. Netlog, as some people might now, is the social site known as Facebox, after having experienced some heavy rebranding a few weeks ago.
At the moment of writing, the disputed section reads as follows:
In early 2007 when registering to Facebox one was asked to provide the GMail login and password. Then Facebox downloaded the address book of the newly registered user and used it without any warning to send out invitations to all GMail's contacts, including mailing lists, and resending the invitation once a week until the victim reacted to it[3].
As a result of that policy the google search for the keyword facebox resulted in more than numerous links warning users against registering in the service[4]. It has been suggested in the blogosphere[5] that this situation was the direct reason for the rebranding on the service: Facebox became Netlog.com on April 25th, 2007.
First, for some facts. It is true, that Facebox abused the email accounts of some people subscribed to it. In early April I have suddenly received a couple of invitations from a friend of mine. Each was sent to a different email address (all of which were mine). Scratching my head for a second, I've IRCed about it only to find out, that most of the people I know got varying amounts of those invitations (the president of the Polish Linux User Group bragged about receiving as much as six invitations from a single person). Additionally, from a series of blog posts and email messages, I've learned that more people got affected by this. (One post (in English) from this guy, another from this guy, yet another from this guy, and last one from this guy.)
So, concerning the wikipedia entry in it's current form -- it should be noted, that the only reports thus far were from Poles (a limited test gone awry?). Additionally, if you want to know my opinion, the "has been suggested in the blogosphere" implication is too far fetched and should be removed. I don't think one person's entry (as cited), written in a language unknown to most readers of that wikipedia article, and without even a hint of having any insiders knowledge about the decision to rebrand, should be enough to warrant such a mention.
Other then that, the mention of the incident itself is appropriate, simply because it did happen and can probably be considered a major screwup on Facebox/Netlog's part. And if somebody's motivated enough, it'd be quite easy to collect at least half a dozen very credible reports of this, both from people that got spammed, and those in whose names the spamming was being done.
(And I'll bet Netlog's just dying for a major tech blog or news site to pick this story up and investigate a bit. I'm sure they'd start getting tons of new subscribers afterwards. :)
1. Jak pierwszy raz zobaczyłem te wielkie ikonki na głównej, to żem aż normalnie zakrzyknął z trwogi. Że na głos znaczy się. Na szczęście da się to wyłączyć.
2. Wygląda nieźle. W sumie nie mam się specjalnie do czego przyczepić.
3. Albo to moje subiektywne wrażenie, albo panel administracyjny strasznie zwolnił. W sensie -- te strony się bardzo wolno wgrywają.
4. Od kiedy jogger ma webalizera?
5. Czy istnieją jakieś oficjalnie pobłogosławione przez sparrowa zasady publikowania na techblogu? I nie, jeśli chciałbyś mi przedstawić swoją własną teorię na temat tego, czym miałby być techblog, to nie jestem zainteresowany. Albo oficjalne (as in z błogosławieństwem sparrowa) reguły, albo żadne.
Co to kurwa jest? Przez cały dzień dwóch idiotów cośtam się pluje w te i nazad, ku uciesze tłumów.
Gdzieśtam się plącze sparrow wyjaśniając na wstępie, że to na poważnie jest.
Po czym ogłasza, że to wcale nie jest na poważnie i to taki 'żart' był.
A idioci nadal się cośtam pultają i w sumie wychodzi na to, że część była na poważnie, a część nie.
Co to w ogóle kurwa jest?
Jeśli tak mają wyglądać 'żarty prima aprilisowe', to ja mam sugestię. Za rok sobie żarty podarujcie. Bo wam one ni chuja nie wychodzą.
Czytam twojego bloga.
Zostałem powyższą kwestią poczęstowany na pingwinariach przez osobę mi nieznaną, która właśnie usłyszała jak się nazywam oraz dodatkowo wczoraj przez znajomą, podczas publicznego wieczornego multichata przy grillu.
I jest z tym stwierdzeniem pewien problem, zwłaszcza, jeśli ktoś go próbuje użyć na początku znajomości. No więc -- a co ja mam niby na nie odpowiedzieć? Jeśli odwołasz się do jakiegoś konkretnego tematu, czy coś, no to wtedy ok, powiedzmy, że mogę coś dopowiedzieć (zakładając, że pamiętam co miałem wtedy na myśli), rozwinąć, etc. Normalna konwersacja. Ale samo 'czytam twojego bloga' nie daje mi tutaj żadnego punktu zaczepienia. Jedyną reakcją z mojej strony może być w tym momencie rzucenie jakiejś anegdoty na temat blogowania, tyle tylko, że mój blog nie jest o pisaniu blogów, więc samym procesem blogowania interesuję się marginalnie i takowych ciekawostek po prostu nie znam. A jaką mam niby alternatywę? Spytać się 'no i jak ci się podoba'? Nawet nie będę tłumaczył z jak wielu powodów jest to idiotyczne pytanie. To może mam wybrać na chybił trafił jakiś wpis przez siebie wyprodukowany i zacząć się produkować na jego temat? Też odpada.
Takie stwierdzenie się po prostu nie nadaje do wstawienia go do rozmowy (o ile nie następują po nim jakieś konkretne pytania), chyba, że celem stwierdzającego jest tej rozmowy przyblokowanie. Już nie wspominając o tym, że jeśli nagle jakiś dwulicowiec wskaże na mnie palcem przy dużej grupie ludzi i zakrzyknie szydercze 'on pisze bloga', to ja od razu jestem w defensywie, bo skoro piszę bloga, to znaczy, że uważam, iż to, co chcę powiedzieć, jest na tyle ważne, by to publikować publicznie (hyhyhy), zamiast wysyłać bezpośrednio do osób zainteresowanych. I co ja mam niby teraz zrobić? Chwalić się ilością czytelników? A może opowiadać jacy to blogerzy (czyli ja też) będą ważni od teraz w kształtowaniu świata! Czy też założyć, że właśnie znalazłem nowe ofiary do zamęczania ich moimi wielce interesującymi przemyśleniami i zacząć streszczać jakiś wpis, do wyboru, taki z dużą ilością odwołań do mojego życia osobistego, bo skoro już i tak jestem narcyz, to mogę być i ekshibicjonista, albo jakiś techniczny, żeby było, że jestem nudziarz.
Podsumowując -- jeśli rzeczywiście czytasz mojego bloga, to najprawdopodobniej jesteś w stanie zadać jakieś interesujące pytanie, albo coś ciekawego powiedzieć. Natomiast wspominanie o nim przy obcych ludziach jest bez sensu ponieważ z założenia blog jest dla tych, którzy znaleźli w nim coś ciekawego, a przypadkową zbieraninę osób jego zawartość może co najwyżej zanudzić przy okazji robiąc z autora nadętego dupka.
A teraz niech mnie ktoś przytuli.
Oj, wyszło przydługawe. Ale może przynajmniej ciekawsze, niż pisanie o tym kiedy dostałem swoją pierwszą amigę i ile miała ramu :)
(Od bardzo dawna nieczynna) Galeria Osobliwości Joggera to mój pomysł. O ile mnie pamięć nie myli z nazwą włącznie. Wykonanie natomiast jest moich znajomych, ponieważ, hmm, mam bardzo bardzo dużą awersję do pisania takich rzeczy. Nie mam natomiast nic przeciwko czytaniu ich od czasu do czasu dla rozrywki. Tak, jestem hipokrytą. Mam certyfikat.
Jak miałem lat cztery, zabrałem (podobno mocno ciapowatego, acz co tam dorośli mogą wiedzieć) kolegę i uciekliśmy z przedszkola. Poszliśmy do niego do domu (mieszkał w bloku niedaleko), ale nikogo nie było. Pogadaliśmy chwilę z sąsiadką i poszliśmy sobie dalej. Nie, nie zainteresowała się nami za bardzo.
Wybyliśmy więc w (chyba; z oczywistych względów nie pamiętam swojego toku myślowego) losowym kierunku. Po drodze zaczepiła nas jakaś starsza pani czemu się pałętamy sami. Wyłgałem się, że nasi rodzice są trochę przed nami, właśnie ich gonimy. W sumie trudno się dziwić, że nie przejrzała blefu.
Nasza podróż skończyła się +/- 5km dalej w przez przypadek natrafionej pracy mojej babci. Babcia się z oczywistych względów z leksza zdziwiła odwiedzinami kompletnie wyczerpanego wnuka wraz z kolegą w podobnym stanie. Zadzwoniła do (pracującej niedaleko) mojej matki, która to z kolei zadzwoniła do przedszkola, że za niedługo przyjedzie odebrać swoje dziecko. Ot dla funu.
(Dla opolan -- odtworzona najbardziej prawdopodobna marszruta -- z mniej więcej środka starego zwmu, przez dworzec opole wschód na oleskiej, w górę aż do rynku i dalej mostem na wyspę, skręt w lewo, dojście do następnego mostku, przejście przez niego i wylądowanie na krakowskiej przy filharmonii.)
Nie pisałem egzaminów wejściowych do liceum. W siódmej klasie podstawówki zająłem bodajże czwarte miejsce na szczeblu wojewódzkim w olimpiadzie z języka angielskiego. (Oczywiście w klasie ósmej nie udało mi się zakwalifikować do ścisłego finału i w ogólnej klasyfikacji byłem gdzieś dalej.) Dostałem dzięki temu fajny papierek, dający mi wolny wstęp do dowolnie wybranego liceum. Oznaczał on też, że w ósmej klasie naukę mogłem spokojnie olać, bo i tak mi do niczego nie była potrzebna (co też robiłem). Wybrałem II LO w Opolu, w rankingach bodajże najlepsze w województwie. Z moimi ocenami i stanem wiedzy bez tego papierka nigdy bym się tam nie dostał.
Odrobiłem to z nawiązką pisząc dwa razy maturę. Tak, to było wtedy, jak w opolskiem wyciekły tematy. I rzeczywiście miałem te tematy wcześniej. Nie żebym był w stanie je odróżnić od innych 'pewniaków'. Wedle zeznań mojej wychowawczyni (jednocześnie matematyczki) za drugim podejściem napisałem lepiej.
Ciekawostka -- miałem najwyższą ilość punktów na mojej polibudzie w JakiśPrzymiotnikowej Olimpiadzie Języka Angielskiego Wyższych Szkół Technicznych. Finał jest w w maju w Poznaniu. Leczę kompleksy z młodości. W liceum nigdy mi się nie udało niczego wywalczyć na tych olimpiadach.
Parę dni temu podczas kol... erm... posiłku (w miejscu publicznym, bez świec) z koleżanką mój mózg zaserwował mi poważną awarię, która zaskutkowała chlapnięciem czegoś, czego żaden facet nie powinien nigdy chlapnąć w kierunku kobiety.
Zapewne widzieliście już takie sceny na filmach. Przez jakąś sekundę oboje przetwarzają co zostało powiedziane, a po chwili on wydaje z siebie jęk zazwyczaj wydawany przez facetów przed wykastrowaniem, po czym robi się o taki malutki. Ona natomiast ma sporo opcji do wyboru, na przykład może przywdziać jego skalp jedzoną przez siebie miską czegoś włoskiego.
Obyło się bez ekscesów kulinarnych i zbyt dużych ilości decybeli, acz wieczór skończył się był niedługo później.
Deweloperem PLD zostałem, hmm, prawie równo pięć lat temu (kurna, przegapiłem rocznicę, była dwa tygodnie temu). Miałem wtedy lat szesnaście. Było to dwa i pół miesiąca po tym, jak założyli mi stały internet i jakieś dwa miesiące po tym, jak zainstalowałem na swoim komputerze Linuksa (akurat w postaci PLD) i zacząłem go używać jako podstawowego systemu, zamiast Windowsa [1].
Gdy używam tej informacji do podrywania kobiet, to zawsze wspominam o swojej wybitnej inteligencji i wręcz fenomenalnych zdolnościach uczenia się. W rzeczywistości parę dni przed zgłoszeniem chęci zostania deweloperem zacząłem pisać PLD Traffic, więc osoba przyznająca wtedy konta, czyli Sergiusz Pawłowicz (ten od ZUS-u), nie robiła żadnych problemów i dała mi uprawnienia od ręki (pewnie liczył na to, że będę go łagodniej traktował w trafficach :).
[1] (Ponieważ od razu wklikałem sobie KDE i zacząłem używać KMaila, co czynię do dnia dzisiejszego, mam wszystkie maile począwszy od tego okresu (starsze też mam, ale jako zip file z The Batowskich plików, więc pewnie teraz niczym bym tego nie otworzył). I właśnie na nie patrzę, żeby poprawnie podać powyższe daty.)
W sumie nie mam w kogo strzelić. Z mojego czytnika właściwie wszyscy polskojęzyczni już zostali trafieni (a jak nie zostali, to mają nick mimas, i o tu mi kaktus wyrośnie, jak napiszą coś takiego :).
Update. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy postanowiła przekazać strzała dla ravbakera. Tradycji stało się przynajmniej w jednej piątej za dość.
(You can be my valentine if you write something like this :)
Some fire... make that konqueror (I rarely use firefox) plugin that indexes (the same way google does) all of the sites I visit and allows me to do google-like searches for specific keywords, phrases and such. I'll bet the chronic bloggers would die for something like this. I would too. With the amount of material I'm reading online every day it's impossible for me to be able to find a piece I might need for whatever reason (something as simple as a quote or a link to the full article). And it's really irritating.
Dunno if current computers have enough cpu power to make this feasible without actually resorting to google. I really hope so, since the last thing I'm willing to do is give google full logs of where I've been, what I've read and how easy it is to blackmail me with those furry sites. YMMV though.
Istnieje pewna bardzo dobra zasada mówiąca, że jeśli masz być częścią projektu kogoś, z jakąś ideą, to zapisuj się tylko i wyłącznie wtedy, jeśli ów człek zapewni ci pełną swobodę działania, a swoją ideę będzie realizował dopiero na bazie twojej pracy. Tzn. żeby ingerencja w twój "naturalny" tok postępowania w celu realizowania Idei, była jak najmniejsza.
Jest to generalnie charakterystyka dobrego menedżera, że najpierw stara się zrozumieć jak działa to, czym ma zarządzać, później określa co by chciał zrealizować, a na końcu wymyśla taki plan, żeby osiągnąć maksymalnie dużo z tego, co osiągnąć chce, jednocześnie w jak najmniejszy sposób ingerując w zasady już wypracowane w ramach organizacji przez pracowników (oczywiście te zasady, które się sprawdzają).
Sytuację tego typu mam obecnie w pracy. I dopiero teraz jestem w stanie docenić wiedzę i doświadczenie, jakie dało mi obserwowanie różnych projektów open source oraz uczestniczenie (na różnych poziomach zaangażowania) w pld. Jestem też w stanie docenić jak dużo mogą dać ludziom rzeczy typu radio studenckie, czy jakiekolwiek inne projekty robione w grupie.
I jako ciekawostka. Oto projekt człowieka, który jednak nie do końca rozumie jak osiągnąć to, co chciałby osiągnąć.
Nie orientuję się, czy sparrow jeszcze żyje, czy już nie żyje, czy ktoś poza nim ma dostęp do kodu joggera i w ogóle jak to teraz jest z tym joggerem, ale potrzebowałbym paru rzeczy.
Otóż idea trzymania osobnej anglojęzycznej strony pod mmazur.name była zapewne szczytna, acz zasadniczo rzecz biorąc z góry skazana na niepowodzenie. Ledwo mam czas tutaj coś wrzucać, o drugim blogu nie wspominając. Więc najprawdopodobniej skończy się na tym, że skorzystam z opcji podpinania joga pod zewnętrzną domenę i sobie go tam przepnę.
Rzecz w tym, że nadal potrzebna mi jest możliwość publikowania także po angielsku (vide ostatni wpis). W związku z tym kilka feature requestów (te z najwyższym priorytetem na początku):
Najważniejsza rzecz -- rssy tylko dla konkretnej kategorii. Bez całej reszty jestem w stanie się w zasadzie obejść, natomiast to jest dla mnie najważniejsze. Bez tego nie jestem w stanie ani wsadzić bloga na jakiekolwiek zagramaniczne planety, ani żaden zagramaniczniak nie ma specjalnie jak sobie go dodać do rssów.
Trochę mniej ważna -- wykrywanie języka i dwujęzyczny interfejs. Najwygodniej chyba byłoby po prostu, gdyby dało się w szablonach robić warunkowe wpisy, zależnie od języka w jakim przedstawiła się przeglądarka. To nie jest w sumie aż takie ważne, bo mogę się bez tego obejść po prostu zmieniając trochę napisy na blogu, acz było by miło.
No i już jakby się komuś kompletnie nudziło -- przy rssach możliwość definiowania więcej jak jednej kategorii. Np. 'rss/pld+english' dla angielskiej planety pld, a 'rss/pld-english' dla polskiej.
Kto się podejmie? :)
UPDATE: problem z dwujęzycznością rozwiązany. Po prostu zamieniłem teksty na łacinę, więc powinno być zrozumiałe dla wszystkich. Gdyby ktoś miał jakiegoś znającego łacinę znajomego, to byłbym wdzięczny za zasugerowanie poprawnych form poszczególnych zwrotów, bo moja łacina jest czysto słownikowa, więc czy to czasownik, rzeczownik, czy liczba pojedyncza, czy mnoga, mi wsio rawno.
A, właśnie, jeśli ktoś się zastanawiał skąd się wzięło zdanie w temacie wpisu, to sugeruję zaglądnąć tu.
Primo, jednak pisanie w kawałkach wymiata. Gdybym chciał napisać to wszystko, co bym chciał napisać, w jednym dużym kawałku, to by mi wyszedł jeden wielki nieczytelny blob, bo po czwartej godzinie pisania miałbym już wszystkiego serdecznie dość. Nie wspominając o tym, że jeśli uważam, że któryś kawałek jest jakiś taki przynudnawy, to jednak jest on krótki, więc czytelnik jakoś przeżyje.
Właśnie -- krótki. Stwierdziłem, że nałożę sobie ograniczenia objętościowe, gdzieś 4kb tekstu. W momencie w którym doszedłem do 8kb, zacząłem wycinać rzeczy, które nie były bezpośrednio związane z tytułem fragmentu, lub które były na tyle długie, że w sumie mogłyby mieć osobny fragment (w sumie zszedłem do 5kb). Oczywiście zostały one odłożone na półkę, z przeznaczeniem na kolejne części. Cóż to była za heroiczna walka, władca pierścieni normalnie wysiada!
Przez jakiś czas popełniałem wpisy, że nikt nie miał zielonego pojęcia o czym ja właściwie piszę. Wynikało to z tego, że nie chciałem (a czasami nie mogłem) odnieść się konkretnie do tego, co dane przemyślenie zainspirowało. Z jakiś niewiadomych przyczyn uważałem, że czytelnik lepiej zareaguje na rzucanie ogólników, niż na jakieś niby błahe odniesienia do rzeczywistości. Oczywiście czysta głupota. Jeśli o czymś powiedziała mi babcia, albo doszedłem do tego patrząc na srające w parku psy, to jak najbardziej powinienem o tym napisać! Hmmm. No, dobra, może niekoniecznie, ale rozumiecie o co mi chodzi.
Przy czym jest tu małe ale -- trzymanie się ogólników skraca tekst. Gdy zaczynam wchodzić w jakieś odniesienia i opisywać konkretne sytuacje, on się wydłuża (vide bodajże trzy czy cztery akapity potencjalnych problemów w pracy, w poprzednim tekście; żeby nie było -- w 90% wyjętych z mojego życia). Nie mówię, że boję się długich tekstów -- tak nie jest, w teorii to nie ma być rozrywka, więc jeśli ktoś chce coś konkretnego przekazać, to nie może wycinać zdań w nieskończoność.
W rzeczywistości jednak 99% opisywanych problemów jest błahych. Więc jeśli widzę krótki (powiedzmy ten 4kbowy) tekst traktujący o danym problemie, to wiem, że autor skupia się właśnie na owym problemie i, nawet jeśli jest to pierdoła, to pierdoła potraktowana krótko, prosto i na temat. Z szacunkiem dla czasu czytelnika. Jeśli natomiast widzę ścianę tekstu, to od razu odechciewa mi się czytać i zaczynam tekst skanować, czego zazwyczaj nie lubię robić.
Ha! I znowu ujawniają się zalety pisania we fragmentach! Normalnie jakbym na to wpadł dłuższy czas temu, to moje życie byłoby o tyle szczęśliwsze! :)
Czy mógłby ktoś (Patrys?) popełnić jakiś bardzo krótki wpis na temat trendy htmla, tzn. że się używa <p>, a nie br-ów, że się używa emfazy i stronga, a nie bolda i italiców, jak się poprawnie cytuje, etc., etc.? Coś takiego z miminalną ilością najbardziej niezbędnych tagów htmlowych i bardzo krótkim rationale do całości i gdzieś to wciepnąć w bardzo widocznym miejscu przy zakładaniu nowych jogów. Gdybym ja coś takiego miał kilka lat temu, to moje wpisy sprzed paru lat wyglądałyby o niebo bardziej czytelnie.
(Oczywiście jeśli taki tekścik już się gdzieś znajduje, to nie pisać, tylko liknkąć. I mi też tu zapodać linka, bo ciekawym, czy o czymś jeszcze nie wiem.)