Asperger, ty bucu

13 I 2010, 21:12

Nie, nie masz zespołu Aspergera. Jeśli publicznie twierdzisz, że masz, to poważnie się zastanów, czy nie używasz tej "diagnozy":

  • jako odznaki honorowej, bo przecież wszyscy fajni, bardzo inteligentni nerdzi mają Aspergera, i/lub
  • jako wymówki dla swoich słabych zdolności społecznych.

Po pierwsze -- nawet jeśli jakiś prawdziwy psycholog powiedział ci, że kwalifikujesz się na Aspergera (a tak naprawdę nigdy nie rozmawiałeś z psychologiem, po prostu przeczytałeś artykuł na wikipedii, co nie?), to nie oznacza to wcale zbyt dużo. Jeśli rzeczywiście myślisz o sobie w kategoriach geekowo-nerdowych, to powinieneś rozumieć o co chodzi w nauce i metodzie naukowej. Co za tym idzie powinieneś wiedzieć, że fizyka i matematyka są bardzo mocno naukowe (a co za tym idzie powtarzalne, weryfikowalne, etc.), a cała reszta już niekoniecznie. Medycyna, taka normalna od chirurgów i antybiotyków, jest całkiem nieźle naukowa, ale (na nasze nieszczęście) dalej sporo jej do ideału. Psychologia natomiast wypada tutaj mocno blado. O ile część zaburzeń (pewnie zwłaszcza z zakresu psychiatrii klinicznej) jest całkiem nieźle sklasyfikowana, opracowane są skuteczne metody ich leczenia, ba, znane są nawet ich genetyczne podstawy, o tyle różne syndromy i inne zespoły, zwłaszcza te kulturowo popularne jak Asperger właśnie, mają bardzo nieostre kryteria klasyfikacji i kompletnie nieznaną przyczynę. Istnieją spore wątpliwości, czy w ogóle mają jakąkolwiek przyczynę i nadają się do "leczenia", czy też może po prostu podpadają pod jakiś kawałek spektrum ludzkich zachowań.

Nie jesteś chory na Aspergera, jesteś po prostu (upraszczając) dosyć inteligentny, masz specyficzne zainteresowania oraz zbyt mało rozbudzoną potrzebę kontaktów towarzyskich, żeby zmusić się do rozmawiania o tym, o czym rozmawiają twoi rówieśnicy (czyli, z twojego punktu widzenia, kompletnych pierdołach). Analogicznie najpopularniejszy chłopak w twojej klasie nie ma, hmm, zaburzenia aspołecznego, tylko po prostu jest tak okablowany, żeby bardzo chcieć być towarzyski, więc przez wiele lat starał się taki być i teraz już doszedł do dużej wprawy.

I druga sprawa -- używanie Aspergera jako wymówki, że przecież jestem nerdem, to nie mam życia towarzyskiego i w ogóle dziwny jestem. Nie masz życia towarzyskiego, bo taki jest twój wybór. Niekoniecznie do końca świadomy, ale twój. Wmawianie sobie, że przecież masz Aspergera, więc nie ma szans, żebyś był w stanie prowadzić "normalne" życie towarzyskie, jest szukaniem wymówek i oszukiwaniem siebie. Tak, jak najbardziej istnieje możliwość, że z różnych stylów życia, najbardziej odpowiadałby ci styl samotnika, ale to jesteś w stanie definitywnie stwierdzić dopiero starając się żyć bardziej w społeczeństwie przez jakiś czas i dochodząc do wniosku, że ci to jednak nie do końca odpowiada. I przez "w społeczeństwie" nie mam na myśli "w szkole". Szkoła jest bardzo sztucznym miejscem, a twoi rówieśnicy są tylko dziećmi i interakcje z nimi z założenia będą wyglądać znacznie inaczej, niż z osobami dorosłymi. Dzieckiem-nastolatkiem szkolnym jesteś przez naście lat. Osobą dorosłą, przy obecnej przeżywalności, spokojnie z pięćdziesiąt, może nawet siedemdziesiąt-osiemdziesiąt lat. Decydowanie co robić przez ten drugi okres na podstawie relatywnie krótkiego i mocno niereprezentatywnego okresu pierwszego, jest bardzo głupią decyzją.

I wierz mi, na twój obecny stan wpływ ma sporo rzeczy i twój mityczny Asperger niekoniecznie jest tutaj dominujący. Gdyby twoi rodzice mieli więcej możliwości i pomysłów na kontrowanie twojego wstępnego braku umiejętności społecznych, gdy byłeś jeszcze młody, to kto wie, może przez miniony czas byś doszedł do jakiejś sensownej wprawy i w ogóle byś o tym nie myślał. Ba, gdybyś nie był jedynakiem, tylko miał dwójkę starszych braci, to pewnie nie miałbyś wyjścia, tylko przez te lata być przynajmniej trochę bardziej oblatany w kontaktach z innymi ludźmi, niż jesteś. Takich "gdyby" jest wiele. I działają one także w drugą stronę. Gdyby rodzice tego popularnego chłopaka w podstawówce potrafili lepiej zaprzyjaźnić go z jakimś ciekawym tematem, to może poszedłby do dobrego technikum, wkręcił się np. w (zaawansowaną) mechanikę samochodową i skończył na studiach inżynierskich. Nadal potencjalnie może to zrobić, mając już te dwadzieścia klika lat, ale najpierw musi sobie wybić z głowy, że jest totalnym nieukiem i nieudacznikiem. (Ludzie serio mają takie zwroty w życiu.)

I nie ma tu żadnego "ale ja jestem inny, ty nie zrozumiesz". Mój koronny dowód że się da, ma na imię Magdalena i za pół roku (z hakiem) zostanie moją żoną. A uwierz mi, nie jesteś większym nerdem ode mnie, koniec końców wszyscy byliśmy podobni.

I żeby było jasne -- ja nie twierdzę, że zostaniesz najpopularniejszym człowiekiem na dzielni. Jest to jak najbardziej do wykonania, jeśli bardzo chcesz, ale jeśli nie chcesz, to też dobrze. Nie musisz być naj. Wystarczy, że będziesz wystarczająco towarzyski, żeby być zadowolony z poziomu swojej towarzyskości. Ludzie są różni, lubią różne rzeczy w różnym stopniu.

Możesz mi zaufać, wiem co mówię. Po półtora roku mieszkania z kobietą wiem jak drastycznie różne mogą być reakcje dwojga ludzi na te same sytuacje i to na najbardziej podstawowym, emocjonalnym poziomie. Jak bardzo może się różnić podstawowe okablowanie, przemyślenia (lub ich brak), emocje wywoływane daną sytuacją (lub ich brak), jej obraz. W zaufaniu powiem ci, że lubię o sobie myśleć jako o całkowicie przeciętnym człowieku, zwłaszcza w kontekście towarzyskim. Jeszcze w Opolu miałem grupę zupełnie normalnych znajomych i nie miałem problemu w dogadywaniu się z nimi. Nie jest to do końca prawda i Magda potwierdza, że ewidentnie odstawałem swoimi reakcjami na tle innych. I tak, z tyłu głowy wiem o tym, ale nie przeszkadza mi to myśleć o sobie w tym kontekście jako o całkowitym przeciętniaku. Skoro Piotrek był jednym z najspokojniejszych, najbardziej łagodnych i po prostu najbardziej uprzejmych ludzi, jakich miałem okazję poznać, a jakoś nikt nie zwracał uwagi na to, że jest "inny", to czemu ja mam być ze swoim zestawem cech?

Więc dobrze ci radzę, powiedz Hansowi, że jest bucem i nie chcesz mieć z nim więcej do czynienia, po czym skup się nad tym, co chcesz osiągnąć i jak to zrobić. Garść konkretniejszych porad:

  • Jeśli po prostu nie rozumiesz na jakiej zasadzie działają interakcje w grupie, to poczytaj na ten temat. Psychologia ma te tematy rozgryzione dosyć dokładnie już od dosyć dawna, więc przyswajalnych, popularnonaukowych książek jest sporo. Skoro jesteś nerdem, to nie powinieneś mieć problemów z przeczytaniem ze zrozumieniem książeczki, czy dwóch. Ja tak zrobiłem, zadziałało.
  • Z empatią i emocjami jest jak z innymi funkcjami mózgu, są trenowalne. Za pierwszym razem może nie wpadniesz w trakcie rozmowy na to, co dany ton głosu oznacza, ale za trzecim może to być automatyczne. (Acz nie oczekuj tu cudów, niektórzy są w tym po prostu naturalnie lepsi.)
  • Zacznij uprawiać coś fizycznego. Ja polecam brazylijskie jiujitsu (i ogólnie nieuderzane, zapaśnicze sporty). Moja ogrowata budowa (krótkie nogi, długi tułów, długa szyja, długa głowa, krępa budowa) i łatwość w przybieraniu wagi były upierdliwe aż do czasu, gdy się nie okazało, że pozwalają na względnie łatwe nabranie i utrzymanie całkiem sensownej ilości mięśni. Fakt faktem w chwili obecnej jestem oficjalnie otyły, ale nadal jestem w stanie robić pompki i podciągać się na drążku. Za nastolatka nie byłem tego w stanie robić ważąc kilkadziesiąt kilogramów mniej.
  • Zacznij uprawiać coś fizycznego, z kobietami. Tak, to też, jeśli ci się uda, ale akurat teraz chodzi mi o taniec. W wieku bodajże lat 21 poszedłem na kurs tańca dla początkujących. Półtora roku później, będąc już na grupie turniejowej, razem ze swoją 17-letnią partnerką wystąpiłem na turnieju tańca w Brzegu, gdzie przebrany w idiotyczny strój (czarne, obcisłe, lekko błyszczące i bardzo wysokie spodnie; przy mojej, erm, mało smukłej budowie) zatańczyłem tak, że zajęliśmy ostatnie miejsce, przegrywając z dużą ilością znacznie ode mnie młodszych dzieciaków. Nie umierałem w trakcie z zażenowania, nic mi nie było, zatańczyłem jak umiałem najlepiej, a teraz mam zabawną historyjkę do opowiadania. A jak poznałem Magdę, to mogłem ją z czystym sumieniem zaciągnąć na tańce. Da się.
  • Ale nie da się z dnia na dzień. Planuj w miesiącach i latach. Ja planowałem, żeby w ciągu kilku lat mieć dziewczynę. Dwa lata później zeszliśmy się z Magdą. Kolejne dwa lata i bierzemy ślub. I przynajmniej pod tym względem mam spokój na resztę życia, nie muszę się męczyć wracając do pustego domu.

Wykłady!

04 IX 2009, 00:31

Przeprowadziłem się do Warszawy m.in. po to, żeby mi się nie nudziło, po czym wynudziłem się przez dwa miesiące wakacji, bo nic się nie działo. Ale koniec z tym!

Jedną z moich częstych rozrywek (co widać po moim blipie) jest przesłuchiwanie zawartości TED-a oraz ostatnio fora.tv. Ale wystarczy, że robotę (do której zaraz muszę wracać) mam przed komputerem, nie muszę mieć też wszystkich rozrywek. Projekt: ciekawe wykłady na żywo.

No i w środę był organizowany przez Krytykę Polityczną połączony z dyskusją wykład o narkotykach w Polsce. Na początku gadał pan Ph.D. z hameryki i to gadał ciekawie i z sensem i paru nowych rzeczy się dowiedziałem (np. o metadonie). Później gadało trzech polityków i dowiedziałem się tyle, że Marek Balicki gada kompetentnie (i że u nas z metadonem strasznie słabo), niejaka Joanna Mucha nie, bo się na tych sprawach nie zna, ale twierdzi, że się chce poznać, a niejaki Bolesław Piecha, szef sejmowej komisji zdrowia... w sumie nie wiem co on właściwie powiedział, poza tym, że dla niego papierosy i alkohol to papierosy i alkohol, a narkotyki to narkotyki (co jest ciekawym tematem samo w sobie).

Do tego dowiedziałem się, że salka w redakcji KP jest mała i bardzo duszna, że ja nie lubię się pocić cały czas przez dwie godziny, a jeszcze bardziej nie lubię stać przez tyle czasu w miejscu, bo wystarczy pół godziny, żeby mnie nogi zaczęły boleć. Dodatkowo było tam w cholerę młodych ludzi i jeden to powiedział na głos, a reszta pewnie myślała, że "człowiek powinien mieć prawo do zażywania takich substancji, na jakie ma ochotę". Część pod tytułem "pytania od publiczności" była mucios chaotyczna, więc mogłem coś przegapić, ale jakoś nie słyszałem, żeby ktokolwiek z obecnych zwrócił uwagę na fakt, że w Polsce jest publiczna opieka zdrowotna, więc za leczenie takich wolnościowców, co się podtruwają różnymi specyfikami, ja później płacę ze swoich podatków. I pan płaci, i pani płaci.

Więc o ile jestem właściwie pewien, że używanie/posiadanie niewielkich ilości dowolnego narkotyku powinno być niekaralne oraz że pewnie byłoby sensowne i opłacalne zalegalizowanie sprzedaży popularnych i w miarę nietoksycznych używek typu marihuana, o tyle czy zrobienie tego samego z resztą narkotyków nie odbiłoby się w przyszłości większym obciążeniem publicznej służby zdrowia, to już taki pewien nie jestem. A nie interesowałem się tym tematem na tyle, żeby wiedzieć, czy są jakieś aplikowalne do naszej sytuacji badania na ten temat.

Note to self: w przyszłości pojawiać się tam znacznie przed czasem, żeby (a) załapać się na jakieś krzesło i (b) może nawet blisko okna i zbawiennego tlenu.

Jutro natomiast wybieram się na "Niezwykle rzadkie zdarzenia motorem zmian społecznych", bo szef tej całej zabawy wygląda na takiego, co to też ogląda TED-y, jak mu się nudzi. A później orange festiwal z narzeczoną (według ichniej strony sama prezydent Warszawy mnie zaprasza!). Oczywiście przy założeniu, że nie będzie lało. A nie zakładałbym się :(

I tylko się zastanawiam kiedy będzie jakiś wykład lokalnych linuksiarzy, bo bym sobie posłuchał czegoś dobrego, a technicznego. Niby są jakieś lokalne *campy i pewnie się z ciekawości na jeden-dwa przejdę, acz taki ze mnie webdwazerowiec, jak z koziej dupy klarnet, więc pewnie będzie to dla mnie wybitnie nudne.

A teraz wracamy do magicznie popsutych xenów :(

Informacyjnie indukowana impotencja decyzyjna

23 V 2009, 17:37

Jeśli umie się szukać, sieć potrafi dostarczyć niezliczonej ilości mądrze brzmiących powodów dla których decyzja, którą chce się podjąć, jest właśnie tą najsłuszniejszą. A ja, mając tego faktu świadomość, staram się zawsze dostać do argumentacji przeciwnej, bo a nuż trafi mi ona do przekonania i zmienię zdanie. A nawet jeśli nie zmienię, to wolę podejmować decyzje mając świadomość wszystkich dostępnych opcji. Nie chroni mnie to oczywiście przed podejmowaniem decyzji błędnych, ale jakoś tak jestem skonstruowany, że wolę stwierdzić "o, jednak ziścił się ten scenariusz, który oceniłem jako mniej prawdopodobny", niż "WTF, w ogóle nie pomyślałbym, że to się może przydarzyć".

Od jakiegoś czasu zauważam, że takie podejście niestety bardzo mocno ogranicza rzeczywistą ilość decyzji, jakie jestem w stanie podjąć. Omówię to na przykładzie Rafała. Co przemawia za Rafałem:

  1. Wiedźmin jest cool.
  2. Saryusz-Wolski to wyexpiony boss na wysokim poziomie, więc jego poparcie coś znaczy.
  3. Mój znajomy, którego osądowi ufam, stwierdził, że Rafał naprawdę zna się na tej całej unioeuropejskiej robocie.
  4. Rafał ma takie CV, które u mnie wzbudza zaufanie -- widać w nim dużo expa.

A teraz jak wyglądają wątpliwości związane z powyższą argumentacją:

  1. To, że Żebrowski kogoś popiera, jest mało istotne. Żebrowski może mi się nawet kojarzyć z w miarę sensowną osobą, ale prawda jest taka, że kompletnie nic o nim nie wiem. Facet może uważać, że szczepionki to narzędzie szatana, a sam leczyć się homeopatycznie. Musiałbym go risercznąć, acz w praktyce nie warto, bo naprawdę głupim pomysłem jest traktować artystów jak autorytety.
  2. O Saryuszu-Wolskim też tak naprawdę nic nie wiem. Wiem tyle, że ma inteligentnie brzmiące nazwisko, które jako brand kojarzy mi się jakimiś europejskimi sprawami. Acz na codzień może być homeopatycznym kreacjonistą. Musiałbym go risercznąć.

  3. Jedna dobra rzecz, to zapewnienie o kompetencji przez kogoś, kogo kompetencji (i umiejętności oceny takich rzeczy) w miarę ufam. Musiałbym na temat Rafała z owym znajomym pogadać i wywiedzieć się więcej. Przy czym...
  4. ... w (ogólnie pojętym :) CV stoi także niejaki salon24 oraz PO. Salon mi się (pewnie głównie za sprawą WO) kojarzy raczej negatywnie, więc musiałbym zrobić dosyć rozległy risercz, jak wyglądała Rafałowa aktywność na tymże salonie. Analogiczna sprawa jest z Platformą -- tak jak republikanom się demokraci kojarzą z nienawidzącymi swojego kraju pedziami, tak mi się polska prawica automatycznie kojarzy z religijnymi i faszyzującymi nieukami, a PO jednak mi się kojarzy prawicowo. Więc musiałbym bardzo rozlegle risercznąć czym się Platforma na forum europejskim zajmuje w sprawach mnie interesujących, a jeśli czymś, z czym się nie zgadzam, to do jakiego stopnia Rafał będzie musiał przestrzegać dyscypliny partyjnej (tzn. czy jest to dla mnie akceptowalne zło).
  5. Jakby tego było mało, kilka odcinków House'a temu scenarzyści uświadomili mi, że tylko mi się wydaje, że jestem mniej podatny na oszustwa, niż przeciętny człowiek. Tak naprawdę można spokojnie zrobić listę sygnałów społecznych, które ludzie tacy jak ja interpretują jako zapewniające o kompetencji i dobrych intencjach, po czym z łatwością je podrobić. Ja serio byłem w ciężkim szoku, że kupiłem tamto oszustwo tak samo gładko, jak biedny Taub. I mi się teraz odzywają dzwonki alarmowe w głowie, jak patrzę na zajebistą listę referencji Rafała.

Z powyższego wynika, że żeby rzeczywiście zagłosować z czystym sumieniem na Rafała, musiałbym wykonać wręcz idiotyczną ilość riserczu, czego na pewno nie zrobię, bo nie nudzi mi się aż do tego stopnia. Czyli co, nie głosować?

No właśnie niestety nie. Polecam przeczytać ten esej Yudkowsky'ego w całości. Podsumować go mogę tak: jeśli zobaczysz jak większe dziecko bije mniejsze dziecko, to pewnie myślisz, że masz trzy możliwe reakcje:

  1. Interweniować w obronie mniejszego.
  2. Mniejszy powinien się nauczyć, żeby nie zaczepiać silniejszych. Przyda mu się ta nauka.
  3. Eh, dzieci. Jestem dorosły, nie mam zamiaru się błaźnić mieszając w takie rzeczy.

Problem polega na tym, że drugi i trzeci scenariusz różni się czymś tak naprawdę tylko i wyłącznie w czyjejś głowie. Brak reakcji, niezależnie od powodów, jest w efekcie przyznaniem silniejszemu prawa bicia słabszego. Tak naprawdę wybory są tylko dwa.

Mając tego świadomość, nie mogę kwestii rafałowej "rozwiązać" stwierdzeniem, że podjęcie zadowalającej mnie decyzji jest po prostu zbyt trudne, więc postanawiam "zachować neutralność" i niech inni decydują za mnie. W efekcie jest to równoważne z podjęciem decyzji o (statystycznie nieistotnym) zwiększeniu przewagi głosowej kandydatom o poglądach odmiennych, niż moje własne. Innymi słowy przyznaję "rację" (prawo decydowania) stronie przeciwnej.

Oczywiście dosyć kluczowym jest tu ten nawias mówiący o tym, że to, co ja zadecyduję w tej konkretnej sprawie politycznej jest tak naprawdę statystycznie nieistotne. Przy czym ja jestem akurat na takim etapie życia, że staram się szukać "filozofii życiowych"[1] aplikowalnych szerzej dla mojego pokolenia i ludzi o podobnym usposobieniu i w podobnej sytuacji życiowej.

[1] Właściwie to bardziej konkretnych implementacji i praktycznych zaleceń; mam małe zaufanie do potencjalnie nadmiernej ogólnikowości tzw. "filozofii życiowych".

Eh, przydałaby się jakaś pointa. Najsensowniejsze, co jestem w stanie wymyślić, to że po prostu powinienem na takiego Rafała i jemu podobnych głosować, bo, przy ograniczonych zasobach, jakie jestem w stanie na to poświęcić, jest on wyborem potencjalnie najbardziej bliskim temu, co chciałbym swoim głosem osiągnąć.

Ogólniejszy wniosek natomiast jest taki, że dla ludzi takich jak ja, tak naprawdę najlepszym wyjściem jest albo bardzo mocno wkręcić się w interesujące nas aspekty polityki (i może publikować swoje znaleziska), albo wręcz zacząć jakoś współpracować z ludźmi, na których chcielibyśmy głosować, żeby móc ich poznać w wystarczającym stopniu, by głosować z czystym sumieniem.

Iiiiijasne, zwłaszcza to drugie brzmi bardzo wykonalnie. (A komitety wyborcze kojarzą mi się z wykorzystywaniem naiwniaków do robienia głupich rzeczy. O.)

LaTeX, dot i pisanie inżynierki

19 III 2009, 17:32

Kontynuując chwalebną tradycję publikowania źródeł latexowych swojej pracy na blogu, oto tarball ze źródłami do mojej.

Jakby ktoś potrzebował porównać oryginalne wersje niektórych plików ze zmodyfikowanymi, to można zassać całe repozytorium w mercurialu wpisując:

hg clone http://ep09.pld-linux.org/~mmazur/inz

Update: zapomniałem dodać, że buduje się toto za pierwszym razem przy pomocy make first, a później już po prostu make.

Natomiast finalny PDF wygląda tak. Czytania odradzam, nic ciekawego tam nie ma. Gdybym nie musiał, to bym czegoś takiego nie pisał.

Za to jakby ktoś chciał, to tutaj garść porad odnośnie technicznej strony klepania takiej pracy:

1. dot to jest bardzo bardzo przydatna rzecz. Prawie wszystkie obrazki wyprodukowałem bardzo szybko właśnie używając dota. Polecam screenshoty. No i moje obrazki.

2. Scribus się nie nadaje do malowania obrazków :)

3. Politechnika Opolska oczywiście nie udostępnia własnego loga w formacie wektorowym, bo po co. Na szczęście skalowanie odpowiednio dużego PNG jest całkiem sprawne i na finalnym wydruku wygląda ładnie.

4. Jeśli twoja uczelnia udostępnia styl do latexa w którym należy pisać prace, to go używaj. Jeśli nie, to się poważnie zastanów, czy warto. O ile "typowe" rzeczy są łatwe do osiągnięcia, jeśli styl je obsługuje, to już z niektórymi musiałem się tak masakrycznie nahakować... To widać po źródłach -- są najeżone jakimiś obejściami i modyfikacjami. Serio, wygląda to wybitnie paskudnie, a nie zależy mi na tyle, żeby próbować któreś z tych modyfikacji czyścić i później gdzieś mergować.

4a. Politechnika Opolska oczywiście nie udostępnia własnego stylu, bo po co.

Jeszcze raz: jeśli będziesz próbował walczyć z domyślnymi stylami, to zrobi się nieprzyjemnie. Przykłady drastyczne:

1. Żeby mieć tytuły dla tabelek wyrównywane do lewej, a tytuły dla obrazków wycentrowane, zrobiłem dwie komendy: \centercaption i \leftcaption, które zmieniają zmienną \leftcapalign na 0 albo 1 i zależnie od tego funkcja generująca podpisy (\@makecaption) zachowuje się tak, albo inaczej. Oryginalnie chciałem, żeby funkcja \@makecaption zachowywała się odpowiednio zależnie od kontekstu, ale nie znam na tyle składni texa, więc skończyło się na tym, że muszę dodać linijkę przed każdą tabelką i obrazkiem.

2. Do powyższego: żeby przy wyrównaniu do lewej mi równało do szerokości tabelki, a nie do marginesu, wygooglałem, żeby używać \ttabbox i \ffigbox przy definiowaniu tabelek i obrazków (paczka floatrow). Problem: one zwiększają countery do spisu treści o jeden, nie wiem po jaką cholerę, więc muszę najpierw rozpocząć tabelkę \begin{table}, później zmniejszyć na powrót counter dla tabelek \addtocounter{table}{-1} i dopiero wsadzić zasadniczą tabelkę do \ttabbox. Oczywiście nad tym wszystkim \leftcaption.

3. Używam \begin{lstlisting} do listingowania kodu (paczka listings). Tyle, że nie wiem, jak temu zmniejszyć czcionkę, więc przed każdym takim listowaniem jest \small, a po jest \normalsize.

3a. Do listowania konfiga takiego np. mysql-a, gdzie średnik jest komentarzem, ustawiam język na lispa, po czym po listingu wracam do domyślnej składni -- unix shella (listowałem głównie różnej maści konfigi z hashowanymi komentarzami).

3a. Powyższa komenda niektóre spacje robi z podkreślnikami. Olałem, nie chciało mi się kombinować jak to wyłączyć. I tak nikt tego nie będzie czytał.

Oczywiście nie mówię, że tego nie dałoby się zrobić czyściej, ale to nie jest konkurs na ładne źródła w latexu, więc jak zaczynało działać, to przestawałem w tym dalej grzebać. Ale są też przykłady łatwych rzeczy:

1. Żeby mieć numery tabel od 1 do N, zamiast w formacie X.N, gdzie X to numer rozdziału, wystarczy dać \counterwithout{table}{chapter} z paczki chngcntr

2. Żeby mieć captiony dla tabel na górze, wystarczy dać \floatsetup[table]{position=top} z paczki floatrow.

3. Paczka tocloft daje dużą kontrolę nad spisami treści. Ja głównie używałem \cftsetindents do zmiany wcięć w spisach tabel i figur, bo domyślnie są takie, jak dla chapterów, co przy numeracji 1..N zamiast X.N wygląda niezbyt ładnie.

4. \begin{adjustwidth} z paczki changepage pozwoliło mi na bardzo proste zwiększenie marginesów bocznych tylko i wyłącznie dla jednej tabelki, która była trochę szersza niż marginesy pozwalały. Domyślnie była przyklejona do lewego marginesu i wystawała za prawy (tak jak się robi z za szerokim tekstem), a ja chciałem ją mieć całkowicie wycentrowaną. No i się udało.

Były jeszcze jakieś drobiazgi, ale to można znaleźć w samych źródłach, zwłaszcza, że jest historia commitów i można porównać oryginalny plik mwrep.cls (czyli klasa, jakiej używałem, zamiast standardowego reporta) z modyfikowanym.

A, właśnie, licencja tego stylu bodajże zabrania modyfikowania go, więc jest tylko w formie informacyjnej, nie do dystrybucji. Jeśli ktoś by chciał rozpowszechniać tę klasę z moimi zmianami, to bodajże trzeba zmienić nazwę. Wersja tego pliku dostępna bezpośrednio przez www ma o-r na uprawnieniach, żeby google nie zindeksowało, więc można pooglądać tylko tą z mercuriala, albo tarballa.

Update: problem z numerowaniem tabel/obrazków wynikał z tego, że używałem od paru lat już obsolete teTeXa, zamiast TeX Live'a. Nie zdziwiłbym się, gdyby i inne rzeczy dało się znacznie czyściej zrobić, gdybym nie zaczął od używania staroci.

Z życia przyszłego inżyniera

19 III 2009, 12:09

Zaręczyłem się. Był błyszczący się pierścionek, panorama Opola dookoła, ona powiedziała tak, a pan ochroniarz powiedział, żeby się zmywać z dachu, bo tu jeszcze nie wolno wchodzić.

W wieku 24 lat zacząłem łysieć. :( Co jest o tyle smutne, że przez większość życia miałem na głowie za dużo włosów, to teraz będę miał za mało.

Mój główny chlebodawca właśnie wszedł w stan przedzawałowy. Niedaleko widać potencjalnego inwestora z defibrylatorem, ale nikt nie wie, czy zdąży. Na razie koniec tej naciąganej metafory, za kilka dni napiszę coś więcej.

Dzisiaj w końcu oddałem całą papierologię wymaganą do tego, żeby mi termin obrony wyznaczyli. To jest główny powód dlaczego tu było cicho -- pisania miałem po dziurki w nosie.

Kilka spostrzeżeń:

1. Przerost formy nad treścią przy pisaniu takich rzeczy jest po prostu epicki. Może się za jakiś czas zbiorę do opisania wszystkich idiotyzmów z tym związanych, teraz mi się nie chce tego w jakąś spójną całość składać. Ja się nie dziwię, że większość studentów na dwustopniowych studiach po napisaniu inżynierki pewnie nawet nie rozważa później podjęcia studiów magisterskich. Ja też nie rozważam. Może za kilka lat, jak już zdążę zapomnieć jakim gównem jest wyższa edukacja (a na (nie)szczęście mam krótką pamięć do takich rzeczy), to się jeszcze raz zastanowię.

2. Nigdy nie próbuj wybiegać przed stado w jakikolwiek sposób, bo stado cię dogoni i przykładnie ukarze. Promotorka zasugerowała mi, żeby pisać pracę po angielsku, a że nie robiło mi to większej różnicy w jakim języku piszę, a ją (promotorkę) lubię i wiem, że jej by to lepiej w papierach wyglądało, to się zgodziłem. Ponieważ to jest Niewidzialny Uniwersytet w Pćmciu Dolnym, nikt takich rzeczy wcześniej nie próbował, więc dopiero post factum się okazało, że za karę muszę jeszcze dopisać streszczenie w języku ojczystym (wymóg formalny). Owo streszczenie mam zamiar napisać całkowicie na odwal się, bo i tak tego nikt nigdy czytał nie będzie, ale gdybym wiedział od razu, to bym po prostu pracę napisał po polsku i teraz sobie czytał książkę, czy coś. Znowu -- nie chce mi się w tym momencie rozwodzić nad idiotyzmem pisania takiego czegoś.

3. Strona mojego wydziału twierdzi, że wynikową pracę należy oddać w formatach DOC i PDF. Ponieważ pisałem w Latexu, więc nie za bardzo było z czego doca zrobić. Więc użyłem pdftohtml, a wynikową sieczkę wkleiłem do OpenOffica. No i mam doca. A jak się ktoś będzie czepiał, to zasugeruję, żeby się poszedł gonić. Ale to mi raczej nie grozi, bo nikt tego już czytał w tej postaci nie będzie, a systemowi antyplagiatowemu raczej nie robi różnicy jak to wygląda. Uczelnia techniczna psia ich mać :/

Koniec końców jest na razie 3:0 dla Politechniki Opolskiej:

1. Wygrałem ogólnopolską olimpiadę z języka angielskiego, to się polibuda może chwalić. Ja z tego miałem wycieczkę, z której nie skorzystałem, zestaw fajnych słowników, z których nigdy nie skorzystam, zestaw noży ozdobnych, które leżą w którejś szafie i zestaw kosmetyków, które chyba zużyłem. Za drugie miejsce bym dostał wieżę audio :/

2. Jakieś pół roku później studia, które oryginalnie miały być magisterskimi, zamieniły się w inżynierskie.

3. A teraz polibuda dostanie pracę inżynierską po angielsku, którą nie omieszka się chwalić przed przeróżnymi komisjami, ja za to mam więcej roboty.

W momencie w którym otrzymam swój dyplom inżyniera będzie 3:1. I mam nadzieję, że tej instytucji nigdy w życiu już na oczy oglądać nie będę musiał.

Więcej -- a żeby cholera zbankrutowali, zostali zlikwidowani, albo po prostu rozlecieli się w drobny mak z chwilą, gdy wsiądę do samochodu i odjadę. Grrrrr.

No to spadam do pisania...

Zostanę humanistą, może socjopatą?

16 XI 2008, 01:53

Nudzi mi się. W obu pracach robię właściwie za admina, w jednej od xena z PLD, w drugiej od blade'ów z Ubuntu. Jednak chęć dogłębnego rozumienia dystrybucji, której używam, wyniosłem z młodości, więc poznawanie Ubuntu (i różnych dziwadeł typu glusterfs) jest całkiem ciekawe, ale... to jednak praca. Gdyby mi za to nie płacili, to bym się za to nie zabrał.

Od paru lat mam ten dziwny stan, gdy poznawanie nowych technologii to tylko kwestia czasu, a nie jakiegoś wyzwania. Mam już wystarczająco cierpliwości, żeby po prostu przeczytać całą dokumentację od początku do końca, jeśli jest mi to rzeczywiście potrzebne (mercurial pwnz), ale żeby np. zainteresować się architekturą tegoż mercuriala? Wgryźć się we wnętrzności i napisać patcha, czy dwa? No cóż, radocha z tego, że upstream mergnął moje wypociny zdecydowanie maleje z każdym wytworzonym patchem, tak, że w chwili obecnej najpierw się zastanawiam, czy mogę bez danej funkcji żyć, później, czy mogę sobie zrobić jakiegoś własnego hacka, a dopiero na końcu rozważam grzebanie w źródłach, po czym kończę rozważania i idę pooglądać następny odcinek House'a. Case in point: w trakcie czytania hgbooka poprawiłem parę literówek, ale przy błędach w treści ograniczyłem się do wysłania maila autorowi. Jego sugestię, bym poprawił i podesłał patcha olałem. Nie chciało mi się zastanawiać jak to poprawnie rozwiązać :(

Eh. Pewnie kwestia wyrobienia magicznych 10k godzin.

Dlatego zacząłem szukać rzeczy, których mógłbym się uczyć od początku.

Poszedłem studiować filozofię i w sumie się nie zawiodłem. Poza sporą ilością głupot [1], jednak regularnie dostaję niewielką dawkę ciekawych dla mnie informacji na temat genezy obecnej nauki i jak ona się wpisuje w szerszy kontekst. Swoją edukację filozoficzną zakończę najprawdopodobniej po pierwszym roku, więc i tak będę musiał sobie po prostu znaleźć książkę na ten temat i doczytać, ale nie powiem, żeby nie było warto. Ciekawe to, a kadra jest zaskakująco dobrze wykwalifikowana.

[1] Ktoś chce, żebym mu wytłumaczył implementację obiektowości w Pythonie w terminach Platońskich idei? Bo umiem. Nie wiem po co, ale umiem.

Ale to mało. W piątek byłem na organizowanym przez politologów wykładzie z rednaczem Gazety Opolskiej, Markiem Świerczem. Ciekawie facet gadał i przynajmniej już wiem dlaczego zawód dziennikarza nie jest dla normalnych ludzi.

Parę tygodni temu stwierdziłem, że ponabijam się trochę z humanistów i wraz z moją kobietą wybraliśmy się na pierwsze w tym roku akademickim spotkanie socjopatów internetu. Plan na ten rok jest taki, żeby wymyślić jakąś definicję "bliskości w tle" [2], po czym stwierdzić co w tejże bliskości jest sensownym zbadać, jak to zbadać (jeśli w ogóle się da), no a na końcu zbadać. Nie ma jak precyzyjne cele, ni? :) Nie pomaga fakt, że prowadzący jest mocno chaotyczny i trzeba go trochę popchnąć, żeby cokolwiek się ruszyło.

[2] Oryginalny termin: ambient intimacy. W skrócie: utrzymywanie kontaktów towarzyskich przez w znacznej mierze pasywne śledzenie blogów, naszych klas, statusów gg, etc.

Ale znowu, opłaciło się. Mi się wcześniej wydawało, że badanie w którym nie uczestniczy statystycznie sensowna grupa osób i z którego później nie wychodzą jakieś liczby (tzw. badanie ilościowe), to tylko strata czasu, bo tak naprawdę nic się z tego przydatnego nie dowiaduję (nie mogę uogólniać, wyciągać wniosków aplikowalnych do większej grupy ludzi). Właśnie czytam książkę "Prowadzenie badań jakościowych" (badania jakościowe to te z których nie wychodzą liczby) i jest tam bardzo prosta argumentacja, mniej więcej w ten deseń: nie zawsze się da przeprowadzić badanie ilościowe, więc bez badań jakościowych byśmy uniemożliwiali jakikolwiek typ poznania pewnych fragmentów rzeczywistości. No i w sumie... kilka obszernych wywiadów z paroma przedstawicielami jakiejś kultury da mi zawsze większe o niej pojęcie, niż kompletny brak danych (z badań statystycznych na pięciu kosmitach mi praktycznie z definicji wyjdą głupoty, więc już lepiej ograniczyć się do wywiadów i obserwacji zachowań).

Zainspirowany nowym odkryciem podharcerzyłem mojej kobiecie (studiuje polonistykę) "Teorie badań literackich" Zofii Mitosek i spora część wstępu okazała się poświęcona zagadnieniu: czy w badaniach literackich daje się cokolwiek ustalić i czy istnieje jakaś spójna metodologia. Wniosek nie był zerojedynkowy, ale dowiedziałem się przynajmniej tyle, że naukom humanistycznym i owszem udało się co nieco ustalić. Scenopis trudno pomylić z powieścią, co to jest narrator i podmiot liryczny pewnie większość osób wie, a terminy takie jak geneza, funkcja, czy struktura utworu są używane w większej ilości nauk humanistycznych. I nie powstała ta wiedza w ramach rozwoju fizyki, czy matematyki.

I żadnej z tych rzeczy nie dowiedziałbym się, gdyby nie studia na uniwerku.

...a w następnej kolejności rozważam kurs gotowania.

῾ελλοου ουoρλδ

21 X 2008, 23:47

Co się najpierw pisze przy poznawaniu nowego języka? :)

Życie filozofa update

17 X 2008, 01:20

Studiuję sobie tę filozofię i jest całkiem fajnie. Mam średnio po dwa przedmioty dziennie i wolny piątek. Najważniejszy cel został osiągnięty: po raz pierwszy od ponad roku mam normalny tryb dobowy. Budzę się najpóźniej około dziesiątej, spać chodzę zazwyczaj koło północy i nie sypiam dzień w dzień po 9-10 godzin.

Studia w skrócie: ciekawsze i dużo lżejsze, niż się spodziewałem. Z tygodnia na tydzień muszę co najwyżej przeczytać kilkanaście stron tekstu, a i to niezbyt dokładnie, bo na ćwiczeniach gada głównie prowadzący. Przynajmniej jeden. Nie wiem jak drugi, bo jak nic ostatnio nie przeczytaliśmy, to nas po prostu puścił do domu. To "luźne" podejście do zajęć jest w ogóle wybitnie dziwne. Dzisiaj zamiast na jednych zajęciach byliśmy w knajpie, bo sala była zajęta. Nie wiem jak tu wygląda sesja, ale o ile nie jest jakoś wybitnie zaporowa, to nie za bardzo rozumiem jak takiego kierunku można nie skończyć.

Co do przydatności praktycznej tych studiów: właściwie żadna. Już abstrahując od tego, że ćwiczenia polegają tutaj na gadaniu (gdzie przez 99% czasu gada prowadzący), liczyłem trochę na logikę. No i się przeliczyłem. Na ćwiczeniach owszem, bawimy się w sprawdzanie poprawności twierdzeń na podstawie przesłanek, ale już wykład z semiotyki jest nieaplikowalny do niczego. Po nim pogadałem sobie trochę na ten temat z prowadzącą i wyprowadziła mnie ona z błędnego założenia, że logika to w sumie taka matematyka. Niestety niespecjalnie. W matematyce najpierw uczą dodawania, później mnożenia, później czegośtam, a gdzieś dalej można sobie robić całki, czy co tam i praktycznie cała ta wiedza jest mi potencjalnie przydatna. W logice taki progres nauczania niekoniecznie istnieje (od prostych użytecznych do trudnych użytecznych). O ile mi, jako informatykowi, mogą być przydatne pewne jej fragmenty, jak logika matematyczna (to jest chyba to, czego miałem jeden semestr na informatyce), czy jakieś analizy leksykalne (gdyby mi się zachciało pisać kompilator ;), czy ki wafel, to tego akurat na tych studiach miał prawie na pewno nie będę (powód: humaniści się gubią w formalizmach).

To co ja sobie z tych studiów wyciągam, to głównie informacje o ewolucji i fundamentach nauki zachodniej. Czytanie Platona na razie mnie bawi, mimo, że pisał w sposób zawiły straszne pierdoły, ale pewnie ewentualnie będę się przygotowywał do zajęć po łebkach i nie zrobi to różnicy. Natomiast bardzo miłym zaskoczeniem jest to, że kadra (vide szef instytutu) nie jest oderwana od rzeczywistości i praktycznie wszystkie omawiane tematy osadza w kontekście obecnej nauki. Są te kawałki informacji niestety nieliczne, więc przekazywane w tempie dosyć żółwim, niemniej jest naprawdę ciekawym uświadomić sobie jak trudne było wypracowanie tych wszystkich zasad i metodologii, które w obecnym technokratycznym społeczeństwie biorę za pewnik. Starożytni filozofowie, na barkach których to wszystko zostało zbudowane, kombinowali jak przysłowiowy koń pod górę (a ja się tych ich wymysłów muszę uczyć ;).

Serio, właściwie dopiero teraz zaczynam doceniać jak bardzo "głupi" jest ludzki umysł sam z siebie i jak bardzo poprawność jego działania zależy od poprawności informacji, jakie mu się podaje na wejściu. Najtęższe umysły starożytności wymyślały straszne pierdoły i ludzkości tysiące lat zajęło opracowanie sensownych zasad tego, jak dochodzić do nowej wiedzy. Nic z tego, co mówił taki Platon, ci się do niczego nie przyda, ale przez te wszystkie wieki różni dziwni ludzie, przy okazji rozważań nad m.in. Platonem, dochodzili do coraz sensowniejszych i trafniejszych pomysłów. Platon nie był wyrocznią, tylko katalizatorem. Nasza cywilizacja zaczęła się od bandy obiboków bredzących o niestworzonych rzeczach...

No i na koniec trochę amunicji dla tych, co mnie w komentarzach posądzają o znęcanie się nad moją kobietą: Magda, będąc na czwartym roku polonistyki, zrezygnowała z kursu pedagogicznego i zapisała się na inżynierskie studia na mojej politechnice. I na nie chodzi. I twierdzi, że doświadczenie jest ciekawe i fajnie jest poznawać te różne informatyczne kawałki wiedzy, o których nie miała wcześniej pojęcia, że istnieją (ostatnio jej wytłumaczyłem u2 przed zajęciami, po czym ona na zajęciach go tłumaczyła reszcie grupy). Niestety okazało się, że, przynajmniej na pierwszym semestrze, ilość matematyki i fizyki może być zbyt zaporowa. Zwłaszcza dla kogoś, kto (a) za przedmiotami ścisłymi nigdy nie przepadał i (b) miał je ostatnio sporo lat temu. Więc nie ma pewności, że nie odpadnie za parę miesięcy, zwłaszcza, że studiuje dwa kierunki. Ale to już nie jest temat na bloga.

W ogóle po pięciu miesiącach wspólnego mieszkania stwierdzam, że dzielenie z kimś życia jest zdecydowanie ciekawsze, niż przeżywanie go samemu. Wracając do domu nie tylko mam komu opowiedzieć o tym, co sam robiłem, ale mogę się też zainteresować wydarzeniami, przy których mnie w ogóle nie było. To tak jakbym każdego dnia żył trochę bardziej...

Homo philosophus

12 IX 2008, 02:35

Jestem po rozmowie kwalifikacyjnej na filozofię na lokalnym uniwerku [1]. Dostałem się. Jeśli sprawy zawodowe wrócą do nieobciążającej normy, to przynajmniej będę miał zapewnioną rozrywkę na jakiś czas. A jak nie, to po prostu zrezygnuję -- nic nie tracę.

[1] Rozmowa tylko dla staromaturowców. Ot, dyskryminacja.

Niestety mam poważne wątpliwości, czy uda mi się przetrzymać pierwszy semestr. Rozmawiało ze mną trzech chybadoktorów: jeden archetypicznie oderwany od rzeczywistości (chudy, zarośnięty, używający dużej ilości dziwnych terminów), a dwóch nie. Problem, że z tymi oderwanymi też będę miał zajęcia i zaliczenia. Zakłady w instytucie to: Historia Filozofii, Filozofia Człowieka, Ontologia i Epistemologia, Etyka i Komunikacja Społeczna oraz Logika i Metodologia Nauki. Pierwsze trzy to najprawdopodobniej będą kompletne pierdoły, których prawie na pewno nie uda mi się przeżyć. Czwarty brzmi potencjalnie interesująco (jeśli nie bezpośrednio, to chociaż jako źródło nowych koncepcji), ostatni natomiast to jest właśnie to, po co tam idę. Logika fajna rzecz (na informatyce miałem jeden semestr, tu będą trzy), natomiast ja tak naprawdę chciałbym studiować Naukę. [2] Niestety taki kierunek studiów nie istnieje i jedyne jego przybliżenia mogę znaleźć właśnie na filozofii. [3] W jakim stopniu mi się to uda, dowiem się w ciągu najbliższych paru miesięcy.

[2] Zakres materiału: historia nauki, (obecna) metoda naukowa, główne problemy świata, przegląd istniejących obecnie dziedzin nauki wraz z ich fundamentalnymi aksjomatami, ograniczeniami, dziedzinami, obecnymi trendami, aplikowalnością, metodologią rozwoju (np. humany typu socjologia opierają się głównie na badaniach statystycznych; fizyka nie), etc, etc. Same fajne rzeczy. Pozwala np. rozumieć ograniczenia obecnej cywilizacji.

[3] I jest to bardzo bardzo niefortunne. Obecnie zastosowanie normalnej filozofii jest żadne. Jest ona jeszcze mniej przydatna, niż większość humanów (zawodowo taka polonistyka przygotowuje przynajmniej do nauczania polskiego; a filozofia?). Jedyne przydatne jej kawałki to te, które jeszcze mają coś wspólnego z nauką (logika, historia nauki, może te kwestie etyczno-moralne, hgw czy coś więcej). Imho powinno się te rzeczy przenieść na inne, mniej kojarzące się z mało zaradnymi ludźmi kierunki (Nauka!), a filozofię przechrzcić na "historię filozofii" i opłacać jej nauczanie na maksymalnie dwóch uczelniach w państwie.
A, jeśli ktoś ma mi zamiar tłumaczyć, jaka to filozofia jest przydatna do wielu różnych rzeczy (cytując promo mojej nowej uczelni: [absolwenci] cechują się dużą elastycznością na rynku pracy, hehehe), to niech najpierw uważnie przeczyta ten tekst. W skrócie: nie, nie jest. Ani trochę.

P.S.
Kobieta mnie natchnęła do trochę innego pomysłu -- po jakiego wafla mam iść na uniwerek, żeby ładować sobie kolejne rzeczy do głowy, skoro i tak robię to regularnie sam z własnej inicjatywy. Jeśli mi się nudzi, to przecież mogę poszukać kursów czegoś praktycznego. Murarz-tynkarz, florysta (to chyba ten od układania bukietów; nie mylić z florecistą), piekarz, hydraulik, cokolwiek. Przynajmniej będę później do czegoś przydatny.

Polska Partia Socjalistyczna (P.P.S.)
A żeby dzień był jeszcze ciekawszy, gdy jechałem na trening, jakiś pijak zwalił się przede mną na jezdnię, rozwalił sobie łeb i stracił przytomność. Musiałem przy nim czekać, aż przyjedzie pogotowie i go zabierze. Dobrze, że miał wystarczająco oleju w głowie, żeby się wykopyrtnąć zanim byłem na tyle blisko, żeby mu jeszcze poprawić samochodem.

Nauka śpiewania

23 VI 2008, 02:53

Moja kobieta, choć po paru latach niegrania już znacznie mniej wprawna, nadal jest kompetentna muzycznie. Umie grać na gitarze i śpiewać.

A ja nie. A przynajmniej tak mi się wydawało. Wnioski z pewnego wieczoru spędzonego z nią, jej gitarą oraz tym utworem (bardzo lubię Stinga):

1. Mam "plastyczny" głos, co chwilę zmieniam intonację i wysokość przy mówieniu. Zazwyczaj zaczynam w miarę wysoko, po czym każdy kolejny wyraz idzie niżej. Jest to albo standardowy ficzer, albo, co bardziej prawdopodobne, skutek bawienia się głosem parę lat temu w ramach sprawdzania, czy jestem w stanie na stałe nauczyć się mówić inaczej (niżej). Tamte zabawy mi się iirc w pewnym momencie znudziły, acz chyba jednak nie pozostały bez trwałych efektów. Z przydatniejszych rzeczy: odbierając telefon automatycznie przestawiam się na stały, głębszy ton oraz głos mi znacznie mniej ucieka do góry pod wpływem emocji (zwłaszcza, jeśli nie chcę, żeby mi uciekł). Tak, jak większości osób, nie podoba mi się własny domyślny głos.

2. Nie umiem śpiewać gamy (nie dziwne, nie trenowałem, acz podobno "wszyscy potrafią"). Praktycznie nie mam też słuchu muzycznego, tzn. nie zapamiętuję dźwięków. Próbując zaśpiewać cokolwiek z pamięci od razu zaczynam fałszować, bo nie mam zielonego pojęcia jakich dźwięków użyć, a tym bardziej jakiego zakresu głosu. Od razu się gubię, zaczynam skakać głosem jak przy mówieniu i wychodzi masakra. Co ciekawe, parokrotnie śpiewałem równo ze Stingiem linkniętych wyżej Russiansów i kobieta twierdzi, że za każdym razem robiłem to czysto, mimo, że utwór nie jest jakoś specjalnie łatwy. Oficjalnie trzymam się wersji, że ma rację, ale jakoś trudno mi uwierzyć. A, no i najczystszy głos mam śpiewając dosyć wysoko (blisko Stinga).

3. Znam za to dużo tekstów (anglojęzycznych) piosenek. Zazwyczaj nie uczę się na pamięć specjalnie, po prostu jakoś zapamiętuję. Podobno jest to... niecodzienne.

Plan na przyszłość -- sprawdzić do jakiego stopnia można mnie nauczyć śpiewać. Ewidentnie nie mam muzyczności na standardowym wyposażeniu (brak wbudowanej pamięci do dźwięków), ale ciekawym do jakiego stopnia można się w tym wyszkolić.

Prokrastynacja kluczem do sukcesu

23 VI 2008, 02:15

Studia dzienne powodowały, że (a) regularnie potrzebowałem odreagować nudę codziennych zajęć i (b) miałem konkretne "nieprzekraczalne" terminy na które musiałem oddawać projekty i uczyć się do kół. Skutek praktyczny -- chciało mi się robić coś kreatywnego, żeby nie robić czegoś męczącego (zwłaszcza zamiast uczenia się na koła).

Ostatnie ponad pół roku spędziłem pod znakiem wielkiego nicnierobienia. Studiów nie ma. Nic nie muszę. Zatrudniony jestem na "pół etatu" (ale to się niedługo zmieni). Oddanie pracy inżynierskiej ma dosyć... płynne terminy. Dodatkowo od miesiąca mam praktycznie non-stop przy sobie kobietę, która dostarcza różne sposoby zabijania czasu.

Muszę coś z tym zrobić. W Opolu siedzę jeszcze dwa lata. Może pójść na jakiś kurs z zarządzania, czy czegoś? Już pal licho, czy się czegoś nauczę, bo na zbyt wiele nie liczę, ale ma to jednak różne dodatkowe zalety. Ustrukturyzowanie czasu, okazje do prokrastynacji, a jeśli jakimś cudem skończę, to będzie śmiesznie wyglądało w CV. Hm.

Pomoce naukowe, hehe

09 VI 2008, 16:35

Chyba jednak się skuszę i napiszę ten tekst o własnej technice pisania bezwzrokowego. I to w wersji z dużą ilością obrazków i filmików. Bo te zapowiadają się bardzo ciekawie:


:)

Jak zostać power userem I -- ogólne zasady

08 VI 2008, 18:43

Tak jak wspomniałem w poprzednim wpisie, mam zamiar ze swojej kobiety zrobić sprawnego użytkownika komputera. Najprostsza metoda -- zaopatrzyć ją w takie środowisko pracy, jakiego sam używam, po czym powiedzieć jak z niego wydajnie korzystać[1]. Ponieważ moje kontakty z systemami windowsowymi od dawien dawna są bardzo sporadyczne, pierwsze poważne zetknięcie z Vistą było wybitnie nieprzyjemne. "Rany boskie, co za gówno" tłumaczy się głównie na zarzuty praktycznie całkowitego braku konfigurowalności oraz konieczności częstego googlania. Odinstalowanie Norton Internet Security (czy jakoś tak) wymagało znalezienia informacji, że tenże pakiet nie reaguje na standardowy windowsowy ficzer deinstalacji, za to wymaga ściągnięcia ze strony producenta specjalnego programu potrafiącego usunąć dowolny produkt Symanteca. Argh.

[1] Co nie jest równoznaczne z tłumaczeniem jak wszystko działa, a nawet jak co trudniejsze rzeczy należy konfigurować; chodzi o stworzenie sprawnego użytkownika, a nie informatyka.

Konfigurowalność natomiast... Eh. Praktycznie cała funkcjonalność, którą dostaję out-of-the-box w systemach linuksowych, na Windowsy musi być dogrywana przy pomocy niezliczonej ilości programików, które trzeba znaleźć, przetestować (czasami nie działają opluwając mnie dziwnymi, nietrace'owalnymi błędami, a czasami są pod inną wersję Windowsa), po czym za nie zapłacić 19,90$. Chyba, że jest dostępna wersja darmowa/open source. Ale ją też trzeba najpierw znaleźć. Acz o konkretnych aplikacjach i sposobach konfiguracji w następnej części, teraz tylko sporo ogólników.

Pierwsze przykazanie power usera -- będziesz pisał bezwzrokowo. Ale nie zgodnie z dziwnymi zaleceniami z dziwnych kursów, nadwyrężając sobie niepotrzebnie nadgarstki (albo wymuszając kupno "ergonomicznej" klawiatury) i starając się nie odrywać palców od klawiszy. Takie porady techniczne można do kosza wrzucić. Niestety konkretne wytłumaczenie składałoby się albo z bardzo dużej ilości tekstu, albo małej ilości tekstu oraz obrazków i filmików, a na takie blogowanie wątpię, żebym miał ochotę. Może kiedyś, gdy już będę miał feedback z postępów w nauce Magdy.

Drugie przykazanie power usera -- pisząc bezwzrokowo będziesz używał odpowiednich skrótów klawiszowych, tak przemyślanych, by bez zbędnego ruszania ręką być w stanie je wywoływać, niezależnie od tego, czy prawa ręka jest na myszce/touchpadzie, czy na klawiaturze (oznacza to rezygnację z lewego ctrl-a na korzyść lewego alta i winkey'a). Przełączanie wirtualnych pulpitów, tworzenie/zamykanie/przełączanie tabów w przeglądarce, globalne skróty do odpalania konkretnych programów (oraz alt+tab ;) -- to wszystko jest obsługiwane wyłącznie lewą ręką. Skróty mogą wymagać użycia prawej ręki tylko wtedy, gdy implementują tę samą funkcjonalność, co myszka (scrollować mogę albo myszką albo klawiszami (alt+)j/k), bądź też zaraz po nich należy coś napisać (ctrl+l w przeglądarce ma u mnie postać alt+l).

Trzecie przykazanie power usera -- nie będziesz się godził na używanie spowalniających cię programów tylko dlatego, że tak są domyślnie skonfigurowane. Zawsze jest jakieś wyjście. (Tyczy się to też samego systemu operacyjnego, który zawsze ma jakieś ułatwienia, o których niekoniecznie wiesz: alt+tab, alt+f4, etc., etc.)

Czwarte przykazanie power usera -- będziesz znał język angielski i pamiętał o tym, że materiały w nim są prawie zawsze ciekawsze i obszerniejsze od tych po polsku. Na szczęście moja kobieta jest fajna i lengłydż zna płynnie.

Dwa ostatnie punkty wraz z informacją o niewmuszaniu "zbędnej" wiedzy informatycznej mają trochę głębszy sens -- owszem, użytkownik nie musi wiedzieć dlaczego i jak coś działa, byle by potrafił tego sprawnie użyć, natomiast im więcej wie, tym łatwiej jest mu radzić sobie z nowymi sytuacjami oraz bardziej optymalizować środowisko pracy pod siebie, a docelowo o to właśnie chodzi. Idealny finał wyglądałby tak, że Magda sama odczuwałaby upierdliwości w swoim środowisku pracy (mnie autentycznie szlag trafia gdy muszę pracować na nieswoim systemie, bo tak powolny jestem), wymyślała konkretne usprawnienia, próbowała je wdrożyć (tu przydaje się wiedza oraz umiejętność szukania w anglojęzycznym Internecie), a dopiero w przypadku niepowodzenia przychodziła do mnie po rozwiązanie (przy okazji którego dowiadywałaby się kilku nowych rzeczy i następnym razem była w stanie nową wiedzę zastosować).

I to tyle wstępu. W następnym odcinku będzie konkretny opis mojego środowiska pracy na Linuksie oraz planach jego wdrożenia w Viście. Później będę już tylko opisywał konkretne rozwiązania poszczególnych problemów (w momencie pisania tego tekstu mam już opanowanego Firefoksa; ba, przez tę całą zabawę udało mi się zrezygnować z Konquerora :).

O, a tutaj poniżej będą linki do wszystkich odcinków:

Rewolucje

29 V 2008, 16:24

1. Znalazłem idealną kobietę, zakochałem się po uszy (z wzajemnością) i ostatnie dwa tygodnie poświęcaliśmy głównie sobie nawzajem. Spadek aktywności widać tak tu, jak i np. na moim blipie.

2. Nie wyjeżdżam z Opola przez najbliższe dwa lata, tzn. do czasu, gdy ona nie napisze mgr-ki.

3. Co oznacza, że muszę pozmieniać sporo rzeczy jeśli idzie o moje obecne życie oraz dotychczasowe plany na najbliższą przyszłość. To, do kupy z faktem, że nadal się sobą nie znudziliśmy, powoduje, że jeszcze przez parę tygodni będę praktycznie niedostępny. Później powinienem stopniowo wracać do względnej normalności (minus fakt, że to okres wakacyjny, więc się wyjeżdża czasami).

4. Nie obronię się w czerwcu, nie ma na to najmniejszych szans. Obecny plan to wrzesień. Niedługo powinienem się w końcu wziąć za inżynierkę (aka "nowy 7thguard").

5. Po trzech latach treningów wreszcie złapałem jakieś paskudztwo skórne. Paskudztwo się nazywa liszajec zakaźny i wybrało sobie akurat taki termin, w którym najwięcej czasu chcę spędzać przytulony do swojej kobiety. Grr.

6. Moja kobieta jest teoretycznie całkiem sprawna komputerowo, ale subiektywna powolność z jaką wykonuje nawet podstawowe zadania jest, przynajmniej dla mnie, zaskakująca. Plan na najbliższe kilka miesięcy, to zrobić z niej bardzo sprawnego użytkownika komputerów, wykorzystując do tego jak najmniej wiedzy teoretycznej. Na pewno będę się opierał na Media Computation i pracach Marka Guzdiala, przy czym nie mam jeszcze w głowie spójnego obrazu jak to powinno wyglądać. Tak wstępne planowanie, jak i późniejsze wyniki praktyczne, będą lądowały tutaj. Ale to za jakiś czas.

Blip z linkami do rzeczy, które czytam

30 III 2008, 23:00

Dużo czytam, czasami zdarza mi się przeczytać coś na tyle dobrego, że chciałbym się później móc do tego łatwo odwoływać. Dłuższy czas temu marudziłem, że rozwiązaniem byłaby odpowiednia funkcjonalność przeglądarek, ale raz -- pewnie się nie doczekam zbyt szybko i dwa -- mógłbym z tego korzystać tylko ja.

Rzeczy typu delicious jakoś mi nigdy nie odpowiadały, za to ostatnio przeglądając listę top blipowiczów stwierdziłem, że sporo osób rozpoznaję na okazję ich prawie już opuszczonych blogów (*hint* *hint*). Nie porzucę joggerusia jak ci zdrajcy, szubrawcy, cykliści i komuchy, ale blipa wykorzystam do przechowywania swoich co ciekawszych linków.

Voila. Nie powinno tam się pojawiać zbyt dużo wpisów, ponieważ mimo, że czytam dużo, to czasami kilka dni z rzędu nie trafiam na coś rzeczywiście wartego uwagi. Będę też musiał tam kiedyś powrzucać linki trzymane gdzieś w zakamarkach pamięci i dysku. I żeby nie było: tylko nie tak znowu duża część linków będzie dotyczyła IT.

Jedyny mankament to limit 160-ciu znaków, który mnie strasznie wkurzył, ale w sumie teraz go doceniam. Przynajmniej nie mogę się rozpisywać. Za to niestety w skład tego limitu wchodzą także same URL-e, ale ktoś podpięty pod blipowe bugreporty mi napisał, że nad wyeliminowaniem tego problemu już pracują.

Ja chcę do top150 (*hint* *hint*).

Raczkujące dzieci muszą mieć niską samoocenę

10 III 2008, 00:51

Niedawno wybrałem się ze znajomymi na łyżwy. Po raz pierwszy w życiu. Prawdę powiedziawszy nigdy wcześniej nie miałem na nogach niczego, co nie kończyłoby się zwykłą podeszwą (ani łyżew, ani nart, ani snowboardu, ani rolek, ani niczego).

Było w tym coś zdecydowanie deprymującego. Pierwsza walka? Nie wiesz co się wokół ciebie dzieje, spinasz wszystkie mięśnie, ale cośtam próbujesz, masz przeciwnika przy sobie, ruszasz się, próbujesz go pokonać. Pierwszy taniec? Plączą ci się nogi, mylisz kroki, gubisz rytm, masz problemy z zachowaniem równowagi (partnerka nie pomaga), ale cośtam tańczysz.

Pierwsza jazda? Wychodzisz na lód i uczysz się stać. Sprawdzasz jak łatwo rozjeżdżają się łyżwy. Próbujesz się przemieścić. Bardzo chcesz się chociaż trochę przemieścić. Włożywszy w to dużo skupienia, wysiłku i machania rękami udaje ci się baaardzo powoli i baaaaaaardzo niezgrabnie zmienić miejsce położenia. Po czym się wywalasz. I tak przez godzinę.

Dziwne uczucie. Możliwość bezwysiłkowego przemieszczania się jest bardzo niezauważalna, póki się jej nagle nie straci.

Komputery *są* skomplikowane i nieintuicyjne

13 II 2008, 03:07

Od czasu kupna dziadkom laptopa i podłączenia Internetu, mam dosyć unikalną okazję rozmawiania z kimś, dla kogo komputery nie istnieją "od zawsze" i to wszystko jest nowe. Dwie rzeczy stają się jasne: po pierwsze nowoczesne środowiska graficzne, zwłaszcza do kupy z Internetem, skomplikowane i po drugie -- terminologia z nimi związana też jest bardzo skomplikowana, wcale nie taka intuicyjna i ma dużo niejasno zdefiniowanych przypadków specjalnych.

Przykład pierwszy: pendrive'y vs. płyty.

Wkładasz pendrive'a, pokazuje się okienko, kopiujesz pliki, wyciągasz pendrive'a, działa (chyba, że nie działa, bo najpierw trzeba "odmontować wolumin"; dziwny gnome, jutro będę z tym walczył). Wkładasz płytę, odpalasz jakiś program (nawet bardzo prosty, jak gnomowy asystent nagrywania), "kopiujesz" do niego pliki (ale one wcale się nie skopiowały), wciskasz "nagrywaj", czekasz i dopiero teraz się skopiowały. Dlaczego tak jest? No bo pendrive'y są na flashu, który działa jak zwykły dysk komputerowy i jest bardzo szybki, można łatwo kasować i nadpisywać i w ogóle, natomiast płyty optyczne tradycyjnie są nagrywalne tylko raz (i to powoli), więc najpierw trzeba się zdecydować co chce się nagrać, a dopiero później się nagrywa. Proste! Acz prostsze będzie "bo tak".

Przykład drugi: tacka systemowa.

Gadu-gadu (a konkretnie gaim; coś gnomowe w każdym razie) odpala się razem z komputerem i jak się chce, żeby się okienko z listą kontaktów pojawiało, to trza kliknąć w ikonkę na górze. Analogicznie ze skypem. Co się dzieje, jeśli przez przypadek usuniesz tackę systemową z tego paska na górze (sam nie wiem jak to się cholera nazywa)? Nie ma ikonki gg. Więc trzeba ją przywrócić! No bierze się z menu "Aplikacje", przeciąga na pasek i jest mała ikonka, dokładnie w tym samym miejscu. I jak na nią klikniesz, to pojawia się okienko z listą kontaktów, tylko takie kompletnie niedziałające. I jak się na nią kliknie jeszcze raz, to się drugie niedziałające pojawia. Etc, etc.

Co jest nie tak? No więc jak klikasz na ikonkę na tacce systemowej (?), to ona tylko przywraca (?) zminimalizowany (?) nie do paska zadań (?) program (?), natomiast dokładnie taka sama ikonka osadzona bezpośrednio na tym górnym pasku (?) uruchamia program (?), a nie przywraca już uruchomiony. Znakami zapytania zaznaczone różne dziwne terminy, które trzeba znać, żeby zrozumieć tę wypowiedź.

Przykład trzeci: co to w ogóle jest ten program?

Ano właśnie. Program to takie instrukcje, które można uruchomić, że z dysku do pamięci... eee. Jest dysk i jest pamięć i jest procesor. I przy uruchamianiu program jest wgrywany z dysku do pamięci i on wtedy w tej pamięci siedzi i działa... Eeee. Ale jak on już jest odpalony, znaczy uruchomiony ten mityczny program, to on później może wczytywać różne dokumenty, czyli jak jest oowriter, znaczy ten program do pisania dokumentów, to to białe z tekstem to jest dokument, a wszystko dookoła to jest program.

I dlatego jeśli kopiujesz plik oowriterowy na pendrive'a i później go otwierasz, to on wcale nie siedzi na tym pendrivie razem z tymi ikonkami dookoła (toolbar oowritera), bo te ikonki to jest część programu, a nie dokumentu. I wyeksportowanie dokumentu do pdf-a i wgranie na pendrive'a to wcale nie jest "przegranie samego dokumentu bez programu", bo on zawsze jest "bez programu", tylko po prostu gpdf (czy jak to się tam w gnomie nazywa) ma mniejszy toolbar od oowritera no i jest read-only.

Wszystko jasne? Nie? No trudno, żeby było, jak dalej nie udało mi się wytłumaczyć co to jest ten program i jak wygląda jego cykl życia w komputerze.

Przykład czwarty: terminologia ciąg dalszy.

Dlaczego okno się nazywa oknem? Prawdę powiedziawszy sam nie wiem. A jakby się dobrze zastanowić, to co okienko w komputerze ma wspólnego z takim prawdziwym oknem? Że jest prostokątne? Drzwi też. Microsoft Doors Vista. X-Door.

Dziadek na okna mówi tabele i niezbyt często pamięta, żeby mówić "okna". Ma sens. Prostokątne, ma wiersze i czasami się kolumna trafi. Ja się dalej w sumie nie przyzwyczaiłem i za każdym razem, jak mówi "tabela", to się staram wyciągnąć dalsze informacje, czy to rzeczywiście chodzi o to, co ja myślę, że chodzi.

Okno, przycisk zamykania/maksymalizacji/minimalizacji, belka tytułowa, pasek menu (czy jakoś tak), pasek narzędzi (? że to z ikonkami znaczy się), menu kontekstowe, menu. Właśnie, menu. Menu "Aplikacje" w gnomie to menu. Menu kontekstowe pod prawym przyciskiem myszy to menu. Menu w gaimie na którym widać listę kontaktów, to nie jest menu, tylko lista kontaktów. Dlaczego? Eeee. No bo... Eeee. W sumie nie wiem. Jestem pewien, że ma to odzwierciedlenia w nazwach elementów API Gtk, ale to nie jest wytłumaczenie. Jakbym miał się zastanowić, to "menu" zazwyczaj mają czasowniki, natomiast "listy" rzeczowniki. No i inaczej wyglądają. Czy jakoś tak. Nie wiem :(

No i mógłbym tak w nieskończoność.

Podsumowując -- przy obecnym poziomie skomplikowania tak architektury działania współczesnych systemów operacyjnych, jak i używanych przez nich środowisk graficznych, ja większości typowych problemów nie jestem w stanie wytłumaczyć z sensem bez jakiegoś wcześniejszego kursu z podstaw systemów operacyjnych i obsługi środowisk graficznych. Po prostu się nie da.

Archetypiczna sekretarka ucząca się "piąte menu od prawej" w Excelu jest całkiem zabawna, póki człowiek sobie nie zda sprawy z tego, że żeby to rzeczywiście zrozumieć trzeba przyswoić naprawdę sporą ilość wiedzy. Ludzie wychowani z komputerami mają o tyle dobrze, że ich mózg się nauczył rozróżniać to wszystko i oni intuicyjnie wiedzą jak z tego korzystać, nawet jeśli świadomie nie wiedzą dlaczego coś działa tak, a nie inaczej. Osoby później mające styczność z komputerami mają po prostu dużego pecha.

<@mmazur> Jak się nazywa ta belka na której wszystko jest na dole ekranu?
<@mmazur> Tam gdzie jest menu start, pasek zadań, tacka systemowa, etc?
<@fixxxer> taskbar?
<@mmazur> A po polsku?
<@fixxxer> aka pasek zadań?
<@mmazur> Hmmmm.
<@mmazur> Pasek zadań to jest u mnie tylko aplet tego czegoś na którym jest lista zadań.
<@mmazur> KDE to po prostu 'panel' nazywa.
<@mmazur> Chyba.
<@fixxxer> a, ty pytasz o linuksa :)
<@fixxxer> no to nie wiem jak w kde, ale w gnome to jest właśnie panel
<@fixxxer> (przy czym w gnome są dwa)
<@mmazur> Górny i dolny?
<@fixxxer> (domyślnie)
<@fixxxer> mhm

Się człowiek całe życie uczy :(

Zostanę zawodowym ekspertem!

05 I 2008, 03:23

Parę dni temu dostałem mailem propozycję wystąpienia na jakiejś większej konferencji. Fajny bajer -- można sobie pooglądać nowe miasto, spędzić miło czas, przespać się wygodnie w wynajętym hotelu, wieczorami pogadać z ciekawymi ludźmi, a w trakcie samej prelekcji zrobić z siebie idiotę przed zgromadzoną publicznością.

Odpisałem, że nie mam żadnego tematu o którym mógłbym mówić.

Podobnie z pingwinariami. Honej mnie kopał, żebym zgłosił jakąś propozycję, ale nawet mimo faktu, że pingwinaria są bardziej imprezą towarzyską, jak merytoryczną, tej akurat publiczności nie byłbym w stanie powiedzieć niczego ciekawego.

Kwestia dostosowywania tematu do publiczności. Jeśli gadam do swoich lokalnych współstudentów, to staram się gadać o rzeczach podstawowych (a tych trochę znam), bo tego im właśnie potrzeba. Jeśli gadam do pldziarzy, to mogę pogadać o PLD, bo ich to pewnie choćby trochę zainteresuje (ale tylko ich). Jeśli gadam do "obcych", to dobrze by było, gdybym gadał o czymś, na czym się znam i co ich może zainteresować. Jakieś trzy-cztery lata temu wystąpiłem na konferencji o bezpieczeństwie komputerowym i nie mam zamiaru znowu z siebie robić publicznie idioty w ten sposób. (Gwoli wyjaśnienia: taki ze mnie spec od bezpieczeństwa, jak z koziej dupy klarnet; oczywiście podstawy znam...)

Prawda jest taka, że ja się na niczym nie znam poza poziom powiedzmy średniozaawansowany, a co za tym idzie tym co wiem nie jestem w stanie zainteresować nikogo poza "początkującymi". Nie jest to jakoś przeraźliwie dziwne, mam 22 lata, więc trudno, żebym miał rozległą wiedzę i doświadczenie w jakimkolwiek temacie... acz miło by było :) Może kiedyś.

Od dawna zastanawiałem się, czy nie udałoby mi się jakoś przekwalifikować zawodowo, bo perspektywa spędzenia reszty życia na przerzucaniu bajtów przestała mnie podniecać dłuższy czas temu, ale realistycznie patrząc -- nie, nie ma najmniejszych szans, żeby IT nie było integralną (i sporą) częścią tego, czym się będę w przyszłości zajmował, jeśli zależy mi na zarabianiu jakiś sensownych pieniędzy (a zależy; treningi tanie nie są, wino choya też nie, a benzyna nie rośnie na drzewach).

No cóż. Shit happens. Wniosek -- muszę po prostu na nowo znaleźć coś, co by mnie w tych pieprzonych komputerach zainteresowało i wykombinować jak to robić zawodowo. Ta pierwsza część mi się udała, jak byłem nastolatkiem, więc trzeba to po prostu jakoś powtórzyć. Przekichane, jak zawsze, będzie z tą drugą.

Poprelekcyjnie (nagranie)

09 XI 2007, 04:40
  1. Nagranie jest mocno przeedytowane pod kątem przydatności do słuchania. Jeśli ktoś pamięta, że coś się wydarzyło inaczej, niż jest nagrane, to wysoce prawdopodobne, że dobrze pamięta.
  2. Wyciąłem co najmniej kilka minut swoich mlasknięć (co mikrofon bardzo ładnie ponagrywał), chrząknięć, eeeeeyyyyeeeeeania, za długich pauz, przerw technicznych oraz najzwyklejszych wpadek. Więc nie, wcale tak płynnie nie mówię.
  3. W środę miałem depresję, że poszło tragicznie. Po przesłuchaniu stwierdzam, że aż tak strasznie tragicznie wcale nie poszło. Nic czego nie może naprawić kreatywna sesja z edytorem dźwięku.
  4. Acz kilka rzeczy jest oczywistych -- po pierwsze, wcale nie mówię tak płynnie i poprawnie technicznie, jak mi się wydawało, że mówię :(
  5. Po drugie -- miałem nadzieję zrobić super zajebistą prezentację. Poświęciłem na nią z dwa-trzy razy więcej czasu, niż zwykle poświęcam na takie rzeczy. Wyszło niewiele lepiej, jeśli w ogóle. Jedno staje się dla mnie jasne -- jedyny sposób na idealnie płynną prezentację, to po prostu usiąść, napisać całość słowo w słowo i później albo czytać, albo wyryć całość na blaszkę. Nie ma siły, żebym z kartką opisującą tylko schemat wystąpienia był w stanie przeprowadzić je płynnie -- bez zacięć, bez pauz, bez niepotrzebnego powtarzania się. Po prostu się nie da. Może są jacyś geniusze, którzy potrafią, ale generalnie wątpię, żeby to było w zasięgu normalnego człowieka. Mowa ludzka tak nie działa. Zapomina się słów, robi pauzy, gubi wątki, różne rzeczy rozpraszają.
  6. Po trzecie -- jeśli chcę zrobić płynną integrację tego co mówię, z tym co jest na rzutniku, to powinienem mieć w zasięgu wzroku swój laptop, żebym nie musiał się odwracać w celu upewnienia się co właściwie w danym momencie jest na rzutniku (mam ten bezprzewodowy dynks do obsługi prezentacji, więc mogę zmieniać slajdy patrząc się na publiczność). Takie odwracanie psuje płynność, a i mnie dekoncentruje.
  7. Po czwarte -- różne techniczne drobiazgi o zwracaniu uwagi na które człowiek się uczy z wykładu na wykład.

Link do ogga. Jutro jeszcze powinien być nius na stronie oplugowej wraz z jakimiś fotkami.

A, disclaimer: mówiąc zrobiłem sporo uproszczeń, a i wykład był dosyć konkretnie stargetowany (na studentów, którzy nie wiedzą jak takie rzeczy ugryźć). Dodatkowo co najmniej kilka razy powtarzałem, że coś jest moim poglądem na sprawę i na pewno są miejsca, gdzie to działa (z powodzeniem) kompletnie inaczej. Także wiem, że nie opisałem wszystkiego, co było do opisania. Był to świadomy wybór.

Głupie błędy w zarządzaniu, część pierwsza

30 X 2007, 01:04

Niedoszacowałem czasochłonności projektu. Ale tym nie jestem zdziwiony, jeszcze wiele wody w rzece upłynie, zanim będę w stanie w miarę dokładnie terminy przewidywać. Popełniłem inny błąd -- nie zadbałem, by możliwie wcześnie skonsultować odpowiednie fragmenty dokumentacji z osobą, która byłaby kompetentna nam wykazać rozjazdy z rzeczywistym modelem biznesowym. Szczyt kretynizmu jak teraz na to patrzę. Grrr.

Skutek? Kilka mniejszych i niestety kilka większych dziur wymagających poprawek w kodzie. Przy czym ja, jako szef, za swoje błędy płacił nie będę. Nadmiarową robotę będzie miał programista.

Niskoopłacany niedoświadczony programista, który chyba dopiero na tym projekcie zaczyna rozumieć, że "naiwna ocena czasochłonności", typowa dla początkujących koderów ("Ten projekt? Tydzień, maks dwa.") nijak się ma do rzeczywistego mozolnego kodowania. Programista, który zaczyna się wypalać na moich oczach. Programista, którego potrzebuję na zaraz do następnego projektu.

Szlag by to. Przydałoby się zrobić coś konkretnego, tylko co. Na początek niech będzie zapewnienie, że terminy są bardzo fajne, gdy wydają pocieszne dźwięki przelatując nad naszymi głowami. I że nie ma się nimi za bardzo po co przejmować.

How to Get a Job Like Mine

20 X 2007, 02:49

Czasami udaje mi się natrafić na takie źródło wiedzy, że większość z tego, co czytam, wydaje się czystą stratą czasu w porównaniu. Ale właśnie takie znaleziska utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto cały czas szukać. Bo nie da się znaleźć, nie szukając.

Najnowsze znalezisko. (Polecam na początek przeczytać wszystkie widoczne wpisy, a jeśli komuś się spodoba, to przejść do pierwszej strony i dalej czytać chronologicznie. Tak, blogi na Amazonie są wybitnie prymitywne.)

Autor tego bloga znalazł swój sposób na zmienianie świata. I płacą mu za to! Einsteinowi obecnie nic po tym, że wpłynął na bieg historii, bo zmarł dawno temu, ale to, czym się zajmował za życia, było dla niego samego fascynujące i po prostu ciekawe. Ja też chcę tak spędzić życie. Robiąc rzeczy nowe, mające znaczenie w szerokim kontekście (nawet jeżeli niewielu będzie sobie z tego zdawało sprawę).

Na pewno mi się to nie uda, jeśli zawodowo będę pracował nad jakimiś głupotami, bo trudno zmieniać świat po godzinach. Ostatnio miałem bliskie spotkania z realiami polskich uczelni, więc karierę naukową mogę sobie wybić z głowy -- nie mam zamiaru sobie marnować życia na mrzonki, że jeśli mam pomysł i energię, to System to doceni i zapewni mi odpowiednie środki, jak temu amerykaninowi.

Więc co mi pozostaje? Zostać jak najszybciej milionerem, żeby móc później poświęcić cały swój czas na fajne rzeczy. Ten pan tak zrobił. Jest rok ode mnie młodszy, rok temu został milionerem i teraz robi co chce.

Jest też amerykaninem, a ja nie. Eh.

Nie wiem, może narkotyki? Albo zostać urzędnikiem? Podobno da się szybko dorobić...

P.S. Tytuł pochodzi z tego wystąpienia. Zwracam uwagę zwłaszcza na drugi akapit.

P.S.2 W kontekście podlinkowanego bloga -- gdyby ludzie zdawali sobie sprawę, jak prymitywna jest ich edukacja w porównaniu do tego, jak powinna wyglądać, to polałaby się krew.

Z pamiętnika młodego przedsiębiorcy

11 X 2007, 22:20

Jak to w życiu -- wszystko ma swoje zady i walety.

Było tak: pracowałem nad systemem korzystającym z dziesiątek procesorów, gigabajtów RAM-u i gigabitów łącza. Naszym klientem były korporacje od których, jako programiści, byliśmy dodatkowo oddzieleni mało przepuszczalną warstwą szefostwa.

Jest tak: nowa firemka oficjalnie działa od półtora miesiąca. Jestem szefem działu IT. W praktyce oznacza to, że zajmuję się naszą "wirtualną" infrastrukturą oraz odpowiadam za większość rzeczy mających coś wspólnego z programowaniem.

Różnice? Sporo. Pierwsza -- poprzednio "klient" był dla nas bytem czysto wirtualnym. Terminy przychodziły i odchodziły. Nie odczuwaliśmy praktycznie żadnych konsekwencji naszej pracy (tak pozytywnych, jak negatywnych). Szefowie wiedzieli co i jak, a myśmy byli za firewallem. Teraz natomiast jeśli zawalę termin, to będę mógł się pójść osobiście potłumaczyć facetowi, który za zlecenie zapłacił. Oraz jego pracownikom, którzy z systemu mieli korzystać. Poziom odczuwalnej odpowiedzialności jest zdecydowanie inny.

Druga różnica -- pieniądze. Zaczynam podejrzewać, że w takim lowendowym plumkaniu, jakim się obecnie zajmuję, po prostu nie ma sensownych pieniędzy, a co za tym idzie, jest ono praktycznie skazane na marną jakość. Jeśli masz doświadczenie, interesujesz się tym, co robisz, jesteś na bieżąco z nowymi technologiami, to będziesz się zajmował nadzorowaniem jakiegoś mikroprojekciku w PHP za grosze? Czy może jednak pójdziesz pracować w sensownej firmie za sensowne pieniądze, albo założysz zaawansowanego technologicznie startupa z zamiarem zbicia na nim kokosów? No właśnie.

Case in point -- mam ponad półtora roku doświadczenia z całkiem sporych rozmiarów systemem rozproszonym. A zajmuję się administracją niewielkiego serwerka linuksianego oraz nadzorowaniem jednego PHP-owego kodera, gdzie wspomniane doświadczenie jest mi tak niesamowicie przydatne...

Oczywiście są i zalety. Po raz pierwszy od lat moja lista TODO nie jest nieskończona. Ba, kurczy się! Mam na niej zaledwie kilka pozycji i wiem, że jeśli przysiądę, to pod koniec tygodnia mogą zostać może dwie. Zacząłem znowu czytać książki! Na razie powoli, ale się rozkręcam.

Dodatkowo fajnie się patrzy na tego mojego PHP-kodera, jak się uczy. Czystszy kod, lepsza struktura, lepsze narzędzia, separacja kodu i HTML-a, smarty, porządnie zaprojektowana baza danych. Jeszcze z dwa takie projekty i będzie na tyle samobieżny, że w ogóle nie będę musiał patrzyć na to co on robi. A jak zechce później znaleźć sensowniejszą pracę, to nie powinien mieć problemów.

I, ponad wszystko, nie ma to jak możliwość ustalania własnych priorytetów. Znacznie przyjemniej się pracuje.

O zlotach wedle Mortona

26 VIII 2007, 18:14

Cytat z maila Andrew Mortona:

My overall take on kernel summit: we spend far too much time talking about technical stuff.

There is little benefit in doing this: we conduct technical discussions over email and we do it well, and there are many very good reasons for doing it that way. In fact when the KS discussion gets too techy I just start ignoring it (...)

Plus the minisummits are better suited for the technical material.

Polecam przeczytanie całego maila. Generalnie chodzi o to, że najwyraźniej nie tylko ja jestem zdania, że przeznaczanie fizycznych spotkań większą grupą na omawianie technicznych zagadnień, które z definicji interesują tylko pewien podzbiór ludzi, jest stratą czasu. Jeśli chcesz sobie o technikaliach porozmawiać sensownie, to skrzyknij tylko te osoby, które mają w tym jakiś interes, usiądźcie sobie przy jakimś stole i gadajcie, bądź też użyjcie maila/irca, jak zwykle. Natomiast jeśli chcesz robić ogólną publiczną prezentację, to najpierw się upewnij, że rzeczywiście jest ona interesująca dla większości twoich słuchaczy. Jeśli nie jest, to najlepiej jeśli oszczędzisz tak czas swój, jak i innych.

Tyle jeśli idzie o spotkania dla osób technicznych. Zastanawia mnie jak by to wyglądało w przypadku początkujących (LUG-i i takie tam). Pewnie jakoś podobnie, ale ani mi się nie chce zastanawiać, ani w sumie nie mam podstaw, żeby oceniać.

Urok marginesów

22 VIII 2007, 02:53

Jakiś czas temu stwierdziłem, że musi być jakiś sens posiadania papierowych książek niebeletrystycznych. Myślałem, myślałem, aż wymyśliłem. Od teraz czytam książki z ołówkiem, żeby móc sobie po nich pobazgrać, jak tylko mam jakieś przemyślenia związane z tym, co czytam.

Przyda mi się to do czegoś? Nie zakładałbym się. Ale przynajmniej mam zabawę, a za jakiś czas będę mógł się snobować, że mam niezgorszą biblioteczkę fachową i to jeszcze z "wartością dodaną" w postaci moich błyskotliwych komentarzy, tak, jak to bywało w czasach Leonarda! Idę sobie kupić binokle.

(Różnej maści twórcy i naukowcy czasów sprzed obecnej rewolucji komunikacyjnej, to jest w ogóle ciekawy temat, tylko musiałbym mieć czas na pisanie :(

Znowu o zarządzaniu open source'ami i nie tylko

13 VIII 2007, 03:36
Linux kernel management style. Ten tekst jest tak treściwy i na temat, że mógłbym na jego temat popełnić co najmniej kilka wpisów, w każdym cytując po kilka akapitów. Jak mi się będzie kiedyś nudzić, to go przetłumaczę i będę każdemu podsyłał do przeczytania co najmniej po kilka razy.

Wiecie na przykład dlaczego większość PLDowych cudzych pomysłów z miejsca kwalifikuję jako nieaplikowalne i niepraktyczne? Bo jestem egoistycznym chujem? No tak, to też, ale chodzi mi o to, że pomysłodawca (a) zazwyczaj tak naprawdę nie rozumie implikacji swoich pomysłów, zwłaszcza w stosunku do użytkowników/deweloperów (czyli ogólnie ludzi) oraz (b) jeśli rzeczywiście byłby przekonany do swojego pomysłu, to na krytykę zwracałby uwagę tylko pod kątem wyciągania z niej jakiś przydatnych spostrzeżeń, a energię poświęcał jego realizacji. Innymi słowy za każdym razem, gdy czyjś pomysł rozbija się o to, że jestem brzydki i mam wszy na pępku, to tylko utwierdza mnie to w przekonaniu, że i tak szanse realizacji miałby marne (mówiłem, że jestem chujem :).

Moja rada? Dużo czytajcie na tematy związane z tym, co chcecie robić. Im lepiej będziecie rozumieli ludzi, których to, co chcecie robić, dotyczy, tym bardziej będziecie czuli jeśli któryś wasz pomysł rzeczywiście będzie miał potencjał. Co za tym idzie większy będzie wasz zapał i mniejsza szansa, że jakiś brzydal was od pomysłu odwiedzie. Tak jak mówiłem na zlocie pldziarzy -- jeśli ja coś chcę zrobić, to po prostu robię. I nie dlatego, że mam jakieś magiczne moce, ale dlatego, że jeśli się już za coś biorę, to zazwyczaj jestem mocno przekonany, że ma to sens.

Nawiasem mówiąc parę miesięcy temu zostałem szefem swojouczelnianego radia internetowego (że Koło Naukowe Radio Emiter). I mam nawet pomysł co zrobić, żeby to radio było relewantne i produkowało pewne ilości kontentu, który znalazłby swoją niszę. Ale i tak nie znajdę na to czasu. W najlepszym wypadku uda mi się to w jakiś sposób spójnie opisać i przedstawić reszcie radiowców w nadziei, że podchwycą. Nadziei płonnej, bo prawda jest taka, że z zapałem realizuje się własne pomysły, a nie cudze.

Eh. Świat jest pełen ciekawych rzeczy, o których można poczytać, które można zrobić. Niestety większość z tego, co czytam, zaraz zapominam (nie mogę tego przeboleć prawdę mówiąc), a na rzeczy, które chciałbym robić, nie mam czasu (w tym na czytanie). Jedyne rozwiązanie, jakie mi przychodzi do głowy, to jak najszybciej się dorobić i później żyć w pewien określony sposób. O czym chętnie bym napisał coś więcej... tylko kiedy?

Klątwa Dijkstry

05 VIII 2007, 14:12

Od wielu wielu lat uparcie twierdzę, że nie lubię programować. Ostatnio usłyszałem ciekawe stwierdzenie -- pisanie programów jest dlatego wciągające, że programista ma cały czas wrażenie, że już zaraz za chwilę wszystko mu zacznie działać. I chyba coś w tym jest. Jeśli już się zmuszę do zabrania się, to czas upływa dosyć szybko i się nie nudzę. Rzecz w tym, że ja już bardzo dawno temu sobie w jakimś stopniu uzmysłowiłem, że "już zaraz za chwilę" to tylko złudzenie. Mam już pewne doświadczenia w tej kwestii, ale i tak nadal konsekwentnie udaje mi się niedoszacowywać czasochłonność kolejnych projektów. I tego właśnie nie lubię. Ten jednozdaniowy punkt na liście TODO może mi zająć równie dobrze 4 godziny, jak i najbliższe dwa tygodnie. Tym bardziej do szewskiej pasji doprowadza mnie fakt, że poniekąd pracuję w dziale R&D.

A, tak, radości płynące z pracowania nad rzeczami, których nikt wcześniej nie robił i których działania tak do końca nie jestem w stanie zrozumieć. Jest problem? No to trzymam kciuki, żeby wyrobiona na poprzednich błędach intuicja naprowadziła mnie na prawidłowe rozwiązanie. A jeśli nie naprowadziła? To za kilka tygodni, gdy będę miał już tego po dziurki w nosie i będzie mi się chciało płakać, kompletnie przez przypadek znajdę jakąś drobną rzecz, która wszystko naprawi. Przeżyłem to już kilkukrotnie, w tym kilka dni temu.

Przy czym różnica pomiędzy teraz i kiedyś polega na tym, że kiedyś na zakończenie takiego maratonu wysmarowałbym obszerny mail do przełożonego z "wytłumaczeniem" dlaczego nie działało i dlaczego moje zmiany wszystko naprawiły.

Teraz nie mam już takich złudzeń. Nie wiem co konkretnie powodowało, że system nie działał, nie wiem które z moich działań tak naprawdę poprawiły jego działanie, a tym bardziej nie wiem dlaczego.

I tylko jak sobie przypominam kazania Dijkstry o tym, jak to programy powinny być formalnie weryfikowalne, a nie pisane "na czuja", to mnie pusty śmiech ogarnia. Szkoda, że nie jestem satanistą, bo bym mu zbezcześcił grób, albo coś.

Od zera do menedżera, lekcja 375

31 VII 2007, 23:47

Jestem zwolennikiem zarzucania ludzi możliwościami robienia tego, na co mają ochotę (w przypadku projektów open source czytaj: dawania im odpowiednich uprawnień). Robienie jest ciekawsze, gdy co chwilę można robić coś nowego. A gdy robienie jest ciekawsze, robiący robi więcej i bardziej się przykłada.

Ostatnio się jednak na tym przejechałem. Dosyć oczywisty (po czasie) wniosek z owego przejechania się -- zawsze należy najpierw stwierdzić, czy istnieje więcej jak jedno podejście do poprawnego wykonania zadania. W 99% przypadków na dziesięć istnieje. Wtedy żaden problem przydzielić zadanie komukolwiek, niech się bawi. Jak zrobi źle, to albo da się komuś innemu, albo niech autor sam poprawia. Natomiast w pozostałych 1% przypadków nie warto ryzykować i należy postawić na sprawdzonych ludzi. Żeby potem nie żałować.

I małe post scriptum. Takie uwagi są zdecydowanie ciekawsze, gdy się je omawia na konkretnych przypadkach. Niestety publiczne opisywanie konkretnych sytuacji i konkretnych ludzi stoi w konflikcie z chęcią robienia czegoś z rzeczonymi ludźmi. Przeanalizowanie czyjejś pracy w gronie zainteresowanych członków projektu to jedno. Robienie tego samego publicznie, nawet jeśli jest to tylko tłem do analizy własnych poczynań, to już zupełnie coś innego. Albo rybka albo rower... Albo to z jakimiś grabkami i łopatką było.

Drażni mnie to. Muszę się sam cenzurować, inaczej zacznę kopać pod sobą dołki. Coraz bardziej romantyzuję czasy, gdy flejmowałem do woli kogo chciałem, bez brania pod uwagę jakichkolwiek konsekwencji. Stare dobre czasy...

Co ja myślę o bogu (i jego fanklubie)

23 VI 2007, 16:00

Że go nie ma. Tak bym to ujął w skrócie. Przy czym świat nie jest czarno-biały, więc pełna odpowiedź będzie dłuższa (i dwuczęściowa).

Część pierwsza -- na temat istnienia boga myślę to samo, co "nauka". Czyli po pierwsze -- jest nieskończona ilość jego "wersji" i są one ze sobą fundamentalnie niekompatybilne, więc wybierając jedną musiałbym uznać inne za nieważne. Nie wiem na jakiej podstawie miałbym to zrobić. Dodatkowo -- spora ich część (jeśli nie większość) ma w swoim "kanonie" dużą ilość różnych bajek, przypowiastek i tym podobnych (rozstępujące się morza, reinkarnacje, ciężarne dziewice, dziewice po śmierci, co kto lubi), w które miałbym uwierzyć wbrew własnemu zdrowemu rozsądkowi i wiedzy (która podpowiada mi raczej wytłumaczenia związane z bujnością ludzkiej wyobraźni, niźli z boskim natchnieniem). Tego nie jestem w stanie zrobić.

Podsumowując -- nie wiedziałbym jak wybrać religię i nie byłbym w stanie zaakceptować związanej z nią mitologii.

Pozostaje więc kwestia istnienia bądź nie istnienia boga jako takiego, w oderwaniu od jakiejkolwiek ziemskiej religii. Tutaj odpowiedź nauki jest następująca -- istnienie boga jest bardzo mało prawdopodobne (w nauce nie można rozmawiać o absolutach, bo coś jest prawdziwe/fałszywe tylko tak długo, aż ktoś nie znajdzie nowych dowodów). I tak jak ze wszystkimi innymi bardzo mało prawdopodobnymi rzeczami (na przykład że jutro zginę w trzęsieniu ziemi) i w kontekście poprzednich dwóch akapitów o niemożności wybrania jakiejś religii "na wszelki wypadek", pozostaje mi po prostu żyć tak, jakby boga nie było. A jeśli się (nie daj boże :) okaże, że jednak jest i się trudni jakimiś pośmiertnymi sądami dusz, czy czymś podobnym, to będzie mu musiało wystarczyć, że starałem się być Dobrym Człowiekiem (tm).

No i część druga odpowiedzi -- jak się odnosić do ludzi religijnych.

Rzecz w sumie najważniejsza -- traktowanie ludzi religijnych jakby byli nieuleczalnie głupi tylko dlatego, że w coś wierzą, jest bezpodstawne. Co ci mówi fakt, że na uniwersytetach są kursy z logiki formalnej, czy też metody naukowej? Ano to, że choć twój umysł jest w stanie pracować w ten sposób (do pewnego stopnia), to bynajmniej nie jest to dla niego domyślny tryb. To jest tylko jeden sposób myślenia, którego może w pewnych momentach używać, jak się go najpierw nauczy. A jeśli sam uważasz, że jesteś oazą chłodnej logiki, to znaczy, że jesteś w błędzie. Żaden człowiek nie jest, wynika to z naszej budowy. I tak, to jest opinia naukowa.

Tym samym próby traktowania innych ludzi bez zrozumienia natury ludzkiej są błędne. To, co uważamy za swoje Ja mieści się w części mózgu, która ewolucyjnie jest najmłodsza, natomiast resztę mózgu dzielimy z gadami i ssakami (że ewolucja). I ta prymitywna część nadal jest aktywna, nadal bardzo ważna i wpływa na tę naszą najmłodszą część mózgu na niezliczoną ilość sposobów, których w większości nie rozumiemy. Przykład -- wiem, że powinienem posprzątać mieszkanie. Mogę podać niezliczoną ilość logicznie brzmiących powodów, dla których powinienem posprzątać mieszkanie. Ale jakoś nie sprzątam mieszkania. Nawet tak podstawowa w życiu rzecz, jak motywacja, nie jest bezpośrednio sterowana przez nasze "logiczne" ośrodki myślenia. Takich przykładów można mnożyć.

Sprowadza się powyższe do tego, że to ta "emocjonalna" część mózgu jest w człowieku najsilniejsza i jeśli ty jesteś w stanie częściej posługiwać się myśleniem logicznym i je uważać za główny składnik swojej osobowości, to dlatego, że ona ci na to pozwala (a właściwie -- że ci nie przeszkadza zbyt często). U człowieka religijnego jest inaczej -- nawet jeśli boga rzeczywiście nie ma, to mózg ludzki jest zbudowany w taki sposób, że potrafi stwarzać bardzo silne wrażenie, jakby on jednak był. Ewidentnie wystarczająco silne, by wokół tego zbudować znaczną część swojej osobowości, ewidentnie kosztem krytycznego myślenia.

W związku z powyższym, najsensowniejsze podejście, jakie udało mi się wymyślić względem innych ludzi, jest, że tak powiem, utylitarne. Tzn. oceniam innych ludzi nie po tym dlaczego coś robią (co sobie myślą na temat tego, co robią), tylko co robią i jak im to wychodzi w praktyce.

Na przykład -- jeśli pomogę bezdomnemu, to mogę sobie wytłumaczyć własne działanie psychologią ewolucyjną. Osoba religijna zrobi to samo, ale mając w głowie nauczania na przykład Chrystusa. Ważne, że skutek jest taki sam.

Z drugiej strony -- jeśli ktoś będzie, nie wiem, przeciwstawiał się edukacji seksualnej dla młodzieży, bo "nie lubię, jak dzieciom się opowiada takie świństwa", albo "bo Jezus by się wkurzył", to mam zamiar z takiej "argumentacji" po prostu drwić jako głupiej i dziecinnej, nie popartej niczym sensownym. Formułka, że "poglądy religijne zasługują na szacunek" to przeżytek. Same z siebie nie zasługują. Mogę tylko oceniać pojedyncze działania jako pozytywne lub nie.

Ale ważna w tym wszystkim jest też moja osoba. Tzn. jeśli mówimy o debacie publicznej, to w moim interesie jest się wypowiedzieć. Jeśli natomiast rozmawiam z kimś prywatnie (zwłaszcza z kimś z własnej rodziny) to w moim interesie leży nie generowanie niepotrzebnych konfliktów, co w praktyce oznacza nie poruszanie tego typu tematów i ostrzeganie, że moje poglądy najprawdopodobniej będą obraźliwe, jeśli ktoś inny spróbuje mnie wciągnąć do takiej rozmowy. Podobnie ze świętami -- traktuję je po prostu jako tradycje, skutkiem czego nie mam zamiaru robić scen. Oczywiście w granicach zdrowego rozsądku, czyli propozycję pójścia na mszę i przyjęcia komunii/wyspowiadania się bym, że tak powiem, odrzucił.

A, i mała uwaga na boku. Nie ma sensu tak bardzo demonizować religii. USA jest jednym z najbardziej religijnych państw, a jednocześnie potęgą technologiczną. Europa też przez wiele wieków była bardzo religijna i jakoś nie cofnęło nas to do epoki kamienia łupanego. Też uważam, że bez religii byłoby lepiej, ale nie sądzę też, żeby groziło nam cofanie się w rozwoju.

Garść porad

08 VI 2007, 23:51

Naszło mnie na spisanie w formie jedno-dwuzdaniowej wszystkich rzeczy, które chciałbym przekazać innemu młodemu facetowi. [1] Tyle, że iluśtam lat życia nie da się streścić w paru punktach -- pisałem, pisałem, pisałem; strasznie tego dużo, musiałbym jeszcze z kilka godzin poświęcić, a spać mi się chce. Najchętniej bym to wrzucił na jakieś wiki i później dodawał tylko linki odnośnie każdego punktu (z szerszymi wytłumaczeniami). Może kiedyś.

[1] A naszło mnie po przeczytaniu któregośtam wpisu d4rkiego, którego generalnie nie czytam z zasady, bo ma mało do powiedzenia i jest wybitnie irytujący. Czyli -- standardowy nastolatek z punktu widzenia osoby dorosłej. Tyle jeszcze ma do nauczenia się...

Stwierdziłem jednak, że nie mogę tego tak całkowicie zostawić i postanowiłem wyciągnąć te kilka najważniejszych punktów. A więc:

  1. Każdy człowiek jest inny, a typów ludzi jest też bardzo dużo, do tego każdy żyje w innym środowisku, więc nie oceniaj wszystkich według siebie. Takie oceny będą błędne, a działania, jakie na ich podstawie podejmiesz będą nieoptymalne (czy wręcz szkodliwe). Jeśli nie rozumiesz działania innych, powstrzymaj się z oceną, dopóki nie poznasz sposobu ich myślenia. Czasami może ci się to nigdy nie udać.
  2. Podstawą naszego działania są emocje. Nigdy o tym nie zapominaj. Możesz zrobić wszystko, jeśli tylko masz odpowiednią motywację. Jeśli chcesz coś zrobić, ale nie jesteś w stanie, pomyśl jak poszukać motywacji. Pamiętaj też, że samo życie może ci jej dostarczyć.
  3. Twój umysł jest bardzo plastyczny. Możesz go rozwijać w dowolnym kierunku. Koordynacja psycho-ruchowa (znacznie podnosi komfort życia), zdolność logicznego i abstrakcyjnego myślenia (m.in. ułatwia życie zawodowe), życie emocjonalne (pomaga w życiu prywatnym, zwłaszcza w rozumieniu kobiet) -- jedne rzeczy będą łatwiejsze, inne trudniejsze, ale wszystkie jesteś w stanie rozwinąć. Jeśli ci się chce i wykombinujesz jak, możesz zostać całkowitym przeciwieństwem osoby, którą jesteś teraz.
  4. Pamiętaj jednak, że takie zmiany trwają i muszą następować stopniowo. Nie zostaniesz jutro pudzianem, czy Einsteinem, ani nie będziesz w stanie wzruszyć się wierszami Kochanowskiego. Ale jeśli spróbujesz małymi krokami, to kto wie do czego dojdziesz za pięć, dziesięć lat. Wydaje się to dużo, ale dorosłe życie jest znacznie znacznie dłuższe. Spróbuj sobie to uświadomić. Warto robić te malutkie kroczki w wybranym kierunku. Kilometr to tysiąc metrów.
  5. "Zmiana perspektywy myślenia jest warta 30 punktów IQ." Dużo czytaj. Nikt ci nie jest w stanie powiedzieć jakie informacje będą przydatne akurat tobie, musisz być w stanie znajdować je sam.
  6. Tak, chęć i umiejętność czytania to też kolejna cecha/umiejętność, którą można stopniowo wyrobić. Najpierw znajdź coś, co lubisz czytać, nawet, jeśli jest to pudelek. Po jakimś czasie zapewne cię to znudzi, wtedy znajdź coś innego (literatura popularnonaukowa? science-fiction? jakieś romansidło? próbuj). Niewykluczone, że za kilka lat będziesz z zainteresowaniem przegryzał się przez wielotomowe traktaty historyczne.
  7. Nigdy nie pozwól sobie uważać, że kobiety są głupie. Utrzymuj znajomości z kobietami, miej przynajmniej jedną bliską przyjaciółkę. Jeśli uważasz, że przyjaźń z nią niczego cię nie uczy, to znaczy, że zbyt słabo się rozglądasz.

Hm. Ciekawym jak teraz wyglądają "poradniki" dla młodzieży (starszej). Widział ktoś kiedyś coś takiego w ogóle?

Poza tym coraz bardziej mnie ciągnie, żeby założyć gdzieś anonimowego bloga. Ciekawym czemu.

Dlaczego wywiady ssom

05 VI 2007, 15:55

Po wygraniu tej olimpiady z angielskiego zainteresowały się mną różne gazety. NTO (Nowa Trybuna Opolska) oraz osoba, która wrzuca niusy na główną stronę mojej uczelni potraktowały sprawę adekwatnie do stopnia jej ważności i po prostu wrzuciły kilka zdań stwierdzających że ja wygrałem, a współstudent zajął drugie miejsce na olimpiadzie z niemieckiego. I tyle.

Reporterka lokalnej wyborczej natomiast postanowiła najpierw pogadać ze mną przez telefon, żeby mieć trochę więcej informacji. Po rozmowie coś mi strasznie nie pasowało -- tego nie powiedziałem, to powiedziałem w nie ten sposób, w jaki wolałbym, tamtego w ogóle pewnie lepiej by było nie mówić (zwłaszcza biorąc pod uwagę moje podejście do studiowania na tej uczelni; z którym nigdy się przed nikim, z prowadzącymi zajęcia włącznie, nie kryłem, ale i tak nie jestem do końca przekonany, że powinny się te informacje znaleźć w lokalnej gazecie; acz zakładam, że dziennikarze są przyzwyczajeni do ludzi, którzy gadają trochę za dużo jak dla własnego dobra i wygładzają co ostrzejsze kawałki :), etc, etc.

Przed chwilą odbyłem podobną rozmowę z osobą redagującą Wiadomości Uczelniane. Poszło minimalnie lepiej, ale przynajmniej w końcu uświadomiłem sobie co mi nie pasuje w tego typu wywiadach -- ja jestem przyzwyczajony, że jeśli chcę coś publicznie powiedzieć, to mogę sobie spokojnie usiąść, pomyśleć, napisać, przeczytać to co napisałem, poprawić fragmenty, które nie brzmią najlepiej, i tak dalej, i tak dalej. Jeśli nawet później stwierdzę, że to był błąd, to przynajmniej mogę sobie zaserwować standardowy komentarz -- "wtedy brzmiało to sensownie". Z wywiadem na żywo, i to jeszcze takim z założenia szybkim przez telefon, jest ten problem, że zanim ja się w ogóle mam okazję zastanowić, czy to, co powiedziałem, brzmiało sensownie, to jest już po całej zabawie. No a jeśli nie brzmiało? No to pech.

Hmm. W sumie rozwiązanie teraz wydaje się oczywiste -- powinienem był zawczasu przewidzieć jak najprawdopodobniej będą wyglądały pytania, wymyślić co tak naprawdę chciałbym powiedzieć, po czym złożyć te dwie informacje do kupy i opracować sobie system, gdzie niby odpowiadam na zadane pytanie, a w rzeczywistości mówię to co chcę powiedzieć. Politycy tak robią i teraz rozumiem dlaczego.

No cóż, Public Relations 101. Przyda mi się na raz następny. Live and learn.

« prev