Moja spółdzielnia i komornik

13 III 2010, 01:54

Nieprzyjemna niespodzianka. Niedługo po tym, jak kupiliśmy sobie na Ursynowie mieszkanie, któryś sąd apelacyjny zasądził, że moja nowa spółdzielnia ma zapłacić nie wiem już dokładnie ile milionów (kilka, kilkanaście albo kilkadziesiąt) jakiemuś podwykonawcy. Tenże nie zwlekał i dosyć szybko nasłał komornika, który zajął nieruchomości i konta bankowe spółdzielni. Podejrzewam, że moje dwa ostatnie czynsze poszły w próżnię.

I tu się robi ciekawie. Zarząd nie spieszył się specjalnie z informowaniem ludzi o tym fakcie. Kilka tygodni temu wrzucił do skrzynek pocztowych pismo o mniej-więcej podobnej treści stwierdzając, że większość odziedziczonych przez nich problemów prawnych jest już rozwiązana, a tymi obecnymi nie ma się co martwić. Do tego od dłuższego czasu w różnych wywieszkach wspominał coś o jakichś negocjacjach z bankiem w sprawie prowizji i wynikających z tego zawirowaniach z kontami spółdzielni. Ba, mam tutaj ulotkę z 5 marca w której jak byk pisze, że w związku z pobieraniem od Państwa przez Bank Millennium prowizji z tytułu pobieranych opłat za użytkowanie lokali, prosimy o wstrzymanie się z dokonywaniem tych wpłat na dotychczasowy rachunek bankowy. Jasne, to wszystko przez Bank Millennium, a nie komornika. Na dodatek kazali płacić osobiście w kasie spółdzielni albo na załączony numer konta (który jest inny, niż numer na ich stronie).

Naprawdę fajnie zrobiło się przedwczoraj, gdy w skrzynce pocztowej znalazłem dwa teksty:

  • Ulotkę jakiejś anonimowej grupy (forum) o tym, że jest przegrany proces, jest komornik, są gigantyczne długi, a zarząd to banda niekompetentnych chciwych durniów sterowanych przez byłego SB-ka, których trzeba jak najszybciej odwołać zwołując najpierw walne zgromadzenie.
  • Odpowiedź zarządu w którym tenże stwierdza, że wcale nie jest tak strasznie, będzie dobrze, poza tym oni są niewinni i bardzo im się nie podoba bycie oblewanych pomyjami przez jakichś zapchlonych anonimów o facjatach pokrytych parchem.

Kupa radochy, bo ogólnie widać, że towarzystwo jest siebie warte. Z jednej strony Zarząd, który ma tendencję do produkowania dużej ilości tekstu z małą zawartością informacji, tzn. na konkretne zarzuty odpowiada tylko i wyłącznie stwierdzeniem, że jest niewinny. Z drugiej zaś jakaś anonimowa grupa, która zarzuca Zarządowi wszystko, co tylko jej przyjdzie do głowy i jeszcze trochę, więc ni cholery nie idzie stwierdzić, które z tych zarzutów rzeczywiście mogą mieć coś wspólnego z rzeczywistością.

Z ciekawszych kwestii:

  • Całe to mydlenie oczu z powodem zmiany numerów kont.
  • Kompletny brak jakichkolwiek przydatnych informacji na stronach spółdzielni. Nie ma tam ani uchwał, ani rocznych sprawozdań, ani protokołów z posiedzeń. Średniowiecze, zero transparentności.
  • Oto wyliczenie zarobków zarządu z którego wynika, że zarząd zarabia grubo ponad 60 tyś. miesięcznie. A zarząd jest dwuosobowy. Sprawdzałem te wyliczenia ze źródłem (acz niepotwierdzonym; nie mam powodu zakładać, że anonimy wrzucają niezmodyfikowane dokumenty do sieci) i rzeczywiście wyglądają na prawdziwe, przy czym mój dziadek, po parudziesięciu latach pracy jako (główny) księgowy m.in. w spółdzielniach twierdzi, że akurat dla księgowości pozycja "zarobki zarządu" może oznaczać więcej osób.
  • Anonimy wspominają też o 100 tyś. przeznaczonych na jakieś nagrody specjalne, acz skanów żadnych nie wrzucili, a strona spółdzielni jest oczywiście bezużyteczna.

Dla mnie z tego całego cyrku wynika jeden główny problem -- to spółdzielnia płaci za wodę, gaz, ocieplanie oraz wywóz śmieci oraz zajmuje się remontami, a ja lubię moje zdobycze cywilizacji i chciałbym, żeby ktoś mi udrożnił zatkany komin wentylacyjny w kuchni oraz naprawił w połowie bezużyteczny domofon.

I teraz nie wiem co zrobić. Z jednej strony boję się, że anonimy tylko pogorszą sprawę z sądem i komornikiem: najpierw odwołają obecny zarząd, po czym powołają kogoś jeszcze mniej kompetentnego, kto na dodatek nie będzie wiedział, że pojutrze należy złożyć papiery odwoławcze. Z drugiej, obecny sposób zarządzania spółdzielnią sprawia wrażenie bardzo starożytnego i trzeba by to naprawić -- docelowo wprowadzić obowiązek publikowania wszystkich ważnych informacji na stronie www, a, póki co, dobrać się do wersji analogowych co ważniejszych dokumentów, poweryfikować jak to zarządzanie w praktyce wyglądało w ostatnich latach i przy okazji wszystko poskanować i powrzucać do internetu, żeby inni też mogli popatrzeć.

Eh. Wypadałoby zainteresować się tą spółdzielnią, choćby dla zabezpieczenia własnego interesu (lubię mieć wodę w kranie). Ale społeczeństwo obywatelskie to jest bardzo słuszna idea aż do momentu w którym realną nie staje się perspektywa łażenia po jakiś biurach i nagabywania starszych pań, żeby wygrzebały potrzebne mi papiery. Co może być tym bardziej problematyczne w tym momencie, bo spodziewam się, że Centrum Dowodzenia Spółdzielni przestawiło się w tryb defensywny. :/

Nowy Śmierdzący Świat Stole This Film

16 II 2010, 00:09

Nowa siedziba Krytyki Politycznej ma bardzo fajną lokalizację i jest obszerna w środku. A do tego na parterze jest knajpa... w której ewidentnie wolno palić.

Co samo z siebie nie jest problemem, ale niestety sala w której odbywają się różne spotkania/prelekcje/pogadanki znajduje się bezpośrednio nad rzeczoną knajpą, a prowadzi do niej strasznie szeroki korytarz bez żadnych drzwi (?). Skutek tego taki, że nalepka "zakaz palenia" robi tylko za głupi dowcip, bo wyziewy z knajpy powodują, iż w sali wykładowej jest po prostu siwo od dymu papierosowego.

Ja rozumiem, że duże sale w dobrej lokalizacji na tego typu imprezy masowe są towarem deficytowym, ale kamaaan. Następnym razem jak będzie tam organizowane coś ciekawego (czyli jutro) nie będzie to tylko problem "czy chce mi się ruszyć cztery litery" ale także "czy chcę siedzieć przez X godzin w smrodzie, a po powrocie musieć brać prysznic, bo mi włosy prześmierdną".

Z innych spostrzeżeń po dzisiaj:

  • Brak dobrego/ostrego moderatora z przygotowanymi konkretnymi punktami do dyskusji oznacza chaos.
  • Publika nadaje się do zadawania pytań po części zasadniczej, ale nie do tworzenia owej części zasadniczej, bo patrz punkt powyższy.
  • Człowiek, który chce powiedzieć coś mądrego, przestaje słuchać, co mówią inni, a zaczyna liczyć sekundy, aż będzie mógł zacząć własną wypowiedź. Sam to też obserwuję u siebie. (Jakakolwiek spójność dyskusji bierze wtedy w łeb, stąd punkt pierwszy.)
  • Film był praktycznie cały o piratebayu sprzed paru lat i w sporej części miał postać dosyć komicznej propagandy.
  • Dyskusja po filmie była o czymś zupełnie innym.
  • "Jarosław Lipszyc naczelnym Robin Hoodem polskiego internetu". :)
  • Mocno kontrastowo to wygląda, jeśli praktycznie cała sala składa się z osób w wieku okołostudenckim plus raptem kilku wyglądających na starszych.
  • Na dodatek jest to mało optymistyczny kontrast.

$HOME sweet $HOME

22 XII 2009, 19:54

W końcu przyszedł termin przekazania mieszkania i w ciągu ostatnich kilku dni wyprowadziliśmy się z wynajmowanego, a wprowadziliśmy się do własnego. (Spora) garść spostrzeżeń:

  • Bez samochodu byłaby kaplica, zwłaszcza jeśli idzie o zakup mebli. Duże sklepy meblowe są zazwyczaj na obrzeżach miasta. Do tego są duże, a ich obchód trwa sporo czasu i jest męczący. Więc jeśli ktoś nie chce kupić pierwszych lepszych mebli, bo chodźmy już stąd, jestem zmęczony (a przeciętny facet ma zapewne małą odporność na plątanie się po takich przybytkach; ja wiem, że mam), to trzeba się liczyć z co najmniej kilkoma wycieczkami. Preferowalnie nie w weekendy, jeśli ktoś ma taką możliwość, bo tłoczno.
  • Black Red White wygląda jak Ikea, ale to nie jest Ikea. Niestety za późno na to wpadliśmy, dlatego też stół do kuchni będziemy mieli za jakiś miesiąc (z potencjalnym hakiem), a łóżko za tydzień. Na szczęście Magda wpadła na genialny pomysł zakupienia samego materaca (znaczy takiego łóżkowego) w Ikei, więc póki co śpimy na nim.
  • Pamiętajcie, żeby nie przeprowadzać się w grudniu akurat jak zaczynają się mrozy i śnieg. Oczywiście jak już skończyliśmy, to się teraz cieplej zrobiło.
  • Wnoszenie kilku tur dużej ilości ciężkich rzeczy po schodach na trzecie piętro jest męczące. Nie polecam.
  • Skręcenie czterech krzeseł lub dużego biurka z Ikei zapowiada się jak fajna zabawa (jeeej, duże klocki Lego!), póki nie jest godzina później, a dalej się nie skończyło.
  • Własny mały pokoik w którym mieści się fajne półokrągłe biurko, fotel "prezesa" i jakaś szafka czy dwie, jest bardzo fajny. Jak będę miał w nim już komplet mebli i go na wiosnę odnowię, to wrzucę zdjęcia.
  • Odziedziczony po poprzednich właścicielach teletransporter jest... kontrowersyjny. Miło się dzisiaj słuchało radia biorąc prysznic, ale konserwacja i braki ergonomiczne tego czegoś mogą być przeszkadzające. Plus nie czuję się najpewniej myjąc się w czymś, co jest podłączone do prądu. Energize!
  • Dodatkowo jest on na 20-centymetrowym podwyższeniu, sam ma bardzo wysoki brodzik i bardzo ciasne wejście, więc wchodzenie/wychodzenie z niego nie jest trywialne. Osoba starsza mogłaby się przy tym nieźle uszkodzić.
  • A ubikacja to taka komórka metr na metr. Niewygodne toto, duszne i jak tylko się włączy światło, to zdekowany gdzieś wiatrak zaczyna robić bardzo głośne zzzzzzzzzzzz... I prędzej czy później się walnę w łeb o drzwi (i podbiję oko klamką) siadają lub próbując wstać.
  • Całkiem spora paranoja poprzednich właścicieli jest intrygująca. Dostępu do mojego mieszkania bronią: trzy piętra, okna na klucz, zamykana na kilka (różnych) kłódek metalowa krata na całej szerokości okna i drzwi balkonowych (serio), oraz podwójne drzwi z czterema zamkami (każdy inny). Nie wiem co oni w tym mieszkaniu trzymali tak wartościowego, ale w moim przypadku ewentualny złodziej będzie raczej zawiedziony, jeśli jedyne co znajdzie, to nienajnowszy komputer z monitorem warte razem jakieś kilkaset złotych (bo jak nas nie ma, to znaczy, że, też stare i z dolnej półki laptopy mamy przy sobie). Nawet telewizora nie mamy :) I o ile nie trzymałbym w mieszkaniu czegoś rzeczywiście drogiego, to raczej bym się nie decydował na instalowanie takich zabezpieczeń, ale jak już są, to mam zamiar korzystać. Może mi ubezpieczelnia jakąś zniżkę nawet za to da?
  • Jak to dobrze, że biedronka jest tak blisko. Fakt faktem, prawie nic w niej nie ma, ale choćby coś do jedzenia się zawsze znajdzie.
  • 30mbitów (i 2 uploadu) z UPC są fajne. Dostany od nich mocno konfigurowalny modemorouter z wbudowanym wifi też. No i miło, że dorzucają kartę wifi na usb (acz mi się nie przydała). Jeszcze gdyby switch w tym routerze był gigabitowy...
  • 45-dniowy okres wypowiedzenia w Asterze jest niefajny. Ich możliwości techniczne też nie są fajne. Za około 90zł płacone w UPC za te 30mbitów, w Asterze dostałbym w porywach do ośmiu-dziesięciu (i odpowiednio niższy upload).

Własne mieszkanie (znowu) fajnie mieć. Wygląda na to, że będę musiał się zainteresować kupnem jakiejś wiertarki (no i kombinerek, bo mi je chyba monter z UPC przez przypadek podharcerzył) i różnymi takimi związanymi z konserwacją i remontowaniem, bo zapowiada się tego potencjalnie całkiem sporo. A to dziurę na kabel wywiercić, a to karnisze zamontować, coś tam uszczelnić i takie tam.

Czas kończyć, bateria w lapku niedługo padnie, a jesteśmy już za Częstochową, niedługo powinniśmy dojeżdżać. Merry Christmass!

Cztery lata później

26 X 2009, 04:22

Edit: muszę dawać takim rzeczom poleżakować przed publikacją, bo patetyczny wpis wychodzi drastycznie zbyt patetyczny. I z za dużą ilością uproszczeń.

Przejrzałem tego bloga na cztery lata wstecz i okazało się to być bardzo pouczającą podróżą w przeszłość. Najważniejsze spostrzeżenie, to że w tym czasie tworzyło go dwoje różnych ludzi. Do końca 2007, czyli do de facto końca studiów, autor był żywy, zabiegany, pełen różnych pomysłów, przemyśleń, energiczny, lekko walnięty.

Od 2008 pisać zaczął człowiek coraz bardziej zdystansowany, apatyczny, coraz częściej (a właściwie coraz rzadziej) piszący tylko po to, żeby na coś pomarudzić.

Tym człowiekiem teraz jestem. W teorii "wszystko" jest jak trzeba. Od ponad roku jestem z kobietą, z którą jest mi dobrze. Jesteśmy zaręczeni. Za półtora miesiąca będziemy się przenosić do własnego mieszkania. Za 10 miesięcy weźmiemy ślub. Mam dobrą pracę, która zabezpiecza nas finansowo.

A jednak coś straciłem. Coś ważnego, czego miałem dużo jako nastolatek, coraz mniej w czasie studiów, a co od dwóch lat praktycznie zniknęło.

Wyjazd do Warszawy miał pomóc. Nowe, stymulujące środowisko!

Nie pomógł, a przyniósł sporą dawkę nowych problemów, z którymi musimy sobie radzić.

I zmiana stylu narracji.

No i teraz zonk. To jest normalne, że z biegiem lat człowiekowi zmieniają się priorytety i zainteresowania i ogólnie mu się może mniej chcieć, acz nie można temu odmówić upierdliwości. To jest tak, jakby trzeba było prawie wszystko zaczynać od początku, gdy się jest w związku i po studiach. Stare zainteresowania nie są już interesujące, albo są niepraktycznie (albo oba na raz), nowych jeszcze do końca nie ma, a nawet jeśli się ma jakieś pomysły, to często trudne w realizacji. Ma to oczywiście swoje zalety, bo człowiek już się nie musi martwić poświęcaniem czasu na szukanie sobie kobiety, acz nigdy bym nie przewidział, że to może być takie... gwałtowne. Myślałem, że przejścia do kolejnych etapów życia będą mniej drastyczne.

Oh, well. Trzeba próbować od nowa, biorąc pod uwagę nową sytuację i inne priorytety. Mnie Pani Prezes wzięła do komisji programowej Pingwinariów, a na walnym ISOC-PL zostałem członkiem sądu koleżeńskiego (inkwizycja nadchodzi!). Magda z kolei poszła na nowe studia. Zobaczymy jak to będzie.

Bootstrap 9.7

06 IX 2009, 00:00

Wybrałem się dzisiaj na to z założeniem, że choćby w celach kulturoznawczych trzeba zobaczyć, jak wygląda zbiorowisko rockstarowych nerdów z macbookami i iphone'ami. Iphone'a żadnego nie widziałem, ale parę maców i owszem. I Aleksa z kaskiem motocyklowym zamiast maca.

Jestem pozytywnie zaskoczony, bo oryginalny plan miałem taki, żeby pójść z dwa razy na coś takiego, stwierdzić, że z webem 2.0 to ja niewiele mam wspólnego, po czym sobie dać siana. A to było całkiem ciekawe!

Przez pierwszą godzinę gadał Paul Bakaus, lead developer czegoś, co się nazywa jQuery UI i jak rozumiem jest zbiorem widgetów i takich tam w javascripcie. Gadał o owym jQuery UI oraz ogólnie o tym co teraz można zrobić w przeglądarkolandzie i wyglądało to całkiem impressive: hw-accelerated 3d na webkicie, różne zaawansowane ficzery 2d bezpośrednio w css-ie, bez konieczności robienia hacków w js-ie i różne toolsy ułatwiające życie webludziom. Oczywiste skojarzenie było takie, że podobnie musiał wyglądać stan "normalnych" systemów operacyjnych naście lat temu -- techniczne możliwości już są, można tym robić fajne efekty, ale nie wszędzie jest odpowiednie wsparcie, biblioteki jeszcze nie osiągnęły odpowiedniego poziomu dojrzałości no i wydajność w niektórych miejscach kuleje.

Zapytałem prelegenta o parę rzeczy w tym klimacie i pogadałem z nim chwilę po jego wystąpieniu i highlevelowo sytuacja wygląda tak:

  • JS-owe backendowe biblioteki koncepcyjnie mają działać tak samo, jak te systemowe, czyli zapewniać programiście wygodny i przyjazny sposób na tworzenie różnych podstawowych i zaawansowanych ficzerów, a ze swojej strony zajmować się przezroczyście niekompatybilnościami przeglądarkowymi i robić graceful fallback przy nieobsługiwanej funkcjonalności.
  • jQuery UI osiągnęło taki poziom rozwoju community, że nawet jeśli jednego core dewelopera rozjedzie autobus, drugi się ożeni, a trzeciego wsadzą za zabójstwo żony, to projekt i tak powinien przeżyć. Or so he says.
  • Acz projekt oficjalnie sponsorowany przez nikogo nie jest. Sam Paul w poprzedniej firmie pracował nad nim bardziej fulltime'owo, w obecnej znacznie mniej.
  • Spooooooro lat zajmie dojście do momentu, w którym wszystkie przeglądarki będą obsługiwały w odpowiednio dobry sposób wszystkie API wymagane do tego, żeby w przeglądarce dało się robić takie UI, jak bezpośrednio w OS-ach.

  • A jakiejś specjalnej współpracy pomiędzy programistami jQuery UI, a twórcami przeglądarek obecnie nie ma (hgw jak to wygląda w przypadku alternatyw do jQuery UI).
  • Mają jakieś fajne frameworki do autotestowania UI.

Ogólnie -- fajnie, że to zmierza w tym kierunku, ale dlaczego tak przeraźliwie wolno? Jest 2009 ffs! Zanim zwykły śmiertelnik będzie mógł tego używać bez obrzydzenia, to ja pewnie będę miał już gromadkę dzieci.

Później gadał Rafał Agnieszczak (of fotka.pl fame) o tym jak stwierdził, że ma parę fajnych pomysłów na startupy, ale nie ma czasu ich zrealizować, ale za to ma 200k PLN-ów, żeby zrobili to inni. I tak powstał Startup School, czyli bodajże 10 teamów po 2 osoby każdy (wychodzi 20k per team). Talking pointsy jeśli dobrze pamiętam:

  • Kompetentni młodzi w dwuosobowych grupach (techniczny+marketingowy) mają całe wakacje na stworzenie funkcjonalnej wersji projektu. Opłacony hotel w wawie przez ten czas i zapewnione miejsca przy biurkach oraz kieszonkowe. Założenie jest takie, że w takich warunkach pracuje się kilka razy szybciej, niż w "normalnej firmie".
  • Młodzi ludzie są fajniejsi, niż starzy ludzie (acz były wyjątki, gdzie starzy == 25+ lat), bo im człowiek starszy, tym mniej sobie może pozwolić na tego typu kodowanie przez parę miesięcy po dużo godzin w tygodniu. W sumie się zgadzam -- sam mam 24 lata, narzeczoną, za rok ślub, za pół roku kupowanie mieszkania z kredytem, więc znacznie mniejsze możliwości spędzania czasu w ten sposób. Z przegięć w drugą stronę -- w skład jednego z teamów wchodzi 17-letnia dziewczyna.
  • W międzyczasie trza się było pożegnać z trzema osobami.
  • Za jakieś trzy tygodnie publiczne prezentacje projektów.
  • Każdy team kodował w czym chciał. Jeden nawet w .NECIE.
  • Biznes internetowy nie rządzi się jakimiś magicznymi prawami i najlepsza strategia to wymyślić sposób na odseparowywanie użytkowników od ich pieniędzy. Liczenie na dochody z reklam, zwłaszcza przy obecnym rynku, nie jest najlepszym pomysłem.

Ogólnie facet ciekawie gada.

No i na koniec był lightning talk jakiegoś człowieka, co w przyspieszonym tempie w Rubym zaimplementował serwis do wymiany gier (chyba gametrade.pl, ale nie jestem pewien) i z liczb wynika, że nawet mu to wyszło. Interesujące.

Na rozmowy "w kuluarach" już niestety nie zostałem i nie miałem okazji się pointegrować (i pomęczyć Paula o aspekty security takiego zwiększania możliwości przeglądarek), bo w pracy miałem spory problem, więc i tak mnie sumienie gryzło, że ponad trzy godziny wyciąłem na obijanie się na imprezie. Acz chyba niepotrzebnie, bo (a) jakbym się pokapował wcześniej, niż o pierwszej w nocy tego samego dnia, że dzisiaj jest bootstrap, to bym sobie piątek lepiej rozplanował i (b) pracowy evil xenU from outer space chyba został pokonany, więc w praktyce jednak miałem znacznie mniej roboty, niż się obawiałem, że mogę mieć. Ale o tym innym razem.

Podsumowując: czekam na następną edycję. Pewnie się dla odmiany zawiodę, że jakieś webotechniczne lowlevelowe nudy :)

Wykłady!

04 IX 2009, 00:31

Przeprowadziłem się do Warszawy m.in. po to, żeby mi się nie nudziło, po czym wynudziłem się przez dwa miesiące wakacji, bo nic się nie działo. Ale koniec z tym!

Jedną z moich częstych rozrywek (co widać po moim blipie) jest przesłuchiwanie zawartości TED-a oraz ostatnio fora.tv. Ale wystarczy, że robotę (do której zaraz muszę wracać) mam przed komputerem, nie muszę mieć też wszystkich rozrywek. Projekt: ciekawe wykłady na żywo.

No i w środę był organizowany przez Krytykę Polityczną połączony z dyskusją wykład o narkotykach w Polsce. Na początku gadał pan Ph.D. z hameryki i to gadał ciekawie i z sensem i paru nowych rzeczy się dowiedziałem (np. o metadonie). Później gadało trzech polityków i dowiedziałem się tyle, że Marek Balicki gada kompetentnie (i że u nas z metadonem strasznie słabo), niejaka Joanna Mucha nie, bo się na tych sprawach nie zna, ale twierdzi, że się chce poznać, a niejaki Bolesław Piecha, szef sejmowej komisji zdrowia... w sumie nie wiem co on właściwie powiedział, poza tym, że dla niego papierosy i alkohol to papierosy i alkohol, a narkotyki to narkotyki (co jest ciekawym tematem samo w sobie).

Do tego dowiedziałem się, że salka w redakcji KP jest mała i bardzo duszna, że ja nie lubię się pocić cały czas przez dwie godziny, a jeszcze bardziej nie lubię stać przez tyle czasu w miejscu, bo wystarczy pół godziny, żeby mnie nogi zaczęły boleć. Dodatkowo było tam w cholerę młodych ludzi i jeden to powiedział na głos, a reszta pewnie myślała, że "człowiek powinien mieć prawo do zażywania takich substancji, na jakie ma ochotę". Część pod tytułem "pytania od publiczności" była mucios chaotyczna, więc mogłem coś przegapić, ale jakoś nie słyszałem, żeby ktokolwiek z obecnych zwrócił uwagę na fakt, że w Polsce jest publiczna opieka zdrowotna, więc za leczenie takich wolnościowców, co się podtruwają różnymi specyfikami, ja później płacę ze swoich podatków. I pan płaci, i pani płaci.

Więc o ile jestem właściwie pewien, że używanie/posiadanie niewielkich ilości dowolnego narkotyku powinno być niekaralne oraz że pewnie byłoby sensowne i opłacalne zalegalizowanie sprzedaży popularnych i w miarę nietoksycznych używek typu marihuana, o tyle czy zrobienie tego samego z resztą narkotyków nie odbiłoby się w przyszłości większym obciążeniem publicznej służby zdrowia, to już taki pewien nie jestem. A nie interesowałem się tym tematem na tyle, żeby wiedzieć, czy są jakieś aplikowalne do naszej sytuacji badania na ten temat.

Note to self: w przyszłości pojawiać się tam znacznie przed czasem, żeby (a) załapać się na jakieś krzesło i (b) może nawet blisko okna i zbawiennego tlenu.

Jutro natomiast wybieram się na "Niezwykle rzadkie zdarzenia motorem zmian społecznych", bo szef tej całej zabawy wygląda na takiego, co to też ogląda TED-y, jak mu się nudzi. A później orange festiwal z narzeczoną (według ichniej strony sama prezydent Warszawy mnie zaprasza!). Oczywiście przy założeniu, że nie będzie lało. A nie zakładałbym się :(

I tylko się zastanawiam kiedy będzie jakiś wykład lokalnych linuksiarzy, bo bym sobie posłuchał czegoś dobrego, a technicznego. Niby są jakieś lokalne *campy i pewnie się z ciekawości na jeden-dwa przejdę, acz taki ze mnie webdwazerowiec, jak z koziej dupy klarnet, więc pewnie będzie to dla mnie wybitnie nudne.

A teraz wracamy do magicznie popsutych xenów :(