Na początku małe dzieci uczą się pojedynczych wyrazów. Mama, tata, listonosz.
Gdy już mają wyrobiony jakiś minimalny słownik, przechodzą do uczenia się całych zwrotów. Tata kup rower, mama zrobiłem kupę, szarap.
Dobra, w tym ostatnim przypadku trochę oszukuję, bo za młodu myślałem, że to jest jedno słowo (takoż zapewne moi koledzy), na dodatek ewidentnie nie wiedziałem jak je poprawnie wypowiadać, o zapisie nawet nie wspominając (dla niekumatych -- to jest shut up w wersji dla małych dzieci).
W każdym razie dążę do tego, że istota ludzka rozszerza swoje możliwości językowe poprzez wielokrotne "odsłuchiwanie" jakiegoś zwrotu, po którym następuje próba użycia, i tak kilka razy, aż dany zwrot nam się utrwala w naszej sieci neuronowej, przez co jego użycie robi się niejako naturalne, a gdy słyszymy użycie błędne, to od razu czujemy, że coś z nim jest nie tak.
Stoi to w jawnej sprzeczności z próbami nauki języka poprzez świadome zrozumienie jego zasad gramatycznych. Oczywiście jest to możliwe, ale ostatecznym celem nie jest rozumienie owych zasad, tylko poprzez odpowiednią ilość powtórzeń, takie wytrenowanie swojej sieci neuronowej, żeby potrafiła to robić bez naszego świadomego udziału. A imho są na to znacznie efektywniejsze sposoby.
Właśnie przez kucie regułek i słówek próbowano mnie nauczyć niemieckiego w liceum. Nie umiem. Natomiast swoją płynność w posługiwaniu się językiem angielskim przypisuję głównie temu, że za młodu oglądałem duże ilości Cartoon Network, a wtedy do wersji polskojęzycznej dostępu nie miałem (nie było chyba nawet takiej). Moja teoria jest taka, że właśnie wtedy rozbudowałem swoje słownictwo do niezłego poziomu na zasadzie przyswajania słów z kontekstu, czyli tak jak to robią niemowlaki nie posiadające jeszcze żadnego utrwalonego języka i, co ważniejsze, wyrobiłem sobie obwody intuicji językowej. Tzn. od tamtego czasu nie musiałem się uczyć regułek językowych, żeby poprawnie używać angielskiego. Ot po prostu byłem to w stanie robić (za czym szła też płynna mowa). Analogicznie jak każdy z was się nauczył języka polskiego. Nie musicie rozumieć zasad odmiany przez przypadki (ba, kto poza językoznawcami je zna), bo wasze mózgi to potrafią.
(A, w ramach treningu aktywnego, poza kursami angielskiego w podstawówce, bardzo często myślałem po angielsku. Po prostu zamiast myśleć po polsku, myślałem po angielsku. Obecnie zdarza mi się to bardzo rzadko, ale moja teoria jest taka, że wtedy robiło to za bardzo bardzo dobry substytut dla normalnej rozmowy na żywo.)
Czemu ja się nad tym rozwodzę? Ponieważ przez ten miesiąc opiekuję się swoim bratem, więc mam okazję wraz z nim pooglądać trochę bajek na niemieckich kanałach dla dzieci. Okazuje się, że jestem w stanie zrozumieć gdzieś tak połowę używanych tam zwrotów, a moja ocena jest taka, że brakuje mi gdzieś tak 300-500 słów i zwrotów, żeby być w stanie rozumieć całość.
Nauczyć się jeszcze jednego języka? Brzmi bardzo kusząco, bo znajomość li tylko angielskiego, nawet w stopniu zaawansowanym, to i tak jest raczej mało. Problem polega na tym, że nie mam się z czego owego języka nauczyć. Jakikolwiek czasochłonny tradycyjny kurs od razu odpada, bo mi się po prostu nie będzie chciało.
Najlepiej byłoby użyć sposobu już sprawdzonego, czyli oglądania bajek, no ale, sami rozumiecie. Zanudziłbym się na śmierć i skutek byłby taki, jak z owymi kursami, czyli żaden. Potrzebuję czegoś działającego na takiej samej zasadzie, ale jednocześnie mogącego mnie aktywnie zainteresować.
Miałem się poddać, ale podczas pisania tego tekstu (dlatego warto jest spisywać swoje przemyślenia) wpadłem na pewien pomysł. Otóż poprzez reddita i kilka innych stron moja dzienna dawka angielskich tekstów waha się na oko między 20, a 30. Oznacza to, że jest fizyczną niemożliwością, żebym przy każdym nieznanym mi słowie (a jest tego jednak całkiem sporo, głównie jakieś rzadko spotykane przymiotniki) używał słownika. Zabiłoby mi to całą przyjemność czytania i trwało zdecydowanie za długo. Dlatego też w 99% przypadków zdaję się na rozumienie z kontekstu, natomiast w pozostałym 1%, gdy dane słowo jest kluczowe dla zrozumienia treści, sięgam po słownik. Przy czym na moim poziomie nie tyle słownictwo jest już ważne, ile całe zwroty, które dzięki czytaniu w dużych ilościach sobie utrwalam.
A co, gdyby rozumienie i zapamiętywanie z kontekstu, czyli ten najbardziej podstawowy i najlepiej działający (bo dzięki niemu uczymy się języka ojczystego), a jednocześnie w bardzo dużym stopniu bierny mechanizm nauki języka zaprząc do nauki języków obcych? Ale jak? Dosyć prosto.
"Na skraju pola stał las, a przez ten forest przechodziła autostrada. Po tej highway jeździły samochody."
Może brzmi głupio, ale wcale takie nie jest. Opowiem małą anegdotę -- w czwartym akapicie tego zdecydowanie już za długiego wpisu jest taki zwrot: "wielokrotne odsłuchiwanie jakiegoś zwrotu, po którym następuje próba użycia". W momencie, w którym napisałem przecinek po słowie 'zwrotu', mój mózg zasugerował mi użycie przeciwieństwa słowa 'poprzedzone', ale przy zachowaniu strony biernej.
No i dup. W języku polskim nie ma czegoś takiego. Mózg mi zasugerował, bo zna taki zwrot, ale z języka angielskiego i prawdę mówiąc byłem całkiem bliski napisania tam "followed by", zanim się nie pokapowałem, że to by jednak dziwnie wyglądało i lepiej po prostu użyć strony czynnej.
Oczywiście prawda jest taka, że nikt takich tekstów z podmienionymi słowami/zwrotami nigdy nie przygotuje, bo (a) musiałoby ich być bardzo dużo, (b) musiałyby być rzeczywiście ciekawe i (c) musiałyby być ustawione w odpowiedniej kolejności i z odpowiednio dawkowanymi obcymi zwrotami.
Chyba, że by znalalazł się jakiś germanista zapaleniec z zacięciem edukacyjnym i postanowił przygotować serię takich tekstów powiedzmy o lingwistyce w ogóle, germanistyce w szczególe, kulturze niemieckiej, etc. Tylko musiałyby być to rzeczywiście ciekawe i niezbyt specjalistyczne rzeczy, a na dodatek napakowane odpowiednio przygotowanymi i przemyślanymi zwrotami. Jakby co, to ja się zgłaszam na ochotnika, to bycia objętym takim eksperymentalnym kursem niemieckiego.
Acz chyba bardziej realną alternatywą jest opracowanie odpowiednich algorytmów, coby kawałek oprogramowania potrafił podmieniać wyrazy i zwroty w gotowych tekstach. Raczej nie z języka polskiego, bo byłoby to zapewne dosyć upierdliwe, ale już z angielskiego, to czemu nie, byłoby chyba całkiem prosto. A sam kod i opis wszystkiego byłby zapewne wart tytułu doktora dla jakiejś pary magistrów -- germanistyka i informatyka.
No cóż, można pomarzyć.
Update: żeby było jasne -- celem powyższej techniki jest tylko i wyłącznie opanowanie takiej ilości zwrotów, by być w stanie oglądać te wspomniane bajki i czytać ze zrozumieniem niespecjalistyczne teksty niemieckie (głównie chodzi o publicystykę, bo beletrystyka jest zazwyczaj ciężka, ze względu na kwieciste opisy wszystkiego). "Poziom zaawansowany" w tym wypadku, to by było po prostu przerzucenie się na czytanie całkowicie po niemiecku.