Dlaczego likwidacja polskiego rynku DVD jest dobra

10 VI 2007, 19:01:42

Właśnie przeczytałem, że ITI się już zwinęło, a Warner Home Video ma taki zamiar. I bardzo dobrze.

Zacznijmy od tego, że możliwość kupienia płyty z najnowszymi Piratami z Karaibów za kilka miesięcy, to mnie ani grzeje, ani ziębi. I nie jestem jedyny biorąc pod uwagę ile grup/osób zajmuje się wydawaniem tych rzeczy w sieci i ilu ludzi na świecie je ściąga.

Dodatkowo nie zdziwiłbym się, gdyby wydanie polskie tejże płyty było przesunięte czasowo względem wydania amerykańskiego. Mój poziom braku zainteresowania tylko się w takim wypadku pogłębia.

Teraz popatrzmy jak to powinno wyglądać. Dzisiaj o dwunastej w nocy amerykańskiego czasu wschodniowybrzeżnego następuje światowa premiera kinowa. Równocześnie za sensowną opłatą każdy człowiek z każdego zakątka globu może sobie ściągnąć film w oryginalnej wersji językowej.

W tym momencie do całej zabawy włączają się serwisy typu napisy.org, które w ciągu kilku godzin tworzą zestaw napisów do filmu i zaczynają je rozpowszechniać. Skutek praktyczny jest taki, że jeśli dzisiaj rano (naszego czasu) była światowa/amerykańska premiera, to gdy wracam wieczorem do domu, mogę sobie ściągnąć tak film, jak i gotowe napisy.

A co z jakością tychże? No więc tutaj powstaje takie fajne coś jak wolny rynek. Serwis napisy.org może serwować tłumoczenia tworzone przez nastolatków, napisy.net tłumaczenia ludzi trochę lepiej obeznanych, ponieważ płaci im proporcjonalnie do dochodów uzyskanych z reklam ad.sense, a napisy.com profesjonalnie zrobione (i zajmujące trochę więcej czasu) tłumaczenia zawodowych tłumaczy, ponieważ akurat ten serwis jest płatny i/lub ma umowy z międzynarodowymi koncernami. Jest oczywiście jeszcze kilka możliwych kombinacji, o których nawet nie pomyślałem.

A jak to się ma do likwidacji polskiego rynku DVD? Ano tak, że ten sposób dystrybucji (korzystający z globalności Internetu, zamiast gigantycznej sieci lokalnych "podwykonawców") jest niekompatybilny z interesami obecnie istniejących dystrybutorów i można generalnie założyć, że główny opór byłby z ich strony (no bo oni przecież mają monopol, bo wykupili licencje i oni protestują!). Więc jeśli oni fizycznie nie będą istnieli, to tym lepiej dla naszego rynku. Krzyżyk na drogę.

Buuu, gruba jestem

15 I 2007, 18:24:44

Jeden z wniosków z ostatniego półtora roku brzmi -- informacje na własny temat należy zachowywać dla siebie. W praktyce sprowadza się to do tego, że różni ludzie (z przewagą rodziny) znają pojedyncze fakty, ale nic poza tym. I tak ma być. Jedyną osobą, której rzeczywiście mogę powiedzieć wszystko, jest mój ojciec, a to z dwóch powodów: genetyka oraz fakt, że jest on kompletnie odcięty od mojego życia (mieszka w Niemczech), więc widzimy się średnio raz na rok.

Oczywiście powyższe implikuje także znaczny szlaban na jakiekolwiek tego typu informacje publikowane tutaj. Zazwyczaj udawało mi się powstrzymywać, nawet gdy miałem dużą ochotę się wypisać (wygadać).

Acz w sumie rzecz biorąc... Nie powinno być tak trudno znaleźć tę granicę, której przekraczać nie powinienem (i jej nie przekraczać), a prawda jest taka, że sam lubię przeczytać dobrze napisany tekst z czyjegoś życia, więc kto wie, może sam byłbym w stanie zainteresować kogoś tymi tematami.

Anyways, próbujemy.

Ble, jednak mi nie wyszło. Temat w głowie brzmiał znacznie ciekawiej, po przelaniu na papier brzmi strasznie trywialnie. Żeby takie pisanie miało sens, trzeba umieć pisać znacznie śmieszniej, jak Scott Adams.

Jedną z chyba najcenniejszych rzeczy, jaką udało mi się przez te półtora roku życia samemu nauczyć, jest umiejętność planowania długofalowego i w ogóle dostrzegania ciągłości czasu. I nie, nie chodzi mi o to, że zrozumiałem dlaczego cyferki na zegarku zwiększają się o jeden co jakiś czas -- raczej to, że studia przestały być taką granicą czasową za którą cholera wie co jest.

Dam tutaj najbardziej trywialny przykład (zgodnie z zasadą, że te mniej trywialne zachowam dla siebie). Na początku tego semestru (niecałe pół roku temu) postanowiłem schudnąć. Oczywiście jednym z głównych powodów jest tzw. wyrywanie lasków (z korzeniami), ale nie jedynym. Gdyby tylko o to chodziło, to bym się za chudnięcie zabrał dawno temu. Tak naprawdę doszedł mi jeszcze jeden powód, pod tytułem treningi -- po roku tychże stwierdziłem, że zdecydowanie ciekawiej będzie się walczyć, jeśli będę miał mniej zbędnego balastu i jednocześnie więcej mięśni. A to oczywiście wymaga zmian w diecie.

No i zmieniłem. Skutek -- 8kg w bodajże trzy miesiące. Po czym przyszły święta. Skutek -- 3 kg w 10 dni (zgadnijcie w którą stronę :). Święta, święta i po świętach. No i teraz powiedzmy, że wagę mam mniej więcej stałą od dwóch tygodni. Może nieznacznie spadła.

No i co dalej? Ano plan jest taki, żeby powiedzmy za miesiąc sprawdzić jak mi idzie przy obecnej diecie. Jeśli spada, to dobrze, zobaczę dokąd spadnie. Jeśli się nie ruszyło, no to wtedy będę kombinował z różnymi proporcjami różnych jedzeń.

Generalnie cel całej zabawy jest taki, żebym mógł chodzić w spodniach o numer mniejszych. W praktyce przekłada się to na wagę poniżej 80kg. Daję sobie powiedzmy rok na osiągnięcie celu (tzn. w wariancie pesymistycznym, że będę się musiał nakombinować), a jeśli mi się nie uda, to zadowolę się faktem, że mam ważyć w granicach 85kg, ani mniej, ani więcej. Jak ważę gdzieś tak 82, to nie jestem w stanie wleźć w mniejsze portki, a duże zaczynają wisieć i mnie to strasznie wkurza. Wolę mieć te 2-3kg więcej, ale przynajmniej trochę wygody :).

Ja wiem, że to może brzmieć śmiesznie (a w kontekście majstrowania przy własnej wadze strasznie trywialnie :), ale, no nie wiem, nie jestem tego w stanie wytłumaczyć. Chodzi mi o to, że umiejętność wyznaczenia sobie w ten sposób dowolnego celu, dodania do niego limitu czasowego i, w razie niepowodzenia, ograniczeniu się do wzruszenia rękami, jest naprawdę satysfakcjonująca. Najprawdopodobniej z racji tego, że daje to świadomość pełnej kontroli nad własnym życiem. Tzn. niezależnie od tego, czy problem jest prywatny, zawodowy, towarzyski, czy jaki tam jeszcze, jeśli uznam za stosowne się nim zająć, to po prostu się nim zajmę bez żadnych ceregieli.

I tyle.

Bo to refleks trzeba mieć

12 I 2007, 08:38:02

Za każdym razem, jak napiszę kawałek wyrażający opinię o jakiś konkretnych ludziach, to kończy się na tym, że 5 minut po kliknięciu 'wyślij' mnie nachodzą wątpliwości, że może nie powinienem był tego pisać.

No ale wtedy jest za późno, nie chcę się bawić w kombinacje, więc tekst zostaje jaki był.

Ale nie dziś ze względu na strasznie dziwną porę, więc zdążyłem wpis wywalić na jakiś kosmiczny poziom zanim ilość wejść przekroczyła może piętnaście :)

Nie wiem, przeczytam go za kilka dni i wtedy zdecyduję. Acz odruch nie odzywania się konkretnie na temat różnych ludzi mam silny. Nie wiem dlaczego.

Chociaż z drugiej strony...

Uczyć się każdy może (jak go odpowiednio sprofilują za młodu)

05 I 2007, 00:09:41

Artykuł zachwalający decyzję sporej ilości amerykańskich uczelni (z MITem na czele) o udostępnieniu w internecie materiałów do kursów przez nie prowadzonych (skomplikowane zdanie). Tak zwany Open CourseWare.

Ja się mogę podpisać obiema łapkami (dosłownie; w liceum mi się nudziło na lekcjach i się uczyłem pisać lewą ręką; zostało mi, bo nawet kilka lat później idzie mi to całkiem całkiem). Wyczaiłem tę stronę jakieś dwa miesiące temu już nie pamiętam w jakich okolicznościach (na 99% z reddita), natomiast od razu wpadło mi do głowy, że moje problemy z (regularnym) sprzątaniem mieszkania i innych garków właśnie się skończyły. Polazłem do sklepu dla idiotów, zakupiłem sobie empeczyplayera (creative zen nano bodajże), załadowałem go pierwszym kursem z psychologii, no i od tego czasu nie mam nic przeciwko pracom domowym, bo jest to jedyny czas, kiedy bez wyrzutów sumienia mogę sobie tych wykładów posłuchać.

A jest czego słuchać. Profesor wymiata, szkoda, że nie jestem w stanie zobaczyć co bardziej graficznych wykładów, no ale. W ogóle sama koncepcja takiego "studiowania" jest imho ucieleśnieniem ideału -- "studiuję" co chcę, kiedy chcę (a właściwie kiedy mogę, bo niestety nie mam czasu) i nie muszę pisać żadnych testów i sprawozdań. O przyokazyjnym szlifowaniu języka już nawet nie wspominając. Doesn't get any better then this.

Pierdolone HP

29 XI 2006, 16:11:49

Nie ma chuja, żebym jeszcze kiedykolwiek kupił cokolwiek od tej pierdolonej firmy. Wymyślili sobie, że w ich laptopach można instalować tylko kilka wybranych kart wifi i żadnych innych (i to nie w wersji od producenta, ale specjalnie resellowanych za sporą opłatą przez nich), więc ja swojego atherosa (czy też jakąkolwiek inną kartę) mogę sobie wsadzić w rzyć. A żeby kurwa splajtowali.

Elegancik, psia krew

20 X 2006, 21:15:10

Zachciało mi się skórzanych butów do łażenia na co dzień (stare trekingowe się trzymają, bo są z kevlaru, ale gumowa podeszwa niedługo będzie totalnie płaska i w niektórych miejscach przedarta), więc zaszalałem, kupiłem pastę i ładnie wypastowałem. Cała operacja mi się spodobała, więc od razu wypastowałem też buty wyjściowe i kozaki na zimę. Teraz mam trzy pary butów nie-dotykać-bo-sobie-upieprzysz-łapy.

Gdzie można kupić jakiś zmywacz do pasty do butów? :/

RIP

04 IX 2006, 04:09:52

Moje podejrzenia okazały się słuszne. Od pół roku podlewam martwego kwiatka.

Redesign bloga: reaktywacja

08 VIII 2006, 20:58:37

Jakiś czas temu wspominałem, że przydałby się facelifting mojego bloga i że się za cholerę na tym nie znam [1], więc czy znalazłaby się jakaś dobra dusza z jakimś gotowym szablonem i instrukcją jak go użyć. I o ile mnie pamięć nie myli zgłosiły się dwie osoby.

A ja nie potrafię znaleźć tego wpisu... :)

Patrys mnie że tak powiem zmotywował do ponowienia prośby -- czy znalazłaby się jakaś dobra duszyczka, z bezgraficznym, prostym, czytelnym (czcionka jak na obecnym), dwukolumnowym (nawigacja z prawej) szablonem, zajmującym środek ekranu w szerokości tak do 800px, na górę którego może możnaby wsadzić tego boćka i w którym te dzyndzle ze stat4u byłyby umieszczone gdzieś na końcu htmla, a nie na początku, dzięki czemu całość by się szybko ładowała? I co najważniejsze, instrukcją jak go użyć w wersji for dummies?

W zamian oferuję... eee, nie wiem. Swoją wątpliwą cnotę? Kobiety, sławę i pieniądze? Podpisany krwią cyrograf? Ewentualnie zawartość bramki numer trzy.

[1] Do cssa i htmla mam stosunek jeszcze bardziej alergiczny, niż do php -- nie ma takich pieniędzy, żebym ja się miał kiedyś nauczyć obchodzenia różnych idiotyzmów w różnych wersjach IE.

Update: Dobra, ruszyłem tyłek i wrzuciłem Kubrick-Oldschool po czym go poprzerabiałem. W firefoksie pokazuje się gdzieś tak 60-65 liter na linię, więc raczej jest ok (jak ja nie cierpię obsługi czcionek w przeglądarkach).

Natomiast nad głowami widzicie boćka, którego jakiś rok temu, już nie pamiętam dokładnie skąd, wytrzasnęła mi i przyretuszowała YaaL. URATOWAAANIIIIII!!!!!!!

Szczypta kontrowersji

07 VIII 2006, 17:15:11

(Piszący blogi dzielą się na dwa rodzaje -- na tych, którzy w prosty sposób próbują szufladkować resztę ludzkości i na tych, którzy tego nie czynią.)

Osoby czytające teksty wszelakie dzielą się na trzy rodzaje. Pierwsi, którzy, jeśli tylko nie podoba im się jakakolwiek część czytanej wypowiedzi, uznają to za wystarczający powód do zdyskredytowania całości (często wraz z osobą autora). Drudzy, którzy, nawet jeśli nie podchodzi im część argumentacji autora, to i tak doceniają te kawałki, w których autor rzeczywiście mógł wpaść na coś ciekawego. I trzeci, którzy wpisują swoje miasta!(!!!11oneone1)

Od razu mówię, że zaliczam się do tych drugich. Ale...

Jeśli na jakiś wewnątrzprojektowych listach dyskusyjnych jeden geek bez skrupułów zjeżdża drugiego za błąd, to przynajmniej ja uznaję to za normalne, bo to takie środowisko po prostu jest. Niektórym to z czasem przechodzi, ale generalnie całkiem wyplenić się tego nie da, bo prosta ekonomia mówi, że cenniejsze są czyjeś umiejętności techniczne, niż słabe umiejętności kontrolowania się podczas dyskusji. Treść ważniejsza jest od formy.

Ale to uznajmy za przypadek szczególny. Co z pozostałymi? Redaktorzy gazet, felietoniści, eseiści i inni blogiści -- na co sobie mogą pozwolić, a jakie zachowanie dyskredytuje ich całkowicie w oczach wymagających czytelników?

Ostrożny autor przy każdej wyrażonej opinii będzie jasno zaznaczał, że "moim zdaniem", "z mojego doświadczenia wynika", "o ile się orientuję", etc, etc. A już w szczególności jak ognia będzie unikał wyrażania opinii o innych ludziach. Odnieść się do czyichś opinii -- tak. Próbować oceniać czyjeś argumenty przez pryzmat osoby ich autora -- bardzo śliski grunt.

Temat odnoszenia się do innych ludzi zostawię -- mógłbym o tym pisać w nieskończoność, a w sumie i tak sprowadza się do wyczucia czytelnika, co uznaje on za dopuszczalne, a co już go razi jako niekulturalne.

Ale co z ogólnie pojętym generalizowaniem? Jeśli pominę w tekście te wszystkie IMHOizmy (uwaga -- od tego momentu "ja" to jest ten teoretyczny redaktor/felietonista/eseista/blogista), to część czytelników po prostu założy, że nie chciało mi się ich pisać, ale w rzeczywistości one tam są, więc bez zbędnych ceregieli przejdą do analizowania moich opinii i wyciągania z nich tych kawałków, które mogą im się przydać i/lub z którymi się zgadzają.

Druga grupa natomiast stwierdzi, że próbuję prawić kazania, swoje własne opinie przedstawiać jako prawdy objawione, jestem głupi, śmierdzę i mam wszy na pępku.

Pierwsza reakcja -- no to powinienem pisać z dużą ilością IMHOizmów.

Druga reakcja -- stali czytelnicy, osoby, które mnie znają, najprawdopodobniej wiedzą lepiej i o ile nie napiszę jakiś kompletnych pierdół, to ich opinia o mnie się raczej nie zmieni. Reszta natomiast na trochę kontrowersji [1] zareaguje w taki sposób, że zwiększy mi czytelnictwo.

Kuszące, nie powiem. A na pewno w niektórych sytuacjach warte rozważenia. Bo jeśli udało mi się wydobyć z tekstu jakiegoś autora informację/punkt widzenia dla mnie przydatny, to czy mogę mu mieć za złe stosowanie kontrowersyjnej formy, bez której najprawdopodobniej nigdy bym o danym autorze nawet nie usłyszał?

[1] Kontrowersji, a nie kompletnych pierdół. Na kompletne pierdoły nie zareaguje praktycznie nikt, o ile autor nie jest już względnie popularny. Kontrowersje natomiast zdefiniuję tutaj jako bezIMHOizmowo przedstawione opinie, które zapewne nie są całkowicie poprawne (generalizowanie z definicji nie może być), acz dotykają jakiegoś czułego punktu, więc o ile nie przeszkadza nam forma, to treść może okazać się ciekawa.

Nauka języka -- podsumowanie

06 VIII 2006, 17:30:57

Krótkie podsumowanie ostatnio poruszonej kwestii nauki języków obcych.

Od pewnego poziomu nauka języka następuje automatycznie, poprzez jego używanie, w tym wypadku znajdowanie interesujących tekstów (publicystycznych) w internecie i ich czytanie. W ten sposób utrwalają się poprawne formy użycia wyrazów i całych zwrotów.

Żeby być w stanie czytać takie teksty, potrzebny jest zasób najpopularniejszych słów i to nawet w podstawowych formach. Tzn. do zrozumienia treści wystarczy znajomość języka na poziomie "Kali chcieć ukraść krowa", natomiast wielokrotne spotykanie formy poprawnej, czyli "Kali chciałby ukraść krowę" prowadzi do jej utrwalenia i w efekcie zastąpienia prostego zbioru zapamiętanych słów znacznie bardziej skomplikowaną, w większości intuicyjną umiejętnością posługiwania się językiem.

W przypadku osiągniecia już poziomu wystarczającego do czytania tekstów publicystycznych (beletrystyka jest zazwyczaj znacznie kwieciściej pisana, a przez to trudniejsza), jedyna "pomoc" sprowadziłaby się do znalezienia odpowiedniego źródła takich tekstów. Zapewne wystarczy lista najpopularniejszych niemieckojęzycznych serwisów informacyjny i ichni odpowiednik reddita/wykopa.

Kluczową kwestią jest uzyskanie owego zasobu słów. Proponowany sposób polega na ich automatycznym podstawianiu w miejscu ich odpowiedników z innego, znanego już czytelnikowi, języka i liczenie na to, że dzięki temu czytelnik w sposób bierny sobie je przyswoi.

Wersja trudniejsza do zalgorytmizowania polega na podstawianiu słów i zwrotów w sposób jak najbardziej zbliżony do oryginału.

Celem wersji prostszej byłoby tylko i wyłącznie umożliwienie czytelnikowi przyswojenia dużej ilości słów ("Kali chcieć ukraść krowa"), natomiast poprawne ich użycie byłoby ćwiczone dopiero po przestawieniu się czytelnika na czytanie kompletnych tekstów obcojęzycznych.

Przygotowanie takiego programu wymagałoby programisty oraz lingwisty znającego dobrze tak język bazowy (dla mnie polski, lub, co bardziej wskazane, angielski), jak i docelowy (dla mnie niemiecki). Wymagałoby to opracowania listy najważniejszych słów i zwrotów w języku docelowym oraz opracowania najsensowniejszych zasad podstawiania do języka bazowego. Lista słów zapewne nie jest problemem, gdyż trudno sobie wyobrazić, żeby lingwiści nie dysponowali zbiorem słów wymaganych do efektywnej komunikacji w danym języku.

Do tego zapewne dobre byłoby opracowanie kilku krótkich tekstów wprowadzających uczącego się w najważniejsze kwestie odnośnie "zasad działania" języka, którego ma zamiar się nauczyć.

Przykładowy sposób działania -- wtyczka do firefoksa, dodająca przycisk, po naciśnięciu którego wyświetla się lista proponowanych do podstawienia słów, z której czytelnik eliminuje słowa mu już znane (wtyczka te wskazówki zapamiętuje i nie męczy użytkownika cały czas tymi samymi propozycjami), po czym ją akceptuje i od tego momentu dane słowa zostają w tekście danej strony podmienione. Cała operacja w najpopularniejszym wypadku (zaakceptowanie wyborów dokonanych przez wtyczkę) trwa jakąś sekundę, a odpowiednie zestawy regułek mogą wręcz pozwolić skonfigurować automatyczne podstawianie dla określonych serwisów.

Tyle. Pytanie za 100 punktów -- kto mi to wszystko przygotuje (i najlepiej udostępni za darmo), albo przynajmniej wskaże badania sugerujące, że coś takiego nie ma prawa działać.

Zgłaszam patent na sposób uczenia języków obcych :)

06 VIII 2006, 00:50:31

Na początku małe dzieci uczą się pojedynczych wyrazów. Mama, tata, listonosz.

Gdy już mają wyrobiony jakiś minimalny słownik, przechodzą do uczenia się całych zwrotów. Tata kup rower, mama zrobiłem kupę, szarap.

Dobra, w tym ostatnim przypadku trochę oszukuję, bo za młodu myślałem, że to jest jedno słowo (takoż zapewne moi koledzy), na dodatek ewidentnie nie wiedziałem jak je poprawnie wypowiadać, o zapisie nawet nie wspominając (dla niekumatych -- to jest shut up w wersji dla małych dzieci).

W każdym razie dążę do tego, że istota ludzka rozszerza swoje możliwości językowe poprzez wielokrotne "odsłuchiwanie" jakiegoś zwrotu, po którym następuje próba użycia, i tak kilka razy, aż dany zwrot nam się utrwala w naszej sieci neuronowej, przez co jego użycie robi się niejako naturalne, a gdy słyszymy użycie błędne, to od razu czujemy, że coś z nim jest nie tak.

Stoi to w jawnej sprzeczności z próbami nauki języka poprzez świadome zrozumienie jego zasad gramatycznych. Oczywiście jest to możliwe, ale ostatecznym celem nie jest rozumienie owych zasad, tylko poprzez odpowiednią ilość powtórzeń, takie wytrenowanie swojej sieci neuronowej, żeby potrafiła to robić bez naszego świadomego udziału. A imho są na to znacznie efektywniejsze sposoby.

Właśnie przez kucie regułek i słówek próbowano mnie nauczyć niemieckiego w liceum. Nie umiem. Natomiast swoją płynność w posługiwaniu się językiem angielskim przypisuję głównie temu, że za młodu oglądałem duże ilości Cartoon Network, a wtedy do wersji polskojęzycznej dostępu nie miałem (nie było chyba nawet takiej). Moja teoria jest taka, że właśnie wtedy rozbudowałem swoje słownictwo do niezłego poziomu na zasadzie przyswajania słów z kontekstu, czyli tak jak to robią niemowlaki nie posiadające jeszcze żadnego utrwalonego języka i, co ważniejsze, wyrobiłem sobie obwody intuicji językowej. Tzn. od tamtego czasu nie musiałem się uczyć regułek językowych, żeby poprawnie używać angielskiego. Ot po prostu byłem to w stanie robić (za czym szła też płynna mowa). Analogicznie jak każdy z was się nauczył języka polskiego. Nie musicie rozumieć zasad odmiany przez przypadki (ba, kto poza językoznawcami je zna), bo wasze mózgi to potrafią.

(A, w ramach treningu aktywnego, poza kursami angielskiego w podstawówce, bardzo często myślałem po angielsku. Po prostu zamiast myśleć po polsku, myślałem po angielsku. Obecnie zdarza mi się to bardzo rzadko, ale moja teoria jest taka, że wtedy robiło to za bardzo bardzo dobry substytut dla normalnej rozmowy na żywo.)

Czemu ja się nad tym rozwodzę? Ponieważ przez ten miesiąc opiekuję się swoim bratem, więc mam okazję wraz z nim pooglądać trochę bajek na niemieckich kanałach dla dzieci. Okazuje się, że jestem w stanie zrozumieć gdzieś tak połowę używanych tam zwrotów, a moja ocena jest taka, że brakuje mi gdzieś tak 300-500 słów i zwrotów, żeby być w stanie rozumieć całość.

Nauczyć się jeszcze jednego języka? Brzmi bardzo kusząco, bo znajomość li tylko angielskiego, nawet w stopniu zaawansowanym, to i tak jest raczej mało. Problem polega na tym, że nie mam się z czego owego języka nauczyć. Jakikolwiek czasochłonny tradycyjny kurs od razu odpada, bo mi się po prostu nie będzie chciało.

Najlepiej byłoby użyć sposobu już sprawdzonego, czyli oglądania bajek, no ale, sami rozumiecie. Zanudziłbym się na śmierć i skutek byłby taki, jak z owymi kursami, czyli żaden. Potrzebuję czegoś działającego na takiej samej zasadzie, ale jednocześnie mogącego mnie aktywnie zainteresować.

Miałem się poddać, ale podczas pisania tego tekstu (dlatego warto jest spisywać swoje przemyślenia) wpadłem na pewien pomysł. Otóż poprzez reddita i kilka innych stron moja dzienna dawka angielskich tekstów waha się na oko między 20, a 30. Oznacza to, że jest fizyczną niemożliwością, żebym przy każdym nieznanym mi słowie (a jest tego jednak całkiem sporo, głównie jakieś rzadko spotykane przymiotniki) używał słownika. Zabiłoby mi to całą przyjemność czytania i trwało zdecydowanie za długo. Dlatego też w 99% przypadków zdaję się na rozumienie z kontekstu, natomiast w pozostałym 1%, gdy dane słowo jest kluczowe dla zrozumienia treści, sięgam po słownik. Przy czym na moim poziomie nie tyle słownictwo jest już ważne, ile całe zwroty, które dzięki czytaniu w dużych ilościach sobie utrwalam.

A co, gdyby rozumienie i zapamiętywanie z kontekstu, czyli ten najbardziej podstawowy i najlepiej działający (bo dzięki niemu uczymy się języka ojczystego), a jednocześnie w bardzo dużym stopniu bierny mechanizm nauki języka zaprząc do nauki języków obcych? Ale jak? Dosyć prosto.

"Na skraju pola stał las, a przez ten forest przechodziła autostrada. Po tej highway jeździły samochody."

Może brzmi głupio, ale wcale takie nie jest. Opowiem małą anegdotę -- w czwartym akapicie tego zdecydowanie już za długiego wpisu jest taki zwrot: "wielokrotne odsłuchiwanie jakiegoś zwrotu, po którym następuje próba użycia". W momencie, w którym napisałem przecinek po słowie 'zwrotu', mój mózg zasugerował mi użycie przeciwieństwa słowa 'poprzedzone', ale przy zachowaniu strony biernej.

No i dup. W języku polskim nie ma czegoś takiego. Mózg mi zasugerował, bo zna taki zwrot, ale z języka angielskiego i prawdę mówiąc byłem całkiem bliski napisania tam "followed by", zanim się nie pokapowałem, że to by jednak dziwnie wyglądało i lepiej po prostu użyć strony czynnej.

Oczywiście prawda jest taka, że nikt takich tekstów z podmienionymi słowami/zwrotami nigdy nie przygotuje, bo (a) musiałoby ich być bardzo dużo, (b) musiałyby być rzeczywiście ciekawe i (c) musiałyby być ustawione w odpowiedniej kolejności i z odpowiednio dawkowanymi obcymi zwrotami.

Chyba, że by znalalazł się jakiś germanista zapaleniec z zacięciem edukacyjnym i postanowił przygotować serię takich tekstów powiedzmy o lingwistyce w ogóle, germanistyce w szczególe, kulturze niemieckiej, etc. Tylko musiałyby być to rzeczywiście ciekawe i niezbyt specjalistyczne rzeczy, a na dodatek napakowane odpowiednio przygotowanymi i przemyślanymi zwrotami. Jakby co, to ja się zgłaszam na ochotnika, to bycia objętym takim eksperymentalnym kursem niemieckiego.

Acz chyba bardziej realną alternatywą jest opracowanie odpowiednich algorytmów, coby kawałek oprogramowania potrafił podmieniać wyrazy i zwroty w gotowych tekstach. Raczej nie z języka polskiego, bo byłoby to zapewne dosyć upierdliwe, ale już z angielskiego, to czemu nie, byłoby chyba całkiem prosto. A sam kod i opis wszystkiego byłby zapewne wart tytułu doktora dla jakiejś pary magistrów -- germanistyka i informatyka.

No cóż, można pomarzyć.

Update: żeby było jasne -- celem powyższej techniki jest tylko i wyłącznie opanowanie takiej ilości zwrotów, by być w stanie oglądać te wspomniane bajki i czytać ze zrozumieniem niespecjalistyczne teksty niemieckie (głównie chodzi o publicystykę, bo beletrystyka jest zazwyczaj ciężka, ze względu na kwieciste opisy wszystkiego). "Poziom zaawansowany" w tym wypadku, to by było po prostu przerzucenie się na czytanie całkowicie po niemiecku.

f(t)

01 VIII 2006, 21:42:45

W dyskusjach internetowych często widać dwa koronne argumenty. Pierwszy, który na cześć mości nam panujących braci nazwę "spieprzaj gówniarzu".

I będący na niego bezpośrednią odpowiedzią coś w rodzaju "co to za poziom dyskusji, że wiek dyskutanta używa się za argument!" (oczywiście zazwyczaj używany przez rzeczonego spieprzaj gówniarza).

No i niby prawda, że co to za stanowisko, którego nie potrafisz wytłumaczyć inaczej, jak "młodyś, głupiś", które to z kolei jest argumentem ad personam i w ogóle herezja, bezeceństwo, pedalstwo i pedofilstwo.

Ale prawda jest taka, że jest to tylko skrót myślowy od "nie jestem w stanie ci tego wytłumaczyć, zrozumiesz, jak sam doświadczysz" i jako taki jest jak najbardziej słuszny, z racji tego, że niektórych rzeczy po prostu nie jest się w stanie zrozumieć, zanim się ich nie doświadczy (na tym polega edukacja człowieka, o czym się już naprodukowałem tonami).

(Abstrahuję tu od tego, że nie powinno się mówić "spieprzaj gówniarzu", tylko raczej starać się wyrażać mniej ofensywnie i z mniejszą dawką emocji. "Poszukaj, czy nie ma cię gdzie indziej, gołowąsie" brzmi zdecydowanie lepiej.)

Dlatego też niniejszym nawołuję wszystkich blogerów (jaka będzie forma żeńska? "blogaska"? hyhyhy), no więc nawołuję wszystkich blogerów i wszystkie blog(l)aski do wpisywania w widocznym miejscu swoich blogów ile kto ma lat. Pozwoli to na znacznie łatwiejszą klasyfikację na gołowąs/całkiem sensowny gołowąs, ale i tak gołowąs/stary, a głupi, niereformowalny/sensowny człowiek/stary zramolały pierdziel, homo marudus gerantricus.

A, i note to self: prawdę rzecze enbweu, że zarządzanie własnym czasem ssie, więc następnym razem jak powiem szefowi, że 'cztery dni to aż nadto na zakodowanie i przetestowanie tego', to powinienem zacząć robotę dnia pierwszego, a nie ostatniego. Zapowiada się late night coding.

Gusta

28 VII 2006, 18:54:52

Problem z lubieniem czegokolwiek jest taki, że zanim się zacznie coś lubić, to trzeba na to albo przez przypadek wpaść, albo się naszukać. Np. -- żeby wiedzieć co lubię czytać, pierw muszę się przedrzeć przez dwie półki książek (a to i tak ledwie pewien procent tego, co powinienem sprawdzić).

Jeszcze gorzej -- czego lubię słuchać? Dzięki "Spider's Web" Katie Meluy i "Is Jesus Your Pal" Emiliany Torrini (no, niech jeszcze będzie "Gollum's Song" tejże) wiem, że lubię tego typu mocne kobiece głosy do dobrej linii melodycznej.

Ale to tylko czubek góry lodowej. Muzyki wszelakiej jest w pi... w cholerę :/

Hipermarket Real to the Rescue! Właśnie zakupiłem sobie dziewięć płyt, z czego osiem z muzyką klasyczną (kolekcja jest dziesięciopłytowa, ale niestety dwóch nie mieli), a jedna z pieśniami Żydowskimi. Ledwie 10zł za płytę! Nawet jeśli się okaże, że przy 99% klasycznej będę ziewał (a zapewne będę), to może przynajmniej znajdę sobie jakiegoś autora, który mi się jednak spodoba (a wtedy wrócę do w/w Reala, bo są tam też płyty poszczególnych autorów, też po 10zł za sztukę :)

(A płyty postawię w jakimś widocznym miejscu dla szpanu, har har. Hmm, albo nie, bo to obciachowo tak ostentacyjnie szpanować. Postawię tylko te, które mi się spodobają, o.)

A, właśnie, ani w Realu ani w Media Markcie nie było płyty Katie Meluy. Buuuu.

Wyrzucanie książek

27 VII 2006, 22:54:26

Ponieważ ostatnio zanabyłem byłem sporą ilość książek (jadę po klasykach sf i fantasy; jak teraz tak na to patrzę, to chyba do końca roku mi się nie uda wszystkiego przeczytać, a tyle jeszcze do kupienia...), postanowiłem zrobić lekkie przemeblowanie, robiąc z owych książek podstawową zawartość półek w meblach. Przy okazji trzeba było przejrzeć pewną szafę ze starymi książkami, czy może tam nie będzie czegoś ciekawego do wystawienia.

Teraz po przejrzeniu tej szafy mam dwa problemy. Pierwszy związany z usuwaniem niepotrzebnych książek, czyli "co wywalić"? Na pewno idą do kosza wszystkie podręczniki szkolne, wliczając w to jakieś moje niedobitki oraz całkiem pokaźny zbiorek podręczników moich rodziców. No bo na co komu podręcznik do języka francuskiego sprzed trzydziestu lat. Albo, tym bardziej, do jedynie słusznej robotniczej i antyburżuazyjnej historii tego wielkiego kraju (do kupy z po wieki umiłowaną mateczką rosją; starych pierdzieli to czytających z góry przepraszam za nieumiejętne odzwierciedlenie stylu pisarskiego epoki i przy okazji życzę jak najszybszej śmierci, bo jak widzę w gazecie IPN to mnie trzepie; jak was nie będzie, to problemu też nie będzie :). So far so good.

Powstaje problem z innymi książkami "o wiedzy". Podręczników uniwersyteckich jakoś nie wypada wywalać i rzeczywiście, za wywalenie do kosza trzytomowej "Historii filozofii" Władysława Tatarkiewicza pewnie bym się smażył w piekle (w takim specjalnym miejscu piekła przeznaczonym dla pedofili i ludzi gadających na głos w teatrze). Takoż książki z matematyki, czy też fizyki raczej za bardzo na aktualności nie tracą (Newtona chyba nikt przez ostatnie 30 lat nie obalił; acz i tak raczej wolałbym się uczyć z czegoś aktualniejszego). Ale już książki techniczne? Wyobrażacie sobie o czym muszą być "podstawy elektroniki" z lat siedemdziesiątych? Albo, erm, prepe, prope, eee, chwila, pójdę sprawdzić... "Propedeutyka informatyki" (wtf?). Tam jest spora ilość pozycji tak humanistycznych, jak i inżynierskich, ale za cholerę nie widzę, żeby to było przydatne do czegokolwiek poza makulaturą.

Ale to raz, że jednak tak dziwnie wywalać książki, a dwa -- twardy jestem, wywalić wywalę (skoro wywaliłem parę lat temu sporą kolekcję Secret Service'ów, to nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych), ale nie chciałbym wywalić czegoś, co się jednak może komuś przydać.

Drugi problem mam z beletrystyką (mądre słowo, muszę kiedyś sprawdzić w jakimś słowniku, czy znaczy to, co rzeczywiście myślę, że znaczy). Jest tam sporo klasyków, London, Hemingway, (Karol May :), jakiśtam poczet pisarzy polskich (niektóre pozycje w całkiem dobrym stanie, chyba nawet sobie wstawię na półkę) -- ok, niech sobie będą. Z góry wiem, że przez wiersze Różewicza się przedzierał nie będę, takoż przez Pana Tadeusza, więc niech sobie leży. Ale co z pozostałymi pozycjami?

Niektóre (ba, większość) pewnie są do dupy i bym się przy nich zanudził na śmierć (kiedyś spróbowałem szans z jakąś powieścią nibysensacyjną dziejącą się zaraz po tym, jak ruskie wyzwoliły Europę; po kilkunastu stronach mój mózg odmówił dalszej współpracy z powodów... ideologicznych; niekończących się akapitów powodów ideologicznych). Jak człowiek nie jest już dzieckiem, to nie ma niestety nieskończonych zasobów czasu (i ochoty) na czytanie, a wypadałoby choćby się przez tych klasyków sf i fantasy jednak przedrzeć w ciągu najbliższych kilku lat. Ale...

Ale to jest jednak takie zakładanie sobie klapek na oczy. "Klasycy" wcale nie mają patentu na dobre książki, a już zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nie interesuję się i nie planuję interesować literaturą inną, niż wspomniana już fantastyka. Więc... nie wiem jak to ująć. Więc "wypada" (?), żebym jednak choćby spróbował zobaczyć czym też interesowali się moi rodzice?

Bo gdyby nie takie buszowanie w starociach, to ominęłyby mnie przygody różnych zabijaków podczas gorączki złota w ameryce, nie wiedziałbym nic o "Samotnym rejsie Opty", nie poznałbym pewnych sybiraków opisywanych przez Igora Neverly'ego, etc, etc.

Czas jednak powinien być z gumy.

Ja i mój kernel

25 VII 2006, 17:31:52

Grzebanie po różnych tekstach odnośnie szybkiego czytania, mind mapów i takich tam oczywiście musiało się skończyć wpadnięciem na przynajmniej kilka tekstów z zakresu ogólnie pojętego self development. Ich przydatność jest zależna od tego, co dany człowiek potrzebuje akurat w danej chwili, ale muszę przyznać, że przez przypadek udało mi się znaleźć prawdziwą perełkę (i to nie tyle ze względu na treść, ile na formę; zaraz wytłumaczę :).

Generalnie rzecz biorąc spora część "bycia dorosłym" (idiotyczne określenie, no ale co tam) sprowadza się do zaakceptowania faktu, że ja wcale nie składam się ze mnie, tylko z mojego ciała, mojego mózgu wraz z ośrodkiem nerwowym i małej części mojego mózgu odpowiedzialnej za myślenie wysokiego poziomu (czyli to, co większość ludzi ma na myśli mówiąc "ja"). Ponieważ "z natury" jestem przyzwyczajony do rozwiązywania problemów, a na dodatek obsługując coś (włączając w to siebie) lubię wiedzieć na jakiej zasadzie owo coś działa, więc nie miałem większych problemów z zaakceptowaniem takiego podejścia (ba, było ono wręcz zbawienne). Skutek ogólnie jest taki, że do samego siebie mam stosunek mocno instrumentalny, w szczególności zaś dotyczy to ciała i tych "pierwotnych" funkcji mózgu. W praktyce sprowadza się to do posiadania znacznego dystansu do sporej ilości spraw dotyczących mnie samego i mojego otoczenia. Można powiedzieć, że jestem dosyć beznamiętny w tych kwestiach. Jeśli coś mi sprawia przyjemność i jestem happy, no to... no to jestem happy. Jeśli zaś moje emocje zaczynają działać nie tak, jakbym chciał (ditto jeśli chodzi o zachowanie mojego ciała), to jest to dla mnie głównie powód do irytacji, gdyż oznacza, że teraz muszę znowu spędzić czas próbując wykombinować jakiś sprytny sposób na spacyfikowanie tego niekorzystnego zachowania. A jak wiadomo jestem leniem.

Ale nie o sobie chciałem pisać. Chodzi mi o opis podejścia do tych rzeczy. Otóż udało mi się trafić na tekst w którym jakiś facet opisuje to samo, ale w znacznie większej ilości słów. I pewnie nie przeczytałbym więcej, jak paru akapitów, gdyby nie zastosowana terminologia wyciągnięta z teorii systemów operacyjnych i programowania :) Ten facet powinien dostać Pulitzera, czy coś, bo czyta się to po prostu świetnie. Polecam choćby dla rozrywki :)

Czytać, czytać, czytać

25 VII 2006, 00:38:16

Jakby to fajnie było, gdyby można było przygotować kompendium tekstów "Jak to przeczytasz, to będziesz bardzo mądry i będziesz bardzo dużo wiedział". Ale się nie da, a nawet jakby się dało, to wątpliwą moralnie (?) jest próba masowej produkcji intelektualnych klonów osoby odpowiedzialnej za dobór tekstów.

Żeby rzeczywiście dużo wiedzieć i mieć szerokie horyzonty trzeba po prostu dużo czytać. Trzeba znaleźć sobie źródła tekstów nie schodzących poniżej pewnego poziomu, po czym sukcesywnie się przez nie przedzierać. Jedne będą lepsze, inne gorsze, czasami trafi się perełka. Ale żadna osoba nie jest w stanie za nas dokonać tego wyboru. Oczywiście, powinniśmy się sugerować zdaniem odpowiednich ludzi, bo za dużo jest liter na świecie, żeby przeczytać wszystkie co do jednej, ale to od naszych doświadczeń, od naszego gustu (od tego jak sobie ów gust wyrobimy) zależy, które z przeczytanych tekstów uznamy za wartościowe i które wywrą na nas jakiś wpływ.

Tak, ja wiem, po raz kolejny odkrywam amerykę, ale... ale na tym właśnie polega piękno i przekleństwo uczenia -- to co wiesz ty jest tylko i wyłącznie twoją własnością. Ty tak naprawdę nie możesz mi tej wiedzy "przekazać". Ona jest tylko i wyłącznie w tobie. Możesz jedynie sprawić, żebym sam był w stanie odkryć coś podobnego do twojej wiedzy. Owszem, w moim odkryciu będą echa twojej wiedzy, ale to już nie będzie twoja wiedza. Ona będzie moja -- widziana moimi oczami, przesiana przez sito moich doświadczeń i mojego charakteru.

Chcę przez to powiedzieć, że jeśli tylko przeczytasz powyższy akapit, to do niczego ci się on tak naprawdę nie przyda. Nic się z niego nie dowiesz. Za pół godziny nawet nie będziesz pamiętał, że coś czytałeś.

Żeby rzeczywiście czegoś się z niego dowiedzieć, najlepiej, gdybyś w trakcie czytania był w stanie go odnieść do jakiś konkretnych swoich doświadczeń, gdyż dzięki temu miałbyś pewność, że zapamiętasz wnioski z niego płynące. W przypadku braku takich odniesień, musiałbyś przynajmniej trochę posiedzieć w spokoju i porozważać implikacje płynące z tego, co właśnie przeczytałeś. Ale efekt i tak pewnie byłby gorszy, niż w pierwszym przypadku. Cóż, człowiek tak już jest skonstruowany, że żeby rzeczywiście się czegoś nauczyć potrzebuje połączeń z czymś, co już przeżył -- czegoś, co nazywamy doświadczeniem.

I właśnie dlatego, drogi czytelniku, tak ważne jest dla mnie odkrywanie ameryki. Z każdą nową ameryką rzeczywiście czegoś się uczę. A ten wpis? On jest jednym ze sposobów zwiększenia szansy na to, że tę swoją naukę rzeczywiście zapamiętam na jakiś dłuższy czas.

(Nawiasem mówiąc -- powyższy tekst jest przykładem eseju, którego wnioski nie były mi jeszcze znane, gdy zabierałem się za jego pisanie. Innymi słowy pisząc pierwsze zdania w ogóle jeszcze nie byłem świadom tego kawałka o odkrywaniu ameryk.)

Przy okazji -- sensem pisania bezwzrokowego jest możliwość przekazywania "czystych" myśli bezpośrednio na elektroniczny papier. Nie trzeba świadomie skupiać się na klawiaturze, albo na literowaniu wyrazów, które się pisze. Po prostu myślę, palce mi chodzą, a na ekranie komputera w cudowny sposób pojawia się dokładnie to, o czym myślę. Bez żadnego dodatkowego wysiłku intelektualnego z mojej strony. Tak jak z mówieniem -- dzieje się to automatycznie.

Ale co z komunikacją w drugą stronę, tzn. czytaniem. Ja dużo czytam, a chciałbym jeszcze więcej, więc czytanie, erm, bezmyślowe (bezmyślne :) byłoby mi bardzo przydatne. Wiem, że są kursy szybkiego czytania, ale one są zoptymalizowane pod kątem martwych drzew. Ja nie chcę znać "technik" szybkiego czytania i obejmowania wzrokiem pięciu kartek A4 na raz, ja chcę po prostu być w stanie czytać bez przetwarzania w myślach każdego przeczytanego słowa. Trza będzie coś pogooglać.

(A, szkoła Jedi najprawdopodobniej zostaje zawieszona. Z przyczyn, hmm, niezależnych.)

Lepsze wybory

24 VII 2006, 02:34:17

Wpadła mi do głowa jedna rzecz -- o ile rozumiem, obecnie ordynacja wyborcza do sejmu jest tak zrobiona, że się po prostu głosuje na określonych ludzi ze swojego okręgu i jak wygrają, to niby reprezentują ów region.

Problem -- jak to się ma do "grup zainteresowań" innych, niż regionalne. Wraz z popularyzacją internetu można założyć, że coraz więcej osób będzie chciało głosować na ludzi rzeczywiście reprezentujących ich poglądy, a nie zlokalizowanych niedaleko w sensie geograficznym i będących najmniejszym złem. I pewnie gdzieś tak w ciągu najbliższych dwudziestu lat, gdy pokolenie już w pełni zinternetyzowane wejdzie w dorosłe życie, będzie trzeba wykombinować co z tym fantem zrobić (albo i nie, bo skoro mamy system partyjny, to takie głosowanie będzie bez sensu, bo co niby taki biedny parlamentarzysta miałby w tym sejmie sam robić bez żadnego wsparcia).

Odpowiem sam sobie -- jak to co, wytykać wszystkim innym posłom co robią źle. A skoro nie byłby partyjny i miałby stały elektorat, to mógłby to robić 'bezkarnie' :)

Honej na posła!

Szkoła Jedi, część druga

17 VII 2006, 19:13:40

Tym razem będzie krócej.

Do pojęcia 'numeru komputera' (adres IP) dodałem jeszcze koncepcję portu, połączenia port-port oraz słuchania przez dany program na porcie. Do tego łopatologiczne wytłumaczenie co to jest protokół (sposób gadania o danej rzeczy przez dwa programy; komendy typu 'wyślij maila', 'pobierz plik', 'zmień status na gg') i domyślny port tegoż, a to wszystko pokazane na przykładzie urla w przeglądarce (tzn. http[s]://adres[:port]/). Pozwoliło mi to też wytłumaczyć, że własnie przez błędy w obsłudze protokołu można na przykład wrzucić komuś trojana i że windows domyślnie ma kilka portów otwartych z różnymi usługami. I że firewall to jest coś, co siedzi pomiędzy 'połączeniem', a otwartym portem i pozwala blokować owo połączenie nawet wtedy, gdy port jest otwarty (co w konsekwencji chroni przez błędami bezpieczeństwa). A zrozumienie zasad działania protokołów internetowych pozwala na znacznie pewniejsze i sensowniejsze korzystanie z firewalli.

Wspomniałem co to są grupy dyskusyjne i że używają swojego własnego protokołu, przez co wymagają osobnego programu, do tego pokazałem jak w googlu przeszukiwać owe grupy dyskusyjne i jak używać keyworda "site:" w celu przeszukiwania tylko określonego serwisu (jest to wybitnie przydatne, przynajmniej mi).

Następnym razem spora dawka umiejętności praktycznej w postaci zaorania i postawienia od nowa windowsa okraszona jakimiś teoretycznymi ogólnikami związanymi z tym, co akurat będziemy robić.

I do tego chyba przydałoby się opisać głębiej zagadnienia bezpieczeństwa. Ale to na jeszcze później, ewentualnie w trakcie instalacji windy. A, i jeszcze pokazać prostą 'pogadankę' httpową (GET cośtam) via telnet, żeby pojęcie protokołu nabrało jakiś realnych skojarzeń..

Przegląd prasy

16 VII 2006, 15:19:25

Dlaczego konkursy programistyczne (w obecnie najpopularniejszej formie) nie są najlepszym pomysłem. [1] W skrócie argumentacja sprowadza się do tego, że różnej maści konkursy programistyczne promują dużą wiedzę algorytmiczną pozwalającą na intuicyjne dopasowywanie algorytmu do zadania, pisanie na czas, czyli najpaskudniejszy kod przejdzie, byle się go szybko pisało oraz dopasowywanie algorytmu do małej ilości danych testowych.

W rzeczywistości zaś najważniejszy jest bardzo dobry design, czytelny i dobrze udokumentowany kod oraz obiektywnie sprawdzone na zazwyczaj dużej ilości danych wejściowych, a nie intuicyjnie przypasowane algorytmy (gdzie znowu wychodzi zaleta dobrego designu, który pozwala na łatwe podczepienie jakiś automatów do sprawdzania rzeczywistej wydajności proponowanych rozwiązań; w praktyce liczenie tylko na swoją intuicję w zakresie optymalizacji jest bardzo często bardzo bolesne).

Autor bardzo uważa, żeby nie sprawiać wrażenia, że osób dobrze sobie radzących w takich konkursach uważa za istoty niższe i w sumie chwała mu za to, bo faktem jest, że umiejętność szybkiego pisania kodu i duża wiedza algorytmiczna to też jest powód do dumy, już niezależnie od tego, że w praktyce istnieje niewielka szansa na jakieś sensowne użycie tych umiejętności.

(Ja tam intuicyjnie nigdy nie "szanowałem" takich konkursów, ale u mnie to wynikało i wynika z tego, że (a) uczenie się algorytmów uważam za nudne i trudne i (b) wiem, że w takim konkursie wypadłbym zapewne dosyć blado, więc moja motywacja do startowania w nich nigdy nie była jakoś specjalnie duża. Teraz przynajmniej mam o wiele lepsze i mądrzej brzmiące wytłumaczenie mojej niechęci, niż "to jest trudne, a poza tym nie lubię przegrywać". Hehehe.)

Zapewne spora część z was już słyszała wypowiedź Stewarda Butterfielda, współzałożyciela flickra, w której zapowiada, że flickr będzie udostępniał zestawy api do pełnej migracji danych użytkowników, ale tylko do serwisów, które również będą dysponowały takimi api (innymi słowy wolny rynek, ale tylko wśród tych, którzy też wolny rynek wspierają).

Ja bym chciał tu zwrócić uwagę na (oczywiście optymistyczny, a odnoszący się bezpośrednio do wpisu jakiegoś Sunowca, który w sumie też warto przeczytać) komentarz Iana Murdocka w którym zaznacza, że korzysta z del.icio.us właśnie dlatego, że w dowolnym momencie może zabrać swoje dane i pójść gdzie indziej.

Ciekawa uwaga w kontekście joggera2 która jak widzę nadal nie dorobił się eksportu danych. Osobiście jestem zdania, że, hmm, "porażka" nią nie jest pod warunkiem, że człowiek wcześniej przewidział ewentualne ryzyko i je zaakceptował (tzn. pożyczając ci rower godzę się z faktem, że ktoś ci go może rąbnąć, trzymając bloga na joggerze godzę się z faktem, że może wyniknąć dziwna sytuacja w wyniku której go utracę wraz z archiwami, etc.). Dla mnie "przegrana" jest dopiero wtedy, jeśli zdarzy się coś, co weźmie mnie z zaskoczenia. Coś czego nie przewidziałem.

(Uprzedzając zarzuty -- nie, to nie jest atak na sparrowa. Jeśli ktoś z was nie rozumie dlaczego jogger2 powinien mieć eksport danych i to w ogóle abstrahując od osoby sparrowa, to najprawdopodobniej nie jestem tego w stanie wytłumaczyć. Musicie trochę poczekać, przyjdzie samo, wraz z doświadczeniem.)

I jeszcze mała uwaga w kontekście mojego wpisu sprzed dwóch tygodni o tym co jest fajnego w opiece nad czyimiś programami.

Nigdy nie przepadałem za programowaniem, więc moje doświadczenia, choć niezerowe, nigdy nie były jakieś specjalnie duże. Dłubałem w kilku różnych programach, w jednych mniej, w drugich więcej, nic specjalnego. Ale dopiero przy obecnym projekcie dotarło do mnie jak dużo na temat prawidłowego designu można się nauczyć czytając czyiś kod. Gdy zaczynasz rozumieć dlaczego te kawałki są bardzo dobrze zrobione, zaczynasz dostrzegać miejsca, w których oryginalnym autorom jednak nie wyszło i zaczyna ci się w głowie kształtować prawidłowe rozwiązanie... W tym momencie trudno mi sobie wyobrazić, żeby istniał lepszy sposób na naukę takich rzeczy, niż właśnie czytanie i grzebanie w gotowym kodzie.

Cóż, może programowanie wcale nie jest takie złe :)

[1] Nawiasem mówiąc jest to przykład tekstu, z którego możnaby wygolić sporo objętości nie tracąc treści.

Szkoła Jedi, część pierwsza

15 VII 2006, 23:30:51

Co jakiś czas smęcę tutaj swoje teorie na temat edukacji, informatyzowania młodzieży i takich tam, więc możecie sobie chyba wyobrazić moją radość z faktu, że udało mi się znaleźć obiekt chętny do poddania się paru eksperymentom. Ech, młody, niewinny umysł. Cały mój. Mogę go zmieniać, kształtować, popychać w wybranym przeze mnie kierunku.

Zgnieść na miazgę, gdy tylko przyjdzie mi na to ochota.

Poezja!

Fuj, cały się zaśliniłem. Dobra, wracając do konkretów (ostrzegam, że to są nudy pisane dla samego siebie, żebym mógł później do tego zajrzeć i stwierdzić ile z własnych wniosków udało mi się zapamiętać) -- mój padawan studiuje na kierunku humanistycznym i opanował obsługę komputera w stopniu podstawowym, tzn. potrafi intuicyjnie poruszać się w środowisku graficznym (przyciski, pola tekstowe, okienka i reszta tego kramu), natomiast nie ma żadnego zrozumienia zasad ich działania. Standardowy Użytkownik Komputera.

Zrobienie z kogoś takiego 'informatyka' (tzn. docelowo zawodowego) ma obiektywnie bardzo małe szanse powodzenia, dlatego też skupić się należy na czymś zupełnie innym. Pomijając już fakt, że nie da się z kogoś 'zrobić' 'informatyka'. Można jedynie dojść do takiego poziomu wiedzy i zainteresowania tematem, żeby delikwent czuł chęć dalszego zagłębiania się w szczegóły i co równie ważne -- potrafił sobie sam poradzić (a nawet jeśli nie będzie się dalej interesował, to i tak wyniesiona wiedza pozwoli na znacznie sprawniejsze korzystanie z komputera).

Jakiekolwiek linuksy, programowanie, assemblery i takie tam od razu poszły do kosza. Na studiach to działa tak, że należy wyryć książkę na pamięć, a może coś wam się później z niej przyda w praktyce. W rzeczywistości nikt się tak nie uczy. Człowiek musi pierw dojrzeć potrzebę zrobienia czegoś, po czym zaopatrzyć się w minimalną ilość wiedzy potrzebną do wykonania zadania. Na początku jest to często wiedza bardzo ogólna i mechaniczna, z czasem natomiast zwiększa się ilość detali i widzenie zagadnienia w szerszym kontekście.

Bla, bla, dobra, konkrety -- najważniejszą rzeczą jest uświadomić padawanowi, że komputer to narzędzie służące automatyzacji pracy. Im człowiek lepiej opanuje to narzędzie, tym wydajniej (i możliwe, że bardziej kreatywnie) jest w stanie wykonywać swoją robotę. Czyli -- żadnych rewolucji -- uczymy padawana jak wydajniej korzystać z narzędzi, których już używa oraz uczymy zawsze zastanawiać się nad tym, czy obecny sposób wykonywania danej czynności oby na pewno jest optymalny.

W praktyce przełożyło się to na:

Pisanie bezwrokowe. I tu uwaga -- różne Mistrze Klawiatury i takie tam są przydatne do wyrobienia w sobie 'świadomości' gdzie są poszczególne klawisze. Ale należy jak najszybciej pokazać, że pisanie bezwrokowe wcale nie polega na trzymaniu trzech palców na klawiaturze, podczas gdy czwarty rusza się. W rzeczywistości tak się nie da. W praktyce, zależnie od tego, na co pozwala nam klawiatura, można trzymać wszystkie palce zawsze w powietrzu, można trzymać tylko jeden na klawiszu wyjściowym w celu łatwego powrotu, a resztę trzymać w powietrzu podczas ruchu (tzn. małym chcę coś nacisnąć, to wskazujący zostawiam na 'j', po czym resztę palców odrywam i ruszam całą dłonią by w jak najbardziej naturalny sposób owym małym palcem nacisnąć wybrany klawisz). W odpowiednich przypadkach (np. backspace) za ten 'palec kotwiczący' może robić nawet kciuk pod spacją. Pisząc te słowa w ogóle wszystkie palce mam w powietrzu, a to dlatego, że klawiatura jest na tyle mała, że mogę nie odrywać rąk nadgarstków od podłoża, skutkiem czego dłonie mam zawsze w tej samej pozycji. Konfiguracji jest kilka. (Poza tym zaznaczyć teorię, czyli że pisząc bezwrokowo się nie literuje, tak jak nie literuje się pisząc ręcznie. Jest to czynność bardziej automatyczna i dlatego szybka.)

Podstawowe usprawnienia w pracy z windowsem, czyli "w Wordzie nie pozycjonujemy horyzontalnie przy pomocy spacji", kilka skrótów (winkey+d, alt+f4, alt+tab) i wytłumaczenie, że programy mają pełną dowolność w tym jak wyglądają (mogą pokazywać się na pasku zadań, nie muszą, mogą pokazywać się na tacce, nie muszą, mogą się w ogóle pokazywać, nie muszą) i jak reagują na akcje użytkownika, co w praktyce przydatne jest do zrozumienia dlaczego 95% programów po naciśnięciu krzyżyka się wyłącza, a pozostałe 5% (przeważnie p2p i inne programy mające działać w tle) tylko się minimalizuje do tacki.

No i tutaj mały dziwoląg -- minimalna wiedza praktyczna i teoretyczna potrzebna do zdiagnozowania dlaczego akurat mi nie działa internet (padło połączenie do bramki, co to jest bramka, padło połączenie od bramki do internetu, padły dnsy, co to są dnsy). Wszystko w jak najprostszych słowach oczywiście. I okraszone konkretnymi programami do diagnozy i jak z nich korzystać (ping, ipconfig, co właściwie robi ping). Chyba popełniłem błąd, że sam używałem tych programów, zamiast dać padawanowi klepać komendy. Najprawdopodobniej lepiej by wtedy zapamiętał.

A -- i spostrzeżenie związane z "przecież to się nie da tymi palcami tak manewrować" (nie da, bo się nie manewruje palcami, tylko całą dłonią) -- trzeba jak najszybciej pokonać wbudowany opór, że to jest magia, ja nigdy nie będę w stanie, bo kilkawymyślonychnaprędzcepowodów, etc, etc. Nie ma to jak zobaczyć kogoś, kto po kilku uwagach technicznych odnośnie ruszania dłońmi nagle jest w stanie pisać bezwzrokowo i to z całkiem sensowną prędkością. O, jednak się da.

Na następny raz najprawdopodobniej pójdzie wytłumaczenie sposobów korzystania z internetu (tzn. jakie są najpopularniejsze usługi), umiejętność efektywnego korzystania z tego wszystkiego w celu łatwego i szybkiego znajdowania poszukiwanych informacji i jeśli się zmieści, to podstawy zasad działania internetu (że komputery w sieci mają 'numerki' już wytłumaczyłem, bo inaczej bym nie wytłumaczył o co chodzi z pingowaniem bramki i onetu, teraz trza jeszcze dodać, że każdy taki numerek ma porty i pakiety lecą na porty i takie tam; może nawet dlaczego wcześniej omówiony 'ping' portów nie potrzebuje.

Hyyrrr, na niego!

15 VII 2006, 02:39:44

W kontekście blogowych świętych wojen z ostatniego tygodnia (jak raczyła zauważyć Yaal -- sezon ogórkowy w pełni) oraz w duchu mojego własnego wpisu sprzed paru miesięcu i stosując się do rad tam zawartych -- prezentuję krótkie kazanie. Proszę powstać.

Jest zrozumiałe, że człowiek widząc jakieś bred... jakieś opinie z którymi się nie zgadza może zapałać chęcią opier... publicznego zwrócenia na ten fakt uwagi. Jego prawo i w konkretnych przypadkach jak najbardziej słuszna decyzja. Z małym zastrzeżeniem -- wygłaszając te swoje opinie starajcie się jednak robić lepsze wrażenie, niż osoba, którą krytykujecie. Albo chociaż starajcie się nie robić gorszego.

Najważniejsza kwestia -- wygłaszający opinię powinien sobie zdawać sprawę z tego, że jego opinia jest mało ważna, mało kogo interesuje, a na dodatek prawie na pewno nie ma w niej nic odkrywczego (w końcu jesteśmy tylko bandą małp).

Co za tym idzie -- należy dołożyć wszelkich starań, by wyrażać się jasno, zwięźle, precyzyjnie i, kwestia najważniejsza -- z jak najmniejszą ilością powtórzeń. Dlaczego? Bo im więcej gadasz, tym mniejsza jest szansa, że gadasz coś ciekawego. Większość tej naszej blogosfery to maksymalnie dwudziestokilkuletnie podlotki, które choćby nie wiem jak się sprężały, nie dysponują jakąś większą ilością ciekawych przemyśleń. Czyli jeśli widzę po piętnaście twoich komentarzy w co drugim wpisie na dany temat, to jest to dla mnie jasny sygnał, że nie masz nic, ale to absolutnie nic ciekawego do powiedzenia.

Co oczywiście skutkuje tym, że stapiasz mi się w jedną całość z resztą twoich cierpiących na klawiaturowe ADHD towarzyszy.

Klucz do sukcesu -- krótko, zwięźle i na temat. Bez powtarzania. Tylko w ten sposób signal to noise ratio twoich wypowiedzi będzie na tyle wysoki, że jakaś większa ilość osób może pokusi się o zainteresowanie twoimi opiniami i zacznie cię w jakiś sposób dostrzegać w tłumie.

I drugi grzech -- brak umiaru. Człowieka inteligentnego poznać po tym, że wie jaka reakcja jest adekwatna do przewiny. Chcesz obalić czyjeś twierdzenia? Krótko, zwięźle, na temat i bez argumentów ad personam. Owe "twierdzenia" nawet obalenia nie godne, więc chcesz po prostu autorowi publicznie powiedzieć, że jest głupi? To zrób to w sposób humorystyczny, żaluzyjny, czy też jakikolwiek inny nie wprost (i nie mówię tu o stosowaniu rot13). Jeśli nie potrafisz, to siedź cicho, bo od przerzucania się mięsem, patosu z dramatyzmem i generowania flejmów opinia o tobie samym może wylądować jeszcze niżej, niż o osobie, którą chciałeś zdyskredytować.

Dziękuję za uwagę.

ldd vs nm

10 VII 2006, 01:49:59

Ciekawe, ciekawe, jak to długo można żyć w nieświadomości. Programik 'ldd', o czym trudno wywnioskować z mana (przynajmniej w wersji gnu, frizbi ma mana bardziej explicite napisanego), nie pokazuje jeno libów linkowanych do z danej binarki, ale jedzie rekursywnie i pokazuje wszystkie wymagane do jej odpalenia. A jak ktoś chce sprawdzać do czego konkretnie linkuje się ta i tylko ta binarka, to mu narzędzia 'nm' używać.

Szokujące czego to się człowiek może dowiedzieć na stare lata.

10 VII 2006, 01:20:09

Zainteresowania, przyjemności zamieniają się w obowiązki. Nieobowiązkowe, ale obowiązki, bo obiecałem, bo ludzie oczekują, bo przecież nie mogę nie zrobić. Bo przecież ja chcę zrobić, zabrać mi się tylko trudno, ale tak naprawdę chcę, już nie wspominając o tym, że jak w końcu zrobię, to mnie nie będzie gryzło, że nie zrobiłem.

Te obowiązkowe obowiązki z kolei, nawet jeśli obiektywnie całkiem znośne, ba, wręcz ciekawe, dobrze płatne i w ogóle, nadal pozostają obowiązkami. A obowiązki ciążą.

Ludzie. Ludzi jest cholernie mało, są cholernie różni, cholernie niekompatybilni z introwertykami, a przez to cholernie męczący.

A myślenie przeszkadza. Znaczy może nie tyle myślenie samo w sobie, ile poczucia. Poczuwanie się do tego. Poczuwanie się do tamtego. Tego nie zrobię, bo to. Tamtego, bo tamto. Micromanagement samego siebie.

A może by to tak wszystko pierdolnąć i po prostu gdzieś przepaść? Kuszące, jak wszystko, ale, jak wszystko, nie bo to i nie bo tamto. Musiałbym to pierdolnięcie z przepadnięciem dokładnie zaplanować, żeby mi z niczym nie kolidowało i wyznaczyć sobie jakąś granicę, tzn. powiedzmy że mógłbym przez tydzień utrzymać jakieś 95% przepadnięcia i 80-90% pierdolnięcia. Zakładając, że bym się odpowiednio zawczasu przygotował.

Which kind of missess the point.

Dzieci to jednak mają kurwa fajnie.

Dlaczego lenie wolą maintenance programming

03 VII 2006, 04:53:55

Krótki esej sprzed paru tygodni o tym dlaczego najlepiej by było, gdyby przeciętni programiści nie istnieli. W tym konkretnym przypadku tłumaczący jak bardzo stymulującym intelektualnie zajęciem jest opiekowanie się czyimś kodem.

Pierwsza reakcja -- iiiijasne, przecież wszyscy wiedzą, że ci Najlepsi Programiści kochają Wolność i możliwość Nieskrępowanego Tworzenia robiących Różne Cudowne Rzeczy kawałków kodu, a nie zajmowanie się paskudnym kodem jakiś śmiertelników!

Hmm. To ja się chyba muszę od razu przyznać bez bicia, że z archetypicznym romantycznym hakerem (najlepiej z brodą i zacinającą się drukarką z zamkniętymi sterownikami) nie mam nic wspólnego. Nie lubię i nigdy nie lubiłem dłubania dla samego dłubania, tylko po to, żeby sprawdzić jak coś działa, czy też czy da się coś osiągnąć. Jawi mi się to jako strata czasu. Prawda jest taka, że kodowanie samo w sobie jest zajęciem nudnym (podobnie jak pisanie tekstów :) i jedyną rzeczą, dzięki której jestem w stanie w sobie utrzymać motywację, jest perspektywa (jak najszybszego) otrzymania gotowego systemu (za który później mi zapłacą kupę kasy, bądź też który jest mi potrzebny w innym celu). I nie chodzi tu o na prędce sklecony kod, codename "Frankenstein's monster", przy którym później będę sobie wypruwał żyły próbując coś dopisać/poprawić, ale rzecz na tyle dobrze przemyślaną i czysto napisaną, żebym na późniejszych zmianach tracił minimalne ilości czasu (i nerwów).

I właśnie w tym miejscu ujawniają się same plusy przejmowania po kimś kodu. To nie ja spędziłem czas rozgryzając jakiś protokół, klnąć na nieścisłości w implementacji, etc. To nie ja ryzykowałem, że w końcu się okaże, iż całość nie działa, bo nie. I szefie, to nie jest moja wina, że ten program działa tak, a nie inaczej, ale bardzo chętnie wezmę trochę pieniędzy za poprawienie go.

Oczywiście pierwszą rzeczą, jaką muszę w tym wypadku zrobić, jest zapoznanie się z kodem i wykombinowanie jak on w ogóle działa. Jeśli oryginalni autorzy się spieszyli, to najprawdopodobniej nie mam do dyspozycji nawet jakiegoś krótkiego tekstu tłumaczącego strukturę kodu i ogólne założenia projektowe. Ale w rzeczywistości to nie jest aż taki wielki problem. Na pierwszą linię idzie grep, dzięki któremu jestem w stanie prześledzić ścieżki wywołań funkcji, a przy okazji zaglądania w źródła wywalić zakomentowany kod (który z mojego punktu widzenia tylko przeszkadza w czytaniu i grepowaniu, a jeśli rzeczywiście kiedykolwiek będę się musiał do niego odwołać, to od tego jest SCM), dostosować formatowanie do moich preferencji i generalnie nie zmieniając w ogóle funkcjonalności spowodować, że jestem w stanie względnie komfortowo poruszać się po całości.

Brzmi potencjalnie groźnie, ale o ile oryginalnym autorem nie był jakiś totalny patałach, to wcale nie ma się czego bać, gdyż w rzeczywistości nie ma żadnej gwarancji, że gdybym to ja pisał ów kod od początku, to ostatecznie wyglądałby lepiej, niż to co otrzymałem po zastosowaniu zabiegów kosmetycznych na kodzie odziedziczonym. Ba, nie mam nawet gwarancji, że udałoby mi się stworzyć coś działającego (równie dobrze), a w tym konkretnym wypadku jestem panisko, bo dostaję coś, co już działa, a ja mam tylko dodawać jakieś inkrementalne zmiany i wyłapywać ewentualne problemy.

(Oczywiście podstawową wadą nie bycia oryginalnym autorem jest to, że nie zna się powodów, dla których coś jest zakodowane w ten, a nie inny sposób, a co za tym idzie trzeba być bardzo ostrożnym przy wprowadzaniu zmian. Bardzo ostrożnym.)

W tym momencie warto wspomnieć o chyba klasycznym tekście Joela Spolsky'ego poruszającym ten temat (głównie na przykładzie firmy Netscape i tego jak przekichała sprawę tworząc Mozillę od zera i nie będąc w stanie przez kilka lat pokazać klientom czegoś, co nadawałoby się do użytku).

No dobra, ale co w takim razie z tymi magikami kodu, którzy w pojedynkę potrafią w rekordowym czasie tworzyć cuda na kiju?

No cóż. Jeśli mają szczęście, to znajdą dla siebie jakąś niszę, ale prawda jest taka, że ogólnie pojęta informatyka (programiści, administratorzy i tacy tam) ze względu na złożoność systemów komputerowych już dawno temu stała się sportem zespołowym i w związku z tym promuje pewne określone cechy. Znowu odwołam się tu do Spolsky'ego, który dobrze to ujął:

Różnica pomiędzy miernymi, a świetnymi programistami nie leży w tym, ile języków którzy znają, czy też w ich preferencjach względem Pythona, albo Javy. Leży ona w tym, czy potrafią oni przekazywać swoje pomysły. Przekonując innych ludzi, uzyskują oni wpływ na różne rzeczy. Pisząc jasne komentarze i specyfikacje techniczne, pozwalają innym programistom zrozumieć ich kod, dzięki czemu owi programiści zaczynają go używać, zamiast pisać od nowa. Bez tego, ów kod byłby prawie bezwartościowy. Pisząc klarowną dokumentację dla użytkowników, pozwalają innym ludziom na zrozumienie co ich kod ma robić, dzięki czemu mogą oni docenić jego wartość. Jest wiele wartościowego i przydatnego kodu zagrzebanego gdzieś na sourceforge'u, którego nikt nigdy nie używa, ponieważ jego autorzy nie potrafili jasno pisać (albo w ogóle nie potrafili pisać), skutkiem czego nikt się nie dowiedział czego dokonali, a ich błyskotliwy kod obumiera.

Bill Gates nie napisał całego Windowsa, on tylko wytłumaczył ludziom, których zatrudnił, czego od nich oczekuje. Linus nie napisał całego Linuksa, on tylko dogadał się z resztą deweloperów jak co ma wyglądać i jakie standardy należy ustalić. (A malekithowe Nemerle pozostałoby pewnie tylko zabawką paru osób, gdyby nie otwarty model rozwoju i dokumentacja.)

Takie przykłady można mnożyć. Moce przerobowe pojedyńczego człowieka są bardzo ograniczone, więc jedyna szansa, żeby mógł on coś osiągnąć, to wymyślenie czegoś sensownego i przedstawienie swoich planów innym ludziom w taki sposób, żeby przy ich pomocy (docelowo zapewne znacznie przewyższającej wkład własny) móc stworzyć coś ciekawego, pod czym później można się podpisać.

I na koniec dodam jeszcze bardzo dobry tekst o tym, jak duże znaczenie ma metodologia pracy wypracowana przy tworzeniu Linuksa na postrzeganie rozwoju oprogramowania w ogóle (zwłaszcza w kontekście open source). Oczywiście to całe oczernianie SVNa i CVSa jest sporym uproszczeniem, ale sama esensja tego tekstu to coś, z czego naprawdę warto sobie zdawać sprawę.

Ajć, piąta rano. Dobranoc.

Polistudentic sleep patern

20 VI 2006, 00:51:11

Ze względu na sesję i akurat nawał roboty w robocie poprzedni mój tydzień wyglądał tak, że praktykowałem 48io godzinne doby. Tzn. jakieś 36 godzin czuwania i naście snu. I tak trzy razy pod rząd.

O ile pierwszy raz jest ok, acz pod wieczór człowiek jest już trochę zmęczony, o tyle drugi i trzeci (zwłaszcza trzeci) to już tragedia. Fakt, że te kilkanaście godzin snu to nie było maksimum, bo musiałem się budzić gdzieś tak po jedenastu/dwunastu godzinach mimo, że pewnie spokojnie bym spał jeszcze kilka, acz i tak sprawność umysłowa w takiej sytuacji baaaaardzo szybko idzie w buraki. Praktycznie w ogóle nie idzie myśleć, a nawet jak się już człowiek zmusi, to rezultaty są dosyć opłakane. Jakie ja piękne błędy w kodzie robiłem :) I w ogóle jakie ja piękne błędy robiłem. Po trzecim dniu wystarczyło się przespać 15 godzin i nagle świat stał się o wiele prostszy, problemy przestały być nierozwiązywalne, etc, etc.

A, zaznaczam, że ja nie korzystam z używek. Kawy w ogóle nie lubię, a herbaty mi się nie chce parzyć. Hmm. Kiedy ja ostatnio herbatę piłem...

Argh

18 VI 2006, 04:56:01

Ja się kurwa nigdy nie nauczę. Powinienem sobie do kontraktów dopisywać, że za każdym razem, gdy moja na nic nie wpływająca zmiana coś popsuje (co mi nawet do głowy oczywiście nie przyjdzie; jak zwykle), po czym szefowi po raz kolejny będę mówił, że to nie może być wina akurat tego kawałka systemu, to mi będą obcinać wypłatę o 30%. Może to by coś pomogło.

Torpedy

14 VI 2006, 22:03:04

Dzisiaj odkryłem, dlaczego w krajach Bliskiego Wschodu kobiety chodzą w tych czarnych wszystko zakrywających jaktosiętamnazywa.

Otóż zostało to wprowadzone z myślą o kierowcach. Pomyślcie o takim statystycznym polskim kierowcy, płci raczej brzydszej. Jedzie sobie taki bidak, a dookoła pełno skąpo odzianych przedstawicielek tej drugiej płci. Jakie on ma szanse? Jeśli to lato się nie skończy bardzo szybko, to w wersji optymistycznej naciągnę sobie coś w karku, a w wersji pesymistycznej spowoduję wypadek. I zapewne nie ja jeden.

A mówię tu tylko o naszym marnym i raczej krótkim lecie. Arabowie to mają znacznie mocniejsze "lato" i to przez cały rok, więc gdyby pozwolili swoim kobietom na chodzenie w stroju dowolnym, to pewnie ilość ofiar śmiertelnych w wypadkach na drogach pobiłaby rekordy światowe. Nie wspominając o milionach mężczyzn uskarżających się na chroniczny ból karku.

Dlatego niniejszym postuluję szybkie zakończenie lata, wprowadzenie obowiązkowych ubiorów na modłę islamską, bądź co najmniej ustawowy zakaz zbliżania się nieodpowiednio ubranych kobiet do jezdni O..

Głosy

14 VI 2006, 04:37:36

OGŁOSZENIE TECHNICZNE: Jeśli ktoś ma patcha na jajko, który pod sysrq dodaje opcje odpalania oom killera na zadaniach odpalonych w ciągu ostatnich pięciu minut + możliwość zamordowania najbardziej cpużernego zadania z odpalonych w ciągu ostatnich pięciu minut, to ja bym prosił o linka, a najlepiej o dorzucenie do domyślnych jajek w PLD. A przynajmniej do jajka desktopowego, zakładając, że w końcu takie mamy (?). KONIEC OGŁOSZENIA.

Istnieje taka irytująca cecha mózgu, polegająca na tym, że uczy on się nowych rzeczy dosyć szybko i zaczyna je filtrować. "Przyzwyczaja się" do nich. Jest to jak najbardziej pożądane w przypadku na przykład takiego tykania zegarka, ale wybitnie upierdliwe jeśli chodzi o słuchanie piosenek.

Zdarzyło się wam, że słysząc po raz pierwszy głos jakiegoś wokalisty/wokalistki, stwierdziliście, że w ich głosie jest "to coś"? Coś innego, powodującego, że gdy śpiewają, to nie jest tak, jakby zwykły człowiek śpiewał. Coś innego, nieuchwytnego.

Ja tak miałem w przypadku Gawlińskiego, tak miałem słuchając po raz pierwszy wokalistki śpiewającej w Extasy autorstwa ATB, takoż było, gdy podczas któregoś odcinka La Femme Nikita puścili Is Jesus Your Pal Emiliany Torrini (którą nawiasem mówiąc można było słyszeć w soundtracku do LOTRa), czy też, w ograniczonym zakresie (bo jednak czegoś mi brakuje w tym głosie), gdy słucham Katie Meluy.

Ale niestety po którymś razie "to coś" po prostu znika. Prawie bezpowrotnie :/ Od czasu do czasu udaje mi się to usłyszeć, ale tym razem bardziej świadomie, po prostu nauczyłem się częściowo rozpoznawać te określone dźwięki w czyimś głosie powodujące, że jest on inny. Ale to już nie to samo :/ Buuuu.

Zmiany

12 VI 2006, 05:19:37

Dzwoni telefon. Moja pierwsza reakcja? Nie chce mi się ruszać z miejsca, żeby sprawdzić kto to. Muszę się zmuszać.

Dzwoni dzwonek do drzwi/domofon. Moja pierwsza reakcja? Nie chce mi się ruszać z miejsca, żeby sprawdzić kto to. Muszę się zmuszać.

Żeby aż tak nie chciało mi się ruszyć tyłka, coby odebrać prosty telefon? Dziwne.

I chyba najdziwniejsze. Dojeżdżam gdzieś samochodem. Wyłączam silnik. Nie wysiadam. Siedzę. W samochodzie jest cicho, ciepło, nie wieje. Patrzę co się dzieje dookoła. Chętnie bym wręcz zamknął oczy. Siedzę tak kilkasiedziąt sekund, czy wręcz kilka minut. Przecież nie mogę tak po prostu siedzieć. Wreszcie zmuszam się do wyjścia.

To na pewno tylko moja senność się włącza. Jest mi miło, ciepło i przytulnie, więc najchętniej bym się zdrzemnął. Tak, to musi być to.

Ja zawsze (?) czytałem i nadal czytam dużo różnych dziwnych rzeczy i w sumie na trwałe mam już zakodowany w głowie obraz statystycznego Kowalskiego, który od X lat robi to co robi tylko dlatego, że codziennie rano udaje mu się do tego zmusić. Oj naczytałem ja się mądrych porad o tym, jak to nie wolno dopuszczać do takich sytuacji. Jak to nie wolno bać się zmian, trzeba nauczyć się wyczuwać rzeczy, które nam nie odpowiadają, i podążać za tymi, do których nas ciągnie.

I było to bardzo logiczne i proste, póki pozostawało teorią. Niestety jest pewien haczyk. Gdy w naszym bezpośrednim otoczeniu są ludzie, którzy od nas czegoś oczekują, to spełnianie tych oczekiwań jest automatyczne. Jasne, może się to nie podobać, można się wkurzać, warczeć i w ogóle, ale na najbardziej podstawowym poziomie nie kwestionuje się tych wymagań [1].

Gdy to bezpośrednie otoczenie znika, wszystko się zmienia. Oczywiście, nadal zostają ludzie, którzy czegoś od nas oczekują (uogólnijmy do rodziny), ale ich już nie ma tu. Są gdzie indziej. Dostosowanie się do ich oczekiwań nie jest automatyczne. Wynika z mojej świadomej decyzji. I to tym bardziej świadomej, że z tyłu głowy mam głosik, że przecież mogę tego nie zrobić. Bo mogę. To jest opcjonalne. W teorii nie muszę tak naprawdę nic (bo nie muszę). W praktyce też (bo nikt mnie nie zmusi). A w praktycznej praktyce (niby nic nie muszę, a jedne rzeczy robię, a innych nie; ot tak po prostu wychodzi)? (Co na przykład powinienem zrobić z obcą inteligencją w moim zlewozmywaku. Niech sobie żyje?)

Dzwoni telefon. Nikt konkretny nie ma dzwonić, więc pewnie babcia z czymś nieistotnym. Powinienem zostawić, niech dzwoni. Nie chce mi się odbierać. Nie muszę odbierać.

W sumie co za problem udać, że mnie nie ma. Albo że jestem w łazience i nie mogę odebrać. Nie chce mi się odbierać.

To pewnie babcia dzwoni. A może wujek, dawno nie dzwonił. Muszę się zmusić.

Ciekawym, czy następnym razem też uda mi się zmusić.

Względnie niedawno zauważyłem, że znowu potrafię bez żadnego problemu cieszyć się brakiem towarzystwa. W sumie zbiegło się to w czasie z nowymi zadaniami w robocie, które zjadają mi sporą ilość godzin. I prawdę mówiąc nawet ją (robotę) lubię...

Pamiętasz te niezliczone ilości tekstów, w których czterdziestoletni Kowalski nagle uświadamia sobie, że nie ma nic poza pracą, której nie lubi już co najmniej od dekady i psem, który i tak woli sąsiada, bo go częściej widuje? Tenże Kowalski, który jeszcze przed chwilą myślał, że jest młody, że przecież ma jeszcze tyle czasu...

Wreszcie znowu potrafię przebywać sam i sprawia mi to przyjemność (no, bez przesadyzmu, po prostu mi to w żaden sposób nie przeszkadza). Gdzieś czytałem, że człowiek dorosły musi to potrafić, musi wiedzieć jak ten czas wykorzystywać do rozwoju samego siebie, ale jednocześnie nie może zapominać o innych ludziach, bo to trochę głupio zrobić z siebie przez przypadek jakiegoś zdziwaczałego odludka.

Odludki są dziwne. Robią jakieś dziwne rzeczy w miejscach publicznych. Nie odpowiadają, udają, że ich nie ma.

Ten tego... :)

Wielokrotnie miałem tu ochotę umieścić pewne rzeczy, ale zawsze udawało mi się powstrzymać (w tym przed publikacją już gotowego tekstu). Ba, ten akapit powstaje w miejsce wyciętych dwóch innych. Przez te 10 miesięcy nauczyłem się, że jest część mnie dostępna publicznie, część mnie dostępna dla znajomych i część mnie, która raczej nigdy nie będzie dostępna dla nikogo. I jakkolwiek co jakiś czas mam ochotę się wygadać (co czasami objawia się sprodukowaniem kilku akapitów), to jednak doszedłem do wniosku, że nie warto. Są sprawy, które powinny zawsze pozostać tylko moje.

(Tylko cholera mam nawyk ich spisywania i później szkoda mi to wysyłać do /dev/null. Chyba zacznę takie rzeczy publikować na wyższych poziomach. Oczywiście nikomu nie dając do nich dostępu :)

[1] Oczywiście tu pomijam sytuacje, gdy się nastolatek był skłócił z rodzinką i mu tak już zostało na następnych X lat, czy coś w ten deseń; mnie to na szczęście ominęło.

Problemy z założeniami

30 V 2006, 18:21:02

Chyba nigdy nie przestanie mnie zadziwiać idiotyzm niektórych pomyłek, jakie popełniam.

Mam ja system, którego efektywność po części zależy od ilości wysyłanych danych. Im mniej danych wysyłam, tym system mniej efektywny. Nie jestem autorem kodu, więc ilość wysyłanych danych była po prostu jakośtam ustawiona, ale nie wiedziałem na podstawie czego. Ponieważ system na początku (jak dostałem go do zajmowania się) działał jakoś strasznie marnie, więc w toku kombinowania jak by tu wszystko naprawić, zwiększyłem ową liczbę trzykrotnie. Jakiś czas później znalazłem rzeczywiste źródło problemu, ale ponieważ zgodnie z wykresami zużycia łącza dostarczanymi przez ispa, wysyłaliśmy niewiele danych w porównaniu z maksymalną przepustowością, nigdy mi nie przyszło do głowy, by tę liczbę przywrócić do poprzedniego stanu.

Mój problem natomiast polegał na tym, że wysycaliśmy całe łącze, jeśli idzie o dane do nas przychodzące, więc kombinowałem co by tu poradzić.

Aż do dzisiaj, gdy olśniło mnie, że wykresy dostarczane przez naszego ispa są z jego punktu widzenia, także 'In' to jest w rzeczywistości to co my wysyłamy, a 'Out', to to, co my odbieramy. Czyli problemem była nadmierna ilość nie odbieranych, ale wysyłanych danych. Zaraz, czy ja przez przypadek nie zwiększyłem ilości wysyłanych danych trzykrotnie? :/

Wnioski z tego są dwa. Primo każde założenie należy kwestionować. Wszyscyśmy sobie radośnie założyli taką, a nie inną interpretację tych wykresów i nikomu nie przyszło do głowy, że jesteśmy w błędzie. Skoro inni uważają tak jak ja, to czemu mam to niby kwestionować, nie?

Drugi wniosek jest taki, że jeśli dłubiemy przy jakimś systemie (którego nie jesteśmy autorem), to nie powinniśmy dłubać przy ustawieniach, co do których działania nie jesteśmy na 200% pewni. W przeciwnym razie jest bardzo duża szansa na to, że pomylimy się sądząc, że nasze zmiany coś naprawiły, natomiast nie wpadniemy na to, że to nasza wina, jeśli coś się zepsuje.

Ten ostatni scenariusz przećwiczyłem już co najmniej kilkukrotnie za każdym razem sobie powtarzając, że już nigdy nie będę na czuja robił takich rzeczy, bo znowu się okaże, że coś przy okazji popsułem nie wiedząc o tym. Może tym razem się w końcu nauczę.

«